Barcelońska logika

fatbol1

Kiedyś niejaki Umar Ibn Khattab powiedział, że im więcej się mówi, tym więcej się człowiek myli. Z tego względu postanowiłem dziś napisać krótko, bo limit błędów już został wyczerpany. Ostatnimi czasy bowiem, w Barcelonie możemy oglądać popisówkę fail’ów.

W Blaugranie panuje barcelońska logika. Kilka lat kibice nie mogli doczekać się stopera. Pique i Mascherano grali niemalże ciągle i na dodatek słabo. Puyol większość czasu spędzał na szpitalnym łóżku niż na boisku, aż nadeszła chwila kiedy zakończył karierę. Każdy wyrywał sobie włosy z głowy jak to możliwe, że nasz dyrektor sportowy jeszcze nie stracił pracy. Wtedy Zubizaretta kupił nam Mathieu i kontuzjowanego Vermaelena. Powiem szczerze, to było pierwsze okienko, w którym to z czystym sercem i sumieniem Zubi mógł usiąść na kanapie. I co? I wyleciał.

Dalej mieliśmy nieśmiertelny temat prawego obrońcy. Ściągnięty został zajebisty Douglas, który “musi zrozumieć europejską filozofię gry”. Wtem Dani przedłużył kontrakt z klubem, Roberto gra na prawej obronie przynajmniej dobrze i jeszcze kupiono Vidala. Czterech piłkarzy na jedną pozycję? Tylko w Barcelonie.

Chyba każdy uważa, że prowadzenie tak wielkiego klubu jak Blaugrana wymaga dalszego patrzenia w przyszłość niż jeden sezon do przodu. No właśnie, nie każdy. Odszedł Xavi i wszyscy pieklą się co teraz w obliczu kontuzji Rafinhi. Iniesta wiekowym nie jest od wczoraj. Nierówna gra Rakiticia również nie jest nowością. Mimo to w Barcelonie zastanawiają się nad kupnem Mustafiego, szóstego(!) środkowego obrońcy.

W ataku? Również nieciekawie. Odszedł Pedro i zostaliśmy z nieopierzonymi Munirem i Sandro.

Zastanawiam się czy jest w tym chaosie jakiś plan, czy ludzie odpowiedzialni za transfery robią wszystko na przysłowiowego Jana.

Bez serca, bez mózgu!

Xavi-Hernandez-Net-Worth

Częścią życia są pożegnania. Wpływu na to nie mamy. Zawsze jednak ciężko jest je zaakceptować. Ciężko zrozumieć, a jeszcze częściej opisać. Bo jak opisać sferę życia, która zawsze związana była z jedną osobą jak nie jej imieniem?

O decyzji Xaviego Hernandeza napisano już chyba wszystko. Opisano jego ponadprzeciętną karierę. Opisano rodzinę. Opisano styl gry. O Generale i tak wiedzieliśmy chyba wszystko, a nawet jeśli było inaczej to ogrom artykułów i felietonów przybliżył najbardziej zielonym pasjonatom futbolu jego sylwetkę. Dlatego też z mojej strony wypadałoby napisać coś innego. I to nie z racji redakcyjnego obowiązku. Po prostu jestem to Xaviemu winny. Wszyscy jesteśmy mu to winni.

Niedoceniony, wiecznie z tyłu, wiecznie w cieniu. Aż chciałoby się umieścić go w mojej serii „W cieniu sław”, ale nie wypada. Xavi jest ponad seriami, ponad schematami, ponad innymi piłkarzami. Określenie go człowiekiem instytucją nie wystarczy. Creus to Barcelona, choć Barcelona to nie tylko Creus. Moje początki z Barceloną sięgają wielu lat wstecz. Bywały lata pucharowej posuchy i piłkarski raj. Boże, tyle wspomnień, a w każdym z nich Ty kapitanie…

Lucho, Kluivert, Saviola, Eto’o, Ronaldinho, Messi, Henry, Villa, Pedro, Suarez, Neymar… można tak bez końca. Wszystkich ich obsługiwałeś nieziemskimi podaniami. Nigdy nie machałeś rękoma domagając się aplauzu. Nie przeszkadzało Ci to, że kamera podążała za egzekutorami kiedy to Ty wykonałeś najczarniejszą robotę. Nikt nie rozumiał słowa kolektyw lepiej niż Ty.

Ten dzień musiał nadejść. Wszystko się kończy. Jednak tego i tak się nie da zaakceptować. Młodszy kibic tego nie zrozumie, ale ten z dłuższym stażem jak najbardziej. Osobiście przeżyłem zdobycie trzy z czterech zdobytych Lig Mistrzów i uwierzcie, każda z nich smakowała inaczej. Tak naprawdę tylko jedna była pełna, ta po rzymskim finale. W Paryżu i Londynie czegoś brakowało. Była pasja, była Barcelona. Jednak raz graliśmy bez serca, a raz bez rozumu.

Te porównania Puyola i Xaviego do serca i mózgu Barcelony stały się już trochę nudne, ale nie da się lepiej opisać tych dwóch graczy. Bo jak inaczej nazwać Tarzana, który legendą stał się nie dzięki niesamowitemu talentowi, a dzięki ciężkiej pracy i waleczności? Jak nazwać Generała, który jak nikt inny widział wszystko na boisku. Rozdawał piłki po boisku tak jak mózg impulsy nerwowe po całym ciele.

I żeby nie było, po każdym finale wyłem ze szczęścia, a kilka następnych dni moja garderoba była tylko w kolorach blau i grana, ale w Paryżu brakowało mi Xaviego, który by biegł za Eto’o po pierwszej bramce i zaraz uklęknął przy chowającym twarz w dłoniach Belettim po trafieniu dającym upragniony puchar. Ajj… jak pogodzić się z tym, że już nie zobaczę Twojego palca wyciągniętego w górę po zdobytej bramce… Puyol grający na Wembley samą końcówkę również cały sezon leczył uraz kolana. Ten puchar też przeszedł obok niego.

I wiecie co jest najpiękniejsze? Wiecie co jest najbardziej niesamowite? To, że Puyol w sezonie 2010/11 wyłączony był z gry dłużej niż Eric Abidal, ale mimo wszystko to Francuz podniósł do góry Puchar Mistrzów po raz czwarty w historii klubu.

Kiedy Xavi harował cały sezon w lidze „stu punktów” i to on był kluczowym jej autorem, to wraz z Puyolem wręczyli trofeum Abidalowi i Tito by to oni dokonali honorów.

I do diabła z tym, że kibice Realu drwią z Xaviego i jego narzekania na murawę (choć powinni sobie przypomnieć, że jeszcze niedawno to ich „bóg” Mou narzekał na terminarz, sędziów, pogodę i chłopców do podawania piłek, a oni wraz z nim – hipokryci). Do diabła z tym, że Creus naprawdę nie raz nie dwa wchodził w zbędną polemikę z głupszymi od siebie. Xavi, byłeś wielki, a gdyby nie Puyol, to śmiało można powiedzieć, że największy.

Teraz, po latach, mogę się przyznać, że gdy odchodził Raul z Realu, to czułem żal. Dżentelmen w każdym calu opuszczający klub swojego życia tylnymi drzwiami i przede wszystkim bez pucharów. Realowi oczywiście co sezon życzę pielęgnowania pustki w klubowych gablotkach, ale ten jeden raz chciałem by kapitan Królewskich podniósł Puchar Króla do góry. Raz, że to bądź co bądź najmniej z prestiżowych pucharów, a dwa dlatego, że tylko tego brakowało Raulowi w karierze jako piłkarza Realu.

