Transferowa karuzela kontra „wróżby z kart”

karty tarota

Od kilku tygodni, w miarę zbliżania się do styczniowego okienka transferowego, coraz bardziej zamaszystym ruchem rozkręca się karuzela. Karuzela transferowa, która przy pomocy plotek, insynuacji, przecieków i teorii spiskowych, ma tendencję wpychania jednym klubom połowy składów innych. Obserwując i zawierzając jej obrotom szybko można by dość do wniosku, że od stycznia Borussia Dortmund, stanie się jeszcze bardziej polska, bo do dyspozycji trenera Klopa zostanie jedynie Roman Weidenfeller i Łukasz Piszczek. Chelsea José Mourinho skłonna wygrać ligę mistrzów, wykupując po prostu resztę konkurencyjnych drużyn. Czy wreszcie, że Barcelona Martino jest tak pogrążona w kryzysie, że w zimowym oknie transferowym zamierza sprowadzić tuzin środkowych obrońców, z pół tuzina pomocników i z dziesiątkę klasycznych 9.

Tymczasem, nieco przekornie, chciałbym zwrócić uwagę na inną rzecz. W ciągu ostatnich, powiedzmy 3 lat, pożegnaliśmy jako drużyna wiele ciekawych piłkarsko postaci. Niektórzy odeszli z powodu zbyt małej ilości minut, inni stracili zaufanie trenera, niektórzy byli w wieku zbliżającym ich do końca piłkarskiej kariery. Najbardziej oczywiście pamiętne są przypadki Zlatana, który idealnie wypełniałby poszukiwaną ponoć przez naszego trenera, rolę klasycznej, wysokiej 9 i Érica Abidala, który zmuszony do odejścia przed tym sezonem z powodów zdrowotnych, rozgrywa pełne 90 minut co tydzień w szybkiej lidze francuskiej.

Chciałbym więc trochę podywagować jak wyglądałby nasz skład gdyby tych kilku zawodników miał do dyspozycji nasz obecny trener. Jak wykorzystałby ich zalety i zrekompensował wady, zakładając oczywiście, że znajdowaliby się w swojej najlepszej formie z Barcelony, czy uzupełniliby oni w końcu, najbardziej osłabione pozycje obecnej drużyny. Zatem czas puścić wodze fantazji – do wróżb z kart przystąp…

Rozpoczynając zatem chronologicznie, sezon 2010/2011 i najbardziej warci wspomnienia, według mnie,zawodnicy:

Thierry Henry – roli Francuza raczej wyjaśniać nie trzeba. Żywa legenda Arsenalu, wybitny reprezentant swojego kraju. Do Barcy przybył zdobyć upragnioną Ligę Mistrzów. Będąc w swoich zespołach postacią centralną, w Barcelonie musiał nauczyć się być jedną z gwiazd. Zajęło mu to cały pierwszy sezon, kiedy nie grał na miarę możliwości, choć wcale nie źle. Po zdobyciu upragnionego tytułu, widać było spadek motywacji. Odszedł za darmo.

  • Bardzo dobry technicznie

  • Niesamowity strzał

  • Świetny w grze tyłem do bramki

  • Mógł grać na skrzydle i jako „9”…

  • … jednak grając na skrzydle, tracił sporo ze swojej jakości

  • Miał kłopoty z dostosowaniem się do roli członka zespołu, a nie jego gwiazdy

Gdyby był 5 lat młodszy, na pewno dałby sporo dzisiejszej Barcelonie „Taty”. Myślę również, że trener potrafiłby wyciągnąć z niego więcej, dzięki niedoktrynalnemu podejściu do taktyki drużyny.

Yaya Touré – Nie kryję, że jest to jedna z moich ulubionych postaci, którą widziałem w barwach blaugrana. Silny, dominujący, a zarazem techniczny, szybki. Facet z jajami, potrafił dać zespołowi gwiazd energetycznego kopa.

  • Silny

  • Techniczny

  • Potrafił w razie konieczności zagrać jako środkowy obrońca

  • Dobry przegląd pola

  • Niezły strzał z ponad 25 metrów

  • Niestety rywalizował o jedną pozycję, z człowiekiem który w systemie Barcelony miał w kluczowych atrybutach do zaoferowania nieco więcej.

Zlatan Ibrahimović – piłkarz równie fenomenalny zawodniczo, co chimeryczny charakterologicznie. Drużynie dawał rozwiązania, poszukiwane już od czasów Guardioli, jednak trudny i konfliktowy charakter wypędził go z drużyny.

  • Unikalny technicznie

  • Świetna gra tyłem do bramki

  • Dobra gra w powietrzu

  • Rozgrywanie stałych fragmentów gry

  • Przegląd pola

  • Fenomenalny strzał z dystansu

  • Zdolny do wielu nieprzewidywalnych rozwiązań akcji

  • Charakter, charakter, charakter…

  • Nerwowy – zdarzało mu się głupio osłabiać zespół

  • Tendencje do zbytniego indywidualizmu, jednak nie w typie wybitnych łowców bramek, lecz raczej zamieniania gry w prywatny pojedynek ze stratą dla drużyny

Kolejny sezon (2011/2012) i kolejne nazwiska:

Maxwell Cabelino Andrade – w zasadzie strata, którą najmniej wspominamy z wszystkich wymienionych. Jednocześnie w kontekście kontuzji etatowych bocznych obrońców i tego jak dobrze gra w zespole PSG, wydaje się, że bardzo dobrze uzupełniałby skład i przy dozie rotacji znalazłby niszę w dzisiejszej Barcelonie.

