Messi hamulcowym?

Trzeci remis z rzędu. Kolejne spotkanie nierozstrzygnięte, mimo prowadzenia. Już druga ligowa strata punktów. Cztery bramki stracone w trzech kolejnych spotkaniach. Jeśli ktoś myślał, że Barcelona punktów tracić nie będzie, to dość szybko został sprowadzony na ziemię.

Remis z Bayerem Leverkusen w ostatniej – dla Barcelony nieistotnej – kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów, nie miał żadnego znaczenia. Dowiedzieliśmy się tylko tego, że Munir czy Sandro są zaledwie cieniem tego, jakich piłkarzy swego czasu produkowała barcelońska La Masia.

Remis z Valencią nie był złym wynikiem. De facto podopieczni Luisa Enrique najtrudniejsze ligowe wyjazdy w tym sezonie mają za sobą. Niesmak naturalnie pozostał, ponieważ Valencia była na kolanach, a Duma Katalonii mimo ogromnej przewagi nie potrafiła zamknąć spotkania. Koniec końców punkt na Mestalla w ostatecznym rozrachunku może przechylić szalę zwycięstwa ligowego w jedną, bądź drugą stronę. Dlaczego? Ponieważ w sobotni wieczór z 6-punktowej przewagi nad Realem Madryt pozostały zaledwie cztery oczka. Stabilna i bezpieczna odległość dwóch odwiecznych rywali w ligowej tabeli, była owocem ciężkiej pracy zawodników Lucho. Pracy, której efekty zostały roztrwonione w Valencii i w sobotę na Camp Nou.

Nie ma przesady dramatyzować, ale problem jest. Choć zabrzmi to obrazoburczo, wydaje się, że dzisiaj największym problemem Barcelony jest… Leo Messi. Barcelona bez Messiego jest inną drużyną niż z Argentyńczykiem. Nie zrozumcie mnie źle – nie neguję wartości argentyńskiego napastnika. Problem w tym – problem, który jest widoczny gołym okiem – to rola, jaką Messi spełnia na boisku.

To on jest centralną postacią w zespole. Niezaprzeczalnym jest, że kiedy La Pulga jest w formie, to obraz zostaje delikatnie zamazany, ponieważ gra się klei. Kłopoty powstają wtedy, kiedy Messi nie jest w swojej najwyższej dyspozycji, a mimo to cała drużyna gra dla niego i pod niego. Skutki, rzadko bo rzadko, ale są bolesne i nazbyt oczywiste. Barcelona z Messim jest bardziej przewidywalna, mimo iż Messi jest najbardziej nieprzewidywalnym zawodnikiem. To paradoks. Intuicyjnie wydaje się, że sprawa jest jasna. To tylko gdybanie, ale uważam, że gdyby Leo zagrał w pierwszym składzie w meczu z Realem Madryt, to wynik nie byłby taki sam. Dwumiesięczna absencja Leo nauczyła resztę zespołu gry jeszcze bardziej zespołowej. Nie było jednego lidera, choć kontuzja Messiego zbiegła się z czasem z eksplozją formy Neymara i skuteczności Suareza. Rzecz w tym, że bez Messiego każdy zawodnik bierze na siebie ciężar gry. Nie ma tego najlepszego, do którego można podać i jakoś to będzie.

Jasne, takie sytuacje jak w meczu z Deportivo nie będą zdarzały się co tydzień, ale są sygnałem ostrzegawczym, mówiącym, że Messi dalej jest tylko częścią drużyny, a nie jej większą częścią. Stracone punkty na razie nie bolą, ponieważ Barca dalej jest liderem tabeli. Mimo to wnioski należy wyciągnąć.

Przed nami klubowe mistrzostwa świata w Japonii i szansa na piątek trofeum w 2015 r. prawdopodobnie bez Neymara w składzie, Barcelona będzie musiała się przebudzić, ponieważ tego pucharu nikt jej za darmo nie da. Messi na ten moment wydaje się hamować drużynę, z zastrzeżeniem, że dalej jest jej najgroźniejszym i najbardziej kreatywnym zawodnikiem, ale inaczej należy wykorzystać potencjał Messiego i inaczej rozkładać akcenty w drużynie, która składa się z 11 zawodników, a nie z Leo i pozostałych.

Lewiatan Barcelony

Nigdy nie spodziewałem się, że po tym, co reprezentowała Barcelona Guardioli, dane będzie mi uświadczyć tych samych emocji przy oglądaniu jakiejkolwiek drużyny piłkarskiej. A jednak. Barcelona Enrique jest prawdziwym potworem – Lewiatanem.

Ten krótki tekst będzie hymnem pochwalnym dla Dumy Katalonii. Po wtorkowej i sobotniej wygranej nad AS Romą i Realem Madryt, cały świat zastanawia się, czy można grać jeszcze lepiej, czy są jakieś granice dla drużyny Luisa Enrique.

Jeszcze dwa miesiące temu, kiedy Messi wypadł ze składu, wydawało się, że to początek końca wielkiej Azulgrany. Pierwsze mecze bez La Pulgi dobitnie pokazały, że bez swojego lidera, Barcelona musi na nowo się zdefiniować.

Mecze w październiku i listopadzie pokazały, że messidependiencia jest tylko wymysłem mediów i przeciwników drużyny z Katalonii. Dzisiaj, z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że kontuzja Leo była dla całej drużyny błogosławieństwem. Zawodnicy dosłownie rośli w oczach. Defensywa wróciła na swój najwyższy poziom (pięć straconych bramek w 10 ostatnich meczach, w tym aż 6 czystych kont). Bravo i Ter Stegen także wznieśli się na wyższy poziom – szczególnie Chilijczyk może być z siebie dumny po zwycięstwie nad Realem, do którego walnie się przyczynił.

Symbolem nowej Barcelony stał się również Sergi Roberto. Jeszcze kilka miesięcy wyrzucany z Klubu przez kibiców i media, dzisiaj stał się niezbędnym elementem katalońskiego zespołu. Jego wszechstronność imponuje: prawa obrona, środek pomocy, prawe skrzydło. Na każdej z tej pozycji się sprawdza i nie jest typową zapchajdziurą.

Ale to także wejście na jeszcze wyższy poziom Sergio Busquetsa. Wydawać by się mogło, że hiszpański pomocnik osiągnął już granice swojego rozwoju, ale szczególnie mecz z rzymianami pokazał, jakie rezerwy pokłada wewnątrz siebie defensywny pomocnik mistrza Hiszpanii. Na dzisiaj wydaje się, że Busi jest najważniejszym zawodnikiem Barcelony. Na dawny poziom wrócił także Iniesta. Mimo 31 lat na karku, to, co Andres wyprawiał z zawodnikami Królewskich nie mieści się w ludzkim rozumowaniu.

W końcu trzeba wspomnieć o ataku. Duet Neymar-Suarez pod nieobecność Messiego wskoczył na kolejny poziom. Neymar dojrzał, Suarez odnalazł zagubioną formę strzelecką i obecnie oboje przewodzą w klasyfikacji strzelców w Hiszpanii.

To, co widzimy w ostatnich spotkaniach w wykonaniu Barcelony, pokazuje, czym tak naprawdę jest drużyna. Gdybym jednym słowem miał określić Dumę Katalonii, byłoby to słowo, tak często wykorzystywane przez Tomasza Hajtę: antycypacja.

Nie jest najważniejsze, gdzie Neymar czy ktokolwiek inny poda piłkę w następnym ruchu. Ważniejsze jest, co będzie dalej. Widać, że zawodnicy rozumieją się bez słów – gra jest płynna, wręcz wydaje się, że tak bardzo schematyczna, bez krzty improwizacji. A oni po prostu grają w futbol. Wiedzą, po co są na boisku i tworzą jedność. Wszyscy atakują i wszyscy bronią.

Na dzisiaj stawiam sobie jedno pytanie, kto jest w stanie zatrzymać Barcelonę Enrique? Odpowiedź nasuwa się jedna: Messi i spółka mogą zostać pokonani tylko przez własne błędy, brak szacunku, niedowartościowanie przeciwnika. Na ten moment chyba tylko Bayern Monachium może zatrzymać barcelońską orkiestrę.