Dlatego dziękuję Bogu, że los okazał się tak łaskawy dla Xaviego, który już wzbił jeden tytuł w kierunku niebios, a w bliskiej przyszłości może to powtórzyć jeszcze dwa razy.

Dwa mecze. Dwa ostatnie kroki Xavi. Ostatni mecz na Camp Nou w Copa del Rey… cholera wiem, że to mało prawdopodobne, ale zaryzykowałbym! Xavi niech zagra od początku! Niech nacieszy oczy po raz ostatni widokiem trybun. Niech po raz ostatni usłyszy głosy uwielbienia z całego Camp Nou. Niech ostatni raz poczuje zapach murawy. Niech ostatni raz dotknie piłki na tym stadionie. W końcu po raz ostatni postawi na niej swoje piłkarskie nogi.

„Ciało i rozum mówią bym odszedł. Serce mówi bym został”. Ciałem będziesz w Katarze kapitanie, ale dom Twój gdzie serce Twoje. Zostawiasz je z nami. To zaszczyt kapitanie mieć Twoje serce przy sobie. Czekamy, aż po nie wrócisz.

6RACIES XAVI!

W cieniu sław: Priorytety

Wielki tydzień już za nami, chociaż, co niektórzy pewnie dopiero zabierają się za świąteczne mycie okien, a kibice Barcelony mogą śmiało powiedzieć, że siedem ostatnich dni było dla nich niezwykle syte. Brzuchy pełne? To dobrze. Teraz nakarmmy drugą materię, z której jesteśmy stworzeni.

Człowiek jest ciekawą istotą. Tak różną od wszelkich innych stworzeń Boga, a zarazem tak prostą do pojęcia. Tak schematyczną. A przez to złą. Stworzono nas z dwóch materii. Ciała, które jest jakże przyziemne. I duszy, której natury wielu nie zna. By żyć (a nie tylko egzystować) karmić należy tak opakowanie jak i zawartość. Uprzedzam przed wyłączeniem artykułu, TAK to jest felieton na stronie o Barcelonie…

… i o Barcelonie również. Być może ten tekst wyda się Wam pruderyjny, filozoficzny bądź nijaki. Płytki i nudny. A już na pewno Ci, którym zdarzyło się czytać moje publikacje sprawdzą dwa razy, czy na pewno autorem jest ta sama osoba, która stworzyła tak kontrowersyjną serię jaką jest „W cieniu sław”. Czasem jednak i w płytkiej kałuży znaleźć można więcej niż w najgłębszych wodach oceanu.

Jedzenie, picie, seks, zabawa i pasje. To pragnienia ciała. Uciecha dla zmysłów. Cel dla wielu. Nic w tym złego jeśli wszystko jest legalne. Pytanie jednak brzmi, czy to naprawdę da nam szczęście? Czy jeśli będziemy mogli napchać żołądki jedzeniem i piciem z najwyższej półki z naszych ust nie zejdzie uśmiech? Czy mając za partnerkę bądź partnera najpiękniejszą osobę będziemy usatysfakcjonowani? Jeśli każdą wolną chwilę spędzimy na zabawie, będziemy zadowoleni z czasu i sposób w jakim go wykorzystaliśmy? Czy realizując swoje pasje sięgniemy szczytu marzeń? Nie.

Albo inaczej, może nie w pełni. Za dowód mogą służyć nam wszelakiej maści gwiazdy, które przecież mają kasy jak przysłowiowego lodu, seksownych partnerów, domy jak pałace i wszystko to o czym pisałem wyżej. Mimo to co roku znajduje się ich zaćpane truchła w wannie. Umierających z powodu upojenia alkoholowego gdzieś w kalifornijskim rowie, albo wiszących w garażu. A przecież mieli wszystko. Mówiono im, że mieli wszystko „czego dusza zapragnie”.

KŁAMCY! Okłamali ich. Okłamali Was. Okłamali i mnie. Ci ludzie mieli wszystko czego ciało zapragnęło, ale tak jak i nie karmiąc ciała umieramy, tak samo nie dostarczając pokarmu duszy doprowadzimy siebie do tego samego końca. Dusza pragnie czego innego.

Ile razy zadaliście sobie pytanie czemu Ronaldinho, który jest talentem ponad miarę, który zdolnościami zjada (tak, zjada) Messiego i Cristiano razem wziętych tak stoczył. To nie przez sodówkę. To przez umiłowanie życia konsumenta.

Kiedy R10 kończył się jako piłkarz nie byłem już dzieckiem. Ciągle powtarzające się pytanie „gdzie podział się ten jego uśmiech?” miało dla mnie łatwą odpowiedź i tę odpowiedź przekażę Wam dziś i od Was zależy czy weźmiecie ją na serio czy wyrzucicie za siebie.

Brazylijczyk pochodził z biednych dzielnic. Obdarzony pozaziemskim talentem wymarzył sobie wspaniały dom, samochody, kobiety i sławę. Mając czarodziejskie różdżki zamiast nóg wyczarował sobie to wszystko w mgnieniu oka. I co dalej? Co potem? Zjadł już wszystko co było do zjedzenia. Wypił już wszystko co było do wypicia i kupił wszystko co było do kupienia. Póki przyozdabiał swoje opakowanie malował się na jego twarzy uśmiech, bo coś zmieniał. Kiedy skończył z powierzchownością nie wiedział co robić dalej. Nadal malował i zamalowywał to co już było czymś innym, ale wciąż ogarniała go ta wszechobecna pustka. Czegoś brakowało. Znasz to uczucie, prawda?

Dusza żywi się czymś innym. Ona żywi się dobrym słowem. Ona żywi się dobrym uczynkiem. Ona żywi się czymś czego nie dają owoce tej planety.

Piszę to wszystko, bo przerażeniem ogarnia mnie to co dzieje się już z nami wszystkimi. Prostymi ludźmi.

Kiedy samolot niemieckich linii lotniczych rozbił się w Alpach oczywiście mimowolnie wielu o tym usłyszało. Tego dnia dla wielu jednak wydarzyła się rzecz o wiele straszniejsza. Messiego bolał palec! Nie, to nie żart. Odsyłam w tej sprawie na fcbarca.com, gdzie kibice pod artykułem o reakcji środowisk Blaugrany na katastrofę pisali: „po co taki news tutaj?”, „co to ma wspólnego ze sportem?”. Otóż wiele moi drodzy. Ci ludzie być może wracali szczęśliwi po zwycięstwie swojej ukochanej ekipy w Klasyku. Pojechali, obejrzeli mecz i chcieli wrócić, jednak straszna śmierć nie pozwoliła im na to.

Somos uno – jesteśmy jednym. Kiedyś pisaliśmy o tym z Szymonem Ludowskim. Zwracaliśmy wtedy uwagę na to jak podzielone jest środowisko barcelonismo. Jak bardzo patrzymy na siebie samych. Jak kibice jednej drużyny mogą być wobec siebie podli. Jak więc możemy oczekiwać, że ci sami kibice będą empatyczni na takie zdarzenie? Przecież to ich nie dotyczy. Tamci ludzie nie dają im szczęścia. Jednak bez palca Messiego nie będą mogli dawać kolejnych pstryczków w nos kolegom w szkole. A przecież to tylko szczyt góry lodowej.