  • Kompetentny w obronie

  • Dobrze podłącza się do akcji

  • Poprawna jakość dośrodkowań

  • Sumarycznie najmniej charakterystyczny z wszystkich bocznych obrońców, może poza Montoyą – brakuje mu jednej cechy, w której wyróżniałby się na ich tle.

Bojan Krkić – wielka nadzieja młodego pokolenia, w końcówce sezonu 2010/2011 zaczął odgrywać coraz większą rolę i całkiem nieźle radził sobie z odpowiedzialnością. Strzelił niesłusznie nieuznaną bramkę w Meczu z Interem, która dawałaby Barcelonie awans do finału.

  • Szybki

  • Dobry technicznie

  • dobry przegląd pola

  • Potrafi zagrać na skrzydłach

  • Kolejny niski zawodnik – nie spełniałby wymagań wzmocnień Martino

  • Nie zapewnia tylu goli, na ile jego talent oceniali trenerzy szkółki Barcelony

Sezon (2012/2013) autorski Vilanovy i pożegnanie Seydou Keity

Seydou Keita – Zawodnik, którego Guardiola, mimo głębi składu i wielu gwiazd w swojej drużynie, wielokrotnie określał mianem „kluczowego”. Nigdy nie aspirował do bycia centralną postacią, zadowalał się byciem odpowiednika koszykarskiego „sixth men”. Z tego zadania przez kilka sezonów wywiązywał się fenomenalnie. Swoje pozostanie w drużynie uzależniał tylko od wsparcia trenera, jednak nie znajdował się w planach Vilanovy.

  • Silny

  • Dobry technicznie

  • Wysoki

  • Dobrze kryjący

  • Dobrze grający w powietrzu

  • Niezbyt mobilny

  • Nie mógł rywalizować z powodzeniem na żadnej z pozycji na której grywał, z zawodnikami pierwszego wyboru, więc zawsze był jedynie uzupełnieniem składu

Wreszcie obecny sezon – nieco dziwny, bo skład przygotowywał jeszcze Vilanova, jednak nawrót choroby nowotworowej sprawił, że na jego pracy opierać się musi obecny trener.

Éric Abidal – przykład zawodnika szczególnego. Jego związek z Barcelonismo wykraczał poza relacje czysto zawodowe. Był inspiracją dla kolegów, w szatni cieszył się przyjaźnią wielu z nich. Nigdy nie zgłaszał pretensji do swojej roli w drużynie, niestety decyzją poprzedniego trenera i zarządu, pożegnany przed sezonem.

  • Charyzma wykraczająca poza boiskowe umiejętności

  • Akceptacja swojej roli w drużynie

  • Pozytywny wkład w atmosferę w drużynie

  • Możliwość gry na dwóch pozycjach w obronie

  • Gigantyczne doświadczenie i spokój, które zdążył zademonstrować na tle rozchybotanej obrony w zeszłym sezonie

  • Profesjonalizm – już po pierwszej chorobie, w testach wytrzymałościowych, klasyfikował się jako jeden z najlepszych w drużynie.

  • Przebyte choroby sprawiały, że fizycznie ciężko byłoby polegać na nim co 3-4 dni

  • Po obu operacjach, jego gra na boku obrony, cierpiałaby ze względu na niedostatki szybkości

David Villa – przybywszy na Camp Nou jako legenda La Roja, jej najlepszy strzelec, nigdy w barwach bordowo-granatowych, nie zbliżył się do swojej strzeleckiej wydajności z Valencii. Tym niemniej za czasów tria MVP, strzelał gole ważne i ważniejsze. Pokochała go za to Barcelońska publiczność, wspierając go nawet w seriach minut bez gola. Niestety, podobnie jak Titi, z gwiazdy swojego zespołu, napastnika pełną gębą, zmuszony nieco do gry na Messiego, ustawiany na skrzydle, tracił na swojej jakości. Wydaje się, że taktycznie najlepszy w ustawieniu Barcelony w meczu rewanżowym z Milanem. W Atletico, zwolniony nieco z presji, przeżywa renesans formy.

  • W najlepszej dyspozycji potrafił strzelić bramkę z najbardziej nieprawdopodobnych pozycji

  • Dobry w grze w powietrzu

  • Instynkt

  • Dobry przegląd pola

  • Specjalista od ważnych goli

  • Zdolny do gry na skrzydle i „9”…

  • … i podobnie jak Henry, tracił sporo ustawiany z dala od swojej naturalnej pozycji

  • nie jest urodzonym dryblerem

  • nie zawsze wybiera optymalnie między strzałem, a podaniem do partnera

Thiago Alcântara – Pod wodzą Guardioli rozgrywał z sezonu na sezon coraz więcej minut. Słynął z „brazylijskiej fantazji”, co wraz z młodzieńczym brakiem doświadczenia, równie często, jak na błyskotliwe akcje, przekładało się na niebezpieczne straty. Niewątpliwie wielki talent nie brzydzący się harówką w obronie.

  • Technika!