To z pewnością odważna teza, ale ta Barcelona może obronić tytuł Ligi Mistrzów. W styczniu do zespołu dołączą Arda Turan i Aleix Vidal. Jeśli bez Messiego Barcelona radziła sobie tak znakomicie, to aż strach pomyśleć, jak będzie wyglądała gra na wiosnę. Czy Barcelona już osiągnęła swoje apogeum, czy dopiero w meczach fazy pucharowej zobaczymy, na co tak naprawdę stać Barcelonę Enrique, Lewiatana, który obecnie pochłania każdego przeciwnika.

Jose Mourinho w ogniu

Uprzedzam: będzie o Jose Mourinho. Co ma Mourinho do Barcelony? Obecnie nic. Niemniej przez pryzmat jego historii, jako trenera Realu Madryt w latach 2010-2013, uważam, że warto zatrzymać się na tym fenomenie. Mamy początek listopada, a Chelsea Londyn zanotowała 7 porażkę w lidze angielskiej. 11 punktów, bliżej strefy spadkowej niż pewnego miejsca w przyszłorocznej Lidze Mistrzów, o mistrzowskim podium nie wspominając.

Nigdy nie byłem wielkim fanem portugalskiego szkoleniowca. Szanowałem go za jego osiągnięcia w FC Porto, w Chelsea Londyn, w Realu Madryt i Interze Mediolan. Fakty są takie, że na dzisiaj, The Special One to jeden z najbardziej utytułowanych współczesnych menedżerów w futbolu. Obok Guardioli jest chyba najbardziej rozpoznawalnym trenerem w piłkarskim świecie. Nie można mu odmówić sukcesów, to prawda. Jednak nigdy nie byłem i nie będę zwolennikiem trenera, który prowadzi swoje drużyny w taki sposób.

Mourinho jest trenerem innym. Portugalczyk na pewno przejdzie do historii, ale – co wielokrotnie podkreślałem w przeszłości – nie przejdzie di historii jako innowator, jakim jest Guardiola; Mourinho jest rzemieślnikiem, człowiekiem od zadań specjalnych. Dlatego w każdym z dotychczasowych klubów wytrzymywał tylko trzy sezony. Nie chcę głębiej wnikać i analizować tezy o trzecim sezonie, ale historia portugalskiego trenera jasno pokazuje, że metody, które Mou stosuje, działają na krótką metę – do trzech sezonów właśnie.

Nie ma przypadku w tym, że Inter Mediolan po odejściu Mourinho dosłownie się rozpadł. Nie ma przypadku w tym, że Real Madryt w trzecim sezonie grał tak, a nie inaczej (krytycy powiedzą, że wicemistrzostwo, finał Pucharu Króla i półfinał Ligi Mistrzów to dużo, ale tylko hipokryta powie, że to udany sezon). W końcu – o czym przekonujemy się aktualnie – nie ma przypadku w tym, że The Blues błąkają się w dolnej części tabeli. I żeby było jasne: wina leży po obu stronach (co pokazują chociażby materiały Sky Sports gdzie pokazane jest, jak nie powinno się grać w piłkę, a jak robi to właśnie londyńska Chelsea).

Oblężona twierdza

Wygląda to mniej więcej tak: pierwszy sezon to budowa twierdzy. Mourinho przychodzi i robi czystki. Podporządkowuje sobie drużynę. Sprawia, że piłkarze są w stanie wskoczyć za nim w ogień. Pierwsza kampania nie musi skończyć się wielkim tryumfem. Apogeum przychodzi w sezonie drugim (vide mistrzostwo Realu Madryt w sezonie 2011/2012 czy Chelsea Londyn w kampanii 2014/2015) – drużyna gra wtedy na najwyższym poziomie. Strategia się sprawdza. Portugalczyk buduje wokół siebie całą otoczkę. Buduje napięcie i emocje. Ma kontrolę. Niczemu nie jest winien. Winni są wszyscy: arbitrzy, władze, przeciwnicy, ktokolwiek. On nie popełnia błędu, a nawet jeśli, to nigdy się do niego nie przyznaje. Przychodzi sezon trzeci – upadek. Bo nie da się egzystować na takim ładunku emocjonalnym przez dłuższy czas. w końcu przychodzą gorsze wyniki; w końcu pojawiają się przeszkody, których nie da się pokonać. Bo w końcu pojawia się kret. Bo takie prowadzenie zespołu prowadzi do wewnętrznych konfliktów: powstają grupy. Przekaz zewnętrzny jest taki sam. To, co dzieje się wewnątrz, pozostaje tajemnicą i sferą domysłów. Twierdza upada.

Król jest nagi

Okazuje się, że Jose Mourinho nie jest trenerem na więcej niż trzy sezony. Obecny sezon The Blues pokazuje dobitnie, że Portugalczyk sam nie wie, co się dzieje. Ta bezradność aż bawi, bo kiedy patrzy się na trenera, który określa się mianem The Special One, a potem robi to, co przecież wcześniej działało, zrzuca winę na wszystkich. Jednak tym razem to nie działa. Coś, co jeszcze kilka lat temu budziło zachwyt jedynych i pogardę drugich: to ostentacyjne wskazywanie palcem winnego, dzisiaj jest pustą pogróżką, za którą nie stoi najważniejsze – wyniki. Patrząc na londyński zespół, wydaje się, że dosłownie dni dzielą Mourinho od opuszczenia swojego ukochanego klubu.

Nauczka na przyszłość

Co najważniejsze, nie sądzę, aby Mou czegoś ta lekcja nauczyła. Pokory, której nigdy nie miał? Szacunku dla rywala i przeciwników? Dobrze, to też był element oblężonej twierdzy, ale Mourinho jaki był dekadę temu, taki jest i dzisiaj. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Portugalczyk jest trenerem wybitnym, ale skutecznym tylko w krótkim odstępie czasu. Jeśli twierdzi, że może uczyć się tylko od siebie, bo osiągnął już taki poziom, że tylko nauka na własnych błędach go rozwija, to nie wróżę mu świetlanej przyszłości nigdzie. Pisząc świetlana przyszłość mam na myśli taką sytuację, gdzie Mourinho zagrzeje miejsce dłużej niż trzy lata. Jego metody nie działają na dłuższy okres.

Pytanie na koniec. Co się stanie z portugalskim szkoleniowcem po możliwym odejściu z Londyny? Był już trenerem w Portugalii, Hiszpanii, Anglii i we Włoszech. Kogo stać na Mourinho? Manchester United? Paris Saint Germaine? Borussia Dortmund? AS Monaco? Ostatecznie: czy Jose wyciągnie z obecnego sezonu jakieś wnioski? Możesz prowadzić wojnę z całym światem, ale nie przez całe życie. Tej wojny Mourinho nie wygra.

 

Jak przeżyć bez Messiego i Iniesty

Barcelona stoi przed kolejnym wyzwaniem: jak drużyna poradzi sobie bez dwóch kluczowych zawodników. Zapraszam do lektury tłumaczenia felietonu portalu grup14.com

Na początku swojego pierwszego sezonu w Barcelonie jej menedżer, Luis Enrique, korzystał z innego systemu taktycznego, niż w poprzednich latach. Messi co prawda pozostał na pozycji fałszywej „9”, gdzie miał przed sobą dwóch zawodników; grając jako typowa „10” miał przed sobą dwóch wysuniętych napastników (Suarez i Neymar). To prowadziło do efektu domina – takie ustawienie Messiego wpływało na cały zespół – prawy i lewy obrońca mieli więcej swobody w ataku, z kolei środkowy pomocnicy musieli być gotowi do asekuracji tych stref, które zostawały odkryte właśnie przez ruch bocznych defensorów (najlepiej było widać to ustawienie w ligowym meczu z Athletikiem Bilbao na Camp Nou w sezonie 2014/15, tłum.).

Pomimo dobrych wyników, system ten był wadliwy, co pokazało spotkanie w Lidze Mistrzów z PSG w Paryżu (Barcelona przegrała spotkanie grupowe 3-2). W rezultacie, asturyjski trener odłożył swój pierwotny pomysł do szafy i, po porażce Barcy na Anoeta w styczniu, zmienił ustawienie zespołu. Messi wrócił na swoją pierwotną pozycję prawoskrzydłowego, dalej będąc organizatorem całej gry zespołu. Wygląda to podobnie do zmiany pozycji Xaviego za kadencji Franka Rijkaarda, ale teraz zmiana ta jest jeszcze bardziej daleko idąca.