Ta kwestia dotyczy wszystkich sfer naszego życia. Zadajcie sobie jednak pytanie, czy bardziej podobał się Wam ten Klasyk, w którym Pepe wraz z Pique rozmawiali o malutkim Sashy, czy może ten, w którym chamstwo prezentowali tak Królewscy jak i Barcelona?

Czy nie brakowało Wam w zwycięstwach nad ekipą Mourinho tego „czegoś”? Nie czuliście tej pustki?

Ja czułem. Teraz, mimo skromnego tryumfu czuję się syty. Lepiej zjeść mniej karmiąc oba budulce niż napchać tylko jeden pomijając przy tym drugi.

Oficjalnie: Bartomeu winny!

 

Za błędy należy płacić. Stanowisko w niczym nie pomoże, a wręcz przeciwnie, ono może Cię pogrążyć. Przecież “stołek” obok stosu przywilejów to także obowiązki, a może nawet i PRZEDE WSZYSTKIM obowiązki. Stało się, Bartomeu jest winny zarzucanych mu czynów. Czy ktokolwiek spodziewał się innego wyroku w tej sprawie? 

No ok, to nie jest wyrok sądu i hiszpańskiego wymiaru sprawiedliwości.  To nie jest nawet wyrok zarządu Barcelony, ale jest to decyzja kogoś równie ważnego. Jestem cule od czasów dla gimbów zamierzchłych. Jestem cule od czasów kiedy świętem był mecz Blaugrany na TVP2 (kto by wtedy pomyślał o C+?). Pamiętam jak mój telewizor miał więcej pikseli niż minecraft i numery na koszulkach rzeczywiście spełniały inną rolę niż symboliczną. To były również czasy słabej Barcelony. Barcelony, która nijak miała się do tej, która tak rozpieściła nas w ostatniej dekadzie. Copa del Rey było szczytem marzeń. Czułem się wtedy chyba jak kibic Villarreal, albo w najlepszym wypadku Sevilli. Ciekawe, choć nieprzyjemne sportowe doświadczenie. Byłem wtedy kibicem średniego klubu. Ale byłem szczęśliwym kibicem.

Bartomeu jest winny w moich oczach i oczach wielu cules. I nie zwracam tutaj niemalże żadnej uwagi na sprawę “Neymargate”, bo i za Laporty mieliśmy do czynienia z przekrętami na gruuubą kasę. Mówię tutaj o czymś zupełnie innym. Bartomeu, Rosell i spółka dokonali morderstwa w czystej postaci. A za to wyrok powinien być tylko jeden. Sportowa śmierć, czyli zakaz jakiegokolwiek kontaktu z jakąkolwiek dziedziną sportu w jakiejkolwiek postaci. Nawet w FIFIE. Nie żartuję.

Morderstwo nie jest tutaj słowem absolutnie wyolbrzymionym. Pamiętam ostatni sezon Ronaldinho i Rijkaarda. Pamiętam blamaż i szpaler na Bernabeu. Pamiętam zdjęcia Brazylijczyka nawalającego rękoma po bębenkach kiedy Barca odpadała z Ligi Mistrzów. Pamiętam żywe wtedy Camp Nou, które nietypowo było białe. Białe od chusteczek. Jednak najbardziej z tamtego okresu pamiętam słowa mojego brata – prywatnie fana Manchester United – który powiedział: “Ale macie tam syf w Katalonii. W dwa lata po tryumfie w Lidze Mistrzów drużyna stała się całkowitą ruiną. Mimo to ma w sobie tę dziwną wyjątkowość”. Święta prawda. To BYŁA prawda.

Barcelona mimo wszystkich swoich problemów, których miała w swojej historii przecież wiele, zawsze pozostawała tą wyjątkową marką. Zawsze nam tego zazdroszczono. Zazdrościł nam komercyjny Real, który wiedział, że tej wyjątkowości nie kupi za żaden pieniądz. Zazdrościł nam Liverpool, zazdrościł Milan.

Bartomeu jest winny. On i cały jego zarząd. Oni wszyscy są winni zdrady. Zdrady barcelonismo. Jeszcze 4 lata temu nikt z nas nie spodziewałby się usłyszeć słów, że barcelońska koszulka jest warta tyle czy tyle. Bo ta koszulka jest bezcenna. Każdy prawdziwy cule o tym wie. Dziś już wiemy, że Faus, który piastuje stanowisko wiceprezydenta Barcelony wycenił ją na “40 do 50 milionów”.

Ileż kłamstw i upokorzeń musi przeżyć jeszcze kibic Barcelony? W życiu nie słyszałem takiej ściemy jak ta o braku wiedzy z ewolucji Qatar Fundation w Qatar Airways. A nawet jeśli nie wiedzieli, to za taką niekompetencję powinni wylecieć wszyscy związani z ówczesnym zarządem od Rosella po woźnego Pablo. A to wszystko przecież jest tylko szczytem góry lodowej.

Każdy z nas pamięta jak traktowano Pepa. Każdy z nas pamięta w jaki sposób pożegnano Abidala.

I właśnie teraz Abidal pokazał nam obecną sytuację w Dumie Katalonii najdobitniej. Ileż to razy Francuz grając w Monaco, a później w Grecji mówił, że marzy o powrocie do Barcelony. Przecież to właśnie stolicę Katalonii wskazał jako swój dom. Domu jednak nie ma. Już nie ma i winą za tę postać rzeczy można obwinić można właśnie Bartomeu i spółkę.

Bo my przecież nie pokochaliśmy Barcelony za wyniki tylko za… no właśnie, nawet nie wiem jak to nazwać. Barcelońskość? Nieważne! Pokochaliśmy ją za to przywiązanie do tradycji, do regionu, za to, że pewnych rzeczy nie chciała kupić i sprzedać choć mogła.

“Josep Maria Bartomeu winnym zamordowania w Barcelonie wszystkiego co barcelońskie”.

I nie miejcie moi drodzy najmniejszych pretensji do Kataru! Oni jak i wielu innych przyjechali zrobić interes i udało im się. To nie ich wina.

Paradoksalnie najmniej karcił będę Hiszpana za sprawę Neymara. Czas pokazał, że Brazylijczyk jest warty każdego eurocenta.

Ten sam czas pokazał też, że Twój czas panie Bartomeu dobiegł końca. I naprawdę mało mnie teraz interesuje czy Real Madryt prowadzi przeciw nam kampanię. Nasz prezydent jest w tym samowystarczalnym mistrzem. I szczerzę mu życzę, by kandydował! Zza krat! Na kogo ma kandydować? Nie znam się na więziennych zwyczajach, ale zawsze może zająć się myciem tego w czym spuścił cały nasz historyczny spadek… Przecież tak bardzo zależy Josepowi B. na tronie.

Barcy potrzebna jest bomba!

BARCELONA-RAYO

Kiedy zwalniałem dwa lata temu Pepa Guardiolę, nazywano mnie sezonowcem. Teraz wielu osób może zacierać ręce i powiedzieć: “ma co chciał!” Ja jednak nadal zwolniłbym Józka. Nie dlatego, że go nie lubię. Nie dlatego, że jego ostatni sezon nie zakończył się jakimś wielkim sukcesem. Również nie dlatego, że nie znam się na piłce. Nie! Po prostu Barcelona na gwałt potrzebowała i potrzebuje zmian. Nie tylko tych personalnych, ale również i mentalnych. Nawet najlepszy miecz kiedyś się stępi i stanie się zwykłym nożem. To straszne, że Blaugrana z piły maszynowej stała się pilnikiem do paznokci.

