Sukces okupiony ofiarami

Już dawno Barca nie zdobyła tak ofiarnie wywalczonych trzech punktów, jak tej soboty w Walencji. Po zaciekłym, bardzo wyrównanym, bolesnym i nieprzewidywalnym meczu Duma Katalonii przywiozła do domu zwycięstwo 2:3.

Początek spotkania okazał się bardzo wyrównany. Gospodarze weszli w ten mecz z przytupem, co trochę utrudniło Barcy klasyczne podejście do zadania i kontrolowania tego, co się dzieje na murawie. Valencia blokowała jej dość skutecznie swoje pole karne, tak więc ataki i sprinty Neymara lub Leo Messiego z początku nie przynosiły efektów.

Gospodarze jednak podjęli dość ostrą grę, by powstrzymać Blaugranę – już w 12 minucie interwencja Enzo Pereza zakończyła się kontrowersyjnym faulem, w którym ucierpiał Iniesta, nie mogący samodzielnie opuścić boiska. Parę minut później na murawę dość niebezpiecznie upadł Suarez, lecz, całe szczęście, bez większych konsekwencji. Gdyby tego było mało, niedługo potem niemniej wątpliwie Mario Suarez wślizgnął się Gomesowi pod nogi, a żółta kartka, do tamtego momentu, została pokazana dopiero jeden raz.

To najwyraźniej pobudziło albo rozdrażniło Barcę, bo Leo Messi sięgnął po swój najskuteczniejszy arsenał i perfekcyjnie wpakował piłkę do siatki z odległości linii pola karnego, tym samym strzelając bramkę na 0:1 (23. minuta). Nie obyło się bez konfliktu, ponieważ jak się potem okazało, Luis Suarez był na spalonym.

Mecz stale był nieprzyjemny dla oka, bo już wtedy sędzia pokazał kolejną żółtą kartkę, tym razem dla Diego Alvesa, a dwie minuty potem – dla Sergio Busquetsa, który z niepotrzebną ostrością zatrzymał Parejo. Barca jednak bynajmniej nie zamierzała odpuścić i sprowadzała grę do połowy Valencii, która niespecjalnie mogła znaleźć dobry i zgodny z przepisami sposób, by zatrzymać gości. Zdarzały im się całkiem dobre akcje i sytuacje pod bramką Dumy Katalonii, lecz przez większość czasu to oni mieli nóż na gardle, przez co odstawiali zasady gry na dalszy plan. Bezsprzecznie wybijało ich to z rytmu, bo w ich grze brakowało składności i Barca nie miała większego problemu, by przerywać ich akcje.

Niezbyt dobry mecz, jakkolwiek to zabrzmi, rozgrywał też sam arbiter. W ferworze tej walki i rozkręcającej się Azulgrany intensywność gry również wzrosła. Najpierw kontuzjowanego Gayę musiał zmienić Abdennour, a potem na wściekłość zgromadzonych kibiców naraził się Sergio Busquets, który nie został ukarany za swój faul. Do tego dochodzi sporna sytuacja w polu karnym Barcelony, kiedy Los Che domagali się rzutu karnego za przewinienie na Cancelo. Nie można jednak powiedzieć, że zaczęli jakoś znacząco odstawać od Barcelony, ponieważ do samego końca tej partii walczyli o bramkę. Świetną okazję ku temu mieli nawet w 44. minucie, lecz Parejo bardzdo nieporadnie rozegrał tę sytuację i nie udało mu się pokonać bezpośrednio Ter Stegena.

Druga połowa rozpoczęła się nieco spokojniej, niż pierwsza i zdawało się, że już lepiej układa się to wszystko w rękach Valencii – nie długo jednak Blaugrana pozostawała tak bezgłośna. Już w 50. minucie świetną zgraną akcją popisali się Neymar oraz Ivan Rakitić, kiedy to Brazylijczyk oddał strzał (wybroniony przez Alvesa), a Chorwat usiłował poprawić jego strzał, obijając słupek pustej bramki. Wtedy właśnie Valencia wreszcie pokazała pazur – wprowadzony w przerwie Munir, były barcelonista, z bliskiej odległości posłał piłkę w róg bramki, wyrównując rezultat spotkania. Ich gra zaczynała wyglądać co raz lepiej i ładniej, na co Barca niespecjalnie reagowała. W efekcie już cztery minuty po bramce wyrównującej Rodrigo jako drugi pokonał Ter Stegena, niespodziewanie odwracając układ sił w tym spotkaniu, z korzyścią dla Nietoperzy.