  • Niekonwencjonalne, pomysłowe rozwiązania akcji

  • Świetny przegląd pola

  • Pracowity w pressingu

  • Niezły strzał zza linii pola karnego

  • Dobra gra głową, przy jego wzroście

  • Czasem lekkomyślny

  • Zbyt ryzykowne zagrania w niezabezpieczonych sektorach boiska

Nie jest to kompletny spis zawodników, którzy opuścili naszą drużynę przez ostatnie kilka sezonów. Pominąłem tych, którzy nigdy nie dorobili się statusu gwiazd jak Keirrison czy Henrique oraz tych, którzy po opuszczeniu Barcy, sportowo nie odzyskali statusu, z którym do nas przychodzili – Aliaksandr Hleb, Dmytro Chygrynskiy, a także tych którzy po prostu skończyli piłkarskie kariery. Nie ma także zawodników wypożyczonych, choć jak wskazuje historia, do Barcy rzadko z wypożyczeń się wraca. Mimo wszystkich braków tego spisu, uważam jednak, że warto zastanowić się „co by było gdyby”, bo wnioski mogą przydać się także na „co zdarzyć się może”.

 

Magia trójkątów

trójkąty
Tym, którym tytuł skojarzył się raczej ezoterycznie, należy się wyjaśnienie. Tym, którzy podobnie do autora tych słów, ulegli modzie na koszykówkę w połowie lat ’90, w epoce „His Airness” i jego Bulls, dowodzonych z ławki przez „upierścienionego” Phila Jacksona (11 mistrzostw NBA), więcej mówić nie trzeba. Owe trójkąty, to to figura, która rządziła taktyką i ustawieniem mistrzowskich drużyn prowadzonych przez wyżej wymienionego pana. Zapytacie zapewne, cóż wspólnego mają one z Barceloną? Ano całkiem dużo – już wyjaśniam.

Guardiola nie jako pierwszy zauważył, że akcja tocząca się w poszczególnych sektorach boiska da się „oderwać” od tego co dzieje się na nim jako całości. Zagęszczanie jednych jego sektorów, rozszerzanie gry w innych, co nawet nie w bezpośredni sposób, przekłada się na stwarzane szanse, lecz ułatwia dochodzenie do nich. Jednak to holenderski „football totalny” i ewoluująca z niego „szkoła” Bielsy, zwróciła uwagę na powstające w tych poszczególnych sektorach „mini akcje”, dzięki którym konkretne rozegranie danego fragmentu gry w jednym sektorze boiska, przekładało się na możliwości taktyczne gry w innych. Jest zaś rzeczą powszechnie wiadomą, że Guardiola z dorobku Bielsy korzystał pełnymi garściami.

Barcelona Pepa opierała się na trzech filarach – posiadaniu piłki, pressingu i grze w trójkątach właśnie. Trener Martino przychodząc do Barcelony wspomniał o odzyskaniu utraconych cech. Wszyscy, którzy widzieli słabość obrony drużyny Vilanovy, ale przyczyn poszukali trochę głębiej niż w personaliach, od razu pomyśleli o pressingu. To prawda – pressing udało się odzyskać względnie najszybciej i pozytywną konsekwencją tego faktu, stała się dużo mniejsza ilość bramek traconych w obecnych rozgrywkach. Te analizy, pomijały jednak komplementarność owych trzech filarów i ich chwiejności, jeśli nie występują w komplecie. Mecz z Ajaxem stał się niestety bardzo klarownym obrazem tej tezy. Mecz z Athletic Bilbao dopełnił tylko obrazu, ukazując jak bardzo brakuje gry w trójkątach. O dziwo, najbardziej brakuje jej nie w akcjach z przodu, lecz w wyprowadzaniu piłki z obrony.

Problemem poprzednich dwóch sezonów, ostatniego Guardioli i tego Vilanovy, było stwarzanie szans, w meczach z drużynami, które broniły się niemal całą jedenastką w obrębie 35 metrów od własnej bramki. Barca Martino w kilku meczach, pokazała ciekawe rozwiązania tego problemu, nie można było jednak powiedzieć o wypracowaniu przekonującej metody. Jednak to, co było słabością Barcy – podatność na kontry, wraz z długotrwałym brakiem okazji do rozgrywania otwartych meczów, zamieniło się wręcz w klątwę, bo do wymienionej słabości, dołączył brak umiejętności rozegrania piłki pod presją. Symptomy tego faktu widać w meczach ze szczególnie wymagającymi rywalami już na przestrzeni 3 lat. Real stosujący pressing okazał się, w bilansie ostatnich meczy dla Barcelony, rywalem zabójczym, Atletico Madryt używało skomasowanej obrony i kontry, Bayern stosował pressing tak ścisły, że mieliśmy problemy z wymienieniem kilku podań, Ajax pokazał, że nie trzeba nawet tak dużej jakości piłkarskiej, by wywierając pressing spowodować kłopoty w rozegraniu w drużynie Barcelony.