Zmiana ta pozwoliła Barcelonie stać się drużyną bardziej konkurencyjną, co więcej przyczyniła się walnie do zdobycia trypletu (wygranie wszystkich meczów w Pucharze Króla, a w Lidze Mistrzów zwycięstwa nad mistrzami: Anglii, Francji, Niemiec i Włoch). To ustawienie zdefiniowało także nową rolę pomocników, którzy w mniejszym stopniu byli odpowiedzialni za kreację, a bardziej na kontrolę futbolówki i jej szybkie przekazywanie do linii ataku. Fundamentem tego sukcesu była zmiana taktyczna Iniesty (z ofensywnego na środkowego pomocnika na wzór Xaviego) oraz odważna gra Alvesa, bardziej przypominająca pomocnika niż obrońcę, który wspomagał Messiego na prawej stronie, jak również w pomocy Busquetsowi w tranzycie piłki z obrony do linii ataku.

Mnogość kontuzji oraz niestała forma zespołu w pierwszych meczach nowego sezonu sprawiły, że jeszcze nie oglądaliśmy Barcelony w jej najlepszym wydaniu. Tym bardziej, że chociażby Dani Alves został niespodziewanie wygryziony ze składu przez Sergiego Roberto, który pomimo dobrych występów dla nienaturalnej dla siebie roli, jest tylko środkiem zastępczym podczas nieobecności duetu Alves & Messi na prawej stronie.

Nawet powrót Alvesa (który nawiasem mówiąc daleki jest swojej najlepszej formy) nie sprawił, że drużyna zaczęła grać tak jak w poprzednim sezonie. Kontuzja, która uniemożliwia grę Messiemu przez 8 tygodni, jest dobrym powodem dla zespołu Enrique, aby zobaczyć, jak pod nieobecność najlepszego zawodnika, zespół sobie poradzi.

Pierwszą logiczną opcją byłoby nie zmienianie niczego: pozostawienie taktyki i składu bez zmian (za Messiego napastnik, za Iniestę pomocnik – tłum.), oparcie się na tych samych mechanizmach. Jednakże jedyny zawodnik, który mógłby w jakimś stopniu zastąpić Messiego, to Rafinhia, który również jest poza grą z racji kontuzji (lewonożny skrzydłowy na prawym ataku).

Inną opcją jest zmiana ciężaru gry I przeniesienie jej na drugą stronę. Zamiast duetu Messi-Alves, można taki sam wariant wypróbować na lewej stronie (Alba-Neymar); wtedy na prawej stronie grałby Rakitić z Munirem lub Sandro. Pomysł ten został wcielony w życie w meczu z Bayerem Leverkusen. Do czasu kontuzji Iniesty, to właśnie w tych sektorach boiska działo się najwięcej dobrego. Po zejściu hiszpańskiego pomocnika, stery przejął Neymar.

Tak więc, ze względu na wąską kadrę – Arda Turan i Aleix Vidal nie mogą grać aż do stycznia – Luis Enrique był niejako zmuszony do zmiany taktyki, jaką stosował w pierwszych meczach w sezonie 14/15: 4-3-1-2, w którym ustawieniu to Neymar, w miejsce kontuzjowanego Messiego, zajmuje centralne miejsce „10”, a przed nim grają blisko grający napastnicy, to pozwala na większą swobodę w ataku dla bocznych obrońców, ale z kolei jest wyzwaniem dla pomocników, którzy muszą być jeszcze bardziej mobilni.

Mając na uwadze fakt, że aż do listopada poza grą będą Messi i Iniesta, powyższy wariant jest godny uwagi, tym bardziej, że w składzie Barcelony naturalnych zmienników szczególnie dla Messiego. Model zaproponowany przez Enrique jest jakimś wariantem na ten czas, z zastrzeżeniem, że musiałby on zostać dopracowany.

Pierwszą wadą tego ustawienia jest pozycja pomocników, którzy muszą kryć strefy bocznych obrońców, tym samym zwiększając odległości między sobą w środku pola; efekt jest taki, że Busquets pozostaje odizolowany od reszty zespołu. To utrudnia budowę gry od tyłu.

Kolejnym problemem jest prawa obrona. Rola Alvesa z początku ubiegłego sezonu nijak miała się do tego, jak w ostatnich trzech miesiącach poprzedniej kampanii grał Brazylijczyk – bardziej fałszywy pomocnik niż obrońca. W obecnym sezonie forma Alvesa pozostawia wiele do życzenia – nie wywiązuje się z swoich defensywnych obowiązków, a w ataku również nie daje tyle, ile jeszcze kilka miesięcy temu. To przywołuje wersję Alvesa z początków ubiegłego sezonu.

Do tego dochodzą problemy Mascherano w strefie obronnej. Argentyńczyk imponuje antycypacją zagrań przeciwnika i ich destrukcją w zarodku, ale wąski wachlarz zgrań w defensywie jest widoczny i Javiera szczególnie, kiedy musi poradzić sobie z długimi krzyżowymi zagraniami, czy piłkami zawieszonymi w powietrzu. Biorąc pod uwagę fakt, że Barcelona w mniejszym stopniu kontroluje przebieg spotkań, Mascherano narażony jest na częstsze ataki, które uwidaczniają jego braki. W końcu zespół w ogóle pokazuje niepokojące braki w wyżej wymienionych aspektach: długich piłkach, zagraniach krzyżowych, stałych fragmentach gry. Nie do takiego poziomu byliśmy przyzwyczajeni rok temu.

Zanim zaproponowane zostaną próby rozwiązania tych problemów, trzeba wyjść z założenia, że brak w wyjściowym składzie Messiego i Iniesty drastycznie odbije się na sposobie gry zespołu. Bez stricte kreatywnych zawodników Barcelonie ciężej będzie utrzymać posiadania piłki na połowie rywala, nie mówiąc o przebiciu się przez zasieki obronne rywali Barcelony. To zmusza do bardziej otwartej gry, wciągania przeciwnika na własną połowę i wykorzystywanie kontrataków.

Zacząć należy rozwiązywanie problemów od linii defensywy. Dopóki zdrowy nie będzie Vermaelen, to planem awaryjnym będzie graniem duetem Pique-Mascherano. Belg w pierwszych meczach sezonu pokazał, że stać go na bycie liderem defensywy. Z kolei Bartra i Mathieu nie gwarantują odpowiedniego poziomu. Bartra swoją charakterystyką przypomina Pique, z kolei Francuz gra poniżej oczekiwanego poziomu i w takim wypadku, normalnym jest, że to Mascherano gra w pierwszym składzie.

Na prawej stronie, przy obecnej dyspozycji Alvesa, naturalnym wyborem jest wychowanek Barcelony, Sergi Roberto. Katalończyk na dzień dzisiejszy ma więcej do zaoferowania tak w ofensywie, jak i defensywie. Na lewej stronie obrony nie ma żadnej debaty, pierwszym i jedynym wyborem jest Jordi Alba.

Przed linią obrony w takim założeniu grać powinien Mascherano, jako defensywny pomocnik. Na tej pozycji Mascherano wyróżnia się szybkim rozprowadzaniem futbolówki, agresywnym i skutecznym odbiorem oraz dobrym wychodzeniem spod pressingu rywala. To jego zalety, które eksponowane są, kiedy gra w reprezentacji. Teraz może się zaprezentować na tej pozycji również w Barcelonie.

To sprawia, że Sergio Busquets stanie się naturalnym środkowym pomocnikiem, zmniejszając tym samym jego zadania defnsywne, które przejmie Mascherano. Na nowej pozycji Busquets będzie mógł grać odważniej i bardziej kreatywnie. Dalej będzie łączył linię obrony z atakiem, ale równocześnie będzie odpowiedzialny za rozprowadzanie futbolówki, kontrolę tempa gry, etc.

