Barcelona w spódnicy: marzenie z Emirates Stadium

Losowanie par 1/8 tegorocznej edycji Ligi Mistrzów odbyło się 14 grudnia 2015 roku. Los chciał, że FC Barcelona trafiła na londyński Arsenal. Ostatni raz te dwie ekipy miały okazję do spotkania w tych najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywkach w Europie przed pięcioma laty, w sezonie 2010/11, i to dokładnie na tym samym poziomie Pucharu. Blaugrana po pasjonującym i bogatym w zwroty akcji dwumeczu wyeliminowała Kanonierów i ostatecznie sięgnęła po trofeum.

Po grudniowym losowaniu pojawiło się w sieci mnóstwo memów komentujących skład wylosowanej pary. “Pech” The Gunners  do trudnych przeciwników był przez kilka dni na pierwszym miejscu rozważań mniej lub bardziej poważnych sympatyków futbolu. Wszyscy zastanawiają się, czy ten tak zwany “pech” znajdzie swoje potwierdzenie również tym razem i ostatecznie ekipa Arsene’a Wengera skończy tę edycję Champions League na poziomie 1/8, jak to często miało miejsce w ostatnich latach.

Kiedy na początku 2012 roku zaczęłam pracę w obecnej firmie, poznałam tam szaloną i bardzo fajną fankę Arsenalu: Olę. Od razu znalazłyśmy wspólny język. Najczęściej rozmawiałyśmy o piłce, ale oczywiście nie tylko. Kiedyś obiecałyśmy sobie, że jeśli tylko ponownie FC Barcelona trafi na Arsenal w Lidze Mistrzów, jedziemy razem na mecz. Słowo się rzekło, ekipa z Camp Nou znowu zawita na Emirates Stadium, więc “trzeba” na taki pojedynek pojechać. Zdecydowałyśmy się na starcie w Londynie, który będzie pierwsze, a rewanż odbędzie się na Camp Nou. Swoją drogą, jak pokazują statystyki, to zdecydowanie lepsze rozwiązanie dla zespołu ze stolicy Katalonii, który woli u siebie na spokojnie dobijać rywali albo odrabiać ewentualne straty. W międzyczasie do naszego składu meczowego dołączyła Ania, która z bordowo-granatowym sercem od razu zdobyła moją sympatię. Poznałyśmy się na towarzyskim spotkaniu Azulgrany z Lechią Gdańsk w 2013 roku.

Pojedynek w Londynie na pewno będzie zacięty, bo Kanonierzy będą z pewnością zdeterminowani, żeby pokazać, że klątwy 1/8 nie ma. Poza tym jest też za co się odgrywać, biorąc pod uwagę historię wspólnych rozgrywek. Z drugiej strony ekipa pod wodzą Luisa Enrique jest niezwykle skuteczna, i owszem, zdarzają się jej od czasu do czasu bezsensowne straty punktów z ligowymi średniakami, ale jak naprawdę trzeba, potrafią się odpowiednio zmobilizować. A jeśli to zrobią, mało co jest w stanie powstrzymać ofensywne tridente: Messi, Suarez, Neymar . Będzie to niezwykle trudne nawet dla tak utalentowanego bramkarza jak Petr Cech. Cieszę się również na zobaczenie na żywo znowu Alexisa Sancheza, którego bardzo lubię i szanuję, no i pamiętam oczywiście jego piękne trafienia w koszulce z logiem FC Barcelony na piersi.

Bilety na samolot już mamy, wylatujemy do Londynu rano w dniu rozegrania pojedynku, a wracamy następnego dnia wieczorem. To fajna opcja na krótki pobyt, ale jednocześnie pozwalający na jakieś szybkie i bardzo podstawowe zobaczenie chociażby najważniejszych atrakcji stolicy Wielkiej Brytanii. Oprócz oczywistych względów piłkarskich jestem bardzo podekscytowana, bo w Londynie jeszcze nigdy nie byłam i nigdy też nie widziałam meczu Barcy w 1/8 LM. Mecz grupowy i ćwierćfinał mam już zaliczone, więc teraz 1/8 dołączy do mojej małej kolekcji rozgrywek Barcy oglądanych na żywo.

Kiedy z zapartym tchem oglądałam na żywo transmisję online z losowania i ekipa Kanonierów została wylosowana pomyślałam: “jejku teraz będzie FC Barcelona”, tak też się stało. Oczywiście od razu przypomniałam sobie o umowie z Olą, że na taki mecz wybierzemy się razem. Z drugiej strony pojawiło się też wiele pytań, jak damy radę to zrealizować, za ile, czy uda się z urlopem itp. A później uświadomiłam sobie, że nieważne, co się wydarzy, musimy tam pojechać, po prostu jedziemy, coby się nie działo. Nie miało wielkiego znaczenia, czy na Camp Nou, czy na Emirates Stadium, ważne, żeby to zrobić, bo to świetna umowa, cenne doświadczenie i kolejny mecz mojego kochanego zespołu oglądany z trybun, a to coś wspaniałego. Każdy mecz FC Barcelony przeżywany na żywo to spełnienie moich marzeń, a spełnianie ich jest baaardzo przyjemne i daje ogromną satysfakcję, naprawdę warto!

Życzę Wam Drodzy Czytelnicy na ten Nowy Rok, który nam się niedawno zaczął, spełnienia wielu marzeń i pragnień, nie tylko tych piłkarskich.

 Źródło zdjęcia: zimbio.com

Barcelona w spódnicy: El Clásico odwołane?

Przeczytałam niedawno newsa, że El Clásico się odbędzie. Hmm, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że było to stwierdzenie w stylu „jednak” się odbędzie. W pierwszej chwili pomyślałam, no ba! No pewnie, że to spotkanie zostanie rozegrane, oczywista oczywistość, co mogłoby się takiego zdarzyć, żeby Klasyk stanął pod znakiem zapytania. No co?

Wydaje się to aż niemożliwe, żeby ten mecz odwołać, bo to jakby odwołać święta, powiedzieć dzieciom: Bożego Narodzenia w tym roku nie będzie, Mikołaja i choinki też się nie spodziewajcie. El Clásico to nie tylko mecz, a znacznie, znacznie więcej. Pojedynek Dumy Katalonii z Królewskimi to piłkarska ceremonia, a dla fana którejkolwiek z tych drużyn jest to wydarzenie niezwykłe, święto największe w roku. To czas zaciętej walki, walki niemal na śmierć i życie, pojedynku całych drużyn, ale także piłkarskich indywidualności, rywalizacji obejmującej nie tylko stadion. To również symbol walki z reżimem Franco, widmo bolesnej przeszłości kraju, która nie daje o sobie zapomnieć. Dodatkowo jak każdy występ Barcy jest to okazja do otwartej manifestacji katalońskiego dążenia do niepodległości, nawet pomimo faktu, że pojedynek będzie miał miejsce w stolicy.

Oczywiście autor newsa mówił o odwołaniu bądź nie tego widowiska w kontekście ostatnich wydarzeń w Paryżu, czyli zagrożenia zamachami terrorystycznymi. Pytanie tylko, czy jest to tylko generalna obawa, czy konkretny powód? Co stałoby się, jeśli byłby konkretny? Jeśli okazałoby się, że rzeczywiście jest takie realne zagrożenie?

Czy rzeczywiście można odwołać Gran Derbi w obawie o zamach? Zapewne biorąc pod uwagę skalę i wagę wydarzenia, może być ono celem ataku, ale czy na pewno? Skąd wiadomo, że jest realne ryzyko. Jeśli nie wiadomo i to tylko ogólne przypuszczenie, to należałoby odwołać wszelkie masowe imprezy i mecze organizowane w Europie. Pewnie jest to do zrobienia, ale nie rozwiązuje problemu, i przede wszystkim ciągle nie zapewnia nam 100% bezpieczeństwa. Nie popadajmy w paranoję. Z drugiej strony, jeśli rzeczywiście jakieś służby wykryły takie plany, to chyba można zająć się sprawą przed meczem i to, co namierzone, jakoś unieszkodliwić. Chociaż przepadam za filmami akcji, tej kwestii rozwijać nie będę. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwe i jednoznaczne, to fakt, że stosuję tu teraz pewne uproszczenie, niemniej jednak coś w tym jest. Nie dajmy się zwariować, nie uchronimy się odwołując imprezy, bo wystarczy metro, ulica, kolej, gdziekolwiek gdzie jest jakieś skupisko ludności. Nawet jeśli zostanie podjęta decyzja o rozegraniu spotkania, a jednocześnie niemiłosiernie zostaną zwiększone kontrole przy wejściu na stadion, czy to rzeczywiście dużo zmieni? Moim zdaniem niekoniecznie. Jeśli ktoś naprawdę będzie chciał wysadzić stadion podczas meczu, zrobi to, nieważne czy jakiś samobójca wejdzie na stadion, czy nie, bo zapewne jest jeszcze milion sposobów, żeby bezosobowo to zrobić. Pewnie nie mam nawet pojęcia o 99% takich możliwości, technologia idzie do przodu, drony i inne takie zabawki na pewno można tu wykorzystać. Kwestia tylko ceny i ogarnięcia, a z tym na szczęście chyba nie jest najlepiej wśród islamskich terrorystów. Chciałabym wierzyć, że jest jakiś środek, sposób, abyśmy byli bezpieczni, ale go nie ma, cokolwiek nie zrobimy. Trzeba żyć dalej. A policja i inne służby muszą znajdować sposoby, by możliwie szybko wykrywać plany zamachów czy wszelkie przejawy ich przygotowywania. Z drugiej strony bezpieczeństwo nie tylko kibiców, ale również zawodników jest najważniejsze. Nie można by było sobie wybaczyć, gdyby kto zbagatelizował doniesienia/ poszlaki i naraził 80 000 ludzi przebywających na trybunach na niebezpieczeństwo.

Wiadomo, że bardzo wielu kibiców zaplanowało teraz podróż do Madrytu, żeby zobaczyć mecz Barcelony z Realem na żywo. Jeśli nie będą na Santiago Bernabéu, to świetnie byłoby chociaż tam być w okolicach Klasyku, obejrzeć go gdzieś w barze pod stadionem, poczuć ten klimat, oczekiwanie, przygotowania, sam mecz, emocje i wszystko co z tym związane.

Ale zastanówmy się, co by się stało i kto by najwięcej stracił przy odwołaniu najbliższego meczu, który już za kilka godzin ma się odbyć w stolicy Hiszpanii. Zanim to przeanalizuję, chciałabym jako przykład dać swój własny, z ostatnich miesięcy. Kiedy w lipcu pojawił się terminarz rozgrywek La Liga 2015/16 od razu zaplanowałam wakacje w Barcelonie na przełom października i listopada, z gwoździem programu oczywiście na Camp Nou. Miało być nim spotkanie ligowe, które Duma Katalonii miała rozegrać 1 listopada z Villarrealem. Zarezerwowałam samolot i nocleg jeszcze w lipcu. I wszystko było zapłacone, zaczęłam odliczać czas do wyjazdu. Plan był następujący: 11 dni w stolicy Katalonii, mieszkanie 400 m od Camp Nou, mecz ligowy Barcelony, na dokładkę może mecz Espanyolu, a wisienka: jak dobrze pójdzie Liga Mistrzów na deser (wtedy miała odbywać się kolejka w ramach fazy grupowej, ale oczywiście nie wiedziałam, czy Barca będzie grała mecz u siebie). 12 sierpnia wszystko się popsuło, bo Komisja LFP, nie wiedzieć czemu, postanowiła nagle dokonać zmian w terminarzu. W wyniku tych modyfikacji starcie w ramach Primera División z Villarrealem zostało przesunięte o tydzień, a więc na 8 listopada, zatem podczas mojego wyjazdu miał być jedynie mecz wyjazdowy, z Getafe. Załamała mnie ta wiadomość. I niby to tylko jeden mecz ligowy, z niezłą ekipą, ale nie z najwyższej półki, chociaż zawsze z Żółtą Łodzią Podwodną może wydarzyć się wszystko. Zwykły przełom miesiąca, w Polsce święto Wszystkich Świętych. A to przesunięcie o mało co nie popsuło mi wakacji (na szczęście mecz z cyklu Champions League się wtedy trafił domowy). Zastanawiam się tylko ile na całym świecie było takich osób jak ja? Ile zaplanowało swoje wakacje w oparciu o terminarz, ile chciało zobaczyć tamten mecz? Oczywiście bilety na samolot czy rezerwację noclegu można przebukować, ale często nie jest to warte kosztów, które trzeba ponieść. Wtedy stwierdziłam, żeby po prostu w ramach tej oszczędności na bilecie na mecz pojechać na jakiś weekendowy meczowy wypad na wiosnę. Pamiętam jeszcze jedną sytuację z odwołanym meczem, która była bardzo przygnębiająca, kiedy w lecie 2013 został odwołany towarzyski mecz Barcelony z Lechią, który miał się odbyć w Gdańsku. Sprawa była dodatkowo przykra, bo powodem był nawrót choroby nowotworowej ówczesnego trenera Dumy Katalonii: Tito Vilanovy. Pamiętam, ile wylałam wtedy łez z powodu tego odwołania, i to wszystko stało się dzień przed meczem, ech, traumatyczne to było przeżycie. Na szczęście mecz ostatecznie odbył się z 10-dniowym przesunięciem.