Wspomniany mecz, chciałbym pokazać w kilku scenach, by zobrazować wspomniane braki.
Początek meczu, 3 minuta –
Naciskany Pique podaje do będącego pod bliskim kryciem Neymara, ten nie mając zbyt dużo możliwości odgrywa z pierwszej piłki do zapędzonego w róg Martina Montoyi. Jedynym rozwiązaniem tego ostatniego jest wyekspediowanie piłki po przekątnej. Zagranie skończyłoby się stratą gdyby nie przypadkowe zagranie ręką zawodnika Ajaksu. Było to pierwsze z wielu ostrzeżeń, jakie wystosowała drużyna przeciwnika. Umiejętnie przesuwając się w pressingu, cały czas wytwarzała przewagę 3 na 2, gdzie któreś kolejne zagranie zawodników Barcy kończyło się stratą.
Ledwie minutę później kolejna próba rozegrania piłki – Fabregas dostaje piłkę od po raz kolejny naciskanego Neymara, zostaje odcięty niemal od wszystkich możliwości podania, a ostatnie, które bezzwłocznie próbuje wykonać, zostaje przecięte przez zawodnika Ajaksu, mającego do piłki dwa razy dalej niż Xavi, do którego jest adresowana! Co zwraca uwagę? Brak ruchu zawodników bez piłki, tak by uciec spod krycia, prób stworzenia trójkąta, w którym można zagrać piłkę, wobec ostro kryjącego przeciwnika. Na tej krótkiej migawce, widać jak zawodnicy Ajaksu, tworzą na tak małej przestrzeni dwa trójkąty, w których zamykają po dwóch zawodników Barcelony. Mimo że udaje się uciec z pierwszego trójkąta, to tylko na chwilę, bo dzięki mobilności zawodników Ajaksu, zaraz udaje im się przechwyt.
Na tych dwóch slajdach widać próby zakładania pressingu w wykonaniu Ajaksu i Barcelony. Obrazy w zasadzie nie wymagają komentarza, ale warto zauważyć ile możliwości rozegrania są w stanie odciąć zawodnicy biorący udział w pressingu. Może dlatego akcja Barcy kończy się stratą, a Ajaksu przejściem do ataku pozycyjnego na połowie przeciwnika?

Mógłbym tak wymieniać bardzo długo, a przecież to dopiero szósta! minuta meczu, jednak chciałbym omówić krytyczne sytuacje prowadzące do utraty bramek.

Bramka 1:
Bramka 1a

Bramka 1b

Bramka 1c

Barcelona próbuje zakładać pressing, jednak robi to na tyle nieudolnie, że zawodnik otrzymujący podanie 6-7 metrów od pola karnego, bez problemu przyjmuje piłkę rozgląda się, drybluje 2-3 metry i odgrywa do rywala, od którego odskoczył Montoya. Czy można winić tego ostatniego? Absolutnie nie, bo koledzy postawili go w sytuacji, kiedy do krycia miał dwóch zawodników rywala. Mógł zachować się tak, jak narysowałem to żółtymi liniami, jednak warunkiem była asekuracja Neymara, której zabrakło. Warto też zauważyć, że od początku Xavi jest trzy metry za zawodnikiem, którego powinien kryć (górny lewy róg). Iniesta też mógł wziąć udział w tej akcji obronnej, podbiegając 3-4 metry w szybszym tempie.

Drugi slajd to konsekwencje błędów ustawienia. Montoya, będący zbyt daleko, nie ma szans zablokować podania. Song podchodzi do zawodnika, którego odpuścił Iniesta i zostawia miejsce za plecami, wciąż jednak są tam Mascherano, Piqe i Puyol. Dwóch pierwszych walczy z zawodnikami przecinającymi akcję na pierwszym słupku, Puyol, będąc spóźnionym walczy z ostatnim z zamykających akcje zawodnikiem.

Tymczasem, odpuszczony przez Xaviego, Serero spokojnie pokonuje Pinto. Czy jest to błąd któregoś z obrońców, a może Songa? Bynajmniej. To złe ustawienie drużyny doprowadzało w kolejności do nawarstwienia się problemów, zostawiania dziur, w które musiał wbiegać asekurujący, aż po prostu zabrakło jednego zawodnika.

Przed omówieniem drugiej bramki Ajaksu, warto wspomnieć o jedynym dobrym zagraniu Xaviego z 20 minuty. Chyba było to nawet jedyne dobre zagranie któregokolwiek zawodnika Barcy w pierwszej połowie! Stanowi ono przykład jak można zagrać z drużyną stosującą wysoki pressing.

Musiały zdarzyć się dwie rzeczy: utworzyć się korytarz do zagrania i Pedro musiał wbiec idealnie w tempo. Przy pierwszym nie pomógł Cesc, utrudniając trochę podanie, tym bardziej warto docenić decyzję i precyzję Xaviego. Zwłaszcza, że zrobił to w idealnym momencie, zanim Ajax po raz kolejny zamknął możliwość zagrania obroną w trójkącie. Jedynie spartolone przyjęcie Pedro uniemożliwiło oddanie czystego strzału.

Bramka 2:
Bramka 2a

Bramka 2b

Sytuacja tuż przed slajdem wyglądała następująco: piłkę ma Ajax, przerzut z okolic środkowej linii na prawo, a tam próba przedłużenia zagrania do linii, na wchodzącego prawego obrońcę, przecięta gdzieś w tłumie. Do piłki dobiega Mascherano i wybija ją prosto na głowę Klaassena, ten odgrywa z powrotem w kierunku van Rhijna. Tam Mascherano naprawia swój błąd, zabiera piłkę prawemu obrońcy i ,mimo że nie ma komu jej odegrać, wymusza faul przeciwnika. Barca wykonuje krótki rzut wolny – Iniesta podaje do Mascherano i ucieka do przodu. Montoya wraca powoli na swoją pozycję, szeroko przy linii bocznej. W zasadzie już to ostatnie zagranie prosiło się o kłopoty. Wykonywanie krótkiego rozegrania stałego fragmentu gry we własnej strefie obronnej, kiedy przeciwnik gra wysokim pressingiem i wciąż ma tam kilku zawodników, a większość zawodników własnej drużyny wybiegła do przodu – to aż się prosi o skarcenie.
Teraz zaczynają się kłopoty – błąd techniczny popełnia Mascherano. To prawda, miał też możliwości alternatywnego zagrania do Pinto (A) i do Montoy (B), jednak na dłuższą metę, żaden z tych wyborów nie rokował na wyjście spod pressingu. Ajax, nawet wycofując się po nieudanej akcji, ustawił się tak, że wyłączył z gry Iniestę i Songa, gdyby zaś piłka zagrana była do Montoyi, na możliwość zepchnięcia go do bocznej linii, czyhali Schöne i van Rhijn. Tak więc piłkę przechwytuje Sereno, podaje do Klaassena, ten do Fischera, który oddaje celny strzał.