Druga pozycja w linii pomocy zarezerwowana jest dla Rakiticia, który będzie mógł grać tak, jak miało to miejsce w Sevilli. Przy braku Messiego Chorwat nie będzie musiał aż tak bardzo asekurować prawej strony boiska i będzie mógł skupić się na innych aspektach.

Z przodu największymi beneficjentami zaistiałej sytuacji są Sandro i Munir. To zupełnie inny typ napastników niż Messi i Neymar. Obaj napastnicy stylem bardziej pasują do charakterystyki Suareza: nie łamią do środka, tylko rozciągają grę zespołu; oferują ciągły ruch, tworzą puste przestrzenie dla innych graczy i pracują w obronie. Otwartą kwestią pozostaje, jak sytuacja będzie się rozwijała: czy młodzież wykorzysta brak Messiego czy zawiedzie.

Wszystkie te zmiany powodują inną charakterystykę Barcelony – odejście od filozofii Guardioli i oparcie się na koncepcji Enrique w całości. Z Sevillą, Enrique pokazał, że wybór Mascherano na pozycję defensywnego pomocnika nie był przypadkowy. Był to przemyślany ruch, który wpłynął na sposób gry drużyny.

Mecz z Sevillą pozwolił wyciągnąć kilka wniosków. Pozytyw są takie, że Barcelona jest w stanie rozwiązać swoje problemy w nowym systemie. Mascherano sprawdził się na pozycji defensywnego pomocnika. Słaba skuteczność drużyny była jednym z wytłumaczeń porażki drużyny Enrique. Pomimo wyniku 2-0, zespół potrafił zareagować i nawiązać walkę z drużyną gospodarzy. Takie mecze muszą się zdarzać, to nie katastrofa, tylko wypadek przy pracy.

Co do negatywów: zespół nie wykazał żadnej kontroli posiadania futbolówki na połowie przeciwnika, pomimo faktu że na konferencji po spotkaniu Enrique podkreślał, że chciał, aby jego drużyna kontrolowała grę. Wynik 2-0 zmusił Enrique do zmiany ustawienia: Mascherano przeszedł do linii obrony, Busquets wrócił na swoją naturalną pozycję, Roberto wzmocnił linię pomocy, a Alves operował na prawym skrzydle.

Jeśli zespół chce naprawdę kontrolować grę, czego nie zapewnia Neymar, który jest zawodnikiem bardziej bezpośrednim, to Barcelona musi skupić w środku pola trzech zawodników, którzy będą grali blisko siebie. To wiązałoby się z powrotem Busquetsa na pozycję defensywnego pomocnika i graniem duetem Alves-Rakitić w środku pola. Jest to ryzykowne, ponieważ Alves może nie sprawdzć się na pozycji środkowego pomocnika – to prowadziłoby do ponownego osamotnienia Busquetsa w jego zadaniach defensywnych.

Innym rozwiązaniem jest ustawienie 3-5-2, wykorzystujące trójkę obrońców i dwóch wahadłowych. Zaletą tego ustawienia byłoby oderwanie Neymara od pozycji „10”. Dodatkowo system ten mógłby otworzyć drzwi do pierwszego zespołu Samperowi. Mając obok siebie dwóch pomocników, a za sobą aż trzech obrońców, Samper mógłby grać środkowego pomocnika na wzór Xaviego, podobnie jak Pirlo w Juventusie.

Podsumowując, nie ma jednego rozwiązania. Przed Enrique spory problem do rozwiąznia. Można zmienić ustawienie, można wykorzystać Sampera, zmienić rolę Neymara, Busquetsa czy Roberto.

Wypadek, który musiał się wydarzyć

Poniższy tekst jest tłumaczeniem felietonu Muhammad Ahmad z portalu squawka.com.

Była 10 minuta spotkania, kiedy Leo Messi podniósł wzrok I zobaczył przed sobą trzech pomocników, stojących naprzeciwko niego, przed linią obrony Celty Vigo. Gustavo Cabral oraz Sergi Gomez byli przylepieni jak klej do Luisa Suareza, jednak Hugo Mallo, prawy obrońca, popełnił błąd w kryciu Neymara, tym samym pozostawiając Brazylijczyka z wolną przestrzenią.

Brazylijczyk wykorzystał powstałą lukę w formacji defensywnej gospodarza i wbiegł na puste pole czekając na podania od Argentyńczyka. Messi wykonał idealne podanie, omijające na swojej drodze pięciu zawodników Celty. Neymar oddał celny strzał wprost w bramkarza Sergio Alvareza. Chwilę później na tablica spotkania wskazywała na zmianę wyniku: 3-1. Dla Celty.

Minutę później Messi podał do Munira El-Haddiadiego, a ten miał okazję na strzelenie bramki na 3-2, ale chybił. Później Hugo Mallo podał do Johna Giudettiego, który zabił mecz. 4-1. Celta do końca meczu kontrolowała wynik i cieszyła się z zwycięstwa nad najlepszą drużyną ubiegłego sezonu w Hiszpanii i Europie. Barcelona po tej porażce spadła wpierw na trzecie, a ostatecznie na piąte miejsce w ligowej tabeli. Co poszło nie tak?

Zakaz transferowy, który oznaczał, że Duma Katalonii nie mogła rejestrować zawodników przez dwa okienka transferowe, trwał zbyt długo. Poprzedni sezon zakończony historycznym, bo drugim w historii, trypletem, przegonił w cień inne problemy Barcelony: drużyna potrzebowała wzmocnienia na trzech pozycjach: bocznego obrońcy, środkowego obrońcy oraz środkowego pomocnika. Transfery Vidala oraz Turana odpowiadają potrzebom drużyny, niemniej aż do stycznia zawodnicy pozostaną poza grą.

Po bardzo dobrym sezonie 2014/15 w wykonaniu Daniego Alvesa i po trzech miesiącach negocjacji, udało się przedłużyć kontrakt z brazylijskim defensorem. Ale ostatnie mecze pokazują, że po podpisaniu nowej umowy, Alves wrócił do swojej nierównej formy, a na Vdala czekać trzeba jeszcze trzy miesiące. Kontuzja Rafinhii była gwoździem do trumny Blaugrany – ostatnie 30 minut w Vigo Messi spędził w linii pomoc. Mimo ciężkiego urazu młodszego z bracii Alcantara i zgody RFEF na zarejestrowanie Ardy Turana w jego miejsce, FIFA nie zgodziła się na takie rozwiązanie (na razie brak oficjalnych danych w tej sprawie).

Barcelona wygrała zaledwie 30% wślizgów  w meczu z Celtą

Prawa obrona zostanie wzmocniona już w styczniu. Bracelona powinna także zakontraktować nowego środkowego obrońcę. Choć wydawało się, że Thomas Vermaelen będzie odpowiednim partnerem dla Pique, to kiedy już Belg wchodził na najwyższy poziom, złapał kolejną kontuzję, która wyklucza go z gry na minimum miesiąc. Pozostaje więc Pique i pozostałymi defnesorami: Bartrą, Mascherano i Mathieu, którzy nie gwarantują stabilności na tej pozycji.

Wszystkie mankamenty gry obronnej Barcelony w nowym sezonie, zostały ujawnione w Vigo. Nolito terroryzował Alvesa przez cały wieczór; Mascherano do spółki z Mathieu  byli w dużej mierze nieskuteczni, popełniając liczne błędy, podczas gdy Sergio Busquets zagrał najgorszy mecz od 2013 r. i usiadł na ławce po 66 minutach. Nawet Pique, grając przyzwoicie w poprzednich meczach, sprezentował przynajmniej jedną bramkę dla drużyny gospodarzy.

Błędy Busquetsa wynikały z złych podań w jego kierunku, podczas gdy on sam był naciskany przez zawodników Celty. Kontrola Katalończyków mimo to była dobra, ale pressing Celty był lepszy. Druga bramka pokazuje na czym polegała różnica obu drużyn: Nolito odebrał piłkę Pique, który swoją drogą popełnił szkolny błąd, i wypuścił Aspasa, który pokonał Ter Stegena.