Aż strach pomyśleć co by było, gdyby to Gran Derbi zostało odwołane. To byłoby jak jakiś kataklizm. Zapewne liczba osób, która specjalnie z powodu tego widowiska jest teraz w Madrycie, jest ogromna. Wycieczki, samoloty, hotele, a ileż stolików w barach i restauracjach zarezerwowanych, ile ekip umówionych na wspólne oglądanie na całej kuli ziemskiej, ile zjazdów fan club’ów w każdej strefie czasowej. To tak się tylko wydaje, dla „normalnych” ludzi jest dzisiaj zwykła szara sobota, kolejna w roku, z nie najlepszą aurą, ponura, ale chociaż weekend. A dla fanów Barcy i Realu przede wszystkim, chociaż generalnie dla fanów piłki nożnej jest dzisiaj prawdziwa uroczystość. Święto w pełnym znaczeniu tego słowa, święto z historią, celebracją, rytuałami, obchodami, wszystko. Święto piłki nożnej, starcie gigantów, absolutnie najlepszych. Dwa razy w roku liga hiszpańska nam serwuje takie show i nie można tego przegapić. Dla mnie Gran Derbi na Camp Nou to życiowe marzenie, a raczej plan, bo co jak co, ale to na bank zrealizuje, i to nie raz!

Cieszę się bardzo, że ten mecz się odbędzie, że za kilka godzin siądę przed TV i obejrzę to wspaniałe widowisko. Będę śledzić je w koszulce Barcy, przeżywając i krzycząc w kluczowych momentach, śmiejąc się z zachowania Ronaldo, denerwując na sędziego, podziwiając piękne akcje, oglądając powtórki goli. Już nie mogę się doczekać! Miłego meczu Wam życzę drodzy Czytelnicy, wspaniałych emocji, walki fair play i niech wygra lepszy.

 

Źródło zdjęcia: zimbio

Barcelona w spódnicy: kibice lubią zabawki

Miałam szczęście być ostatnimi czasy w Barcelonie kolejny raz i muszę przyznać, że fascynujący jest stopień dominacji FC Barcelony w tym mieście. Miasto przesiąknięte jest klubem do szpiku kości, to miejsce ma bordowo-granatowe serce. I myślę, że jest to rewelacyjna sprawa. Spacerując urokliwymi uliczkami miasta Gaudiego, na każdym niemal kroku znaleźć możemy sklepy z bardziej lub mniej oficjalnymi klubowymi gadżetami. Jest tego całe mnóstwo, ile tylko można sobie wyobrazić, setki przeróżnych kształtów i smaków FC Barcelony, kompletnie wszystko. Począwszy od koszulek, zapalniczek, breloczków, po ciastka, stringi i prezerwatywy z herbem. Istny szał. Gdzie okiem sięgnąć, tam osoba w koszulce ekipy Messiego, z czapką czy jakimkolwiek innym dobrze widocznym gadżetem. Mężczyźni, kobiety, starsi, młodzi, osoby praktycznie w każdym wieku i niemal każdej narodowości. A najbardziej rozczulające są maluchy ubrane od stóp do głów w klubowe barwy.

To co się dzieje w okolicach rozgrywanego przez Dumę Katalonii meczu to jeszcze bardziej interesująca sprawa, inna bajka. Dookoła Camp Nou upchane są liczne stragany z oficjalnymi gadżetami, pełno wszystkiego potrzebnego na mecz, czapki, trąbki, zawieszki, koszulki, szaliki itp. FC Botiga jest naturalnie otwarta przed meczem, co daje okazję do niemałego i zupełnie nieracjonalnego shoppingu. Szał zakupów na całego. Wszyscy w koszulkach podnieceni czekającym ich meczem latają po ogromnej sklepowej przestrzeni jak opętani, biorąc ile można tylko unieść koszulek, kubków, zawieszek, breloczków, kieliszków i czego tylko dusza zapragnie. Sekcja z nadrukami na koszulkach pracuje na pełnych obrotach. W powietrzu da się wyczuć radosne podniecenie zbliżającym się spotkaniem pierwszej ekipy. Działa kilka kas, kolejka jest długa, ale nikt nie marudzi, wszyscy szczęśliwi wydając grube eurasy. Jeszcze tylko pani przy kasie miło zapyta z jakiego kraju jesteśmy i już można z piękną reklamówką (tak, ona też jest cudowna) iść na stadion, zasiąść na trybunach i cieszyć się pasjonującym widowiskiem. Camp Nou, zakupy, mecz, ech och ach!

Tak, kibice to straszni gadżeciarze, którzy lubią zabawki, uwielbiają i to bardzo. Mimo że doskonale zdaję sobie sprawę jak to działa, jako kibic z pełną swiadomością daję się wciągnąć w tę grę: marketing, sponsorzy, zyski, machina napędza się sama. Na byle czym można nadrukować FCB i w nieoficjalnym sklepie opchnąć, zawsze znajdzie się ktoś kto to kupi, tak jest. I nawet przy świetnych jakościowo rzeczach, jak ta koszulka Nike, która wiem, że jest dobra, ale nie gram w niej, zakładam raz na jakiś czas, chodzę w niej oglądać mecze, a i tak zapłacę za nią 100 euro i co najważniejsze – to sprawi, że będę najszczęśliwszą osobą na świecie. Albo 30 euro na mieście, w nieoficjalnym sklepie, już z nadrukiem, okej, w ostateczności. Chociaż to nie to samo, co zakupy na Camp Nou. Nabywanie klubowych gadżetów w magicznym sklepie przy samej katalońskiej świątyni piłki nożnej to niesamowite doznanie, niemal mistyczne, czerpanie u źródła. Podczas ostatniego wyjazdu, przed meczem z BATE Borysów zakupiłam sobie w FC Botiga wymarzoną bluzę Barcelony, kosztowała koszmarnie dużo i w normalnych warunkach nie wydałabym tyle za żadną bluzkę, a tutaj zrobiłam to z niebywałą przyjemnością, spełniłam marzenie, które chodziło za mną od dawna i wiecie co? To naprawdę rewelacyjne uczucie. Oczywiście nie kupiłam tylko bluzy, tam się nie da kupić jednej rzeczy. Ech cóż to były za zakupy! A piętro pierwsze z damskimi rzeczami, torebki, kopertówki z delikatnym nadrukiem herbu na pięknej skórze, ech… to następnym razem!

Niebywała frajda jest przy okazji zakupów, ale nie tylko dla siebie. Fantastycznie jest także kupować gadżety dla kogoś, najlepiej oczywiście dla jakiś znajomych fanów, bo ich przesiąknięte Barceloną głowy i serca zdołają to odpowiednio docenić, ale w zasadzie bosko jest obdarowywać klubowymi gadżetami wszystkich. Z pierwszego wyjazdu do Barcelony przywiozłam coś ze sklepu na Camp Nou niemal całej rodzinie, tacie otwieracz, bratu breloczek, chrześnicy nawet kaczkę do kąpieli. Napełniło mnie to taką radością jakbym to sobie coś kupiła. Ostatnio jej siostrze pod choinkę podarowałam śpiochy Barcelony – i w sumie dla mnie był to największy prezent. A widząc bobasa w bordowo-granatowych śpiochach, cuuudo! Z ostatniego wyjazdu przyjechał śliniak Barcy.

Z psychologicznego punktu widzenia jest to pasjonujące i straszne zarazem. Mózg kibica można porównać do mózgu dziecka, chce tych błyskotek z ulubioną kreskówką, chce ich teraz już, dużo. I najlepsze, a zarazem niebezpieczne, jest to, że nie ma nad nami głosu rozsądnej mamy, która mówi “nie mogę, masz już to, kiedy indziej, nie wszystko na raz”. Masz gotówkę, to kupujesz. Ach, jak wielką to sprawia frajdę i radość. Mój pokój wygląda jak pokój 10-letniego chłopca, pościel FC Barcelony, jasiek FC Barcelony, plakat nad łóżkiem FC Barcelony. Na studiach mieszkałam w 3-osobowym pokoju i nie raz jakaś odwiedzająca osoba po szybkim rzuceniu oka na ścianę nad moim łóżkiem pytała, czy mieszka z nami chłopak. W szafie koszulki i jedno marzenie… za 40 lat mieć ich całą szafę, z każdego sezonu przynajmniej po jednej, a najlepiej po dwie: domową i wyjazdową. Ech, to porąbane i kapitalne zarazem. Daje szalenie dużo radości. Cieszę się jak dziecko, widząc koszulki i zakładając jakąś na mecz.

Z jednej strony wydajemy grubą kasę na coś, co bez znaczka FCB byłoby 4 razy tańsze, a z drugiej… to daje szczęście. Budzi we mnie dziecko, dziewczynkę, która chce wszystko z ulubioną bajką i to jest właśnie moja bajka: FC Barcelona. Daje mi możliwość bycia dzieckiem i to jest odjazdowe. Dzieckiem, które wyczekuje meczu jak maluch wyczekuje Bożego Narodzenia, które same sobie kupuje prezenty i może mieć niemal wszystko z ulubionymi bohaterami, a nawet lepiej, bo tych bohaterów może zobaczyć na żywo i nie są tylko narysowani. Dziecko, które cieszy się ogromnie i smuci, które kocha swoją bajkę i wie, że nigdy nie będzie innej, ulubieńszej. I mimo że już jestem dorosła, fajnie jest mieć taką wymówkę, by otwarcie manifestować cząstkę dziecka w sobie. Zakładać koszulkę, szalik, bluzę w kochanych barwach i na stadionie bądź w barze z innymi fanami zdzierać gardło. A dodatkowo jakie to praktyczne, inni nie mają problemu z prezentami, bo nawet jeśli już coś podobnego masz, rzecz ze znaczkiem FC Barcelony cieszy ogromnie i… tego nigdy za wiele!

Podpisano: Uzależniona dziewczynka, zakochana w FC Barcelonie po uszy.

Barcelona w spódnicy: Premier League nadal królową?

Gdybyśmy zrobili ankietę wśród losowo wybranej grupy fanów piłki nożnej i poprosili ich o wskazanie najlepszej czy też najsilniejszej europejskiej ligi piłki klubowej, w ciemno można obstawiać, że zdecydowana większość bez mrugnięcia okiem wytypowałaby Premier League. Na szczycie listy wielu niewątpliwych zalet ligi angielskiej znajdziemy z pewnością mnogość nieprzeciętnie dobrych drużyn, co zapewnia wyrównany poziom rozgrywek. Do tego możemy dorzucić naturalną konsekwencję wielu dobrych ekip: zatrzęsienie meczów na porządnym poziomie, których wynik niezwykle trudno z góry przewidzieć. Mamy zatem na Wyspach, przynajmniej w teorii, więcej emocjonujących widowisk niż w La Liga czy Bundeslidze. Możemy usłyszeć z ust kibiców angielskich drużyn, że w rozgrywkach ich rodzimej ekstraklasy niczego nie można być pewnym, bo praktycznie każdy może ograć każdego, także benjaminek ekipę z pierwszego miejsca. Znakomite kluby to naturalnie całe zastępy utalentowanych piłkarzy, legendarnych trenerów oraz imponujące osiągnięcia na tle Europy i świata. Premier League jest specyficzna, sam styl gry na Wyspach różni się od tego prezentowanego chociażby na Półwyspie Iberyjskim. W Anglii gra się bardziej twardo, pojedynki między zawodnikami są często bardziej zacięte. Można by tak wymieniać jeszcze długo i zapewne każdy fan brytyjskiego futbolu mógłby dodać tu coś od siebie.

Premier League od lat dzierży wysadzane diamentami berło królowej krajowych lig. Oczywiście szczerze trzeba przyznać, że lata pracowała wytrwale na to miano i że niewątpliwie się jej swego czasu należało. Kwestią sporną jest to czy nadal na nie w pełni zasługuje? Zadajmy sobie szczerze pytanie: na ile liga angielska w dalszym ciągu jest najlepsza a na ile jedzie tylko na wypracowanej kiedyś opinii?

Zanim przedstawię tezę będącą odpowiedzią na postawione wyżej pytanie chciałabym troszkę zaszaleć z liczbami. Co jak nie liczby w futbolu mogą nam rozjaśnić i dać obraz sytuacji, uwidocznić jakieś trendy? Naturalnie statystyka nie jest absolutną i jedyną słuszną wyrocznią, nie jest wyznacznikiem i nie mówi nam wszystkiego, ba, często zniekształca obraz. Przytoczyć tutaj mogę przykład zasłyszany na studiach od jednego z wykładowców. Profesor powiedział na jednym z wykładów a propos statystyki: nie biję swojej żony, ale mój sąsiad swoją bije codziennie, statystycznie każdy z nas bije swoją żonę co drugi dzień. Także ze statystyką trzeba uważać i z pewnością nie można jej brać zawsze i wszędzie śmiertelnie serio. Jednakże liczby są nieodłącznym elementem futbolu i dają nam ogromną wiedzę o wynikach i pozycji drużyny: statystyki goli, strzałów, straconych szans, udanych dryblingów, wygranych i przegranych rocznie, miesięcznie, z danymi drużynami, w podziale na kraje…można tyle zestawień skompletować ile dusza zapragnie, zarówno biorąc pod uwagę wyniki całych drużyn, jak i poszczególnych zawodników czy formacji. Ogólnie multum liczb. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, światem futbolu rządzą cyferki, nie tylko te w tabelkach sportowych analiz, ale również te na banknotach.