Jednak to nie koniec festiwalu pomyłek. Jak widać wszyscy nasi obrońcy wciąż patrzą na zawodnika, który oddał strzał przed chwilą, Montoya spóźnia się za Schöne, zupełnie nie kryty zostaje Hoesen, który po dwóch szczęśliwych przebitkach strzela kuriozalnego gola.

Jak widać, tym który chwile wcześniej krył strzelca bramki był Song, który jednak zgubił się nieco w tej akcji. Nie pomogło mu zachowanie Pique, który zrobił cztery kroki w kierunku zawodnika oddającego strzał, po czym stanął jak wryty. Song próbował do końca uniemożliwiać oddanie strzału, jednak opuścił przez to Hoesena. Przy samej akcji na szczyty indolencji obronnej wspięli się Pique, który zamiast walczyć o piłkę stał z podniesioną ręką i Puyol, który nie potrafił zablokować ciałem piłki na wysokości uda. Kto zatem ponosi winę za utratę gola? Wymienieni obrońcy? Song? Mascherano, autor feralnego podania? Po trochu wszyscy oni, ale głównym winowajcą jest krótkie rozegranie piłki wymienione na początku, które naraziło drużynę nieustawioną do obrony, na stratę we własnej strefie obronnej.

W zasadzie mógłbym opisywać ten mecz, poprzez pryzmat strat spowodowanych nieudanymi wyjściami spod pressingu, brakiem ruchu bez piłki, słowem tym co było widać już po 3-5 pierwszych minutach meczu, a co nie zmieniło się do 50 minuty w ogóle. Dopiero po zejściu Veltmana z czerwoną kartką obraz gry uległ trochę poprawie. Tym niemniej, jak bronić w trójkątach, tym razem we własnej strefie, pokazał nam Ajax i wtedy.

Wydarzenia tego meczu nie martwiłyby mnie w ogóle, gdyby był to odosobniony przypadek. Można by je było złożyć na karb niskiej motywacji, wyjątkowego stylu gry rywala, pewności wyjścia z grupy. Są jednak przesłanki i całkiem ich dużo, pozwalające przypuszczać, że jest to problem prawdziwy, nad którego rozwiązaniem, trzeba poważnie popracować zanim zaciąży nam stratami punktowymi, w lidze hiszpańskiej bardzo trudnymi do odrobienia. Mecze z Sevillą, Betisem, Ajaxem i Athletikiem łączy brak ruchu bez piłki, brak gry wzajemnej w trójkątach, nieumiejętność zrzucenia pressingu rywala we własnej strefie obronnej. Słowa wypowiedziane przez trenera Martino, po porażce na San Manes,-Jeśli chodzi o pierwsze 70 minut, to tak. Widziałem bardzo dobrą Barcę. Pierwsza połowa była jedną z lepszych w tych rozgrywkach. Z pewnością byłoby łatwiej, gdybyśmy zdołali pierwsi zdobyć bramkę. Mieliśmy ku temu wiele okazji- trudno zinterpretować inaczej, niż jak robienie dobrej miny do złej, nomen omen, gry. Zaledwie dwa oddane celne strzały w całym meczu, nie określiłbym jako „wiele okazji”, bo przecież w takim razie, pięć celnych strzałów Athletiku, należało by nazwać mianem „kanonady”!

Podsumowanie dotychczasowej pracy Martino wypada w najważniejszej ze statystyk bardzo okazale – 22 mecze, z czego zaledwie 4 zremisowane i 2 przegrane. Argentyńczyk powtarza jednak ciągle, że rekordy nie są jego obsesją, ale tytuły. Czy jednak w rozgrywkach, w których mistrzowskie drużyny ostatnich lat zdobywały około stu punktów, sama wygrana w lidze nie wymaga rekordów z urzędu? W momencie, gdzie na potknięcia nie ma miejsca, a sezon „jedynie” z mistrzostwem La Liga jest „przegrany”, nie ma przestrzeni na porażki i zostawianie przeciwnikom furtek, przez które mogą urywać ważne punkty, grozi utratą nawet i tego.

Marca pisała ostatnio, że w dotychczasowej pracy z drużyną, Martino miał czas na przeprowadzenie jedynie dwunastu pełnych treningów z drużyną. Nie wiem na ile miał czas Carlo Ancelotti w Madrycie, chyba jednak lepiej je spożytkował, bo od kilku meczów Real gra wyraźnie lepiej i przekonywająco z kolejnymi niezłymi rywalami. Chciałbym, by Martino miał czas naprawić te widoczne gołym okiem niedociągnięcia, bo zapas punktów wypracowany na początku, właśnie stopniał a kalendarz wcale nie sprzyja nauce.