Z kolei pierwsza bramka padła po cudownym strzale Nolito. Kompletnie niepilnowany, wręcz odpuszczony, przez Alvesa i Roberto, Nolito mógł spokojnie zmieścić piłkę w okienku bramki bronionej przez niemieckiego bramkarza. Do przerwy Celta prowadziła 2-0.

Alves wygrał połowę swoich pojedynków powietrzynych w meczu z Celtą.

Druga połowa rozpoczęła się od dominacji Dumy Katalonii. Podopieczni Enrique mieli mnóstwo okazji, żeby wyrównać stań rywalizacji, ale po rzucie rożnym i kontrze Celty (znowu: szkolny błąd tym razem Alves), gospodarze prowadzili już 3-0.

Obrona Barcelony była ostoją w poprzednim sezonie, ale w tej kampanii już straciła 16 bramek, tylko dwa razy zachowując czyste konto. Niektóre z tych bramek były bardzo szczęśliwe, ale faktem jest, że obrona regularnie popełnia te same błędy i oczywistym jest, że ta formacja potrzebuje wzmocnienia.

Problemem jest również atak. Najlepzy atak w historii, który w poprzednim sezonie zdobył rekordowe 122 bramki, w obecnym sezonie strzeliło 12 bramek w 10 meczach. Powody takiej skuteczności są różne: Messi podczas wakacji grał z reprezentacją w Copa America i przegrał finał tego turnieju z Chile; Neymar chorował na świnkę, co uniemożliwiło mu to – trzeci raz – normalny start sezonu; Suarez z kolei próbuje ustabilizować swoją formę.

Messi miał siedem okazji strzeleckch w Vigo.

Żaden z nich nie finiszuje swoich akcji, tak jak nas do tego przyzwyczaili. Przeciwko Celcie, napastnicy Barcelony notowali szokujące pudła, szczególnie Messi, który w drugiej połowie miał 100% okazję i trafił tylko w słupek.

Paradoksalnie, te wszystkie pudła w wykonaniu drużyny z Katalonii, mogą być czymś dobrym. Pomijając pierwszą połowę, w drugiej odsłonie meczu Azulgrana była niesamowicie kreatywna, oddając aż 18 strzałów na bramkę Celty.

Okazje Barcelony w meczu z Celtą.

Tylko jeden strzał Barcelony znalazł swoje miejsce w siatce gospodarzy. Barcelona naciskała szczególnie wtedy, kiedy Messi przeszedł do linii pomocy, ale nawet to nie wystarczyło. Suarez toczył ciężkie boje z środkowymi obrońcami, ale nie był tak groźny w swoich atakach. Zapewne innego dnia, Barcelona mająca zaledwie kilka okazji bramkowych, wygrałaby z Celtą

Ta przeraźliwie niska, wręcz zatrważająca skuteczność, musi się skończyć. Pewnym jest, że tercet MSN wróci do swojej najwyższej formy. Barcelona nie może pozwolić sobie na kolejną stratę punktów. Z drugiej strony warto jednak zauważyć, że za podopiecznymi Enrique są już wyjazdowe mecze z Athletikiem, Atletico; domowe spotkanie z Malagą czy ostatni wyjazd do Vigo. W przyszłym tygodniu czeka ich jeszcze wyjazd do Sevilli. Do tego czasu Barcelona nie może stracić kontaktu z Realem Madryt.

Obrona Dumy Katalonii nie jest tak mocna, jak sezon temu i dopóki pomocnicy i napastnicy będą zawodzili, dopóty Barcelona będzie traciła bramki – co nie byłoby takim problemem, gdyby nie niski procent skuteczności.

Problemem nie jest jakość, ale Enrique musi uzyskać większą intensywność I zaangażowanie u swoich zawodników. Barcelona dalej jest jedną z najlepszych drużyny w Europie i takie porażki, jak ta w Vigo, tego nie zmieni. Niemniej taki młotek czy kubeł zimnej wody na tym etapie sezonu, może okazać się zbawienny w skutkach.

Tam, gdzie wszystko się zaczęło

27 maja 2009 r. ta data złotymi zgłoskami zapisze się na kartach historii FC Barcelony. W tamten środowy wieczór, na Stadio Olimpico w stolicy Włoch, Duma Katalonii prowadzona przez Josepa Guardiolę, sięgnęła po swój trzeci Puchar Europy. W Rzymie rozpoczął się tryumfalny marsz Barcy w drodze po tytuł najlepszej drużyny w historii futbolu. 

W najbliższą środę, Azulgrana zainauguruje sezon Ligi Mistrzów meczem z AS Romą właśnie na rzymskim stadionie olimpijskim, gdzie na co dzień występują obie rzymskie ekipy: Lazio i AS Roma. To dobry moment żeby wrócić wspomnieniami do tamtego magicznego, majowego spotkania, podczas którego Blaugrana mierzyła się z ówczesnym mistrzem Anglii – Manchesterem United – na czele z Cristiano Ronaldo.

6 lat temu

Finał Ligi Mistrzów miał być uwieńczeniem doskonałego sezonu w wykonaniu FC Barcelony. Premierowa kampania Guardioli na stanowisku pierwszego trenera obfitowała w wiele wspaniałych chwil, jak zwycięstwo na Santiago Bernabeu 6-2 z Realem Madryt, czy zdobycie Pucharu Króla w meczu z Athletikiem Bilbao 4-1.

Rzym jawił się więc, jako miejsce, gdzie Duma Katalonii po raz pierwszy w historii sięgnie po tryplet i tak też się ostatecznie stało. W obecnej kadrze Barcelony pozostało zaledwie kilku zawodników, którzy w pamiętnym spotkaniu na Stadio Olimpico wybiegli w podstawowym składzie: Pique, Iniesta, Messi, Busquets – trzon drużyny, który wtedy zaledwie rozpoczynał swoją przygodę z futbolem na najwyższym poziomie.

Katalończycy wygrali po bramkach Samuela Eto (’10) oraz Leo Messiego (’70) tym samym kompletując trzy najważniejsze trofea w sezonie. Co więcej, w grudniu 2009 r. Barcelona jako pierwszy i jak dotąd jedyny zespół w historii, w ciągu jednego roku kalendarzowego wygrał mityczny sextet.

6 lat później

Ale wróćmy do dnia dzisiejszego. Barcelona rozpoczyna nowy sezon Ligi Mistrzów z jednym celem – obronienia tego trofeum, jako pierwsza drużyna w historii. Poprzednia kampania europejska uwieńczona została zwycięskim finałem z Juventusem Turyn w Berlinie.

W drodze po Puchar Mistrzów, Blaugrana pokonała mistrzów: Francji, Anglii, Niemiec i Włoch – czterech najsilniejszych lig w Europie. Dlatego końcowy tryumf smakował tak dobrze, ponieważ pokonaliśmy najsilniejszych z najsilniejszych, tak na boiskach krajowych jak i w Europie.

Pozostaje pytanie, czy Barcelona w nowym sezonie ma podstawy wierzyć, że jest w stanie obronić trofeum zdobyte w Berlinie? W moim odczuciu tak. Wyjście z grupy nie powinno nastręczać zbyt wielkich problemów. Naturalnie pojedynki z AS Romą czy Bayerem Leverkusen nie będą należały do najłatwiejszych. Atutem Barcelony jest fakt, że na wiosnę do dyspozycji Lucho będą już Turan i Vidal, którzy na pewno wzmocnią i tak silną już kadrę Barcelony.

Z pewnością nie martwiłbym się o to, że Duma Katalonii nasyciła się poprzednimi zwycięstwami. Fakt, że jeszcze nikomu nie udało się obronić Pucharu Ligi Mistrzów jest wystarczającym motorem napędowym dla Messiego i spółki. Wzmocnieni Turanem, Vidalem oraz Rafinhią oraz Sergim Roberto, którzy grają coraz więcej i lepiej sprawia, że z optymizmem można podchodzić do marzenia o obronie tytułu najlepszego zespołu w Europie.

Starzy znajomi

Rzymski zespół pod wodzą Rudiego Garcii stał się drugim najsilniejszym zespołem włoskim. Inter oraz Milan szukają powrotu na szczyt w włoskiej piłce, co wykorzystały właśnie popularne Wilki, które od kilku sezonów potrafią nawiązać walkę z Juventusem Turyn (choć trzeba oddać, że ta walka nigdy nie skończyła się powodzeniem).