Chciałabym w tym miejscu, pod kątem wypracowanych na boisku osiągnięć przełożonych na liczby, przeanalizować poczynania drużyn reprezentujących Premier League. Wezmę pod uwagę kilka ostatnich lat i na tej podstawie pokuszę się o ocenę wielkości całej ligi angielskiej, spróbuję zdefiniować jej aktualną pozycję wśród najmocniejszych lig europejskich. Analiza będzie oparta na ocenie poczynań angielskich drużyn i ich zawodników głównie w europejskich pucharach. Zacznę od rankingu klubowego, po czym przeanalizuję występy klubów angielskiej ekstraklasy w Lidze Mistrzów i Lidze Europy a zakończę na jedenastce roku UEFA i Złotej Piłce UEFA.

Ranking drużyn

W obecnym sezonie w klubowym rankingu UEFA (stan na 21 marca 2015) w pierwszej 50 najlepszych klubów znajduje się 8 drużyn hiszpańskich, po 6 angielskich i włoskich, 5 niemieckich oraz 3 francuskie. Pierwsza piątka zestawienia wygląda następująco: Real Madryt, FC Barcelona, Bayern Monachium, Chelsea oraz Porto. Mamy zatem wśród 5 najlepszych drużyn klubowych świata jedną drużynę reprezentującą Premier League: Chelsea Londyn na 4 miejscu. Pozostałe pierwsze piątki zestawienia ostatnich lat wyglądają następująco:

10/11: Manchester, FC Barcelona, Real Madryt, Porto, Schalke
11/12: Real Madryt, FC Barcelona, Atletico, Bayern Monachium, Chelsea
12/13: Bayern Monachium, Borussia Dortmund, Chelsea, Real Madryt, Benfica
13/14: Real Madryt, Atletico, Benfica, Bayern Monachium, FC Barcelona

Na 25 możliwych miejsc w pierwszych piątkach pięciu sezonów tylko 4 razy pojawiła się drużyna angielska. Ostatni raz na 1 miejscu reprezentant Wysp gościł w sezonie 10/11, był to Manchester United. Dla porównania drużyny hiszpańskie: Real , Barcelona i Atletico pojawiają się 11 razy, 3 razy będąc na pierwszym miejscu zestawienia (Real Madryt).

Ranking drużyn to zaledwie wstęp. Przejdźmy do punktu głównego a więc prześledzenia poczynań angielskich klubowych gigantów w europejskich pucharach. Co jak nie występy na tle najsilniejszych drużyn starego kontynentu może zaświadczyć o wielkości danego klubu i w konsekwencji definiować pozycję na tle konkurencji krajowej ligi? Przeanalizujmy wyniki ekip angielskich w dwóch najbardziej prestiżowych klubowych zmaganiach: Lidze Mistrzów i Lidze Europy. Wyniki porównajmy z największymi w tym momencie konkurentami Premier League: Bundesligą i Primera División.

Liga Mistrzów

Zdobycie pucharu Ligi Mistrzów to marzenie większości piłkarzy i trenerów klubów europejskich. Podnieść i ucałować ten legendarny puchar – czyż w piłkarskiej karierze może być coś piękniejszego? Spróbujmy ocenić zespoły Premier League na podstawie ich poczynań w najważniejszych klubowych rozgrywkach Europy, a mianowicie Champions League. Żeby wśród mistrzów zaopiniować pozycję ligi angielskiej chciałabym wziąć pod lupę występy drużyn angielskich w tych zawodach w ostatnich sezonach: od 2008/09 do 2013/14, biorąc pod uwagę wyłącznie kluczową, pucharową fazę rozgrywek.

Poddając analizie 6 ostatnich sezonów Ligi Mistrzów na poziomie 1/8 zawodów drużyny angielskie pojawiały się 19 razy, tyle samo drużyny hiszpańskie, a o 5 mniej zanotowały ekipy z Niemiec. Z kolei w ćwierćfinałach grało 12 ekip z Wysp, 13 z Półwyspu Iberyjskiego i tylko 8 działały z ramienia ekstraklasy naszych sąsiadów. Półfinały zdecydowanie należały do Hiszpanii, drużyny z tego kraju występowały w nich na przestrzeni ostatnich lat 10 razy, z kolei angielskie i niemieckie zaledwie sześciokrotnie. W meczach finałowych ostatnich lat mogliśmy podziwiać czterokrotnie teamy hiszpańskie, natomiast w 3 finałach ekipy niemieckie i angielskie. W ciągu ostatnich lat 3 razy wygrał Ligę Mistrzów przedstawiciel Primera División (FC Barcelona w latach 2009 i 2011 oraz Real Madryt w zeszłym roku) a po jednym reprezentanci Bundesligi (Bayern Monachium 2013) i Premier League (Chelsea 2012). Podsumowując, bez względu na to, który poziom rozgrywek fazy pucharowej bralibyśmy pod uwagę, statystycznie najwięcej razy pojawiały się w niej drużyny z La Liga.

Tegoroczna edycja Champions League nie była brana pod uwagę w powyższych wyliczeniach z prostej przyczyny, bo się jeszcze nie skończyła, za nami dopiero 1/8 rozgrywek. Ale już w tym momencie rywalizacji widać kondycję drużyn angielskiej ekstraklasy na tle najlepszych klubów Europy. Patrząc na wylosowane przed kilkoma dniami ćwierćfinałowe pary błyskawicznie rzuca się w oczy jedna rzecz, a raczej jej brak: w najlepszej ósemce rozgrywek nie ma ani jednej ekipy z Premier League. Żadna drużyna angielska nie ma już szans na zdobycie pucharu Ligi Mistrzów. Porównując to z ligą hiszpańską, gdzie nadal w grze jest trzech kandydatów do tytułu, mamy sprawę jasną: La Liga rządzi. Pozostałe teamy obecnego ćwierćfinału to reprezentanci Ligue 1 (dwa kluby) oraz po jednym z Bundesligi, Serie A oraz portugalskiej Primeira Liga.

Liga Europy

Popisy ekip angielskich w Lidze Europy prześwietlmy podobnie jak w Lidze Mistrzów. Oczywiście UEFA Europa League jest o klasę niżej, ale występy w tych zawodach także warto wziąć pod uwagę. Podobnie jak w przypadku Champions League prześwietlę jedynie ilość występów drużyn angielskich, hiszpańskich i niemieckich w fazie pucharowej na przestrzeni ostatnich 6 sezonów. W najlepszej szesnastce drużyn rozgrywek 11 razy pojawiały się ekipy angielskie, 10 hiszpańskie a 9 niemieckie. W ćwierćfinale kolejno wynik plasował się następująco: 5, 8 i 6. Z kolei w 6 ostatnich półfinałach mogliśmy zobaczyć 3 drużyny z wysp, 7 reprezentantów La Liga i 3 teamy niemieckie. W finale z kolei walczyły dwukrotnie drużyny angielskie, czterokrotnie hiszpańskie i jednokrotnie drużyna niemiecka. Raz wygrał reprezentant Premier League (Chelsea w 2013 roku), trzykrotnie puchar podnosił kapitan drużyny hiszpańskiej (Atletico Madryt w 2010 i 2012 oraz Sevilla w 2014). W ciągu ostatnich 6 lat ani razu Ligi Europy nie wygrała ekipa z Niemiec. Widać jak na dłoni, że podobnie jak z Champions League, Liga Europy ostatnich lat również zdominowana jest przez drużyny hiszpańskie.

Drużyna roku UEFA

Drużyna roku UEFA to przedostatnie kryterium jakie chciałabym zgłębić oceniając poczynania Premier League w ostatnich latach. Uwzględnię liczbę zawodników grających w klubach z danej ligi, a którzy zostali w danym roku wytypowani do 11 UEFA. Dla uproszczenia obliczeń weźmy pod uwagę ostatnie 10 lat, od jedenastki 2005 do zestawieni za rok 2014. Mamy zatem do obstawienia 110 miejsc. Równo połowa, 55 graczy pojawiło się w najlepszych jedenastkach roku UEFA w ciągu ostatnich 10 lat, 19 reprezentantów klubów angielskich i tyle samo włoskich, 13 zawodników z teamów niemieckich oraz 4 zawodników grających w Ligue 1. Przewaga graczy La Liga jest tutaj po prostu miażdżąca.

Złota piłka

Statystyczne wyliczenia mające mi pomóc w rozważaniach nad wielkością ligi angielskiej chciałabym zakończyć najwyżej cenioną piłkarską nagrodą indywidualną, a więc Złotą Piłką. Od ostatnich 6 lat nieprzerwanie Złotą Piłkę zdobywają gracze La Liga: Cristiano Ronaldo w ciągu ostatnich 2 lat (+ w 2008 jako zawodnik Manchesteru United) oraz Messi czterokrotnie w latach 2009 – 2012. Czyż ktoś może śnić, że w tym roku się to zmieni? Dopóki tych dwóch kosmicznych zawodników będzie grać na hiszpańskich boiskach to zawodnicy drużyn Primera División będą zdobywać w dalszym ciągu to najważniejsze indywidualne wyróżnienie świata futbolu.

Oczywiście mówimy tutaj o drużynach piłkarskich, a więc formacjach wciąż ewoluujących i zmieniających się, różni zawodnicy grają w nich w danym momencie. Na ich wyniki i postawę ma wpływ wiele czynników, bądźmy tego świadomi. Nie jesteśmy w stanie wymienić każdego elementu oddziałującego na daną drużynę i jej pozycję wśród konkurencji, nie ma możliwości obiektywnej analizy tej złożonej sytuacji. Jedyne co możemy to wziąć dostępne zestawienia, te według nas najważniejsze, mogące pokazywać trendy i główne zależności w interesującej nas części piłkarskiego świata i wnioskować. Rzecz jasna nie możemy wszystkiego podporządkowywać suchym liczbom, bo one nam wszystkiego nie mówią. Ale pewne trendy uwidoczniają, przede wszystkim jedno trzeba przyznać, we wszystkich wyżej wymienionych zestawieniach to nie liga angielska rządzi. Jeśli w ostatnich latach zarówno w Lidze Mistrzów, w Lidze Europy, czy po prostu w rankingu drużyn najlepiej wypadają ekipy hiszpańskie wiedz, że coś się dzieje. Jeśli dwóch najlepszych zawodników obecnie na świecie i być może w całej historii piłki nożnej graj w lidze hiszpańskiej wiedz, że coś jest na rzeczy. Jeśli w ciągu ostatnich 10 lat w zestawieniach najlepszej jedenastki danego roku połowa graczy reprezentuje drużyny Primera División to nie jest przypadek.

Podsumowując, z pełną odpowiedzialnością mych słów chciałabym wysnuć tezę, że Premier League (nie umniejszając jej niewątpliwym zaletom i świetnym piłkarskim widowiskom) nie jest już ligą najlepszą, którą rzecz jasna była. W dalszym ciągu zajmuje miejsce na podium, ale teraz tron okupuje dumna Primer División. Rzecz jasna lidze hiszpańskiej można zarzucić, że poziom w niej nie jest tak wyrównany jak w Premier League, że styl gry jest inny i jeszcze wiele można przytoczyć argumentów. Ale drużyny La Liga często ogrywają ekipy konkurencyjnych lig. Jako fanka dobrej piłki i ligi hiszpańskiej życzę sobie jeszcze wielu lat dominacji ligi hiszpańskiej nad innymi, ale oczywiście wynikającej ze wspaniałego poziomu hiszpańskich rozgrywek a nie słabego poziomu lig konkurencyjnych.

Barcelona w spódnicy: W 3 sekundy od załamki do euforii

W trwającym sezonie ligowych rozgrywek FC Barcelona została pokonana czterokrotnie. Trzy punkty zdołały Azulgranie wyrwać następujące drużyny: Real Madryt, Celta Vigo, Real Sociedad oraz, w zeszłą sobotę, Malaga. Miejmy nadzieję, że ten wynik porażek w La Liga do końca obecnych zawodów hiszpańskiej Ekstraklasy nie ulegnie już zmianie. Oczywiście, o ile przegrana z drużyną tak silną jak Real Madryt jest w jakimś stopniu wpisana w odwieczną rywalizację z konkurentem ze stolicy, o tyle strata punktów z ligowym średniakiem, nawet będąca wypadkiem przy pracy powoduje, delikatnie mówiąc, zdziwienie.