Blaugrana poczuła, że sytuacja wymyka jej się spod kontroli zbyt szybko. Kibice na Estadio Mestalla mieli humory bardzo anty-barcelońskie, a czas uciekał. Być może to było bodźcem, który sprowokował graczy Luisa Enrique do jeszcze intensywniejszej gry, ponieważ rozkręcona Valencia dość szybko została zepchnięta z piłką na swoją połowę, w co zaangażowali się prawie wszyscy zawodnicy Azulgrany. Dzięki temu w 62. minucie Pistolero, ofiarnie, ale też efektownie, ponownie doprowadził stan gry do remisu, zdobywając gola po dobitce. Wydawało się też, że Barca zaczyna wyciągać wnioski ze swoich błędów, ponieważ od tamtej chwili oglądaliśmy co raz mniej kontrataków po stronie Los Che.

Gra wraz z upływem czasu robiła się co raz bardziej zacięta. Być może nie aż tak brzydka i brutalna, jak w pierwszej partii, ale również posypały się żółte kartki, między innymi dla Messiego i Mario Suareza. Obie ekipy bowiem na nowo musiały walczyć o ugranie przewagi, którą miały wcześniej, lecz wzajemnie sobie ją odbierały. Co raz więcej bliskich gola sytuacji rozwijała Blaugrana, lecz i Valencia nie pozostawała w jej cieniu, od czasu do czasu docierając z piłką pod bramkę Ter Stegena, ale mimo strzałów tuż nad poprzeczką, rzutów karnych i kontr, wynik się nie zmieniał – a napięcie na Estadio Mestalla rosło.

Gdy wydawało się, że Barca znów będzie musiała podzielić się punktami, tuż przed końcem spotkania dostała ona niewiarygodny prezent – Luis Suarez został sfaulowany przed bramką Diego Alvesa przez Abdennoura, co zagwarantowało gościom rzut karny, a ten został perfekcyjnie wykorzystany przez Leo Messiego.

infographic_pl_272121_squads_770

Barcelona rzutem na taśmę wyrwała zwycięstwo, które zostało okupione kontrowersjami i poważnym urazem Andresa Iniesty, który będzie zmuszony pauzować około 3-4 miesiące. Ta remontada okazała się jednak warta tej wyjątkowo trudnej przeprawy po Mestalla – a my, jako Cules, możemy być naprawdę dumni. Naprawdę, naprawdę!

Manita na “wyciągnięcie ręki”

Jak się okazuje, przerwa reprezentacyjna dobrze zrobiła ekipie Luisa Enrique. Podczas tego domowego starcia Barcelona bez większego wysiłku pokonała Deportivo la Coruñę, zwyciężając aż 4:0.

Na taki wynik, prawdę powiedziawszy, zanosiło się niemal od samego początku spotkania, jeśli nie na jeszcze większy. Barca od razu przystąpiła do rozgrywania piłki i atakowania, a pierwszą świetną akcję zanotowała już w 7. minucie. Następną miała zaś dwie minuty później, a potem kolejną i kolejną. Z początku brakowało jedynie skuteczności.

W odpowiedzi Deportivo starało się kontrować, lecz niemal niewykonalne było dla nich jakkolwiek zagrozić bramce Ter Stegena. Po około kwadransie gry jako  tako utrzymywali się przy piłce, lecz nie wynikało z tego nic konkretnego. Być może było to jednak tylko uśpienie ich czujności – już w 20. minucie duet Rafinhi i Luisa Suareza, który do tamtego czasu walczył ze skutecznością, zdobył dla Barcy pierwszą z bramek.

Wówczas sytuacja się nieco uspokoiła i “ustatkowała”, lecz polegało to na tym, iż Duma Katalonii poszukiwała kolejnej bramki z nieco mniejszą intensywnością i tempem, goście natomiast w miarę poprawili swoją linię obrony – co raz więcej strzałów gospodarzy udało im się zablokować lub przerwać w newralgicznym momencie.

Mecz życia rozgrywał jednak wspominany już Rafinha – ponownie poradził sobie z Luxem, kiedy po stałym fragmencie gry głową uderzył Pique. Wtedy jego strzał został obroniony, lecz dobitka Brazylijczyka nie pozostawiała żadnych wątpliwości i wprost musiała zakończyć się sukcesem. Nieco nieporadny natomiast był El Pistolero. Dopuszczał się przewinień i ocierał się o żółte kartki, które mogły wykluczyć go z kolejnego ligowego spotkania, a na dodatek nadal brakowało mu błyskotliwości i szybkości w decydujących fragmentach akcji. Przełamał się w wyjątkowy, przemiły dla oka sposób – tuż przed  gwizdkiem sędziego obrócił się z piłką dostając ją od Neymara i bez problemu wprowadził w dezorientację rywali, strzelając dla Barcy trzeciego gola. Zaraz potem był naprawdę blisko poprawienia swojego wyczynu, lecz jego strzał odbił się od poprzeczki. A jeszcze minutę później zrobił niemal to samo, niestety jednak w efekcie usłyszeliśmy wielki zawód na widowni.