W obecnym składzie Rzymian odnaleźć można kilku starych znajomych, którzy już mierzyli się z Barceloną. Wojciech Szczęsny, wypożyczony z Arsenalu Londyn, jak na razie spisuje się bardzo dobrze w stolicy Włoch. Jest naturalnie ex zawodnik Barcelony Seydou Keita, który reprezentował barwy Azulgrany w latach 20008-2012. Są Maicon oraz Edin Dżeko. Są w końcu te wielkie nazwiska od początku związane z Romą: Totti oraz De Rossi. Jest także Książę Rzymu: Miralem Pjanić.

Ostatni mecz obu tych zespołów to starcie w ramach 50 edycji Pucharu Gampera. Barcelona bez większych problemów pokonała zespół Keity 3-0 po bramkach: Neymara, Messiego i Rakiticia.

Jak będzie w środowy wieczór? Barcelona wystąpi w niemal najsilniejszym składzie, ponieważ zagrać nie będzie mógł jedynie Dani Alves. To najtrudniejszy mecz we fazie grupowej i nie ma miejsca na lekceważenie rywala. Barcelona znakomicie rozpoczęła rozgrywki ligowe, wygrywając wszystkie trzy mecze z Athletikiem Bilbao, Malagą oraz Atletico Madryt. Mecz z AS Romą będzie pierwszym krokiem do obrony Pucharu Europy.

Rywal zza miedzy

Już prawie cztery lata trenerem Atletico Madryt jest Diego Simeone. Nie trzeba przypominać, jaką rewolucję przeprowadził argentyński trener. Z dziennikarskiego obowiązku warto tylko przypomnieć, że za kadencji popularnego Cholo, Atleti zdobyło mistrzostwo kraju, zagrało w finale Ligi Mistrzów, wygrało: Puchar Króla, Super Puchar Europy i Hiszpanii, Ligę Europejską.

Przed sezonem 2015/16 Atletico Madryt dokonało kilku transferów, które na pierwszy rzut oka wydawać by się mogły niespójne z filozofią wyznawaną przez Simeone. Jednak po głębszym namyśle widać w tym sens. Jako że do ligowego starcia Barcelony z Atletico zostało zaledwie kilka dni, warto prześledzić zmiany, jakie zaszły w biało-czerwonej części Madrytu. Takiego potencjału ofensywnego Atleti chyba jeszcze nigdy nie miało. Ostatni ligowy mecz na wyjeździe z Sevillą, dobitnie pokazał, że Atletico znowu będzie liczyło się w walce o końcowy tryumf w lidze.

Kadra

Pozycja bramkarza oraz linia obrony nie przeszły głębokiej modernizacji. Co prawda do Interu Mediolan odszedł Miranda, ale z kolei z rocznego pobytu w Londynie wrócił lewy obrońca Filipe. W linii pomocy również nie doszło do wielkich przetasowań. Co prawda do Barcelony odszedł Arda Turan, ale do klubu wrócił Olivier Torres. Kto oglądał mecz Krychowiaka i spółki z Atletico, ten mógł zobaczyć, że Torres jest znakomitym pomocnikiem. Bardzo dobry technicznie, z kapitalnym przeglądem pola; do tego bardzo przyzwoicie grający w defensywie – czego tak bardzo wymaga Cholo.

Największe zmiany zastały linię ataku. Do Juventusu po rocznej przygodzie w Hiszpanii, odszedł Mandźukić, a w jego miejsce sprowadzono młodszego i bardziej perspektywicznego napastnika, Jacksona Martineza z FC Porto. Ponadto sprowadzono z Villarrealu Luciano Vietto. Słowem na ten moment Atletico posiada czterech bardzo dobrych napastników (Griezmann, Torres, Martinez, Vietto), którzy z powodzeniem mogą kontynuować świetną tradycję madryckich napastników: Forlana, Aguero, Falcao czy Costy.

Nowe Atletico

Letnie wzmocnienia Atletico pokazują, że Simeone zdał sobie sprawę, że w większości spotkań rozgrywanych przez jego drużynę, samo wyczekiwanie na rywala i kontrowanie, nie wystarczą. Celem nowych transferów, w moim odczuciu, jest sprawienie, aby to Rojiblancos kontrolowali przebieg meczów. Wzmocnienie linii pomocy oraz ataku pokazują, że Atletico ewoluuje w drużynę nastawioną również na kontrolę spotkania, ale nie przez szczelne utrzymanie linii obrony i zamknięcie wolnych przestrzeni, ale również przez kontrolę nad futbolówką.

Esencja pozostaje ta sama, co pokazał mecz z Sevillą, gdzie najwięcej odbiorów zaliczył młody Torres. Już w sobotę przekonamy się, jak wygląda nowe Atletico w starciu z Barceloną, czyli rywalem najtrudniejszym z możliwych. Paradoksalnie mecz może być bardzo otwarty, ponieważ Atletico zdaje sobie sprawę z swojej siły – i kadrowej i faktu, że gra u siebie – oraz słabości Barcelony, która dość niemrawo rozpoczęła sezon. Dodajmy do tego osłabienia kadrowe oraz ostatnie podróże zawodników obu drużyn w ramach rozgrywek reprezentacyjnych.

Na pewno można spodziewać się intensywnego spotkania. Gdybym miał dzisiaj obstawiać, to delikatnym faworytem wydaje się drużyna gości, ale późnym wieczorem okaże się, czy Atletico jest w stanie zagrozić Barcelonie i Realowi.

Campió 2016

Piątkowe spotkanie między Malagą a Sevillą, zainauguruje ligowe rozgrywki hiszpańskiej La Liga w sezonie 2015/16. Dla Dumy Katalonii to sezon szczególny, ponieważ Luis Enrique i jego chłopcy staną przed szansą obrony triplete, którego jednym z elementów jest właśnie mistrzostwo Hiszpanii. Szczególnie w kontekście Barcelony i Realu Madryt, jest sporo niewiadomych, choć jedno jest pewne – to Blaugrana i Los Blancos będą walczyli o końcowy tryumf, choć w stawce nowej kampanii jest kilka zespołów, które mogą zamieszać.

To z pewnością oburzy wielu kibiców Barcelony, ale w moim odczuciu, Duma Katalonii nie jest faworytem do obrony mistrzowskiego tytuły. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele. Na pierwszy ogień idzie obecna kadra zespołu. Blaugrana w kampanii 2015/16 może szczycić się niechlubnym tytułem posiadania najstarszej kadry pod względem wieku. Podobnie było w minionej kampanii. Ewidentnie Enrique nie buduje zespołu na lata, ale na krótki cykl. Już poprzedni sezon pokazał, że Lucho nie szuka zawodników młodych i perspektywicznych, ale woli stawiać na doświadczenie i ogranie (transfer w szczególności Mathieu).

Sprawa druga, dotycząca również kadry, to problem ławki rezerwowej. Jasne, once de gala Barcelony to prawdopodobnie najsilniejsza jedenastka w dzisiejszych futbolu (Bravo, Alves, Pique, Mascherano, Alba, Busquets, Iniesta, Rakitić, Suarez, Messi, Neymar), ale zauważmy, że na ławce rezerwowych, aż do stycznia 2016 r., Azulgrana nie a kim straszyć: Ter Stegen, Douglas, Adriano, Vermalean, Mathieu, Rafinhia, Roberto, Munir i Sandro; do tego dochodzą naturalnie Vidal i Turan, ale oni będą mogli pomóc drużynie dopiero w drugiej części sezonu z wiadomych powodów.

Sprawa kolejna to problem kalendarza Barcy. Jesienią Katalończyków czekają wyjazdowe mecze z Realem Madryt, Atletico, Valencią czy Sevillą. Ciężko uwierzyć w to, że w razie złego wyniku, Munir czy Sandro będą w stanie odwrócić losy spotkania. Słowem, nie widzę na ławce rezerwowych zawodnika/ów, którzy byliby w stanie nie to, że zagrać w pierwszym składzie, ale wejść w drugiej połowie i zagrać na zbliżonym poziomie, co zawodnicy wyjściowej jedenastki.