Spośród przegranych Barcy nic nie wzbudziło w drużynie i całym piłkarskim środowisku takich emocji jak niepowodzenie z Realem Sociedad, z którym notabene FC Barcelona w ostatnich latach ma na wyjazdach tradycyjnie już spore problemy. Zatem porażka z tym zespołem aż tak strasznym szokiem być nie powinna, nie można tego porównywać do zdziwienia po przegranej z Celtą czy ostatnio z Malagą. Strata punktów z podopiecznymi Davida Moyesa w bardzo kiepskim stylu położyła cień szczególnie na sylwetkę trenera Dumy Katalonii: Luisa Enrique. Hiszpańskie media szeroko rozpisywały się nad postawionym mu rzekomo ultimatum: dwa następne spotkania Barca miała wygrać, albo Enrique straci posadę. Wtedy Messi i spółka mieli przed sobą pojedynki z Elche w ramach 1/8 Copa del Rey i następnie z Atletico w lidze. Oczywiście Elche miało być  „treningiem”, najważniejsze starcie Blaugrana miała stoczyć z Los Rojiblancos. Oprócz ultimatum krążyły również pogłoski o nieporozumieniach w szatni, głównie konflikcie na linii Luis Enrique – Messi. Co biorąc pod uwagę „rangę” Argentyńczyka w klubowej szatni potęgowało tylko wrażenie, że szkoleniowiec jest już jedną noga poza Camp Nou. Dodatkowo atmosferę do czerwoności podgrzewał fakt, że dzień po feralnej wpadce w San Sebastián z funkcji dyrektora sportowego zwolniony został Antoni Zubizarreta a zaraz po nim zakończyć współpracę z Dumą Katalonii postanowił także Carles Puyol, który od wakacji pracował w dyrekcji sportowej klubu. Także to jedno ligowe niepowodzenie zaczęło się powiększać niczym śniegowa kula do zamieszania w zarządzie, szatni i głowach milionów kibiców na całym świecie zatroskanych o sytuację w klubie. Wszyscy z zapartym tchem czekali na mecz z ekipą Diego Siemeone. Byłam przed tym meczem pełna obaw i nie mogłam wysiedzieć na uczelni denerwując się tak, jakbym to ja miała ważny egzamin, a swoim, który rzeczywiście tego samego dnia miałam, nie przejmowałam się w ogóle. Chciałam tylko jak najszybciej wyjść, wrócić do domu i oglądać już ten mecz. Jego rezultat przyćmił moje najśmielsze oczekiwania, Barcelona w pięknym stylu wygrała z rywalem ze stolicy 3:1 a bramki strzeliła cała trójka napastników: Messi, Suarez oraz Neymar – lepszego scenariusza tego pojedynku nie mogłabym chyba sobie wymarzyć, no może 5:0, ale aż tak nie szalałabym z marzeniami. Lucho egzamin zdał, dzięki czemu wszyscy w tempie bolidu Formuły 1 zapomnieli o ultimatum i problemach. Wróciła stara, silna, najlepsza Barcelona.

Ostatnia porażka z Malagą, po serii pięknych i efektownych wygranych zarówno w Primera División, jak i Copa del Rey, była niewątpliwie sensacją. Dodatkowo zwraca uwagę fakt, że w pierwszym meczu z Malagą we wrześniu Blaugrana bezbramkowo zremisowanym na Estadio La Rosaleda. Porażka 0:1 po słabym spotkaniu oraz strata bramki po fatalnym błędzie Alvesa (doczekał się wreszcie pięknej asysty, może o to właśnie chodziło?) to nie było coś, czego fani oczekiwaliby po ekipie Enrique na kilka dni przed pierwszym starciem w 1/8 Champions League. Dodatkowo rywal czekającego ich dwumeczu, a więc Manchester City w weekend dosłownie rozwalił Newcastle United 5:0. Zatem perspektywa starcia obu drużyn nie wróżyła łatwej wygranej. Tutaj jednak scenariusz okazał się podobny do tego ze spotkania z teamem z Vicente Calderón. Barca jak gdyby nigdy nic, jakby potknięcie ligowe się nie wydarzyło wyszła na mecz, pokonała City w dobrym stylu 2:1, a trzeba otwarcie przyznać, że śmiało mogło być przynajmniej 2 gole więcej. Zatem znowu historia się powtarza. Słaby mecz a później piękna wygrana. I tu dwa gole Suareza, co jest dodatkowym plusem.

Oczywiście to nie jest złe, super, że takie mecze jak z Realem Sociedad, Celtą Vigo czy Malagą oraz wliczając w to dwa bezbramkowe remisy tego sezonu ligowego (Malaga oraz Getafe) okazują się tylko wypadkami przy pracy. Jednakże zastanawiający jest fakt, jak raz można zaprezentować się bardzo słabo z drużyną ze środka albo końcówki tabeli a następnie w efektownym i pięknym stylu ogrywać mocny zespół z pierwszej trójki La Liga czy Premier League?

Oczywiście jeśli słabsza załoga stawia autobus w bramce a ten mocny chce walczyć, próbując zmierzyć się jak równy z równym, a więc musi się odsłonić i bardziej zaryzykować to jest różnica i można to w jakimś stopniu tak tłumaczyć. Ale nie może to być wytłumaczeniem, w sytuacji, kiedy wina w dużej mierze leży też po stronie postawy Barcelony, bo ta grała najzwyczajniej w świecie tak jakby jej się nie chciało, a dodatkowo chaotycznie i bez jakiegokolwiek pomysłu. No i jak wyjaśnić, że kilka dni później ta sama drużyna ogrywa rywala z najwyższej półki, grając piękny futbol i strzelając kilka efektownych goli? Oczywiście, że nie można zawsze wygrywać, ale skąd tak dramatyczne skoki, huśtawka nastrojów, od załamki po euforię? Dodajmy, że bez jakiś wielkich rotacji w składzie, które mogłyby stanowić uzasadnienie. To zagadka, nad którą chciałabym się dłużej zastanowić. Poniżej przytaczam kilka pomysłów, jak to można tłumaczyć:

  • Słaba dyspozycja dnia – to mogłoby być wytłumaczeniem, gdyby chodziło o skok o tyczce, a nie grę zespołową. Bo żeby słabą dyspozycję dnia miała cała drużyna? Szukamy zatem dalej.
  • Przerwa w dostawie talentu – umiejętności jednego dnia się raczej nie zapomina, by je sobie drugiego dnia przypomnieć.
  • Olanie – „słaby rywal i tak ich rozwalimy, nie spinamy tyłków” pomyśleli zawodnicy Dumy Katalonii. Takie podejście do sprawy mogłoby tłumaczyć, ale powiedzmy słabe 30 minut. Jeśli z takim nastawieniem przez pierwsze pół godziny, nawet całą pierwszą połowę przegrywasz, a gonisz Real Madryt w tabeli to musisz się spiąć, nie ma opcji tego olać. Chyba, że zawodnicy myślą inaczej… Ja jakoś sobie tego nie wyobrażam. Tutaj w dosyć konkretnie nazwany podpunkt się wpisuje generalnie brak motywacji u zawodników, oprócz „teoretycznie” słabego rywala pojawić się tu musi jednostkowa motywacja do tego, by dać z siebie wszystko. Jej brak może mieć przyczyn na pęczki, chociażby nuda, jakiś rodzaj wypalenia, myśli typu „osiągnąłem już wszystko”. Może to być również niedostateczna stymulacja do zwycięstwa ze strony szkoleniowca Barcelony, Luisa Enrique. W tej tezie przypuszczalnie może tkwić ziarenko prawdy, bo przecież pogłoski o konflikcie trenera z największą gwiazdą drużyny najprawdopodobniej były prawdą, co na konferencjach prasowych potwierdziło, albo nie zaprzeczyło kilku zawodników ekipy z Camp Nou.
  • Oszczędzanie – porażka z Malagą to wynik oszczędności sił przed meczem z City. W to jakoś nie chce mi się wierzyć. Jeśli zawodnik potrzebuje odpoczynku, to trener powinien mu dać połowę, albo zostawić na ławce i niech odpoczywa, nie musi tego robić na boisku, ma kto grać. Jest kilku zawodników, którzy czekają na swoją szansę. Z drugiej strony jeśli rywalizujesz o miejsce w składzie w takiej ekipie jak FC Barcelona nie powiesz, że potrzebujesz odsapnąć przed spotkaniem z Manchesterem City, bo równie dobrze możesz w tym meczu także nie zagrać. Z kolei nie możesz teraz (na meczu ligowym) dać z siebie wszystkiego a na meczu Ligi Mistrzów dać ciała. Więc to mogłoby być wytłumaczeniem, w przypadku wybranych jednostek oczywiście. Z drugiej strony kilka dni między jednym a drugim meczem było, bo Messi i spółka ligowy mecz grali stosunkowo wcześnie, bo już o 16:00 w sobotę.
  • Uśpienie przeciwnika – słaby mecz przed ważnym spotkaniem z silną drużyną, żeby zawodnicy np. City pomyśleli sobie: damy radę :D i zmniejszyli czujność. Zbyt abstrakcyjne ;)
  • Obudzenie kibiców – kibic po kilku pięknych meczach zakończonych przynajmniej 3 bramkowym prowadzeniem jest tak pewny wygranych, że trzeba mu dać troszkę adrenaliny, co zapewni szok spowodowany przegraną w takim spotkaniu jak z Malagą. Tym bardziej, że w czasie rozgrywania tego meczu Barca miała do Królewskich tylko punkt straty, a teraz ma 4, co tylko wzmacnia efekt.
  • Argument w walce z fanami słabych ekip – „jakie to nuuudne, że Farsa wszystko wygrywa”, „jaki sens kibicować drużynie, która zawsze zwycięża” można usłyszeć od innych kibiców takich ekip jak np. nasze rodzime drużyny Ekstraklasy. Niech Kowalski kibic Dumy Katalonii ma argument, że jednak team z Camp Nou wszystkich bez wyjątku nie miażdży, wtedy może powiedzieć: „Wygrywa wszystko? Chciałabym! Ostatnio przegrała z Celtą Vigo koleś, w La Liga wszystko się może zdarzyć”.

Oczywiście część wyżej wymienionych argumentów potraktowałam humorystycznie, ale część rzeczywiście jest jakąś, mniej lub bardziej udaną, próbą analizy sytuacji. Niestety nie rozwikłam zapewne tej tajemnicy, pewnie prawie każda z wymienionych wyżej przyczyn może być w jakimś stopniu prawdą i wyjaśnieniem takich zdarzeń w odniesieniu do danego zawodnika. A wypadkowa, raz na ileś meczów, będzie właśnie dawać rezultat tragiczny, tak może być. Może być również tak, że powód jest zupełnie inny i w piątek chłopacy zabalowali u Pique czego media nie wychwyciły. Tego się pewnie nie dowiemy. Możemy mieć tylko nadzieję, że jak najmniej będzie przypadków typu Sociedad i Malaga, jak najmniej słabych meczów z drużynami, które na papierze Barca powinna zjadać na pierwsze śniadanie. Jak najmniej gier bez pomysłu, bez polotu, bez chęci wygranej, bez serca zostawionego na boisku. Oby jak najwięcej pięknych starć bez poprzedzających je meczowych niepowodzeń. A jeśli już przegrane będą, bo przecież muszą być, niech będą efektami zawziętej walki do końca i efektownej wymiany ciosów, bez najmniejszej taryfy ulgowej. Tego życzę sobie i Wam drodzy Czytelnicy. Szczególnie teraz, kiedy bitwa o triumf w La Liga i Lidze Mistrzów wchodzi w decydującą fazę.

Barcelona w spódnicy: Zostaje Liga Mistrzów?

Przed FC Barceloną najważniejszy miesiąc sezonu, decydujący o trzech trofeach: La Liga, Copa del Rey oraz Champions League. W tym momencie w zasadzie jest sprawa otwarta jeśli chodzi o zdobycie wszystkich trzech. Matematycznie Barca ma największe szanse na zdobycie Pucharu Króla – 50%, bo został do rozegrania już tylko finał. W Primera Division cała trójka na szczycie tabeli ostro walczy o wygraną. Obecnie koronę lidera dzierży Atletico, Barcelona depcze cały czas po piętach ekipie z Madrytu. Mimo trzeciego miejsca, również Królewskich skreślać nie można, szczególnie gdy przyjrzymy się ich ostatnim ligowym występom. W Lidze Mistrzów awans Blaugrany do półfinału rozgrywek jest cały czas sprawą otwartą. Teoretycznie ekipa Diego Simeone jest przed środowym rewanżem w Madrycie w lepszej sytuacji. Można jednak założyć, że zgodnie z zasadą, do jakiej w ostatnich latach Barcelona już zdążyła swoich fanów przyzwyczaić, w czwórce najlepszych drużyn starego kontynentu się znajdzie.

Oczywiście wszyscy sympatycy Blaugrany marzą o potrójnej koronie wspominając dokonania ekipy Guardioli z sezonu 2008/09. Czy patrząc na drużynę Martino można być aż takim optymistą?

Oprócz idealnej opcji zakończenia sezonu z dorobkiem trzech trofeów jest wiele innych możliwych kombinacji zamknięcia rozgrywek 2013/14. Przecież równie dobrze na Camp Nou może nie trafić żaden nowy puchar, aczkolwiek takie spapranie sprawy przez ekipę ze stolicy Katalonii jest mało prawdopodobne. Można zdobyć dwa trofea, co byłoby dostatecznym rezultatem – takich kombinacji jest trzy (La Liga – Copa del Rey, La Liga – LM, Copa del Rey – LM). Prawdopodobne jest również zwycięstwo jedynie w jednych rozgrywkach, i taką tezę chciałabym tutaj postawić. Możliwe, że zabrzmi to niemal jak docinki fanów Realu, aczkolwiek blaugrana w tym roku nie wygra mistrzostwa kraju, nie zdobędzie też Pucharu Króla, wygra natomiast Ligę Mistrzów.

Dlaczego właśnie Liga Mistrzów skoro na Puchar Króla jest o wiele większe prawdopodobieństwo i gramy go z Los Blancos, którzy zostali przez Dumę Katalonii pokonani w tym sezonie już dwukrotnie w ligowych pojedynkach? Dlaczego skreślam również ligę, kiedy sprawa pozostaje otwarta a Barcelona ma jeszcze ligowe stracie z Atletico u siebie w ostatniej kolejce rozgrywek? Dlaczego upieram się na Ligę Mistrzów skoro jeszcze nawet nie mamy zagwarantowanego półfinału?

