Albo czarne, albo białe?

La-alegria-cule-contrasta-con-_54369224402_54115221152_960_640

We wtorek w Barcelonie niewątpliwie wydarzyło się coś niezwykłego. Coś, co niezależnie od dalszych losów „Dumy Katalonii” w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów, z pewnością zapamiętamy na bardzo długo. Podopieczni Roury i Vilanovy wreszcie zagrali tak, jak marzyli wszyscy kibice tej drużyny. Kibice, przynajmniej w Polsce, mają jednak tendencję do popadanie ze skrajności w skrajność.

Przez ostatnie tygodnie ekipie „Blaugrany” zdecydowanie nie szło i wydawało się, że sezon może skończyć się dla niej już w marcu. Po kilku słabych spotkaniach wielu, całkiem słusznie, wieszało psy na sztabie szkoleniowym i prezydencie „Barcy”. Rzeczywiście, na grę drużyny najczęściej nie dało się po prostu patrzeć – bezmyślne bicie głową w mur, powolne rozgrywanie akcji, niewidoczny Leo Messi, przygasający Xavi i dziurawa obrona – to obraz Barcelony z kilku ostatnich pojedynków. Efekt? Większość obwieściła już koniec dominacji Katalończyków na arenie krajowej i europejskiej. Bezpowrotny koniec złotej ery, wspaniałego zespołu, wielkich piłkarzy. Mówiono, że Barcelona już się wypaliła i nawet powrót Vilanovy z Nowego Jorku nie uratuje zespołu. Owszem, ja sam, po cichu wierząc w wyeliminowanie Milanu, typowałem awans włoskiego zespołu. Nie wróżyłem jednak końca „Dumy Katalonii” – wręcz przeciwnie. Nadal podtrzymuję swoje zdanie – tę drużynę czeka jeszcze kilka wspaniałych sezonów.

Ekipa, która jeszcze kilkadziesiąt godzin temu uważana była za skończoną, teraz wychwalana jest pod niebiosa. Nagle okazało się, że ta Barcelona wcale nie jest taka słaba. Że Messiego wcale nie jest tak łatwo wykluczyć z gry, Xavi wciąż potrafi dogrywać do partnerów kluczowe piłki, Busquets nie skupia się tylko na symulowaniu, a na dobre podanie stać nawet Alexisa Sancheza. Wystarczyły niespełna dwie godziny, aby poglądy mnóstwa ludzi zmieniły się o całe 180 stopni, a „Barcę” zaczęto nazywać nie tylko najlepszą drużyną, jaką mamy okazję oglądać obecnie, ale także najlepszą ekipę wszechczasów. Nie, na chwilę obecną nie jest to najlepsza drużyna w historii futbolu. To zdecydowanie zbyt wielkie słowa, na które jest zdecydowanie zbyt wcześnie. Na dokonania tej ekipy musimy patrzeć całościowo i z dystansem, co możliwe będzie nie za kilka dni czy miesięcy, ale lat.

To popadanie ze skrajności w skrajność jest takie… polskie. Jeden mecz sprawił, że zawodników i sztab trenerski, który niedawno mieszano z błotem znów uważa się na bogów. Nie, oni nadal są ludźmi. Barcelona jest w ćwierćfinale i jest w nim całkowicie zasłużenie, bo w rewanżu zrównała rywali z ziemią. Nikt nie ma wątpliwości, że z tak dysponowaną „Azulgraną” wyrównanej walki przez 90 minut nie może nawiązać po prostu nikt. Chyba tylko Real i Bayern byłyby zdolne do krótkotrwałego przeciwstawienia się tak grającej drużynie. Należy jednak pamiętać, że to pierwszy tak dobry mecz „Barcy” nie tyle od czasu choroby Vilanovy, co nawet odejścia Pepa Guardioli. Jedno fenomenalne spotkanie w sezonie nie sprawi, że Barcelona po raz trzeci w ciągu czterech lat zdobędzie upragnioną Ligę Mistrzów. Jeden mecz nie może sprawić, że wszystko widzieć będziemy nagle w różowych barwach. Tak naprawdę, kandydatów do tytułu jest teraz aż sześciu. Głównymi oczywiście Real, Bayern i Barcelona, ale czarnymi końmi mogą być Borussia Dortmund, PSG, a w szczególności niedoceniany Juventus Turyn.

Barcelona pokazała, że to wcale nie jest jej koniec. Właśnie – to dopiero początek. We wtorek byliśmy świadkami narodzin czegoś wielkiego, ale droga do zdobycia upragnionej Ligi Mistrzów jest jeszcze bardzo, bardzo długa. To, że możliwe jest tak naprawdę wszystko – od odpadnięcia z Galatasaray po przejście Juventusu, Bayernu i Realu po kolei, pokazały najdobitniej właśnie ostatnie tygodnie.