To wszystko sprowadza się do problemu rotacji. Jesienią poprzedniej kampanii Enrique był krytykowany za liczne roszady w zespole, ale wiosna pokazała, że była to słuszna strategia. Teraz sytuacja jest odwrotna. Jeśli Barcelony chce utrzymać się w walce o mistrzostwo, to już runda jesienna będzie wymagała stawiania na tych najlepszych. Skutki mogą takie, że podobnie jak Real Madryt jesienią 2014 r. był walcem, ale już na wiosnę stał się cieniem samego siebie.

Faworytem rozgrywek jest mimo wszystko Real Madryt, choć i Królewscy mają swoje problemy, na czele skutecznością w ataku. Real Beniteza nie zachwyca w ofensywie, ale już defensywa gra o niebo lepiej, choć naturalnie ciężko doszukiwać się głębszych wniosków po meczach sparingowych, w których koniec końców Real nie zachwycał. Ale za Los Blancos przemawia także fakt, że od ostatniego mistrzostwa minęły już trzy lata. To dużo. Obecne transfery klubu z Madrytu pokazują odmienny kurs do tego obranego w Barcelony. Perez stawia na młodych i perspektywicznych zawodników, którzy będą stanowić o sile klubu za pięć lat.

Inna kwestia, czy pozostałe hiszpańskie zespoły mogą zagrozić Barcelonie bądź Realowi? Wydaje się, że nie, choć byłaby to miła niespodzianka. Fakty są jednak takie, że Atletico, Valencia czy Sevilla grające na trzech frontach, na dłuższą metę, nie są w stanie nawiązać równorzędnej walki z Barceloną i Realem. Na pewno są w stanie w pojedynczych meczach odebrać im punkty, ale na tym się skończy. Valencia Nuno, Atletico Simeone, Sevilla Emery’ego, Athletic Valverde, Villarreal Marcelinio to drużyny, które będą biły się o miejsca premiowane występami w pucharach.

Podsumowując, dzisiaj przed pierwszym meczem sezonu 2015/16, uważam, że delikatnym faworytem jest Real Madryt, ale głęboko wierzę w to, że Barcelonie Enrique uda się obronić ligowy tytuł, mimo trudności, jakie przed nią stoją. Na horyzoncie są już Klubowe Mistrzostwa Świata, a już w 2016 r. Duma Katalonii stanie przed szansą na obronę Ligi Mistrzów. Sezon czas zacząć.

(De)hispanizacja

Powyższe zdjęcie przeszło już do historii. To symboliczne ujęcie po pamiętnym dla kibiców tak Barcelony i Realu meczu, dzisiaj jeszcze bardziej przypomina nam o tym, co w futbolu jest najważniejsze. Ale to również symbol zmian, które w ostatnich latach mają miejsce na Camp Nou i na Santiago Bernabeu. Okrutna prawda – nic nie trwa wiecznie. Nie będzie już więcej klasyków z udziałem Xaviego Hernandeza i Ikera Casilliasa.        

W poniedziałek 13 lipca Duma Katalonii rozpoczęła przygotowania do sezonu 2014/15. Za niespełna miesiąc, 11 sierpnia, meczem o Superpuchar Europy z Sevillą, podopieczni Enrique rozpoczną walkę o obronę trypletu. To dobry moment, aby przeanalizować sytuację w czołowych klubach ligi hiszpańskiej.

Azulgrana kadrę na kolejny sezon skompletowała. Transfery Vidala oraz Turana, na wyraźne życzenie trenera, to dobry prognostyk przed inauguracją sezonu. Zarówno Hiszpan, jak i Turek, to wzmocnienia newralgicznych pozycji w Barcelonie. Choć Dani Alves przedłużył kontrakt, to trudno było o znalezienie mu godnego konkurenta w walce o wyjściowy skład, bo Montoya oraz Douglas nie gwarantowali choć w połowie tego, co Brazylijczyk. Wraz z przyjściem Vidala, Barcelona zyskuje nie tylko kolejnego prawego obrońcę (przypomnijmy, że Montoya został wypożyczony do Interu Mediolan), ale również, w razie czego, skrzydłowego.

Podobnie rzecz ma się z Ardą. Odejście Xaviego wymusiło – w końcu – zakup nowego pomocnika, który zapełni lukę po odejściu Hernandeza, ale równocześnie pozwoli na zwiększenie konkurencji w linii ataku i pomocy. Wszak Turan może grać zarówno jako środkowy czy ofensywy pomocnik, ale również jako skrzydłowy. Podobnie jak Guardiola, Enrique szuka zawodników wszechstronnych.

Do pierwszego zespołu dołączyli również Munir, Sandro oraz Halilović, więc kadra wydaje się idealnie zbilansowana pod względem wiekowym.

W kontekście Realu Madryt wartym uwagi jest to, że coraz wyraźniej odchodzi się w Barcelonie i Realu od korzystania z rodzimych zawodników, kosztem tych sprowadzanych z zagranicy, o wychowankach nie wspominając. Możliwym jest sytuacja, w której w wyjściowym składzie – tym najsilniejszym – Królewskich nie znajdziemy ani jednego (!) Hiszpana czy wychowanka.

Real Madryt: Navas, Danilo, Varane, Pepe, Marcelo, Kroos, Modrić, James, Benzema, Bale, Ronaldo. Oczywiście to tylko gdybanie, bo cały czas trwają sagi transferowe z udziałem Ramosa i De Gei; w kadrze Los Blancos o pierwszy skład mogą również powalczyć Dani Carvajal, Asier Illarramendi, Isco czy Jese, ale na ten moment wydaje się, że, po odejściu Casilliasa, trudno o Hiszpana w wyjściowym składzie Realu.

To o tyle ciekawe, że jeszcze dwa lata temu prezes madryckiego klubu głośno mówił o hispanizacji swojego zespołu, podpierając to sprowadzeniem Illarramendiego, Isco czy Carvajala, ale dzisiaj ci zawodnicy są raczej na straconej pozycji kosztem Kroosa, Jamesa czy Danilo.

Żeby nie było tak kolorowo. W Barcelonie sytuacja jest podobna. Jak dziś pamiętam wyjazdowy mecz z Levante w kampanii 2012/13, gdzie Barcelona zagrała część spotkania składem w całości opartym na wychowankach. Dzisiaj, dwa lata później, wyjściowy skład może wyglądać następująco: Ter Stegen, Alves, Pique, Mascherano, Alba, Sergio, Turan, Rakitić, Messi, Suarez, Neymar.

Trzech Hiszpanów (zaznaczenie na czerwono) oraz czterech wychowanków w wyjściowym składzie (Pique, Alba, Sergio, Messi). Znowu, Iniesta czy Vidal będą walczyli o pierwszy skład, ale wydaje się, szczególnie w wypadku Don Andresa, że są na straconej pozycji.

Tutaj również widzimy trend podobny do tego w Madrycie. Transfery Mathieu, Vermaelena, Rakiticia, Suareza, Neymara, Douglasa, Turana pokazują, że Barcelona coraz bardziej stawia na piłkarzy zagranicznych niż wychowanków. Kwestią osobną pozostaje, dlaczego tak się dzieje, bo to, że La Masia źle funkcjonuje, jest zbyt prostym wyjaśnieniem.

W Atletico Madryt (3), Valencii (4), Sevilli (5) sytuacja wygląda podobnie:

Atletico M. vs FC Barcelona: J. Oblak, Juanfran, Guilherme Siqueira, D. Godín, J. Giménez, Gabi, Mario Suárez, A. Turan, Koke, Fernando Torres, A. Griezmann.

Valencia vs Real Madryt: Diego Alves, Barragán, N. Otamendi, S. Mustafi, Javi Fuego, S. Feghouli, Dani Parejo, José Gayá, André Gomes, P. Piatti, Paco Alcácer.

Sevilla vs Dnipro: Sergio Rico, B. Trémoulinas, Daniel Carriço, T. Kolodziejczak, S. M’Bia, É. Banega, G. Krychowiak, Aleix Vidal, Vitolo, José Antonio Reyes, C. Bacca.