Guardiola był, jest i będzie najlepszym trenerem jakiegokolwiek miała “Duma Katalonii”, ale jego filozofia już tu nie pasuje. Ile można był grać Messim od pierwszej do ostatniej minuty?
Ilu jeszcze świetnych “killerów” za bajońskie sumy wylądowałoby na skrzydle, by Leoś mógł spijać śmietankę? Jak bardzo można było jeszcze skrócić ławkę rezerwowych i uszczuplać skład?
Wystarczy porównać jakich rezerwowych mieliśmy w roku trypletu, a jakich zmienników mamy teraz:
Tryplet: Pinto, Caceres, Marquez, Sylvinho, (Milito był kontuzjowany cały sezon), Toure, Keita, Gudjohnsen, Bojan, Hleb, Pedro.
Teraz: Pinto, Montoya, Puyol, Bartra, Adriano, Song, Dos Santos, Afellay, Tello, Cuenca, Roberto.
Chyba nie muszę wskazywać różnic jakościowych między tymi piłkarzami.

To, co się obecnie dzieje w Barcelonie, to nie jest dramat. To kpina! Nie po to wielu chciało odejścia Pepa, by zastąpił go Tito Vilanova (wraz z Rourą). Chcieliśmy totalnej zmiany szkoleniowca.
A przecież na rynku szkoleniowców było na pęczki. Kiedy choroba zaczęła wygrywać starcie z byłym szkoleniowcem Barcelony, co zrobił klub? Ściągnął totalnego no name’a.
Śmiali się kibice Realu z wyboru Katalończyków i słusznie. Barca zachowuje się człowiek, który wygrał sześć milionów w lotto, a kiedy pieniądze się skończyły, z uporem maniaka
zakreślał te same cyfry na kuponach. Nic dwa razy się nie zdarza. Nie będzie drugiego Pepa. Nie będzie drugiego Messiego. I co wtedy? Zarząd będzie wyciągał wszystkich maluchów z odrobinę szybszą nogą, bo może to będzie nowy Lionel? Chyba tak, bo już mamy transferowanego Halilovicia, którego raczej widziałbym jako zastępcę Iniesty.

Z wyborem trenera z resztą jest podobnie. Czasami zaczynam mieć wrażenie, że z rana ktoś zapuka do moich drzwi i powie: “Jest pan cholernym nikim w świecie futbolu. Może zostałby pan menedżerem Barcelony?”
I myli się prowadzący fanpage “Hala Dzieci”. To nie pseudo psioczenie na Martino, by postawił Ceska w pomocy. To są fakty. Jeżeli gość broni się statystykami Fabregasa,
to rzeczywiście nie mamy o czym rozmawiać. Gwarantuję, że stawiając Puyola na środku ataku, poprawilibyśmy wyczyny strzeleckie kapitana. Wypieprzyć te różowe okulary!

Barcelona nie gra źle przez brak zaangażowania. Nie gra źle przez to, że są przemęczeni. Blaugrana po prostu nie wie, co zrobić. Sposób “Zagraj do Messiego” się skończył.
Dlatego bez Leo graliśmy stokroć lepiej niż obecnie. Wrócił Argentyńczyk, to znowu reszta zawodników ma mu tylko posłać piłkę. A żeby się przełamał. A żeby dogonił Cristiano.
CR odleciał już tak daleko, że ciężko będzie go dogonić komukolwiek. Ronaldo na dzień dzisiejszy jest po prostu lepszy.

I zachowanie Portugalczyka też o tym świadczy. Co robi Messi? Lata z paczką solonych Lay’sów. Tymczasem Ronaldo oddaje pieniądze na leczenie małego chłopca, na dzieci w Gazie, na pomoc swojej rodzimej miejscowości.
Ronaldo stał się człowiekiem, a Messi staje się CR-em sprzed kilku lat. Frustratem, który jest zdziwiony, że musi gonić.

I jeszcze ta sytuacja z Puyolem. Ten najwrażliwszy temat. Odchodzi legenda, co zrobić? W normalnym świecie i normalnym klubie powinno pozwolić mu na spokojnie opuszczenie klubu. Może przejść do USA, by polatać swawolnie kilka ostatnich lat za piłką. Jednak najlepiej to podziękować mu jak się tylko da, zmienić nazwę stadionu na Estadio Carles Puyol, nosić na rękach i zapewnić ważną funkcję w klubie (najlepiej prezydenta). Nie, po prostu dajmy mu odejść. Nie popadajmy w marazm. Barcelona zmierza ścieżką Milanu, który stał się domem starców, a z tego stanu bardzo ciężko wyjść, czego dowodem mogą być obecne wyniki Mediolańczyków.

Barcy potrzebna jest bomba! Bomba o sile tej, którą wysadził kilka lat temu Pep. Bomba, która wywali za burtę Alvesa, Pedro, dos Santosa, Pinto, Mascherano, Songa, Afellaya, Tello, Cuencę i Oiera. Bombę, która posadzi Xaviego na ławce.

Póki co zaczyna się robić smród. Klub mówi o niesamowitych inwestycjach, na które zamierza wyłożyć (uwaga!) 50 milionów euro – 5 za Halilovicia – 12 za Ter Stegena, czyli suma sumarum całe 33 miliony
na wzmocnienie prawej obrony i jej środka. Na wzmocnienie pomocy i ataku. Na głowę 9 milionów od zawodnika. Czyli tyle, co wydaje na zawodników Galatasaray.

Barcelona zbliża się do góry lodowej, czy się rozbije? Nie. Ona nawet do niej nie dopłynie.

Nauczcie się być kibicami

611x458

Minęło już trochę czasu od mojego ostatniego felietonu. Minęło już trochę czasu od kiedy rzeczywiście cieszyło mnie pisanie. Minęło już trochę czasu od kiedy, niektórzy z was – “kibice” od siedmiu boleści, byliście normalni.

 Czy was atakuję? Bez wątpienia.

Ale zacznijmy od początku, żeby moje narzekanie i irytacja nie zostały uznane za bezpodstawne. Problem nie pojawił się wczoraj, bo głupich zawsze było bez liku, ale ostatnimi czasy to zjawisko wydaje się przybierać na sile. Nie wiem, czy to przez złą sytuację na rynku pracy, czy przez modę brania wszystkiego w ciemno od Korwinów, Kolonków czy innych krzykaczy. Nie wiem też, czy jest to spowodowane środowiskiem, z którego ktoś się wywodzi. W ogóle dużo rzeczy nie wiem.

Nie wiem, czym zasłużyła sobie matka innego użytkownika, żeby grozić jej, wyzywać ją od ladacznic, albo mówić o tym, czego się z nią nie robiło w łóżku. Nie wiem, jaki cel był w ataku Jurka Owsiaka, który pomógł setkom (jeśli nie tysiącom) osób.

Gdzie wy macie głowy?! I nie mówię tego tylko do was, ale także do “pasjonatów” sportu na całym świecie. Sandro Rosell od początku nie był moim ulubieńcem. Czekałem na jego odejście praktycznie od dnia, w którym został wybrany na prezydenta klubu. Natomiast ostrzelanie jego domu, w którym mogły być małe dzieci czy kobiety, to już nawet nie głupota. To bandytyzm.