Twardziel na pokładzie

Twardziel na pokładzie

Z dziesięć tysięcy twardzieli! I dziesięć tysięcy mniej twardych, żeby twardziele wyglądali na jeszcze twardszych! Porządek następujący: twardy, twardy, miękki, twardy, miękki, miękki, twardy, twardy, miękki, miękki, twardy, twardy…

Tym humorystycznym cytatem, pochodzącym z jednej z moich ulubionych animacji, chciałbym zwrócić uwagę na coś co tknęło mnie w meczu z Betisem. Przyzwyczailiśmy się do sytuacji, że kiedy nasi wirtuozi grając z drużynami nieco lub dużo gorzej radzącymi sobie z piłką, czyli prawdę mówiąc większością drużyn Europy, są niemiłosiernie faulowani. Nie trudno przypomnieć sobie mecze, kiedy mierząc się z Atletico sam Messi faulowany był po 3-4 razy pod rząd przez jednego przeciwnika, nasi gracze byli deptani, szarpani, kopani. Statystyka fauli przedstawiała się 30 do 10. Zastanawiała jedynie statystyka kartek 3-4 w żółtych i pewnie, gdyby nie nerwowa końcówka, nie byłoby ich dla graczy Atleti nawet tyle. Mnie zastanawia dużo bardziej co innego. Czy ktoś ze stale oglądających mecze Barcelony Czytelników, potrafi przypomnieć sobie w jej meczu choć jeden faul brutalny, godzien potępienia, będący wynikiem agresywnego wejścia? Jak sięgam pamięcią, nie potrafię. Do czego dążę – właśnie po meczu z Betisem, przyjrzałem się statystykom fauli drużyn z ostatnich potyczek Barcelony. Barcelona Sevilla 12-17; Almería Barcelona 20-15; Malaga Barcelona 14-12; Valencia Barcelona 20-11; Osasuna Barcelona 13-8; Barcelona Espanyol 7-18 i wreszcie Betis Barcelona 20-15. Czy można zatem uznać za dziwne, że drużyny broniące się, podobnie do Atletico, w granicach 20 metrów od własnej bramki, nie wychodzące dużymi siłami do przodu, jednocześnie wszelkimi metodami powstrzymujące ataki naszych zawodników, popełniają jedynie kilka przewinień więcej na mecz? I tak i nie. Odpowiedź na to pytanie kryje się w pojęciu tak płynnym, że niemal nie definiowalnym – „standardy sędziowskie”.

Z łatwością każdy uważny widz, potrafi wypomnieć sędziom dziesiątki nieodgwizdanych fauli na Neymarze, Messim, Alexisie. I tu przewrotnie chciałbym powiedzieć- veto!. Nie tędy droga – gdyby nią podążyć, dojdziemy do symulek, padania od podmuchu i utraty płynności w grze. W grze Messiego cenię najbardziej nie to, że strzela jak na zawołanie, czy przegląd pola, ale właśnie ową nieustępliwość. W Neymarze podoba mi się zmiana zaordynowana przez Tatę – zmiana, której efektem jest zaciskanie zębów i walka raz po raz. Posunę się nawet dalej. W meczu z Betisem, mimo cierpień Neymara i kilku ewidentnych nieodgwizdanych na nim fauli, bardzo podobały mi się owe nieuchwytne „standardy sędziowskie”, które narzucił Pan J. L. Gonzalez Gonzalez. Spowodowały one, że Neymara strawiła zdrowa, sportowa złość. Drużyna ruszyła jak byk, mimo przygniecenia w pierwszych minutach pressingiem Betisu i brakiem reakcji sędziego. Na tym tle wyraźnie widać było dwie rzeczy. O ile Barca, jako drużyna potrafiła przekuć to poczucie niesprawiedliwości w lepszą grę, to poszczególni nasi zawodnicy, mieli z tym problem do końca meczu. Wiele cierpkich opinii zebrał na przykład Alex Song. Ja widziałem co innego – grał tak jak zawsze, wedle bardzo delikatnych standardów La Liga. Świetnie wyłuskiwał piłkę, zastawiał się i naciskany utrzymywał ją najdłużej jak się dało. W 90% innych ligowych meczów, wystarczyłoby to do wymuszenia faulu, jednak Pan Gonzalez po prostu pozwalał na więcej. Stąd kilka strat w dziwnych okolicznościach. Czy winny jest Alex Song? Po raz kolejny nie. Winna jest Barcelona. Winna jest grzechu pychy.

Kiedy w pierwszym sezonie Guardioli wszystko wychodziło, gra była szybka i płynna, a przeciwnicy nawet nie nadążali faulować, upowszechniło się przekonanie, że o błędach się nie rozmawia, że zawsze damy radę strzelić bramkę – dwie, więcej. I w większości sytuacji tak było, jednak z czasem, gdy pojawiły się trudności, upowszechniło się drugie ekstremum – nadmierne pretensje do sędziego, reklamacje, protesty. Spowodowało to najpierw, że faule na zawodnikach Barcelony, faktycznie traktowano dość lekko, a potem, że nawet słuszne protesty przechodziły bez echa. Nałożyła się na to miękka gra samej Barcy. Wielokrotnie byliśmy świadkami, kiedy przeciwnik bezpardonowo przerywał groźne ataki Barcy ostrym faulem, nawet kosztem żółtej kartki, gdy zaś kroił się kontratak przeciwnika, wszyscy gracze Barcy unikali jak ognia bardziej zdecydowanego przerwania akcji. Sytuacja ta jest generalnie pokłosiem ery Guardioli. Dziedzictwem ciekawym – eksperymentem sprawdzającym się w przypadku wybitnej formy naszej Blaugrany, jednak na dłuższą metę, szkodliwym.