Oczywiście marzeniem jest, aby wyjściowe składy zespołów składały się tylko i wyłącznie z Hiszpanów czy wychowanków, ale szczególnie w Realu i Barcelonie widać, że odchodzi się od tego modelu, na rzecz zawodników zagranicznych.

Przy okazji nie sposób nie wspomnieć o odejściu Casilliasa. Nie chcę wchodzić w polemikę dotyczącą tego, kto był bardziej winny. Fakty są takie, że Casillas po spędzeniu 25 lat w Realu pożegnał się w sposób bardzo dziwny i dla mnie niezrozumiały, choć oddać trzeba, że przez ostatnie trzy lata Real wygrywał nie dzięki wsparciu Ikera, ale raczej pomimo Ikera. Xavi, Gerrard, Pirlo wiedzieli, kiedy zejść z wielkiej sceny, szkoda, że Święty Iker też nie wyczuł tego momentu.

Ale czy taki sposób pożegnania może dziwić? Wystarczy porównać, jak z zespołem byli żegnani Pep Guardiola i Vicente del Bosque; jak żegnani byli Hierro, Morientes, Raul. Czy tak powinny być żegnane legendy wielkiego Realu Madryt? Nie wydaje mi się. Wystarczy sobie przypomnieć, jak pożegnany został Jerzy Dudek, i pal licho całą otoczkę, która wytworzyła się wokół Ikera Casilliasa. Czasami trzeba być ponad te wszystkie niesnaski.

Sezon 2014/15 to pierwszy sezon od kilkunastu lat, kiedy na boiskach hiszpańskich nie zobaczymy dwóch wybitnych zawodników, najwiekszych klubów w Hiszpanii. Jeden odszedł w glorii i chwale, drugi został praktycznie wygnany. Kończy się pewna epoka. Wraz z odejściem Xaviego i Ikera zaczyna się nowy okres. Dehispanizacja postępuje i nie jest to dobra wiadomość dla Hiszpanii, która w 2016 r. będzie próbowała obronić tytuł mistrza Europy z 2008 i 2012 r. już bez Creusa i El Santo.

Pierwsze oficjalne mecze FC Barcelony w sezonie 2015/16:

  • 11 sierpnia – mecz o Superpuchar Europy z Sevillą
  • 14 sierpnia – wyjazdowy mecz o Superpuchar Hiszpanii z Atletikiem Bilbao na San Mames
  • 17 sierpnia – rewanżowy mecz o  Superpuchar Hiszpanii na Camp Nou

Turan, Arda Turan

Oficjalnie możemy już potwierdzić – Arda Turan podpisał 5-letni kontrakt z FC Barceloną i od stycznia 2016 r. zadebiutuje w barwach Dumy Katalonii. Nieco ponad miesiąc od wygrania Ligi Mistrzów i zakończenia sezonu 14/15, Barcelona dokonała już dwóch, przynajmniej w teorii i na papierze, dobrych transferów. Naturalnie z ich oceną wstrzymać należy się do końca kolejnych rozgrywek, niemniej tak Vidal jak i Turan mogą okazać się kluczowymi wzmocnieniami w kontekście próby obrony zdobytego trypletu.

Dosłownie dwa tygodnie temu kończyłem pisać felieton dla magazynu Barca Flash, w którym analizowałem sytuację linii pomocy Barcelony, która ewidentnie potrzebuje wzmocnienia. Wyrokowałem, że idealnym wzmocnieniem dla Azulgrany byłby Marco Verratti z PSG. Dzisiaj, z nieukrywaną satysfakcją, mogę powiedzieć: cieszę się, że transfer Włocha nie doszedł do skutku. Zamiast Verrattiego do Katalonii przybył wszystkim dobrze znany Arda Turan z Atletico Madryt.

Turek, znany z bujnej brody i okazjonalnego rzucania butem w sędziego, dał się poznać w zespole ubiegłorocznego mistrza Hiszpanii, jako zawodnik bardzo uniwersalny. Arda z powodzeniem może grać zarówno w linii pomocy (jako środkowy lub ofensywny pomocnik), jak również w linii ataku (na skrzydle czy jako klasyczna dziesiątka). Siła, technika, charakter – tymi trzema słowami można by opisać tureckiego zawodnika.

Do Hiszpanii Turan przybył przed sezonem 2011/2012. W ciągu czterech sezonów udało mu się zdobyć pięć trofeów:

  • Liga Europy
  • Mistrzostwo Hiszpanii
  • Puchar Króla
  • Superpuchar Hiszpanii
  • Superpuchar Europy

Do tego można dodać także udział w finale Ligi Mistrzów w sezonie 2013/14. Transfer Ardy zbiegł się z czasem z przyjściem do Atletico Diego Simeone. Turek od razu stał się wzorowym żołnierzem w kadrze Cholo, który jednak wyróżniał się na tle innych kolegów nieszablonowymi zagraniami, błyskotliwymi sztuczkami i niekonwencjonalnymi zagraniami.

Z pewnością atutem Turka jest znajomość ligi hiszpańskiej. Pamiętać trzeba o tym, że Arda będzie mógł zagrać w barwach Barcy dopiero w styczniu 2016 r., ale przez najbliższe pół roku może z powodzeniem trenować razem z drużyną – chyba że zostanie wypożyczony – i może się okazać podobnym wzmocnieniem, jak Luis Suarez, który przez pierwszą część sezonu był poza grą z racji zawieszenia, ale na wiosnę był decydującym zawodnikiem, czy to w meczu z Realem Madryt, czy z PSG i Manchesterem City w Lidze Mistrzów.

Transfer Ardy wpisuje się także w szerszą filozofię futbolu Luisa Enrique. Znamiennym jest, że podobnie jak Rakitić, Turek nie jest zawodnikiem, który lubuje się w długim i cierpliwym rozgrywaniu piłki – to raczej pomocnik typu box to box. Jeżeli sprawdzą się prognozy i przewidywania i Turan zastąpi w pierwszym składzie Iniestę, a sama drużyna przejdzie na ustawienie 4-2-3-1 z Messim na dziesiątce (choć to mało prawdopodobne), to Barcelona niemal całkowicie odejdzie od swojego stylu opartego na possesion, ale jak pokazał miniony sezon, nie musi być to złe rozwiązanie.

Luis Enrique kroczy jasną ścieżką, gdzie na pierwszym miejscu liczy się wynik, a nie sam styl. To również kolejny transfer zawodnika na już, a nie na przyszłość. Arda kosztował 34 mln euro, w chwili debiutu będzie miał 29 lat. To zawodnik w pełni ukształtowany, który przychodzi do Katalonii w jednym celu – zdobywać trofea teraz i zaraz. Ewidentnie Enrique chce wykorzystać potencjał w obecnej kadrze, która nieuchronnie staje się coraz mniej hiszpańska – Pique, Alba, Busquets w pierwszym składzie – i mniej zależna od liczby wychowanków – znowu Pique, Alba, Busquets oraz Messi. To drużyna ewoluująca w międzynarodową plejadę gwiazd – Alves, Rakitić, Turan, Neymar, Suarez, Messi – acz z jasnym sposobem gry, który siłą rzeczy musiał się zmienić po odejściu Pepa Guardioli.

Na ocenę tego transferu przyjdzie z pewnością odpowiednia pora, wszak nie ma pewności, że Turek na pewno zostanie na Camp Nou, ponieważ obecna kampania wyborcza komplikuje sytuację. Niemniej jednak transfer Ardy Turana uważam za bardzo dobre posunięcie. Chciał go Enrique, więc ma określoną wizję zespołu. To kolejny zawodnik, który na boisku poświęca się dla drużyny i walczy o każdą piłkę i każdy centymetr boiska.Takich zawodników w Barcelonie w ostatnich latach brakowało, szczególnie w lini pomocy.

Wydaje się, że na tem moment kadra Barcelony na sezon 2015/16 jest zamknięta. Wraz z transferami Vidala i Turana oraz dojściem do pełnej sprawności Vermaelena, spokojnego okresu przygotowawczego dla Douglasa, odpoczynku dla kluczowych zawodników, sytuacja przed inauguracją sezonu jest wielce obiecująca.

Arda fichado!

źródło grafiki: https://twitter.com/sandraD10S/status/618382652828184576/photo/1