Futbol nie jest najważniejszą rzeczą na świecie. Nie jest nawet najważniejszą rzeczą z rzeczy mniej istotnych. Piłka nożna to gra, taka sama jak pchełki, tylko z większymi emocjami. Wy natomiast uważacie, że obrażenie drugiej strony jest obowiązkiem. Że bez tego się mecz nie odbędzie. I myli się poseł Bosak, który mówi, że race są tylko ozdobą. Za takie można uznać piękne transparenty z godnymi hasłami, a nie płonące pałki, które notorycznie lądują na boisku czy piłkarzach (choćby na Didzie). To nie policja się uwzięła na kibiców, to kibice mają problem, bo nie umieją kibicować.

Mój ojciec – stu procentowy Palestyńczyk – zwrócił uwagę mojej trzyletniej siostrze, kiedy rzuciła na ziemię biało-czerwoną flagę. Mimo ataków ze strony Polaków na jego osobę. Mimo tego, że bywa ciężko. To szacunek dla flagi, godła i hymnu trzeba zachować. Ale kibice wiedzą lepiej, jak traktować ojczyznę. Bo czy jest lepsze słowo niż “kur@#”, wykrzyczane zaraz po ostatnim słowie Mazurka Dąbrowskiego?

Świat jest poza płytą murawy. Kiedy Eric Abidal zachorował na nowotwór, nagle wszyscy cules przypomnieli sobie, że ludzie na tę chorobę umierają. Wcześniej było to wszystkim obojętne. I nie chodzi tu oczywiście o to, żeby olać Abiego. On jest bohaterem, ale takich jak on są setki. Z tą różnicą, że on miał środki na najlepszych lekarzy, a większość nie.

I to jest jeden z powodów, dla których nie pracuję już czynnie na blogu. W momencie kiedy zostałem zaatakowany za to, że broniłem zabitego ex-piłkarza młodzieżowej reprezentacji Niemiec (pochodzenia syryjskiego), tylko dlatego, że broniłem waszym zdaniem “terrorysty”. Ale ja jestem z tymi “terrorystami”, którzy walczą o wolność. O to, by móc wyjść i powiedzieć to, co mówią Korwin i Kolonko, co i raz atakujący władzę. Teraz obrona pamięci zabitego jest złem. Bo zdaniem kibiców z transfery.info powinienem przyłączyć się do nagonki i krzyczeć z nimi: “niech zdycha”, “to ciapaty, więc go nie żal”, albo “muzułmanin nawet na internetowego znicza nie zasługuje”.

Tacy są dzisiejsi kibice. Ich bardziej cieszy porażka rywala niż tryumf swojej ekipy. Krzywda przeciwnika jest powodem do radości.

Niech waszym wzorem nie będzie Messi, Ronaldo czy inny telewizyjny celebryta. Niech będzie nim ktoś wartościowy, albo niech będzie nim wasze serce. Messi nawet nie wie o waszym istnieniu. Ronaldo też. Za to obaj wiedzą o istnieniu szybkich samochodów i ścigają się w kupowaniu coraz to nowszych i większych domów. Nowych gadżetów. Robieniu kolejnych pieniędzy na reklamach.

Kiedy kilka lat temu susza zabiła około (uwaga) dwa MILIONY ludzi, Messi biegał z Lay’sami, a Ronaldo ścigał się z jakimś superszybkim samochodem. 

Nie ma już dla kogo pisać. Nie ma już z kim dyskutować. Futbol, zamiast łączyć, jeszcze bardziej dzieli. Nauczcie się być kibicami. Ale to jest chyba niemożliwe…

…przecież niektórzy nie potrafią być ludźmi.

Spowiedź blogowicza. “Tego nie widziałem. I tego nie widziałem. Ale to widzieli wszyscy”

ancelotti

Jak bardzo głupi i naiwny potrafi być człowiek. Kiedy Florentino Perez ściągnął do Madrytu Jose Mourinho wiedziałem, że będzie “dym”. Zresztą nie tylko ja, przecież Portugalczyk gdzie tylko się pojawiał, robił wokół siebie piekło. Taki był jego styl bycia. Pokazanie, że cały świat jest przeciwko Mou i jego drużynom. Że ekipy, które prowadzi są niczym Naród Wybrany, a reszta świata nie potrafi tego zrozumieć. Taki właśnie jest Jose Mourinho.

To ten sam facet zabrał mi całą przyjemność z El Clasico, do którego kiedyś jak dzieciak odcinałem kupny i odliczałem dni. Bo to było piłkarskie święto. A święta są wyjątkowe i obchodzić trzeba je godnie. Bez palca w oku, bez fauli i bez symulacji. 

Tym większa była moja radość kiedy Jose odszedł do Chelsea. Cieszyłem się, że znowu kapitanowie Barcelony i Realu obejmą się po spotkaniu. Bo przecież przyszedł Carlo Ancelotti. Oaza spokoju. Gentlman. Jak już mówiłem, głupi i naiwny potrafi być człowiek.

Pamiętam Ancelottiego jeszcze z czasów jego pracy w Milanie. Spokojny i wyważony facet, który słynął z popalania papierosów na ławce trenerskiej. I na tym jego wady – wydać by się mogło – się kończą. Łapka w górę, kto pamięta jak ówczesny trener Interu Jose Mourinho próbował sprowokować Carlo, ale mu się nie dało? Ja pamiętam. Naprawdę, szacunek. Zwłaszcza, że z Portugalczykiem wytrzymać trudno. Sam Pep Guardiola nie wytrzymał i wdawał się w słowne przepychanki z trenerem londyńczyków.

Aj. Cieszyłem się, że znów wróciła normalność i spokój. Ja – głupi i naiwny.

Nie wiedziałem jednak o jednej rzeczy. Wraz z przybyciem Ancelottiego do Madrytu, jego stan zdrowia wyraźnie się pogorszył. Przede wszystkim oślepł. Nie widział, że to Pepe faulował w polu karnym rywali, a Muniz Fernandez pokazał na wapno dla Realu Madryt. To było za daleko. Nie widział też ostatnio faulu Carvajala na drugą żółtą kartkę. Nie widział faulu Pepe na Fabregasie na rzut karny. Nie mógł. Ale faul na Ronaldo widział! No przecież wszyscy go widzieli! Ty też. Tak, Ty Czytelniku. A wcześniejsze sytuacje? Spoko, mogłeś tego nie zobaczyć. Przecież akurat odwróciłeś wtedy głowę, dłubałeś w nosie i patrzyłeś na Diego Lopeza.

Cóż Carlo. Twoje pęknięte naczynko w oku było wystarczającym sygnałem i ostatnim dzwonkiem. Trzeba zakupić sobie porządne okulary. Ale temu schorzeniu da się jeszcze zaradzić. Gorzej z innym objawem. Z chorobą, na której nazwę, aż serce przestaję na chwilę bić. A wszystko dlatego, że nie ma na nią jeszcze lekarstwa.

Ból dupy doskwiera podobno każdemu statystycznemu członkowi Realu Madryt. Od Pereza przez Ancelottiego, na kibicach kończąc. Nawet maść niczemu nie potrafi zaradzić.

Skończmy jednak żarty, bo nie o to tu chodzi. Zadaję sobie pytanie: “Czemu do jasnej cholery trener Królewskich nie mógł powiedzieć – moja wina?”. Przecież to on wymyślił tę beznadziejną taktykę z Balem na szpicy i Ramosem na pivocie. To przecież nie Undiano kazał mu pozwolić wejść Neymarowi w pole karne jak w masło.