By udowodnić swoje wnioski, sięgnę do historii zwycięskich składów Barcy. 1992 rok – Dream Team Johana Cruijffa. Bezwzględnie drużyna, która stylem gry podłożyła podwaliny pod wiele przyszłych osiągnięć. Drużyna, która wyklarowała styl, który w szkółce i myśli trenerskiej trwał, kiełkował i w końcu dał nam tak wiele tytułów. Co cechowało tamtą drużynę? Piękny styl, świetny skład, ale też jedna charakterystyczna rzecz. Składała się w równych proporcjach z piękna i techniki, co z serca i walki. Stoiczkow, Romario, Guardiola – ten sam, który jako trener, był wzorem gentlemana. Wszyscy wnosili do gry zadziorność, waleczność, bezpardonowość. Czasem brak chłodnej głowy, sprawiał że przekraczali granice, ale nigdy nie odstawiali nogi. Barcelona Rivaldo, Kluiverta i Figo, miała swoich Puyola i Enrique. Drużyna Ronaldinho, Deco i Eto’o, to Thiago Motta, Puyol, Oleguer, którzy jakkolwiek mniej utalentowani, od magów z którymi wybiegali na boisko w jednych trykotach, zawsze ubezpieczali im plecy. Nie bali się wstawić głowy tam, gdzie inni bali się wstawić nogę. No i w końcu czasy Guardioli trenera – gdy cieszyliśmy się kolejnymi popisami „karzełków”, za nimi mocno na ziemi stali Touré i Keita, którzy defensywny wkład i twardość łączyli z przebojowością.

Całkiem niedawno na łamach tego Bloga, mój redakcyjny kolega, opisywał zalety Busquetsa. Podzielam wiele jego wniosków, jednak trudno nie zauważyć, że brak mu twardości cechującej wyżej wymienionych. Umiejętności sprawienia, by rywal przystępując do pojedynku z nim, czuł się przytłoczony samą fizyczną obecnością, by spodziewał się kuksańców, szturchnięć i ciosów. By mierząc Busiego wzrokiem, sam zdawał się sobie, być na przegranej pozycji.

To nieuchwytne coś, ten czynnik wymuszonej pokory u przeciwników, jako drużyna traciliśmy od czasów ekipy, która wygrała pierwszy Puchar Europy. Czasem szybciej, czasem wolniej, jednak czasy „bad boys” w Barcelonie przeminęły. Świadczył choćby o tym casus Zlatana. Warto by napomknąć, że po ostatniej serii kontuzji i powrocie po nich, nasze serce, nasz kapitan i najwaleczniejszy z walecznych nie prezentuje się już tak dobrze sportowo. Obawiam się, że z jego powolnym schodzeniem ze sceny, cecha ta całkiem zaniknie w naszej drużynie. Czy przeszkodzi nam to w wygrywaniu? Pewnie nie całkiem, ale znacząco je utrudni. Doprowadzi do sytuacji, w której sędzia, nawet wprowadzając swoje „standardy”, będzie relatywizował je w zależności od drużyny, tak jak w meczach tego sezonu. Czy w meczu z Betisem, w starciach z Neymarem, prawy obrońca gospodarzy nie grał agresywniej niż ktokolwiek z naszych piłkarzy? Czemu więc, to Cesc na dwie próby odbioru, został ukarany dwoma przewinieniami? Winna właśnie jest owa relatywizacja, ulegnięcie wrażeniu, jakie towarzyszy poprzednim meczom danej drużyny. Barcelona gra tak świętoszkowato, że często sędziowie odgwizdują absurdalne faule w kontekście tego, co wyrabia przeciwnik. Tym niemniej sami, jako drużyna ich do tego przyzwyczailiśmy.

Czy zatem jesteśmy skazani na taki stan rzeczy? Nie, jeśli Tata Martino, ową przypadłość zauważy, zdiagnozuje i zastosuje leczenie. Leczenie polegające na utwardzeniu gry w pewnych sektorach boiska i na pewnych pozycjach. Częściej będzie eksperymentował z ustawieniem, z dwoma defensywnymi pomocnikami, choćby Busquets miał grać na pozycji Xaviego i w końcu, co jest już widoczne, sami zawodnicy będą mniej ekspresywni w pretensjach do sędziego. W innym wypadku, zostaje nam strzelić tą bramkę – dwie więcej.

Barcelono, wypiękniej!

9068629

Próbując zdefiniować trudny termin osobie bez kompletnej znajomości danego czasu, często uciekamy się do porównań i analogii. Oglądając uważnie mecze Barcelony w tym sezonie miałem przez chwilę nadzieję, że ów temat przynajmniej liznąłem, że zaczynam rozumieć dokąd zmierza drużyna Barcelony. Owo wrażenie minęło mi po meczu z Milanem, przynajmniej w dużej części. Zastanawiam się, jakich analogi użyłby trener Martino, by mi te kilka swoich decyzji wytłumaczyć.

Po kilku pierwszych minutach, wcale się na to nie zanosiło -świetny pressing, agresywna gra obrońców, ale i cała praca w defensywie. Wszystko zgodnie z zapowiedzią, o odzyskaniu “utraconego”. Ale wraz z upływem kolejnych minut powracały również stare grzechy. Na tle dość słabo dysponowanego Milanu rozgrywanie piłki w szerz na 25 metrze nie przystoi opinii genialnych pomocników. Jedyne zagrożenie jakie drużyna Taty stworzyła w pierwszej połowie, to wynikające z błędów obrońców. Z bardziej klasową drużyną takie prezenty pewnie by się nie przydarzyły.