Należy na wstępie podkreślić, że najbardziej na świecie chciałabym, żeby Barcelona zdobyła potrójną koronę. Chciałabym, żeby wygrała wszystkie ligowe spotkania do końca sezonu, żeby wygrała Puchar Króla pokonując w Gran Derbi Królewskich, oraz do tego pokazała, że jest najlepszym klubem w Europie wygrywając Champions League. Ale wyłączając na chwilę ślepą miłość do katalońskiego klubu a włączając racjonalne myślenie trzeba sprawę postawić jasno – to się nie uda. Nie z brakami w obronie, nie bez Valdesa, Pique oraz Puyola w pełni sił. Mimo dobrej dyspozycji Messiego, geniuszu Iniesty i znakomitych strzeleckich statystyk Alexisa i Pedro. Nie uda się, bo Barcelona nie potrafi się zmobilizować odpowiednio na każdy mecz. Nie uda się, bo gdy przeciwnik pracuje na 200% w obronie i działa wysokim pressingiem Barca ma problemy. Kiedy zaczyna walić głową w mur często zdarza jej się irytować. A z biegiem minut pojawia się „nerwówka”, która jej tylko szkodzi. Ostatecznie zawodnicy próbują długich zagrań, które, bądźmy szczerzy, nie są jej najlepszą stroną. Do tego dorzucić należy zamieszanie związane z banem FIFA, referendum, Zubizarretą – na pewno odbije się to na zawodnikach, i nie będzie to zależność dodatnia.

Żeby wygrać wszystkie trzy trofea trzeba wyjść zwycięsko ze wszystkich pojedynków, jakie zostały do końca sezonu (ostatecznie przegranie jednego w półfinale LM i wygrana z korzystnym stosunkiem bramek rewanżu daje awans, ale może załóżmy, że obejdzie się bez takich czarnych scenariuszy). To dokładnie: 6 meczów ligowych, 4 w Lidze Mistrzów i jeden w Copa del Rey. Łącznie 11 spotkań, starć z drużynami z Hiszpanii i całej Europy. Bardzo wymagające pojedynki, obarczone często ogromną presją i pokładem oczekiwań. Trzeba wzbić się na wyżyny swoich możliwości i dać z siebie 200%, żeby we wszystkich zwyciężyć. Czy jest to możliwe? Na pewno. Pytanie czy uda się to Barcelonie?

Ostatnie dwa ligowe mecze w wykonaniu blaugrany nie porywały. Od derbów Barcelony należało oczekiwać, że łatwo nie będzie. Real Betis z kolei, z 22 punktowym dorobkiem w ligowej tabeli, jest już jedną nogą w Segunda Division. Na tych dwóch rywali Barcelona nie mogła znaleźć sposobu. Mimo, że jeszcze niedawno ekipa z Camp Nou zaserwowała nam piękne i pasjonujące Gran Derbi oraz zaciętą walkę z Atletico w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Czy zawodnicy zbyt nonszalancko podeszli do tematu ligowych przeciwników pewni zwycięstwa? Jeśli oni tak, to szkoleniowiec Barcelony raczej nie, bo przecież w obu spotkaniach jedenastki były bardzo silne. Brakowało tylko pomysłu na grę w spotkaniu z Realem Betis, oraz pomysłu na poradzenie sobie z grą przeciwnika, jak to było w przypadku Espanyolu Barcelona. Niemniej jednak, podczas tych starć Barca miała swoje dobre momenty, niestety była nieskuteczna. I wstyd mi, że oba wygrane zostały tylko dzięki karnym. Nie chcę takich wygranych. Oczywiście karne są integralną częścią tego sportu. Nie ulega wątpliwości, że za nieprzepisowe zagrania w polu karnym należy karać, nie twierdzę, że nie. Ale jedenastki w regulaminowym czasie gry są tylko dodatkiem. Bonusem za pomyłkę przeciwnika. Jeśli bez karnego drużyna by nie wygrała, to znaczy, że nie powinna spotkania wygrać, bo sama nie potrafiła zrobić wystarczająco dużo, by na zwycięstwo zapracować składną akcją. Także ostatnie ligowe triumfy niosą ze sobą nutkę wątpliwości czy były zasłużone. Dobrze, że punkty są i dalej FC Barcelona liczy się w rywalizacji o krajowe mistrzostwo, aczkolwiek jeśli tak ma wyglądać ta walka, to chyba puchar powinien trafić gdzie indziej. Nawet jeśli wygramy następne pięć spotkań w ramach La Liga (mam nadzieję, że w lepszym stylu) to myślę, że Atletico (jeśli oczywiście wygra swoje pięć) pokona Barcę 18 maja na Camp Nou. Trzeba mieć oczywiście świadomość, że łatwe to nie będzie. Azulgrana łatwo nie odpuści a dodatkowo gra u siebie. Aczkolwiek z pewnością motywacja Atletico do pokazania nie tylko Realowi, Barcelonie, całej Hiszpanii ale przede wszystkim całemu światu, że potrafi przerwać hegemonię Królewskich i Blaugrany będzie ogromna. I bardzo dobrze. Znakomicie, że jest inny klub ze stolicy, który jest w stanie namieszać. I robi to nie dzięki spektakularnym transferom, za setki milionów euro, ale cicho pracując na swoją szansę od lat. Myślę, że w tym roku, po 18 latach to właśnie Los Rojiblancos wrócą na szczyt hiszpańskiej Ekstraklasy.

Jeśli chodzi o Copa del Rey, można odnieść wrażenie, że sprawa jest dziecinnie prosta. Został jeden mecz, który wyłoni zwycięzcę. Wydawać by się mogło, że spokojnie Barcelona zdoła rozpracować Real, jak to zrobiła w tym sezonie już dwukrotnie. No właśnie, wydaje się…  Królewscy rozdrażnieni dwoma upokorzeniami w lidze będą chcieli w Walencji za wszelką cenę pokazać Messiemu i spółce, że nie może z nimi bezkarnie pogrywać. Motywacja Azulgrany z pewnością również będzie na wysokim poziomie, jednakże czy wystarczy jej na uzupełnienie braków kadrowych? Pinto i tak broniłby w tym meczu, jak we wszystkich w Pucharze Króla. Pojawia się jedynie wątpliwość, jak poradzi sobie z rozgrywaniem meczu o wszystko co 3 dni? Czy ten 39 letni zawodnik podoła presji, nie tylko psychicznej, ale czy da radę fizycznie? Do tego brak Pique na pewno będzie odczuwalny. Bartra jest bardzo dobry i mam nadzieję, że zostanie następcą Puyola. Ale czy w obliczu walki o trzy trofea, ogromnej presji i stawanie co kilka dni przed najlepszymi napastnikami świata, to nie będzie dla niego za dużo? W ostatnim meczu miał kilka zagrań do Pinto, które podniosły ciśnienie kibicom.  Środek pola Barcelony wygląda dobrze, chociaż wielka szkoda, że Cesc zalicza ostatnio gorsze występy, przydałby się Barcelonie Fabregas z pierwszej części sezonu. Zdaje się, że z atakiem jest wszystko w jak najlepszym porządku.  Jeśli rywal odrobi na 6 pracę domową z ustawienia obrony na Barcelonę, Duma Katalonii ma duży problem, co pokazał niejeden mecz nie tylko w tym sezonie. Wyłączenie z gry Messiego jest możliwe. Neymar, o ile nie zaserwuje się Barcy karnego dzięki walce z Brazylijczykiem, też jest do zatrzymania. Sen z powiek powinien spędzać przeciwnikom Andres Iniesta. To, co Hiszpan robi w ostatnich meczach, to istny majstersztyk. Idealne zagrania, nieszablonowe akcje, cudowne asysty. Przy odpowiednim ułożeniu defensorów przeciwnika, to Don Andres jest ostatnimi czasy tym, który rozpracowuje to jedną akcją. Nie Messi, Neymar czy Alexis. Oni to jedynie wykańczają dostając idealną piłkę na nogę. Także biorąc pod uwagę fakt, że defensywa Madrytu na ostatnich meczach się czegoś nauczyła, a dokładając znakomitą ostatnio dyspozycję strzelecką nie tylko Ronaldo, ale także Bale’a, Benzemy czy Isco, wszystko w finale Copa del Rey może się zdarzyć. Łatwo na pewno nie będzie i FC Barcelona powinna być tego świadoma.

Ktoś mógłby zapytać, dlaczego z trzech trofeów o jakie walczy w tym momencie Duma Katalonii wybrałam jako najbardziej prawdopodobne do zdobycia właśnie te, które wydaje się stawiać poprzeczkę najwyżej? W ćwierćfinałowym meczu rewanżowym z Atletico, Barcelona powinna sobie poradzić. Wystarczy strzelić jednego gola by wejść do półfinału. Bezsprzecznie na korzyść Atletico działa fakt, iż będzie to mecz wyjazdowy. Aczkolwiek drużyna Taty powinna wyjść z tego starcia zwycięsko. Żadnego meczu z ćwierćfinału nie można z czystym sumieniem nazwać przedwczesnym finałem. Z pewnością półfinały będą bardziej emocjonujące. W ½ rozgrywek zobaczymy zapewne PSG (raczej Chelsea ich u siebie nie zmiecie), Real Madryt (na 100%) i Bayern. Jeśli Manchester u siebie wygra i wejdzie do półfinału Moyes odpokutuje chyba tym jednym meczem za większość sezonu, najgorszego w wykonaniu Czerwonych Diabłów od lat. Biorąc pod uwagę liczne straty personalne w ekipie Guardioli taki obrót spraw jest możliwy, ale mimo to Manchester nie ma wielkich szans. Zakładam zatem logicznie, że Bayern sobie poradzi. Pary półfinałów Champions League zostaną wyłonione w losowaniu, które odbędzie się 11 kwietnia w Nyonie. Przy takim składzie drużyn najbardziej chciałoby się zobaczyć starcie Bayernu z Realem. Takie spotkanie mogłoby ewidentnie pretendować do  miana przedwczesnego finału. Wtedy Królewscy tak naprawdę zostaliby sprawdzeni i rozliczeni ze swoich ambicji zdobycia dziesiątego pucharu Europy. Dugą parę stanowiliby zatem PSG i Barcelona. Rywal niełatwy (łatwych na tym etapie nie ma), ale rok temu się udało, i to z Messim nie na 100% w pełnej dyspozycji. Zatem teraz z Messim w formie, Iniestą, Neymarem i bez wielkich błędów w obronie powinno pójść zgodnie z planem. Jeśli byłoby odwrotnie i to PSG trafiłoby na Bayern a Barcelona na Real mielibyśmy kolejne Gran Derbi. Jeśli przypuszczenia przedstawione wyżej się sprawdzą i ekipa Ancelottiego wygra Copa del Rey, Barcelona będzie musiała Królewskich ograć w LM, by zachować twarz. Rzeczywistość jest brutalna i wszyscy szybko zapomną ligowe wygrane jeśli Los Blancos zabiorą ekipie z Katalonii szanse na dwa tytuły. Jeśli z kolei Barca przywiezie do Katalonii Puchar Króla, może się zbytnio upewnić w swoich możliwościach i podejść do tematu zbyt lekceważąco, wtedy Real wchodzi do półfinału. W drugiej parze raczej Bayern wychodzi zwycięsko, ale stracie na pewno będzie zacięte. Ostatnia kombinacja będzie niemniej ciekawa. Barca – Bayern byłoby bez wątpienia półfinałowym hitem i wielką zagadką: Czy Barcelona zdoła się odegrać za hańbę w postaci 0:7 sprzed roku? Z drugiej strony jeśli tę rywalizację Bayern by po raz drugi wygrał, nie dość, że jednoznacznie potwierdziłby swoją wyższość, to jeszcze po raz pierwszy w historii wygrałby Ligę Mistrzów dwa razy z rzędu (w myśl zasady: kto w ½ eliminuje Barcelonę ostatecznie podnosi puchar). Ze starcia PSG – Real raczej w finale widzę Królewskich. Trzeba stwierdzić, że przy takim obrocie spraw każda kombinacja jest niezwykle interesująca i na pewno zapewni wielkie emocje. Z każdej Barcelona ma bezsprzecznie duże szanse wyjść zwycięsko. Miliony cules na całym świecie życzyłoby sobie zobaczyć chłopaków w bordowo-granatowych koszulkach podnoszących piąty puchar Europy.

Bez względu na to, czy powyższe przewidywania się sprawdzą czy też nie, bez wątpienia cieszy fakt, iż Duma Katalonii walczy nadal na wszystkich frontach. Nie zwalnia tempa i mimo niewielkich potknięć nie poddaje się. W futbolu liczy się walka do końca. Zatem bez względu na to czy do muzeum na Campo Nou trafi po tym sezonie jedno trofeum, dwa czy trzy, życzyłabym sobie jedynie, żeby były one wynikiem zaciętej walki do ostatnich sekund spotkań jakie FC Barcelona ma przed sobą. Żeby były wypadkową wyśmienitych akcji, idealnych zagrań w tempo, pięknych bramek, niezwykłych asyst. Nie karnych, podyktowanych słusznie lub nie. Odsuńmy Penaldo i Pessiego na bok. Niech grają najlepszy Ronaldo i najskuteczniejszy Messi w historii. Życzę sobie jak najmniejszej liczby sędziowskich błędów. Gry fair play w miejsce przepychanek, ślicznych goli w miejsce fauli. Życzę sobie wiedzieć w ekipie z Camp Nou ogromną chęć do walki. Chcę, żeby FC Barcelona na murawie w każdym, z czekających ją jeszcze w tym sezonie meczów, zostawiała serce. Żeby dawała z siebie wszystko niezależnie od przeciwnika. Jeśli tak właśnie będzie, wtedy strata jakiegoś trofeum będzie bolała mniej.