Nie powiedział tego, bo lepiej pójść niechlubnie utartą drogą poprzednika. Płakaniem i usprawiedliwianiem. Wylewaniem gorzkich żali na konferencjach.

A może to ja czegoś nie widziałem? Może ze mną jest coś nie tak?

Nie szkodzi. Co by się nie działo i tak jestem głupi i naiwny.

Podsumowanie październikowych ocen

alexis-sanchez-barcelona-wallpaper-hd
Za nami kolejny miesiąc zmagań Barcelony w sezonie 2013/14. Po niemalże perfekcyjnym wrześniu, nastąpił październik, który miał być miesiącem próby dla podopiecznych Taty Martino. Oczywiście największe emocje budziło El Clasico. Niemniej jednak wizyty na Celtic Park i przede wszystkim na San Siro też nie mogły przejść bez echa, zwłaszcza że rok temu Barcelona wyjechała stamtąd na tarczy. W lidze doczekaliśmy się też pierwszego potknięcia Blaugrany z Osasuną. Poza tym spotkaniem mistrzowie Hiszpanii zremisowali tylko z Milanem w Lidze Mistrzów. Październik był też miesiącem, w którym przez długi okres nie oglądaliśmy Messiego leczącego uraz. Tym bardziej cieszy fakt, że mimo braku lidera, Neymar i Alexis potrafili go bezbłędnie zastąpić. Do dobrej gry wrócił też wreszcie Iniesta. A po ponad półrocznej przerwie znowu zobaczyć mogliśmy Carlesa Puyola. Znowu wiele działo się na Camp Nou i na wyjazdach, a na dokładne podsumowanie tych wydarzeń zapraszamy poniżej.

BRAMKARZE

Czy w miesiącu z El Clasico i Milanem trener mógł postawić na kogoś innego niż Victor Valdes? Początek miesiąca nie napawał optymizmem. Słabe występy w meczach z Celtikiem i Milanem były mało pocieszające przed starciem z Realem. Na szczęście w odpowiednim momencie VV znów wrócił na swój nieziemski poziom. Dowód? Był najlepszym zawodnikiem w meczu z Królewskimi, a i z Celtą uratował nam tyłek kilkukrotnie. Jose Pinto Oier Olazabal znowu nie powąchali murawy.

Victor Valdes - rozegrane mecze: 6; średnia ocen: 5,75
Jose Pinto - rozegrane mecze: 0; śr. ocen: br. oceny
Oier Olazabal - rozegrane mecze: 0; śr. ocen: br. oceny

OBROŃCY

Pierwszy raz w tym sezonie mogliśmy zobaczyć w akcji wszystkich czterech stoperów. Nadal numerem jeden jest Gerard Pique. Hiszpan zaliczył w końcu imponujące 30 dni. Poza spotkaniem z Celtikiem oglądać mogliśmy Gerarda ze starych dobrych lat. W kluczowych momentach z najsilniejszymi rywalami (tj. Milanem i Realem) grał jak profesor. Za to należą mu się wielkie brawa. Dalej nie zawodzi Marc Bartra, który rozegrał wszystkie mecze nie wymagające doświadczenia. Z Milanem i Realem Tata postanowił nie ryzykować i wystawić kogoś z większym bagażem umiejętności. Nie zmienia to faktu, że Bartra nadal był najlepszym partnerem dla Pique. Javier Mascherano wrócił do gry po przerwie spowodowanej kontuzją i zaprezentował się bardzo słabo. Z Milanem zagrał gorzej niż źle. To po jego błędzie padła bramka dla mediolańczyków. Z Realem nieco lepiej, choć gdyby Undiano odgwizdał rzut karny po jego faulu, znów moglibyśmy zarzucić wiele Argentyńczykowi. W końcu powrócił też król - Carles Puyol. Póki co gra niepewnie, ale miejmy nadzieje, że to przez brak rytmu meczowego. Chwalimy Martino, że Puyi gra z mniej wymagającymi rywalami, bo potrzebuje minut, a na lepszych rywali póki co się nie nadaje.

W październiku najczęściej grającym bocznym obrońcą był Adriano. Brazylijczyk nie wykorzystał kontuzji Jordiego Alby, który ma w tym sezonie ogromnego pecha, bo dopadł go kolejny długoterminowy uraz. Adriano grał niepewnie z tyłu, często gubiąc krycie (patrz gol stracony w meczu z Valladolidem). W ataku nie imponował tym do czego nas przyzwyczaił. Spartaczył sytuację w meczu z Milanem, która powinna zakończyć się golem. Bardzo słaby okres w jego wykonaniu zakończony… urazem (jakżeby inaczej). Daniel Alves nadal rządzi i dzieli na swojej stronie. Nie gra tylko wtedy kiedy musi odpocząć. Za kadencji Martino widocznie odżył. Świetne mecze z Milanem i Realem, gdzie założył “siatkę” Ronaldo, na długo zapadną nam w pamięci. Powoli minuty zbierać zaczyna też Martin Montoya, który raz zastąpił Alvesa, a ostatnio kontuzjowanego Adriano. Młody Hiszpan zaczyna pomału łapać wiatr w żagle. Z Celtą był najlepszym piłkarzem spośród całego bloku defensywnego.

Gerard Pique - rozegrane mecze: 4; śr. ocen: 6,75
Marc Bartra - rozegrane mecze: 4; śr. ocen: 6,63
Javier Mascherano - rozegrane mecze: 2; śr. ocen: 4,5
Carles Puyol - rozegrane mecz: 2; śr. ocen: 5,5
Adriano - rozegrane mecze: 6; śr. ocen: 4,92
Dani Alves - rozegrane mecze: 5; śr. ocen: 5,9
Martin Montoya - rozegrane mecze: 2; śr. ocen: 6,75
Jordi Alba - rozegrane mecze: 0; śr. ocen: br. oceny

POMOCNICY

Październik nadal był miesiącem, w którym Sergio Busquets grał prawie zawsze. Trzeba przyznać, że Hiszpan wywiązywał się ze swoich obowiązków wzorowo. O ironio, nie przeszkodziło to częściej meldować się na murawie Alexowi Songowi. Najwidoczniej Tata zauważył, że Kameruńczyk może grać razem z Busim. Obaj pivoci występowali świetnie przez cały październik. We wszystkich spotkaniach zagrał Cesc Fabregas. Jego występy były nierówne, ale było to spowodowane raczej tym, że przez długi okres pomocnik musiał grać jako środkowy napastnik, co mu bardzo nie leżało. Mimo wszystko Cesc strzelił dwa ważne gole (z Celitikiem i Celtą). Dużo grał też Xavi. Generał był równy i nie zawodził jak za czasów Tito Vilanovy. Oczywiście mistrzostwa nie było, ale inteligencją boiskową nadrabiał wiele swoich braków. Wydarzeniem miesiąca jest powrót do formy Andresa Iniesty, który był głównym architektem remisu z Milanem i zwycięstwa z Realem. Możemy poczuć ulgę, że z formą wypalił właśnie teraz. Sergi Roberto nie zameldował się na boisku ani razu. Jonathan dos Santos Ibrahim Afellay wciąż leczą urazy.

