Ach, gdyby…

Czy warto dużo mówić na temat wczorajszego rewanżu o Superpuchar? Nie. Nie warto, choć teoretycznie nad całym dwumeczem można debatować aż do następnego El Clasico.  Mieliśmy nieco inne wizje co do meczu na Santiago Bernabeu, w Barcelonie natomiast – poza rozprawianiem o tym, co takiego zrobił Valdes oraz czego takiego nie zrobił – trudno było o piękniejsze spotkanie. Jak więc to podsumować? Długo podziwiałam mój pusty ekran, zanim wpadłam na pomysł, jak zacząć. Trzeba po prostu głębiej spojrzeć w cała rywalizację o Superpuchar Hiszpanii, a wtedy dojdziemy do konkretnego wniosku. Najprawdopodobniej brzmi on następująco: to, co obejrzeliśmy przez te dwa mecze może nie jest makabrą, ale za wspaniale także nie było.

Oglądając pierwszą konfrontację Barcy i Realu wydawało się oczywiste, że do Madrytu Barcelona jedzie tylko po to, by dać garstkę nadziei swym dobrym kolegom, a w rzeczywistości po prostu zwycięstwo. Styl gry, dominacja na boisku przez większość meczu oraz urocze akcje podbramkowe napawały optymizmem, ponieważ widoczne było, że Los Blancos trochę pogubili się w tym, co serwowała Duma Katalonii. No, może więcej, niż trochę. Jakby nie patrzeć, statystyki mówiły same za siebie: Barcelona rozniosła Real. Zarówno w ilości oddanych strzałów, jak i w posiadaniu piłki (właściwie, kiedy to posiadanie nie było potężne?). Mniemam, iż gdyby nie ten fatalny błąd Victora Valdesa z 85. minuty spotkania, moglibyśmy zapomnieć o nieziemskich emocjach w drugim meczu. Ale to, co leży w ludzkiej naturze, to rozmyślanie nad tym, co by było, gdyby było, albo “gdyby to nie było na niby…”

Podczas drugiego meczu o Superpuchar niewątpliwie nie jednemu Cule dość często zdarzało się zbierać szczękę z podłogi. Wyciągaliśmy ręce w stronę telewizora, jakbyśmy chcieli go zapytać: ale jak to się dzieje? Prawdę powiedziawszy, Barcelona trochę odzwyczaiła nas od takiego widowiska. W sumie, to bardzo dobrze, gdyż jest to jednoznaczne z tym, że rzadko widzimy tak słabo grającą Barcę.  Najprawdopodobniej to dlatego jej katastrofalna postawa w pierwszej połowie okazała się zaskakująca niczym szok termiczny. I mimo to, że drużyna Tito Vilanovy silnie zregenerowała się na drugie 45 minut spotkania, zwycięstwo w dwumeczu gdzieś uciekło. Uwidoczniło się to w kilku akcjach Barcelony, w których serce niemal przestawało bić. Najgorszy nie był jednak fakt, że dech traciło się w piersiach, a to, że po tych właśnie akcjach chwytaliśmy się za głowę i powtarzaliśmy: jakim prawem to nie wpadło? Gdyby nie zabrakło tego szczęścia w tych kilku nieudanych próbach Barcelony, kto wie, czy wynik końcowy meczu nie byłby kolejną manitą? No właśnie, co by było, gdyby było?

Po obejrzeniu tego dwumeczu obu drużynom trzeba przyznać, że to, co najbardziej raziło w oczy, (a mianowicie kłótnie i odwieczne wojny) ominęło nas szerokim łukiem. Między zawodnikami Blaugrany oraz Realu panował pokój, raczej nikt nie uciekał od swoich zawinień. Naturalnie, jak w to w piłce nożnej bywa, pojawiały się też te mniej urodziwe faule, lecz na dłuższą metę – bez konsekwencji. Sądzę, że wszyscy, którzy ten mecz obejrzeli, pod tym względem mogą być zadowoleni.

Duże gratulacje dla Madrytu, bo zupełnie zasłużenie sięgnęli po zwycięstwo. Przyznam się bez bicia – nie przepadam za nimi, ale trudno jest nie dostrzec tego, że zapracowali sobie na Superpuchar. W głowach Cules natomiast powinien utrzymać się optymizm chociażby sprzed Gran Derbi, ponieważ w lidze wciąż prowadzimy, a  przed nami jeszcze niemal cały sezon i mnóstwo okazji dla Barcy do rekompensaty. W takich sytuacjach warto powiedzieć sobie, że to porażki uczą najwięcej.