 

Źródło zdjęcia: zimbio.com

Barcelona w spódnicy: Co z bramką Barcy?

26 marca 2014, podczas ligowego meczu z Celtą Vigo, w jednej sekundzie tysiące cules wstrzymało oddechy. W 20. minucie spotkania interwencja Victora Valdesa zakończyła się dla niego tragicznie. Hiszpan zerwał więzadła krzyżowe w prawym kolanie. Wyrok: wykluczenie z gry na 7 miesięcy. Biorąc pod uwagę fakt, iż Victor nie zamierza(ł?) przedłużyć kończącego się latem kontraktu z Dumą Katalonii oraz zbliżające się Mistrzostwa Świata w Brazylii, podczas których już na pewno nie wystąpi, trzeba otwarcie stwierdzić, że jego sytuacja jest mocno skomplikowana. Ogromny pech przytrafił mu się w bardzo dobrym sezonie i niezwykle istotnym punkcie kariery. Sytuacja nie do pozazdroszczenia.

Hiszpan już jakiś czas temu postawił sprawę jasno. Kibice mieli dużo czasu na pogodzenie się z faktem, że wieloletni numer jeden w bramce Barcy odejdzie z Camp Nou. Za kilka miesięcy kataloński portero miał być już daleko poza Barceloną. Kontuzja pojawiła się zatem w najgorszym z możliwych momentów. Co będzie dalej z Valdesem i jego piłkarską przyszłością? Nie ma oficjalnej informacji na temat jego nowego pracodawcy. Najgłośniej hiszpańskie media „trąbiły” o ofercie AS Monaco, oraz niedługo przed kontuzją, o rzekomej propozycji z Manchesteru City. Co jeśli Valdes nie zdążył sfinalizować kontraktu z nowym pracodawcą? Jakie mogą być tego konsekwencje? Pytania nie znikają również w sytuacji odwrotnej. Co jeśli zdążył? Taka kontuzja na początku gry w nowym klubie też na pewno mu na dobre nie wyjdzie.

W pierwszej chwili po kontuzji stwierdziłam, że trzeba na gwałt kogoś nowego w zastępstwie kupić. Kiedy widziałam cytaty wypowiedzi pomeczowych Martino, z których jednoznacznie wynikało, że Tata nie planuje skorzystać z możliwości sprowadzenia bramkarza z Primera Division, byłam przerażona. Po głębszym przemyśleniu doszłam jednak do wniosku, że sprawa nie jest taka prosta.

Warto się w tym miejscu zastanowić na ile obecna sytuacja w bramce blaugrany jest analogiczna do tej, w jakiej przed rokiem znalazł się Real Madryt? Iker Casillas doznał kontuzji 23 stycznia 2013 roku, w meczu z Valencią, na Estadio Mestalla, w ramach ćwierćfinału Copa del Rey. Wieloletni numer jeden w bramce Los Blancos złamał wtedy lewy kciuk i wyleciał z bramki Królewskich na dwa miesiące. A to wszystko działo się przed najważniejszymi bitwami zeszłego sezonu – dwumeczu z Barceloną w Pucharze Króla i 1/8 finału Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Real szybko kupił bramkarza z Sevilli- Diego Lopeza. Hiszpan nie tylko poradził sobie wchodząc w połowie sezonu do bramki Los Blancos i godnie zastępując swojego rodaka, ale również wygryzł kapitana Realu Madryt ze stołka portero numer jeden, który zajmował na Santiago Bernabeu od lat. Iker po wyleczeniu kontuzji nie wrócił do bramki, a na ławkę rezerwowych. Nawet zmiana trenera niewiele zmieniła. Carlo Ancelotti zaproponował Casillasowi na pocieszenie występy w Lidze Mistrzów i Copa del Rey. Jak na wieloletniego bramkarza nr 1, kapitana, mistrza świata i podwójnego mistrza Europy to raczej niewiele. Jeszcze dwa lata temu było to nie do pomyślenia, żeby ktoś mógł wygryźć Ikera z bramki Królewskich. W tamtym przypadku wystarczyła dwumiesięczna pauza, by sytuacja między słupkami bramki Realu Madryt zmieniła się diametralnie. Jak będzie wyglądać FC Barcelona kiedy Valdes wróci do pełnej sprawności po kontuzji? I jaki będzie wtedy reprezentował klub? Oczywiście przyznać trzeba, że sytuacja Realu różniła się trochę od tej, w jakiej obecnie znajduję się blaugrana. Klub ze stolicy nie miał na dobrą sprawę „ogranego” rezerwowego, który mógłby godnie zastąpić kontuzjowanego bramkarza. Do tego Iker wypadł w styczniu, a teraz mamy już kwiecień, więc w zasadzie nie ma nawet chwili na wprowadzenie do ekipy kogoś nowego.

Sytuacja w bramce Dumy Katalonii nie jest tragiczna, bo przecież Barcelona ma całkiem solidnego bramkarza w zastępstwie Valdesa. Rezerwowy portero – Jose Manuel Pinto to niezły zawodnik, występujący w Barcy od 6 lat, broniący regularnie w Copa del Rey. Wcześniej grał w Celcie Vigo, gdzie w sezonie 2005/06 zdobył trofeum Zamorry (36 meczów, 28 bramek, średnia 0,78). Wszystko ładnie, pięknie, ale z przyjacielem Messiego jest jeden mały problem- Pinto ma 39 lat i zmaga się z przewlekłymi bólami pleców. To chyba wystarczające powody, by obwiać się o czyste konto w pozostałych w tym sezonie meczach czekających FC Barcelonę. Z drugiej strony spójrzmy na Ryana Giggsa…można? Można!

Sympatycy Barcelony i całe klubowe środowisko nie mogą w ostatnim czasie narzekać na brak atrakcji. Atmosferę jeszcze podkręciła FIFA, nakładając na klub ze stolicy Katalonii karę za przekręty z transferami niepełnoletnich zawodników. Zakaz transferowy na dwa okienka oznacza nie tylko brak wzmocnień, jakie zapowiadał Tata Martino. Ostatnie doniesienia hiszpańskiej prasy stawiają pod dużym znakiem zapytania również te transfery, które zostały dogadane przed ogłoszeniem decyzji FIFA. Jeśli najczarniejszy scenariusz się sprawdzi, może się okazać, że Ter Stegen, 22 letni goalkeeper Borussii Monchengladbach, nie przejdzie w wakacje do FC Barcelony, a ekipa z Camp Nou będzie zmuszona przez cały sezon 2014/15 radzić sobie z Pinto na bramce i niedoświadczonym Oierem na ławce. Kto wie może to byłaby olbrzymia szansa na wybicie się Oiera..?

Z drugiej strony, jeśli Valdes pozostanie bez klubu, może Barcelona (z dobroci serca/czystej kalkulacji – niepotrzebne skreślić) postanowi przedłużyć z nim kontrakt. Czy w wyniku braku Stegena Valdes byłby jakimś rozwiązaniem? Oczywiście nie wiadomo też czy i kiedy Valdes wróci do formy sprzed kontuzji. Z kolei Barca będzie się jeszcze od decyzji FIFA odwoływać, więc nie wiadomo czy rzeczywiście odbędzie karę. A jeśli nawet, to pojawia się z kolei pytanie czy rzeczywiście „nagrani” do tej pory zawodnicy wzmocnią szeregi Dumy Katalonii.

Pytań i niewiadomych jest wiele. W obliczu bardzo trudnego i decydującego o trzech trofeach miesiąca, Barcelona została bez pierwszego, będącego w dobrej dyspozycji, bramkarza oraz z transferowym banem od FIFA na dokładkę. Oby wyszła z tego starcia zwycięsko a Pinto udowodnił po raz kolejny na co go stać. Oby zamieszanie z decyzją FIFA nie odbiło się na zawodnikach i jakości prezentowanej przez nich gry. Zastępy cules trzymają kciuki. Kolejny ważny sprawdzian w środę w ćwierćfinałowym rewanżu z Atletico Madryt w ramach rozgrywek Ligi Mistrzów. Do boju, Barcelono!

Na osłodę mało pozytywnego tematu dołączam pozytywny filmik z Pinto:

 

Źródło zdjęcia: zimbio.com

Barcelona w spódnicy: kibicowanie po hiszpańsku

Na świecie są miliony sympatyków futbolu, ludzi różnych narodowości, wyznań, poglądów, przeróżnych osobowości, które łączy jedna rzecz – miłość do piłki nożnej. To czasem ci, którzy zarywają noce by oglądać swoich ulubieńców. Nieważne czy chodzą na mecze, czy podziwiają je przed ekranem. Istotne, że jest to dla nich coś więcej niż rozrywka. Jest to niejako styl życia. Charakteryzuje ich ciągły niedobór piłkarskich emocji, głód bramek i mozolnie wypracowywanych akcji, adrenalina, rywalizacja, sport. Kibice piłki nożnej to ogromna grupa osób, począwszy od tych najbardziej zagorzałych czy wręcz radykalnych po ludzie, którzy się „nie spinają”. Oglądają mecze, ale nie jest to dla nich wszystkim. Oczywiście, pojawia się pytanie czy takie osoby nazywać prawdziwymi kibicami, aczkolwiek rozważania na ten temat pozostawię na inną okazję. Myślę, że na potrzeby sytuacji można spokojnie założyć, że są jakąś odmianą kibiców.

Zgodnie z ludzką naturą, kiedy człowiek coś widzi, siłą rzeczy umieszcza to w jakiejś kategorii. Szufladkujemy wszystko, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Chciałabym w tym momencie pokusić się o klasyfikację kibiców piłkarskich i próbę podzielenia ich na grupy, ale zaznaczam, że to podział bardzo subiektywny i umowny. Podzielić ich można nie tylko ze względu na zaangażowanie, ale również biorąc pod uwagę narodowość. Znamy doskonale nasze rodzime podwórko i trzeba stwierdzić, że obserwując polskie kluby, kibiców mamy w większości radykalnych, a doprecyzowując – o takich najwięcej słychać w mediach. Z kolei zdarza się, że ci mniej zapaleni, którzy mogliby to traktować jako niedzielną rozrywkę, nie chodzą na mecze z obawy przed tymi pierwszymi. Nie jest to regułą, ale można takich zachowań i zależności się doszukać. Jeszcze daleko nam do Anglii czy Hiszpanii, gdzie na mecze chodzi bardzo wiele osób, a nie tylko panowie czy młodzież. W naszym kraju jest to jeszcze rozrywka innego rodzaju. Zatem starając się dokonać podziału sympatyków futbolu ze względu na narodowość mielibyśmy raczej spokojnych (kiedy trzeba, potrafiących być głośnymi) Hiszpanów, zdecydowanie głośniejszych Anglików, do tego nie można zapomnieć o znakomitych kibicach z Irlandii. Nie mogłabym nie wspomnieć o Irlandczykach, którzy podczas Mistrzostw Europy w Polsce, pokazali jak należy kibicować i co najważniejsze – robić to do samego końca, niezależnie od wyniku meczu. A tak robią prawdziwi fani!

Kibica również określa szacunek do rywala. Aby polskich kibiców zdefiniować pod tym kątem wystarczy chociażby przytoczyć ostatnie wydarzenia na stadionie Legii. To mówi samo za siebie. Oczywiście twierdzenie, że wszyscy polscy kibice są agresywni i nie mają szacunku do przeciwnika oraz jego sympatyków, byłoby krzywdzące, aczkolwiek coś w tym jest. Wielu polskich kibiców jest agresywnych. Nienawidzimy rywala zamiast wspólnie cieszyć się z widowiska. Może powodem jest to, że polskie boiska widowisk nie zapewniają (na pewno nie na takim poziomie jak zachodnioeuropejskie). Z drugiej strony, problem może leżeć w tym, że ci którzy chcą „innych atrakcji” przychodzą nie na mecz tylko na rozróbę i gra toczona na boisku tak naprawdę ich nie interesuje. Jednak, ci najbardziej zapaleni kibice polskich klubów, nierzadko robią na meczach świetne oprawy, które zdecydowanie zasługują na pochwałę. Wielu na żywo nie widziałam, ale mogę się wypowiedzieć na temat kibiców Legii. Uważam kibiców klubu z Łazienkowskiej za świetnych pod względem zagrzewania do walki. Dwa lata temu z trybun Stadionu Narodowego obserwowałam towarzyskie spotkanie Legii z Sevillą. Z racji barku atrakcji na boisku moja uwaga skupiła się na kibicach Legii, którzy robili mega show. To było super. Mecz o przysłowiową pietruszkę, a oni bez przerwy śpiewali i skakali. Zafascynowana patrzyłam na ich przedstawienie. Takie zachowania są bardzo pozytywne i,  pod tym względem, uważam polskich kibiców za cudownych. Mój zachwyt kończy się jednak w momencie, kiedy kibice robią na stadionie rozróby. Szkoda mi jest polskich klubów, które przez zachowanie widzów na stadionie ponoszą srogie kary. Przykładem jest chociażby wspomniana przeze mnie rozróba z Łazienkowskiej, która w konsekwencji spowodowała przegranie spotkania przez Legię walkowerem i stratę 3 ligowych punktów. Słysząc o takich sytuacjach myślę sobie, jak mogą mówić, że kochają klub, skoro robią mu coś takiego? Chyba nigdy tego nie zrozumiem.