Cesc Fabregas - rozegrane mecz: 6; śr. ocen: 6
Sergio Busquets - rozegrane mecz: 5; śr. oceny: 6,4
Xavi - rozegrane mecze: 5; śr. oceny: 5,7
Andres Iniesta - rozegrane mecze: 5; śr. ocen: 6,3
Alex Song - rozegrane mecze: 4; śr. ocen: 6,33
Sergi Roberto - rozegrane mecze: 0; śr. ocen: br. oceny
Jonathan dos Santos - rozegrane mecze: 0; śr, ocen: br. oceny
Ibrahim Afellay - rozegrane mecze: 0; śr. ocen: br. oceny

NAPASTNICY

To pierwszy miesiąc, w którym Lionel Messi nie wiódł prymu jeśli chodzi o całą pierwszą linię, ani o strzelanie goli. Tylko jedno trafienie Argentyńczyka, jednakże bardzo ważne, bo na wagę remisu z Milanem. Poza tym leczył uraz i grał na skrzydle. Świetnie – nadal – spisywał się Neymar. Brazylijczyk stał się prawdziwym liderem ataku Barcelony. Jego debiut w El Clasico był niesamowity. Gol i asysta w takim meczu, to naprawdę świetne osiągnięcie. Jednak to nie Neymar był najlepszym piłkarzem Barcelony w tym miesiącu. Głównym aktorem był Alexis Sanchez, który strzelił najwięcej goli i wiódł Blaugranę od tryumfu do tryumfu. Wspaniała bramka w meczu z Realem i niesamowicie ważna asysta z Celtikiem. Nic dziwnego, że Pedro i Tello mieli problem z wywalczeniem sobie miejsca w podstawowej jedenastce. Kanaryjczyk jest nadal bezproduktywny, a Cristian wciąż chcę się przebić na siłę. Isaac Cuenca wrócił już do treningów, ale nie mieści  się nawet w kadrze meczowej.

Neymar - rozegrane mecze: 5; śr. ocen: 7,1
Alexis Sanchez - rozegrane mecze: 5; śr. ocen: 7
Pedro - rozegrane mecze: 6; śr. ocen: 4,5
Lionel Messi - rozegrane mecze: 4; śr. ocen: 6,83
Cristian Tello - rozegrane mecze: 4; śr. ocen: 5,17
Isaac Cuenca - rozegrane mecze: 0; śr. ocen: br. oceny

Jedenastka miesiąca: Valdes (3) – Adriano (3), Pique (2), Bartra (2), Alves (3) – Busquets (3), Fabregas (3), Iniesta (1) – Neymar (3), Messi (3), Alexis (2)

Zawodnik miesiąca: Alexis Sanchez

Pozytywne wyróżnienie miesiąca: Sergio Busquets

Negatywne wyróżnienie miesiąca: Pedro

Gol miesiąca: Cudowny lob Alexisa w meczu z Realem Madryt

Najlepszy mecz miesiąca: Barcelona vs. Real Madryt

Strzelcy:
4 – Alexis
2 – Neymar, Fabregas
1 – Xavi, Messi

Oceny za mecz z Realem

real_barcelona_gran_derbi_29082012_640x480

Barcelona po serii Klasyków bez wygranej, w końcu odniosła zwycięstwo nad odwiecznym rywalem. O dziwo Messi i Ronaldo, byli dziś aktorami drugie, albo i trzeciego planu. Blaugrana była dziś przez większość spotkania lepsza niż Królewscy, ale i Los Blancos mieli swoje szanse dodatkowo mieliśmy także kontrowersje.

Victor Valdes – 8,5 (ZM) Po serii słabszych meczów wrócił świetny VV. Dwie kapitalne interwencje po strzałach Khediry i fenomenalna parada przy uderzeniu Cristiano nie zostawiły nam wyjścia jak tylko wyróżnić bramkarza, dla którego może to być ostatni Klasyk na Camp Nou. Duży minus za straconą bramkę, ale mimo wszystko brawa i miano zawodnika meczu.

Dani Alves – 7 Brazylijczyk wyraźnie odżył pod batutą Taty. W obronie świetnie wyłączył Ronaldo, a w ataku wprowadzał mnóstwo zamieszania. Raz dał się wyprzedzić Portugalczykowi po czym mieliśmy bardzo dobrą sytuację dla przyjezdnych. Gdyby koledzy go wsparli, to za pewne miałby asystę  na swoim koncie.

Gerard Pique – 8 Prawie bezbłędny mecz Gerarda. Wygrywał niemal każdą górną piłkę, a i z grą nogami nie miał większych problemów. Pewny punkt obrony Barcelony. Oby tak dalej.

Javier Mascherano – 6 Bardzo nierówny mecz Argentyńczyka. Zaczął bardzo dobrze, bo to on rozpoczął akcję bramkową precyzyjnym przerzutem. To on jednak faulował Ronaldo w polu karnym czego sędzia nie zauważył i to on często tracił piłkę przy jej wyprowadzaniu. Lepiej niż z Milanem, ale nadal możemy wymagać więcej.

Adriano – 5,5 W ataku bezproduktywny, a w obronie bez fajerwerków. Wypady ofensywne Brazylijczyka, była raczej bezsensowne. Nie zdecydował się na ani jeden strzał, a przecież uderzyć z dystansu były zawodnik Sevilli potrafi.

Sergio Busquets – 7 Bardzo dobre zawody Hiszpana. Mistrz świata nie miał problemów z przerywaniem akcji rywala w środkowej części boiska. Nie tracił futbolówki w głupi sposób co często mu się zdarzało. Nie włączał się do akcji ofensywnych, ale było to zapewne założenie taktyczne trenera, który i tak wystawił przecież trzech ofensywnie usposobionych pomocników.

Xavi – 6 Nie jest to ten sam Xavi co jeszcze kilka lat temu, ale mimo to potrafił mądrze rozprowadzić akcję i uspokoić grę. Znów można narzekać na mało pomysłów Generała i beznadziejnie wykonywane stałe fragmenty gry. Mimo wszystko spodziewałem się gorsze występu kapitana, który delikatnie choć pozytywnie, zaskoczył.

Andres Iniesta – 8 Wraca Andres, na którego czekaliśmy i to w najlepszym momencie. Kolejna asysta w trudnym spotkaniu. Mógł sprezentować gola także Messiemu, ale Argentyńczyk przestrzelił w dobrej sytuacji. Absolutnie kluczowy. Mógł przekreślić swój kapitalny występ stratą przed polem karnym, ale Valdes naprawił jego błąd. Miejmy nadzieję, że kolejne mecze będą coraz lepsze w wykonaniu Hiszpana.

Lionel Messi – 6 Dyskretny występ Argentyńczyka,  którego Tata Martino wystawił na prawym skrzydle i dodatkowo bardzo cofniętego. Mimo wszystko pochwalić Leo możemy za walkę w destrukcji i inteligentnym przetrzymywaniu piłki. Agresywnie atakowany. W ostatniej minucie przeprowadził świetną akcję, ale Alves nie umieścił piłki w siatce.

Cesc Fabregas – 5 Najsłabszy na boisku, co nie oznacza, że zagrał źle. Był po prostu niewidoczny. Nie złego na niego nie powiemy, ale dobrego też nie.

Neymar – 8,5 Śmiali się kibice Realu, że przepłaciliśmy za Brazylijczyka, a Bale miał się spłacić z samych koszulek. Dziś to Neymar był główną gwiazdą i aktorem na boisku. Bramka i asysta, to chyba najlepszy scenariusz jaki w debiutanckim Klasyku wyobrazić sobie mógł Ney. Przyćmił zarówno Ronaldo jak i Messiego (o Bale nie mówiąc). Brak słów.