Pytając o owe wymagające wytłumaczenia decyzje trenera, w pierwszej kolejności umieściłbym brak Ceska w pierwszym składzie. Wiele lat Xavi uchodził za główny element układanki zwycięskiej Barcy, za gracza regulującego tempo rozgrywania akcji. Niestety ostatnimi czasy słowo “tempo” zniknęło z Barcelońskiego słownika. Przesunęło się na ostatnie pozycje w priorytetach. Oglądając mecz Ajaxu z Celtikiem, odniosłem wrażenie, że przecież grający podobnym systemem jak Barca, Ajax, mający mniej utytułowanych zawodników, przy obronie Celtiku wygląda jak grający, o co najmniej tempo szybciej niż Barca. Z większą łatwością kreuje sytuacje, płynniej przemieszcza piłkę. Czy to przypadek, czy wynik zachowawczości naszych rozgrywających? Obstawiam to drugie.

Cechą charakterystyczną sytemu gry z fałszywą dziewiątką, w jakim gra Barca, są przestrzenie na skrzydłach, które gracze tam ustawieni mogą wykorzystać na dwie możliwości. Pierwsza to ucieczka pod linię końcową i próby dograń lub akcji kombinacyjnej. Drugi sposób to ucieczka ze skrzydła, za plecy defensywnych pomocników lub nawet środkowych obrońców rywala. Do wykonania takiego zagrania, potrzeba dwóch rzeczy – idealnie przypilnowanej linii spalonego i pełnej synchronizacji z rozgrywającym. Najpierw wyróżnienie – Cesc Fabregas, kilka minut po wejściu na boisku wykonał takie zagranie do Alexisa niemal idealnie. W porównaniu do niego, Xavi mając 90 minut, również popisał się jedną taką piłką. Teraz konkurs dla uważnych czytelników – ile okazji miał Xavi by wykonać takie dogranie do schodzących Neymara i Alexisa? Nagród poza satysfakcją nie przewiduje, mogę jednak podpowiedzieć, że na tyle dużo i w na tyle klarownych momentach, że owe niewykorzystane szanse znacznie obniżają jego ocenę.

Kolejnym spostrzeżeniem, jakim chciałbym się podzielić z Czytelnikami, jest przełożenie treningów na poczynania boiskowe. Nie wypowiadam się oczywiście, na temat tego co i jak już trenują nasi gracze między meczami, ale usilnie rzuca się w oczy co trenować powinni. Po pierwsze szybkość kontrataków – warunek ich powodzenia, który wyraźnie opanowali jedynie Neymar z Alexisem oraz Messi. Grę na jeden kontakt – ileż razy sytuacja nie pozwala na wiele kontaktów z piłką w jednej akcji, mimo to, każde podanie czy próba strzału poprzedzana jest układaniem sobie piłki. Rozumiem, że coś otrzymuje się kosztem czegoś, w tym wypadku kosztem spadku celności podań, czy strzałów. Ileż jednak razy sytuacja prosiła się o soczyste rąbnięcie z pierwszej piłki, zamiast próby wymuskania strzału czy podania. Wreszcie strzały z dystansu ponad 15-16 metrów. Czy Adriano jest jedyną jaskółką? Czy tego elementu nie da się wyćwiczyć? Jest to przecież doskonały środek wymuszający na środkowej linii defensywy oponenta zrobienie 5- 6 kroków w przód, często przestrzeni wystarczającej do rozegrania “koronki”.

Całą listę przewinień taktycznych uzupełnię jeszcze o brak prób wchodzenia przez zawodnika wyprowadzającego piłkę z okolic 40 metra od bramki przeciwnika, w defensywę rywala. Wielokrotnie Xavi, mając jeszcze 7-10 metrów przestrzeni, oddaje piłkę w szerz. Gdyby pokonał te kilka metrów z piłką, odpowiedzią przeciwnika zapewne byłoby zagęszczenie środka, co ułatwiałoby grę skrzydłowym. Świetnym instynktem do takich sytuacji, w pre-sezonie popisywał się Sergi Roberto – więcej minut dla tego młodzieńca na pewno mogłoby się stać kanwą osobnego tekstu.

Chciałbym postawić sprawę jasno – Barca nie gra dobrze. Jest ociężała w środku, a ruchliwe skrzydła przy lepszych przeciwnikach mogą nie wystarczyć. Poczyniła wielkie postępy w defensywie 5- 10 sekund po stracie piłki, w obronie stałych fragmentów gry, ale nadal ma momenty, kiedy defensywa przysypia. Nadal w fazie bez piłki nie przesuwamy się formacjami jako całością. Indywidualne umiejętności zawodników wciąż czynią z bordowo-granatowych drużynę z topu światowego, ale taktyczne niedociągnięcia, złe decyzje personalne, mogą skutkować utratą formy przez zawodników, którzy są w gazie i słabszą grą w kluczowej fazie sezonu.

W tym sezonie drużynie Taty zdarzało się rozegrać mecze piękne i szybkie, świetne taktycznie, kompletne w defensywie, czy błyskotliwe popisami gwiazd. Chciałbym jednak, by wracając do wstępu, trenerowi Martino, udało się mnie przekonać, że w decydujących meczach sezonu, wszystkie te przymioty będzie można obejrzeć naraz. W tym momencie jednak, niezależnie jak kwiecistych analogi by użył, aby przedłożyć mi swoje racje, pozostaję nieprzekonany.