Pierwszy marcowy weekend spędziłam w Barcelonie. Miałam możliwość przyjrzeć się tamtejszym sympatykom futbolu. Można godzinami mówić o raju, jakim dla kibica Barcy jest stolica Katalonii. Temat rzeka. Sklepy z klubowymi gadżetami znaleźć można niemal na każdym rogu, z herbem kochanego klubu można kupić wszystko (nawet majtki, prezerwatywy czy śpioszki dla dzieci, absolutamente todo). Na każdym kroku spotkać można jakiegoś kibica w klubowej koszulce, pozdrowienia “Visca el Barca” słyszane na mieście nikogo nie dziwią. Także nastawienie do innych kibiców jest tam inne. Kiedy byłam na ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów z Milanem w tłumie kibiców “Barcy” szedł koleś w koszulce Milanu i… nic – w Polsce analogiczna sytuacja jest nie do pomyślenia. Przed oczami mam również obraz z jednego Gran Derbi z ostatnich lat gdzie w sektorze kibiców Realu Madryt (El Clasico było chyba rozgrywane na Santiago Bernabeu) kamera dostrzegła jednego kibica FC Barcelony. Z gąszczu białych koszulek wyróżniała się bordowo-granatowa i nikt nie robił z tego problemu.

Byłam również na meczu z Almerią na Camp Nou, aczkolwiek chciałabym się teraz skupić na tym czego doświadczyłam kilka godzin przed tym ligowym spotkaniem. Na cztery godziny przed meczem Barcy, pojedynek w ramach La Liga rozgrywało Atletico Madryt z lokalnym rywalem, Realem. Miałam więc wystarczająco dużo czasu, by spokojnie obejrzeć mecz i zdążyć jeszcze na Camp Nou. Spotkanie Atletico z Realem było na tyle istotne, że jego wynik znacząco determinował wygląd szczytu tabeli hiszpańskiej ligi. Gdyby Real przegrał z Atletico i zgubił 3 punkty, a Barca pokonała zgodnie z oczekiwaniami Almerię wszystkie trzy kluby miałyby znów tyle samo punktów. Zatem ze względu na korzystny stosunek bramek FC Barcelona wróciłaby na utracony niedawno fotel lidera Primera Division. Pikanterii spotkaniu dodawał fakt, iż Atletico w obecnym sezonie pokonało Real w ich pierwszym ligowym starciu na stadionie “Królewskich”, były więc duże szanse na ogranie ekipy Carlo Ancelottiego na własnym obiekcie.  Miałam ogromną nadzieję, że Blaugrana wróci na szczyt tabeli. Spacerowałam z przyjaciółkami po gotyckiej dzielnicy w centrum miasta Gaudiego i rozglądałam się za ciekawym barem, gdzie mogłabym podziwiać starcie dwóch mocnych stołecznych ekip. Na rogu ulic, gdy zastanawiałyśmy się w którą stronę się udać, dostrzegłam mały bar. Przez witrynę baru było widać duży telewizor, zajrzałam żeby zobaczyć wynik, bo mecz już się rozpoczął. Tablica wyników wskazywała wynik 0:1, a więc niestety korzystny dla “Los Galacticos”. Przy oknie stał również jeden mężczyzna, który jak się później okazało całe spotkanie podziwiał zza szyby. Nie był jedyny. Mecz cieszył się dużym zainteresowaniem przechodniów.

Nagle z baru wyłonił się Hiszpan i zgadał skąd jesteśmy i czy chciałybyśmy obejrzeć mecz. Po wymianie kilku zdań zaprosił nas do środka. Jedna przyjaciółka zupełnie niezainteresowana przebiegiem spotkania postanowiła udać się na spacer po gotyckiej dzielnicy, a ja z drugą przyjaciółką weszłam do środka. Powitało nas małe, ale przytulne wnętrze. Zamówiłyśmy dla spróbowania regionalne piwo i zaczęłyśmy śledzić przebieg meczu. Bar był pełen facetów, głównie Hiszpanów. Do piwa gratis dostałyśmy oliwki i pyszny serniczek. Kiedy dołączyła do nas trzecia koleżanka, kelner przyniósł jeszcze trzy małe bułeczki z ostrym sosem. Próbowałyśmy regionalnych tapas, które trzeba przyznać, były wyborne. Jak się można domyślać większość znajdujących się w barze ludzi kibicowała Atletico. Trudno jest mi stwierdzić, na ile z uwielbienia dla tej drużyny, a ile z nadziei na powrót Barcy na fotel lidera. Niemniej jednak, wydaje mi się, że ten drugi powód był przeważający. Większość obecnych w barze (włączając mnie) żywo komentowała wydarzenia na boisku, a przy niewykorzystanych sytuacjach Atletico głośno wydobywaliśmy z siebie jęki zawodu. Co ciekawe, w środku osamotniony siedział fan Królewskich. Zasługuje na uwagę fakt, iż wszyscy zwracali się do niego z sympatią. Nie można znaleźć nawet cienia sytuacji typu: „Ale koleś ogarnij się, komu się kibicuje w tym miejscu?”. Starszy Madridista był bardzo miły i otwarty dla współtowarzyszy. Siedział sam przy stoliku, jednakże kiedy weszli przyjezdni (widać było, że to zagraniczni turyści), którzy nie mieli już wolnego miejsca z widokiem na telewizor a widać było, że spotkanie ich interesuje zaprosił ich do swojego stolika tak, by mogli podziwiać mecz. Atmosfera była świetna! Dosłownie godzinę przed tym meczem zdążyłam sobie kupić koszulkę Barcy z obecnego sezonu, wiec chodziłam w niej po mieście szczęśliwa z zakupów. Spoglądając na moją koszulkę, jeden z oglądających mecz zagadał upewniając się, że kibicuję Barcelonie. Kiedy potwierdziłam jego przypuszczenia życzył mi powodzenia na meczu jaki Barca miała później rozgrywać. To było bardzo miłe, tym bardziej, że przyznał, że jest kibicem Athletic Bilbao.

Atletico miało dobre akcje i mogło tamten mecz wygrać. Szyki Los Rojiblancos popsuł CR7, strzelając w końcówce spotkania gola na 2:2 i jednocześnie ratując punkt, który zapewnił im pozostanie na pozycji lidera w ligowej tabeli. Samotny kibic Realu cieszył się jak dziecko z bramki Cristiano, a reszta łapała się za głowę w niedowierzaniu, że szansa na ogranie lokalnego rywala przeszła ekipie Diego Simeone koło nosa. Jednakże nikt nie powiedział na Real, ani na samotnego kibica, jednego złego słowa, nawet w żartach. Kolejną ciekawostką są napoje, jakie widzowie pili podczas meczu. Było mi nawet trochę głupio, bo podczas gdy my piłyśmy piwo wszyscy faceci, którzy wyglądali na Hiszpanów, pili kawę, fan Los Blancos pił dla odmiany Pepsi. Jedynie obcokrajowcy, którzy pojawili się w przerwie spotkania również zamówili alkohol. Było to dla mnie niesamowite, że faceci idą na mecz i piją kawę. Super. Na koniec, kiedy już wychodziłyśmy po skończonym meczu i miałyśmy jechać do mieszkania szykować się na mecz Barcelony, miły kelner przyniósł nam kolejny prezent, po kieliszku lokalnego likieru. Kiedy tłumaczyłyśmy, że przecież przed nami jeszcze mecz stwierdził, że zimo na Camp Nou, a to na pewno na rozgrzeje. A rachunek opiewał tylko za piwo. Ach ta hiszpańska gościnność ;) Naprawdę fajnie było oglądać mecz ekip z Madrytu w centrum Barcelony z lokalnymi kibicami. Bardzo ciekawe doświadczenie. Oczywiście możliwe, że dobrze akurat trafiłam, nie mam oprócz tego razu żadnych doświadczeń z oglądania meczów w hiszpańskich barach, aczkolwiek mam nadzieję, że będzie takich okazji tylko więcej.

Kiedy siedziałyśmy już na trybunach katalońskiej świątyni futbolu, byłam troszkę zawiedziona, że siedzimy bardzo wysoko. Fakt, że bilety kupowałyśmy dopiero dzień przed meczem i nie było już dostępnych miejsc w sektorach za bramką. A tam siedzą kibice najgłośniejsi, szczególnie w sektorze Gol Sud. Hiszpanie w swoim kibicowaniu są dla mnie troszkę zbyt „piknikowi”. Za każdym razem kiedy ekipa z Gol Sud zaczynała doping i przyłączał się do niej cały stadion całość trwała zaledwie chwilę i już większość wracała do swojego cichego kibicowania. Ja jestem zwolenniczką aktywnego i głośnego dopingu cały czas. Jednakże trzeba przyznać, że kiedy do wykonania jest jakiś rzut wolny, cały stadion klaszcze powoli i coraz szybciej, aż do wykonania uderzenia. I to jest fajne. Cudowny był również szał radości wszystkich kibiców po bramce Carlesa Puyola. Teraz, kiedy już ogłosił decyzję o opuszczeniu klubu wraz z końcem sezonu cieszę się, że mogłam go w tym ostatnim jego sezonie zobaczyć na Camp Nou. Być może widziałam na żywo ostatnią bramkę naszego walecznego kapitana?

Oczywiście na sposób wsparcia drużyny dopingiem na meczu ma również wpływ jaka jest stawka rozgrywanego pojedynku. Na ćwierćfinale Ligi Mistrzów doping był zdecydowanie mocniejszy i przede wszystkim stadion zagrzewał zawodników do walki prawie cały czas, więc zdarłam wtedy gardło porządnie. Podsumowując, nie można ocenić Hiszpanów jako słabo kibicujący naród, aczkolwiek trzeba przyznać, że tam podejście jest raczej piknikowe. Dla mnie jest to troszkę niewystarczające. Na następnym meczu kieruje się bliżej sektorów zabramkowych, zdecydowanie.

Nie chcę aby po przeczytaniu artykułu ktoś wyciągnął wniosek, że kibiców polskich klubów uważam za kiboli, a Hiszpanów za spokojnych i piknikowych, nie o to tu chodzi. Chciałabym bardziej wskazać na pewne przesłanki i sytuacje. Oczywiście nie muszą one świadczyć o reszcie kibiców i zapewne znalazło by się jeszcze wiele przykładów, że to jednak nie jest takie czarno-białe. Zdaję sobie z tego sprawę. Bardziej zależy mi na wskazanie różnic, jakie można zaobserwować oglądając mecz w Hiszpanii. W całej złożoności FC Barcelony, jej kibice są ważnym elementem układanki jaka składa się na “més que un club”. Warto zatem znać specyfikę różnych składowych tego elementu. Mam nadzieję, że uda mi się zebrać jeszcze wiele ciekawych spostrzeżeń i obserwacji podczas kolejnych wycieczek do Hiszpanii. A Was, drodzy Czytelnicy, również do tego gorąco zachęcam.

 

 Źródło zdjęcia: elmundo.es

 

Barcelona w spódnicy: Gra o tron

Ostatnie dwa sezony hiszpańskiej ekstraklasy zdążyły już przyzwyczaić sympatyków La Liga do wczesnego rozstrzygania zwycięzcy tych sportowych zmagań. Na dobrą sprawę w tym czasie było jedynie dwóch poważnych kandydatów do zdobycia mistrzostwa: FC Barcelona i Real Madryt. Fakt, iż liczą się tak naprawdę dwie ekipy, które walczą o trofeum często przytaczany jest jako argument za tym, że Primera Division jest nudna. No bo co może być interesującego w zmaganiach, gdzie spośród 20 zespołów znaczących jest zaledwie dwa? To monotonne, zawsze jest Real albo Barca. Nawet jeśli jakimś zespołom uda się w jakimś meczu ograć Azulgranę czy Królewskich, to w końcowej klasyfikacji to i tak nic nie zmienia. Zawsze są tylko te dwie ekipy. Ostatnim sezonem kiedy z “mistrza” cieszył się ktoś spoza tej dwójki był sezon 2003/04 kiedy to tytuł wywalczyła Valencia. Wcześniej nie było to tak “czarno-białe” i w wielu przypadkach ligę zdobywał ktoś inny. Naturalnie ekipy: z Madrytu oraz z Barcelony są absolutnymi rekordzistami jeśli chodzi o sukcesy w lidze hiszpańskiej: Real ma na koncie 32 mistrzostwa kraju a Barcelona 22. Warto tylko dodać, że pozostali w klasyfikacji mogą się pochwalić zaledwie jednocyfrowym wynikiem – to mówi samo za siebie.