Rezerwowi:

Alexis Sanchez – 8,5 Facet jest genialny. Wszedł i pozamiatał, a jego bramka była majstersztykiem. Chyba zamknął usta krytykom a i Pedro może wybierać sobie fotelik na ławce rezerwowych.

Alex Song – 7 Udowodnił, że powinien wchodzić właśnie w takich ciężkich momentach, bo bardzo zastopował nasilające się ataki Królewskich. Nie bał się także włączyć do ataku, ale robił to bardzo rozsądnie.

Pedro – brak oceny Grał za krótko by można go było ocenić.

Oceny za pierwszy mecz na San Siro

1391825_590635704331826_144945844_n
Barcelona na kilka dni przed El Clasico, zremisowała drugi mecz z rzędu. Tym razem jest to wynik dużo bardziej satysfakcjonujący. Po pierwsze dlatego, że rywal był  dużo lepszy niż Osasuna, a po drugie gra wyglądała lepiej niż w sobotę. Tata Martino ma jednak jeszcze wiele do poprawy przed sobotnim Klasykiem.

Victor Valdes – 4 Jeżeli Valdes teraz wybrał sobie czas na obniżkę formy, to możemy mieć problem. Październik nie jest miesiącem naszego portero. Przy bramce Robinho bez szans, ale zaliczył kolejny (trzeci w ciągu ostatnich tygodni) pusty przelot przy rzucie rożnym i tylko cud uratował Barcelonę przed utratą bramki. Miejmy nadzieję, że w meczu z Realem znowu zobaczymy kapitalną wersję Valdesa, choćby tą z września.

Dani Alves – 6  Bardzo aktywny, ale mało z tego wynikało. Często niedokładny i spóźniony. Nie można mu jednak odmówić waleczności. W obronie raczej bezbłędny, w ataku popisał się jednym dobrym dośrodkowaniem do Messiego. Dobry mecz.

Gerard Pique – 8 (ZM) Najlepszy piłkarz na boisku i prawdziwy lider obrony. Takiego właśnie Gerarda chcemy oglądać, bo był to występ na miarę jednego z najlepszych stoperów świata. Praktycznie nie tracił piłek, a jeżeli już mu się to zdarzało, to przy próbie konstruowania ataku, gdzie też dobrze sobie radził. Być może, gdyby miał innego zawodnika obok siebie, Barcelona dziś cieszyłaby się ze zwycięstwa.

Javier Mascherano – 3 Wrócił po niemal miesięcznej przerwie i zagrał bardzo źle. Już w pierwszych minutach stracił piłkę w środkowej części boiska, wtedy jednak jego koledzy naprawili ten błąd. Niestety w 9. minucie w banalnej sytuacji oddał piłkę Robinho, który na spółkę z Kaką wyprowadził Milan na prowadzenie. W dalszej części meczu nieco lepiej, ale i tak popełnił jeszcze jeden katastrofalny błąd kiedy całkowicie zapomniał o pilnowaniu strzelca bramki dla gospodarzy i tylko kiks byłego zawodnika Realu uratował Blaugranę przed stratą drugiego gola. W meczu z Królewskimi wolelibyśmy nie zobaczyć Argentyńczyka.

Adriano – 5 Rozczarował. Nie wspierał Neymara, który mając piłkę nie miał komu jej oddać. W obronie całkiem pewnie, chociaż warto zaznaczyć, że Mediolańczycy woleli atakować stroną Daniego Alvesa. Zmasakrował 200 procentową sytuację, kiedy po kapitalnym dośrodkowaniu Messiego nie potrafił umieścić piłki w siatce z odległości… 1 metra!

Sergio Busquets – 8 Otarł się o gracza meczu. Kapitalne prostopadłe podanie w korytarz do Messiego. Mnóstwo ważnych odbiorów. I gdyby nie brak asekuracji stoperów przy wspomnianej wcześniej sytuacji Robinho i zabawie przed swoim polem karnym zakończonej stratą, Busi zebrałby pewnie najwyższą notę. Niestety, takie gafy nie mogą przytrafiać się defensywnemu pomocnikowi. Niemniej jednak doceniamy udział Busquetsa w tym punkcie i chcemy go takim oglądać (poza tymi błędami) zawsze.

Xavi – 6,5 Niezły mecz Xaviego. Zadziwiająco pomysłowy, co ostatnio zdarzało mu się rzadko. Dwa kapitalne podania do Alexisa i Iniesty, ale ci zmarnowali swoje sytuacje. Nadal zdarzało mu się za długo holować piłkę, ale przy tym czego byliśmy świadkami na początku sezonu widać duży postęp. Tata będzie miał nie lada orzech do zgryzienia wystawiając piłkarzy do środka pola na sobotni mecz.

Andres Iniesta – 7 Nareszcie! W końcu wrócił Andres, którego tak kochamy oglądać. Z dobrym feeling’em i wizją gry. Kapitalna asysta do Messiego przy bramce wyrównującej. Minusy za efekty ninja, kiedy Iniesta ukrywał się gdzieś na San Siro, no i oczywiście za to, że zmarnował sytuację po podaniu Xaviego. To jeszcze nie ten sam piłkarz co rok temu, ale wreszcie pokazał choć ułamek swojego potencjału. Liczymy na niego w najbliższy weekend.

Alexis Sanchez – 4 Najsłabszy obok Mascherano piłkarz Barcelony. Zupełnie bezproduktywny w ataku. W obronie też się nie pokazywał, poza jednym razem kiedy zarobił żółtą kartkę. Miał jedną sytuację, którą zaprzepaścił. Słaby prognostyk przed kolejnymi spotkaniami biorąc pod uwagę, że ani Pedro ani Tello formą nie imponują.

Lionel Messi – 7,5 Pierwszy mecz w pełnym wymiarze czasowym od odniesionej kontuzji i było to dobre spotkanie. Oczywiście gol dający ważny punkt we Włoszech wydaje się być najjaśniejszym punktem występu Argentyńczyka, ale warto docenić coś jeszcze. Messi widząc, że mecz się nie układa zaczął grać zupełnie inaczej niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej, za czasów Tito Vilanovy. Dzisiaj nie widzieliśmy Messiego napastnika, ale raczej mediapuntę, który poza groźnymi sytuacjami (trzema, z których jedną zamienił na gola a pozostałe dwie uratowali piłkarze Milanu), kreował także grę co i raz schodząc jak za dawnych czasów na prawe skrzydło. Szkoda, że Adriano nie wykorzystał jego genialnej piłki.

Neymar – 6 Niewidoczny. Co prawda głównym winowajcą tego był Adriano, który nie wspomagał swojego rodaka, ale mimo wszystko Neymarowi brakowało nieco pomysłu na grę. Dwa strzały w pierwszej połowie, z których jeden był naprawdę genialny, poszybowały obok prawego słupka. Jak to z napastnikami bywa, zastój strzelecki kiedyś się kończy i z każdym meczem Ney jest coraz bliżej swojego pierwszego gola w Lidze Mistrzów.

Rezerwowi:

Cesc Fabregas – 5 Wszedł, powalczył, ale faza meczu nie pozwoliła mu na pokazanie pełni swoich możliwości.

Pedro – brak oceny Grał za krótko, by móc go ocenić.