“A po nocy przychodzi dzień, a po meczu spokój” czyli o klasyku od kuchni

No! Za nami pierwszy ligowy klasyk. Rozczarowani? Zadowoleni?  Wydaje mi się, że możemy mieć przeróżne zdania na ten temat. I choć ogólnie nie ma raczej czego się czepić, ponieważ mecz był bardzo wyrównany, wynik nie jest do końca zadowalający dla żadnej ze stron. Obie jednak odetchnęły z ulgą, ponieważ zarówno Barcelona, jak i Real miały okazję poczuć nóż na gardle.

Strzelaninę podczas wczorajszego spotkania przeprowadziły same gwiazdy, tzn. Leo i Cristiano. Obaj zawodnicy zanotowali bowiem po dwie, naprawdę urodziwe bramki. Co prawda, nie przepadam za Siódemką z Madrytu, ale to nie kwestia stronniczości i muszę mu przyznać, że postarał się, zabierając te dwa punkty Barcy. Trochę się poprzewracał, to zmarnował świetną okazję, a jednak pokonał Victora Valdesa dwukrotnie w bardzo dobrym stylu.

Oczywiście nie znaczy to, że Messi ustępuje mu golami, które zafundował Blaugranie, ale bardzo chcę pokazać, że umiem z siebie wydusić słowa pochwały dla nielubianego rywala. Umiem. I kciuk w górze dla fanów Realu, którzy pochwalą Messiego, bo wiem, że są tacy. Messi też na szczęście jest, w równie genialnym wydaniu, co wyżej wymieniony Cris. Ci dwoje stanęli na wysokości zadania, to nie podlega wątpliwości. Co do reszty obu ekip, oni także grali w większości w porządku. Od czasu do czasu zdarzały wprawdzie małe i duże wpadki, ale na dłuższą metę nikt na tym nie ucierpiał. Przez chwilę zastanawiało mnie też, czemu na murawę nie wszedł na przykład David Villa. Znając go, przeprowadziłby ze dwadzieścia ataków na bramkę Ikera Casillasa, z czego ten z ostatniej minuty meczu najpewniej zakończyłby się golem. Później spojrzałam na skład, który wystawił Tito Vilanova i doszłam do wniosku, o którym już mówiłam. Poza Messim może nikt nie został gwiazdą wieczoru, ale również nikt nie zawiódł. To dobra wiadomość. W przypadku Realu, choć im nie przyjrzałam się tak dokładnie, również sądzę, że poza paroma seansami Ozila lub Pepe,  żaden z zawodników Madrytu nie spisał się poniżej oczekiwań.

A teraz trochę ploteczek z szatni. W sobotę dużo mówiło się o Gerardzie Pique i jego występie we wczorajszym klasyku, ponieważ obrońca Barcelony trenował wraz z drużyną. Niestety, uczucia Sportu czy Mundo Deportivo zostały zranione, ponieważ ów trening był zamknięty dla mediów, lecz mimo to spekulowano na temat jego gry. Wątpliwości i nadzieje rozwiano dzień później, kiedy na ostatnim przygotowaniu przed Gran Derbi Gerard już się nie pojawił. Było to jednoznaczne z tym, że niestety tym razem także go nie obejrzymy. Nie ukrywam, szkoda. On sam natomiast pospekulował o okrągłym brzuchu uśmiechniętej Shakiry, bo w temacie nowości Pique, co zresztą wiadomo, nigdy nie śpi. Cóż, jest pech, ale za to jest też humor. Przydałby się on także u Daniego Alvesa. Brazylijczyk podczas pierwszej połowy spotkania nabawił się kontuzji mięśnia, co wyklucza go z gry na około trzy tygodnie. Oznacza to, że ominą go nie tylko spotkania ligowe, ale także mecze reprezentacji. Dziwne, że Pepe jeszcze tego nie skomentował, ponieważ nasz ulubiony brutal zdążył zabrać głos w sprawie kontrowersyjnego rzutu rożnego, który w tym przypadku raczej karnym powinien się zwać. Wiedzą to wszyscy, którzy mieli okazję przyjrzeć się tej sytuacji z bliska. Wszyscy, poza Pepe. On czuje się jak najbardziej oszukany, dlatego też postawił się dowartościować nazywając zawodników Barcelony „ bardzo teatralnymi”, o czym więcej TUTAJ.

Cóż, bez takich Gran Derbi straciłoby swój status. Poza tym całe spotkanie, chwilami nudne, chwilami wyjątkowo emocjonujące, trochę ciężko ocenić. Zarówno Barca, jak i Królewscy pokazali nam ładny futbol, ale zapewne mają do siebie wyrzuty za to, że nie dali z siebie więcej, by zdobyć upragnione trzy punkty. Może poza Messim i Ronaldo. Oni nie powinni mieć sobie wiele do zarzucenia, choć w sumie także mogli sobie zamarzyć więcej, powiedzmy hat tricki. A co!

źródło: Sport/własne

źródło zdjęcia: polskatimes.pl