Dwa lata temu już w lutowym przegranym meczu z Osasuną Pampeluną FC Barcelona praktycznie straciła szansę na mistrzostwo Hiszpanii na rzecz Realu Madryt. Faktem jest, że matematyczne szanse istniały jeszcze długo, jednakże wyglądanie za kilkoma poważnymi potknięciami “Królewskich” to jak czekanie na to, że facet rzeczywiście „już” naprawi kran. W tamtym sezonie zgodnie z przewidywaniami w Madrycie nie stał się żaden “kataklizm” i ekipa, wtedy pod wodzą Mourinho, ostatecznie zgarnęła mistrzostwo Hiszpanii. Rok później sytuacja była dokładnie odwrotna. Przez cały sezon 2012/13 “Duma Katalonii” ani na chwilę nie ustąpiła miejsca na tronie La Liga. Real, który zaliczył kilka potknięć na początku sezonu, nie zdołał odrobić strat tym bardziej, że “Blaugrana” nie była skłonna do popełniania “ligowych wpadek”.

W obecnym sezonie fani hiszpańskiej piłki i emocjonujących starć nie powinni być zawiedzeni. Na początku dobry start zaliczyła drużyna prowadzona przez Tatę Martino. Z kolei drobne potknięcia spowodowały, że Atletico wskoczyło na fotel lidera, aczkolwiek długo nie zagrzało tam miejsca. Już po tygodniu “Barca” wróciła na pozycję nr 1. Niemniej jednak później Barcelona zaliczyła wpadkę, a nawet dwie i w rezultacie Real objął prowadzenie, które ma do dziś. Zaraz za nim plasuje się Atletico, a “Duma Katalonii” zamyka podium.

W tym momencie “Los Blancos” mają 4 punkty przewagi nad “Blaugraną” oraz trzy nad “Los Rojiblancos”. Chciałabym przeanalizować po krótce przeciwników, z jakimi przyjdzie się zmierzyć najlepszej ligowej trójce do końca sezonu i ocenić realne szanse na 23 mistrzowski tytuł, jaki “Azulgrana” chce w tym roku wywalczyć.

Real Madryt w tym sezonie zmierzy się jeszcze z następującymi klubami:

U siebie: Barcelona, Rayo, Almería, Osasuna, Valencia, Espanyol

Na wyjeździe: Sevilla , R.Sociedadd, Valladolid, Celta

Oprócz Barcelony nie są to zatem zbyt wymagający przeciwnicy. Liczyłabym na Real Sociedad, który ma potencjał by jakieś punkty ekipie Ancelottiego wykraść, tym bardziej, że spotkanie będzie rozgrywane na Estadio Anoeta. Teoretycznie jeszcze Sevilla i Valencia mogłyby coś podziałać, ale szczerze powiedziawszy nie wierzę, by do końca sezonu z takim terminarzem Real zbyt wiele punktów stracił.

Z kolei Atletico Madryt czekają następujące starcia:

U siebie:  Granada, Villarreal, Elche, Málaga

Na wyjeździe: R.Betis,  Athletic, Getafe, Valencia, Levante, Barcelona

W przypadku Atletico zdecydowanie najtrudniejszym wyzwaniem jest ostatni pojedynek ligowych zmagań: podróż na Camp Nou. Oprócz tego na pewno wycieczka do Kraju Basków nie będzie łatwa. Wiadomo, że nie można wszystkiego przewidzieć, faktem jest, że gdyby się dało, to piłka nożna straciłaby wiele ze swego piękna. Także bardzo dobrze, że drużyny zaskakują, ligowi słabeusze ogrywają najlepszych itp. To jest w tym sporcie piękne. Jednakże w przypadku Atletico, które trzyma poziom od początku sezonu, nie powinno obniżyć znacząco lotów na mecie sezonu.

Przeciwników czekających na mecze z FC Barceloną podaję jedynie poglądowo, jeśli “Duma Katalonii” chce zdobyć mistrzostwo musi wygrać wszystkie dziesięć czekających ją jeszcze w tym sezonie meczów, innej opcji nie ma.

U siebie: Celta, R.Betis, Athletic, Getafe, Atlético

Na wyjeździe: Real Madrid, Espanyol, Granada, Villarreal, Elche

W kontekście walki o mistrzowski tytuł najbardziej emocjonujące i chyba można już pokusić się o stwierdzenie „rozstrzygające” będzie starcie z Realem Madryt, na Santiago Bernabeu w ramach 29. kolejki Primera Division. Jeśli “Los Blancos” wyjdą z tego starcia zwycięsko, nie ma się co oszukiwać, że 7 punktów straty Barcelona zdoła jeszcze odrobić. Spotkanie z Realem jest tutaj niezwykle istotne. Jeśli ekipa z Camp Nou chce zachować jakiekolwiek szanse na mistrzostwo kraju, musi wygrać czekające ją w niedzielę Gran Derbi. Strasznie nie lubię takich sytuacji, bo nie wszystko zależy od Barcelony. Nawet jeśli wygra z Realem, trzeba będzie czekać na chociażby małe potknięcie “Królewskich”, by marzenie o 23 mistrzostwie kraju mogło się ziścić.

Z drugiej strony jest jeszcze mecz z Atletico Madryt w ostatniej kolejce ligowych zmagań. Zakładając , że Barcelona ograłaby Królewskich na ich stadionie a resztę meczów wygrała i Atletico nie straciłoby już żadnych punktów może się okazać, że ostatni ligowy mecz zdecyduje o tym kto zwycięży w tym roku La Liga. Na myśl o pojedynku o taką stawkę w ostatniej kolejce dostaję gęsiej skórki. Ach, co to byłyby za emocje! Meczu tego na pewno reklamować nie trzeba, a brak biletów na to spotkanie jest chyba wystarczającym potwierdzeniem.

Ostatnie wpadki Barcelony, a szczególnie przegrana z Valladolid nie napawały optymizmem. Sytuację zmieniła wygrana z Manchesterem City, która pozwoliła uspokoić skołatane nerwy na myśl o zbliżającym się “Klasyku”. Z kolei kompletne zmiażdżenie Osasuny nas Camp Nou 7:0 dało możliwość szeroko się uśmiechnąć sympatykom “Blaugrany” i optymistycznie patrzeć w przyszłość. Zwycięstwo na Santiago Bernabéu jest możliwe, co chłopcy w bordowo-granatowych koszulkach udowodnili nie raz. FC Barcelona jest w stanie to zrobić, musi tylko zabrać ze sobą do stolicy TĄ LEPSZĄ twarz – z meczu z Osasuną, a tą, którą zaprezentowali z Valladolid, schować głęboko na dno podświadomości i najlepiej o niej zapomnieć.

Niezależnie od tego, kto zdobędzie mistrzostwo Hiszpanii, chciałabym, żeby szala zwycięstwa ważyła się do ostatniej chwili. Chcę meczów o mistrzostwo, wielkich emocji i walki do końca. Pragnę tego w La Liga najbardziej na świecie!

 

Źródło zdjęć: zimbio.com

Barcelona w spódnicy: Rozpędzony rollercoaster przed meczem z City

16 grudnia 2013 roku poznaliśmy konfigurację spotkań w ramach 1/8 Ligi Mistrzów. W szwajcarskim Nyonie Luís Figo na zasadzie losowania „dobrał” 16 ekip w dwójki. Dwie pary wyłonione z tych mających walczyć o ćwierćfinał zespołów wzbudzały od początku ogromne emocje, a mianowicie Bayern Monachium – Arsenal Londyn oraz FC Barcelona – Manchester City.

Fani ekipy Arsèna Wengera zdawali sobie doskonale sprawę z poziomu trudności zadania, przed jakim przyszło im stanąć. Wystarczyłoby w tym momencie wspomnieć, o jakże w dalszym ciągu bolesnym ograniu Barcelony 7:0 w półfinale, nie mówiąc o wygraniu Ligi Mistrzów w zeszłym sezonie. A jeśli dołożymy do tego fakt, iż team z Monachium trenowany jest obecnie przez legendę Barcelony oraz że ma już praktycznie w kieszeni mistrzostwo Niemiec otrzymujemy obraz drużyny niemal nie do pokonania. Ekipa na czele z Philippem Lahmem z 20 punktami przewagi nad plasującą się na drugim miejscu Borussią Dortmund w obecnym sezonie nie poznała smaku ligowej porażki. Jeśli chodzi o Ligę Mistrzów również idą jak burza, oczywiście wyszli z grupy na pierwszym miejscu zaliczając jedynie jedną porażkę w fazie grupowej – w Monachium z Manchesterem City. Już wiemy, że Arsenal zgodnie z przewidywaniami nie podołał ekipie z Bawarii aczkolwiek ciekawe jest, że drugi rok z kolei Bayern nie może Kanonierów pokonać na własnym stadionie.

Druga para jest jeszcze bardziej emocjonująca: Barcelona vs City to pojedynek, który równie dobrze moglibyśmy obserwować w Lizbonie i nikt nie byłby zawiedziony. City jest w tym momencie czwarte w Premier League, aczkolwiek zespół pod wodzą Manuela Pellegriniego jest w tym sezonie niezwykle groźny, szczególnie w ataku. Jeśli weźmiemy pod uwagę ilość strzelonych w tym sezonie goli Manchester ma pod tym względem drugi wynik w lidze i najlepszy stosunek bramek zdobytych do straconych. Sergio Agüero zalicza obecnie bardzo dobry sezon, a w połączeniu z Álvaro Negredo tworzą iście zabójczy duet. W pierwszym meczu Argentyńczyk nie mógł stawić czoła Barcelonie ponieważ Sergio doznał kontuzji w spotkaniu ligowym z Tottenhamem. Teraz wraca i mimo sympatii dla swojego rodaka Messiego będzie miał tylko jeden cel: zapewnić swojej ekipie awans do ćwierćfinału.

Manchester City i FC Barcelona wsiedli do swoich kolejek na torze i ruszyli.

Mimo, iż podczas losowania par 1/8 Barcelona pewnie siedziała na fotelu lidera La Liga wielu wróżyło jej wczesną eliminację z Ligi Mistrzów w wyniku starcia z The Citizens. Przyznam, że sama miałam wielkie obawy jakim rezultatem mecz na Etihad się zakończy. City było w gazie a Barcelona zaczynała tracić polot i popełniała głupie błędy. Poza tym atmosferę podkręcały całe rzesze sympatyków futbolu, którzy już zacierali ręce na myśl o możliwej przegranej Dumy Katalonii. Wydaje się, że bardzo wiele osób czeka na przegraną ekipy z Camp Nou. W większości przypadków w wyniku zwykłej zazdrości przegrana jest rozdmuchiwana i za każdym razem (a ile to już ich było) wróży się Barcy niechybny koniec, upadek z piedestału współczesnego futbolu na samo dno. Manchester na górze, Barcelona w dole.

Wygrana Balugrany w Manchesterze przed trzema tygodniami i całkiem przyzwoity zapas 2 bramek przed rewanżowym spotkaniem sprawiły, że „król wrócił na swoje miejsce”. W tamtej chwili większość futbolowych obserwatorów już straciła złudzenia, że Barcelona da sobie jeszcze awans do ćwierćfinału Champions League wyrwać z rąk. Wydawałoby się, że wszystko jest pewne i spotkanie na Camp Nou będzie tylko czystą formalnością. Barca górą, City „pod wozem”.

W ciągu zaledwie dwóch tygodni z wielotygodniowego lidera Primera Divison Azulgrana spadła na trzecie miejsce tracąc do lidera, czyli Realu Madryt 4 punkty. Dwie porażki (standardowo już Real Sociedad plus Valladolid) w ciągu trzech ligowych kolejek i gra bez jakiegokolwiek pomysłu sprawiły, że Barcelona nie tylko w lidze spadła, ale również w wyścigu o ćwierćfinał Champions League jej pozycja giganta została zachwiana. Kolejka nie pędzi już tak szybko, można pokusić się o stwierdzenie, że znajduje się na zakręcie. Ten właśnie zakręt i ostatnia prosta zdecydują kto znajdzie się w ¼. Oczywiście na zdecydowanie bardziej uprzywilejowanej znajduje się team Taty Martino, aczkolwiek teraz niczego nie można być pewnym. Barcelona straciła ostatnio zbyt wiele punktów, do tego dużo bramek zostało jej wbitych po stałych fragmentach gry, szczególnie z rzutów rożnych. Oczywiście na korzyść Blaugrany przemawia fakt, iż mecz będzie rozgrywany na Camp Nou, aczkolwiek ósma w La Liga Valencia obaliła mit niepokonanego Camp Nou, także niczego nie można być pewnym.

Miejmy nadzieję, że Tacie i jego ekipie udało się wyciągnąć odpowiednie wnioski z ostatnich przegranych oraz, że Duma Katalonii, na którą dzisiaj zwróci oczy piłkarski świat będzie lepszą wersją siebie od tej z minionej soboty. Oby mecz rozegrany został bez niepotrzebnych kontrowersji oraz żeby wynik nie pozostawał wątpliwości, kto walczy dalej o puchar Ligi Mistrzów. Nie możemy zapominać, że tak naprawdę wystarczy jedna dobra akcja Agüero czy Negredo i przy wyniku 0:1 zacznie się robić nerwowo. A  ekipa z Camp Nou zdecydowanie preferuje jasne sytuacje i spokojne kontrolowanie wyniku.

Dzisiaj, w rocznicę wspanialej remontady z Milanem Barcelona ma szansę wrócić na szczyt. Ma okazję pokazać jaja i zamknąć usta wszystkim, którzy wróżą jej niechybny koniec. Jedno jest pewne: czekają nas wieczorem niezapomniane mocje. Oby ekipa Taty Martino dołączyła do Bayernu Monachium i Atletico Madryt i kontynuowała wyścig po piąty Puchar Europy. Do boju Barcelono!

Źródło zdjęcia: zimbio.com