Druga połowa zaczęła się dość spokojnie, bez ogromnego tempa i zabójczego poszukiwania kolejnej bramki. Akcję rozpędził dopiero Leo Messi, swoim spektakularnym powrotem na Camp Nou. Dlaczego tak to ujęłam? Zmienił Sergio Busquetsa w 55. minucie, a pięknego, precyzyjnego gola zdobył… w 58. Co więcej i co bardziej mnie zachwyca, asystował nie kto inny, jak Neymar, na co Pchła zareagował idealnym strzałem pod poprzeczką.

Szkoda, że był to ostatni strzał tego spotkania. Do końca meczu o powiększenie tej miażdżącej przewagi starali się m.in. Neymar, Gerard Pique, Leo, Ivan Rakitić, a nawet Paco Alcacer, i to kilka dobrych (oraz imponucych!)  razy. Deportivo było zaś na tyle bezradne, że z czasem co raz niezręczniej obchodziło się z samą piłką, nie mówiąc o stworzeniu jakiegokolwiek zagrożenia. Gospodarze nękali ich niemal do samego końca strzałami z dystansu, obijaniem rąk Luxa, sprintami do pola karnego, czy nawet bramkami z pozycji spalonej (np. Mathieu w 83. min).

infographic_pl_267009_squads_770

Niestety, z ogromnym żalem stwierdzam, że tego sobotniego popołudnia musieliśmy pogodzić się tylko z pokerem w wykonaniu Blaugrany. A biorąc żarty na bok – myślę, że możemy być w pełni dumni z Katalończyków. Cała drużyna grała na sto procent, a w zwycięstwo bezpośrednio zaangażowało się więcej piłkarzy niż nasze Tridente, ono zaś zgrało się fantastycznie. Pozostaje mi tylko z największą przyjemnością życzyć Wam miłego weekendu!

Grafika:

elpais.com; sporticos.com

Przykra powtórka z rozrywki

Nieszczęśliwie ułożył się dla Dumy Katalonii ten niedzielny wieczór. Po długim, wymagającym spotkaniu na Estadio Balaidos, Celta Vigo stanęła jej na drodze do zwycięstwa, wygrywając z mistrzami Hiszpanii 4:3.

Barca od początku starała się wywierać presję na rywalach, ale przez długi czas nie mogła znaleźć sposobu na zdobycie bramki Sergio. Co więcej, Celta dość często wychodziła z kontrą i były one bardzo dobrze konstruowane: gospodarze przedzierali sę bez większego problemu pod pole karne Blaugrany. To sprawiało, iż względnie słabszy przeciwnik grał co najmniej na równi z mistrzami Hiszpanii, a mnie od razu przyszło na myśl zeszłoroczne spotkanie jesienne obu drużyn. Mecz przebiegał bowiem zastraszająco podobnie.

Upewnił mnie w tym Sisto w 22. minucie, kiedy otworzył wynik spotkania; nie był to pierwszy strzał w światło bramki Katalończyków, a poważny błąd naszej linii obrony jedynie mu to ułatwił. Barcelony to jednak nie pobudziło do działania – nadal wymieniała się piłką z Celtą Vigo, co tylko pozwalało rywalom rozwinąć skrzydła. Kilka prób Neymara czy Luisa Suareza okazało się niewystarczająco skutecznych, by szybko odpowiedzieć gospodarzom, oni natomiast – powtórzyli swój wyczyn już dziesięć minut potem, kiedy długie podanie wykorzystał Iago Aspas. Gdyby tego było mało – minutę później, w interwencji do równie niebezpiecznej akcji, Jeremy Mathieu wpakował piłkę do własnej siatki.

Barca w odpowiedzi usiłowała znacznie podkręcić tępo, lecz skutkowało to jedynie przerywanymi, dość chaotycznymi akcjami i przewinieniami po obu stronach boiska. Brakowało natomiast pomysłu, który ewidentnie posiadała Celta, podania nie kleiły się do siebie i nie stwarzały bezpośredniego zagrożenia bramce przeciwników.

Druga połowa rozpoczęła się bardzo podobnie, choć z pozoru sytuacja się nieco uspokoiła. Blaugrana nadal potrzebowała sporo czasu, by wreszcie zacząć odrabiać naprawdę spore straty. Bramkę na przełamanie zdobył Gerard Pique w 58. minucie, kiedy dostał piłkę od dośrodkowującego Iniesty (po rzucie rożnym) i wbił ją głową do bramki Sergio w imponującym stylu. Celta w odpowiedzi mogła kontynuować swój skuteczny styl gry, przez co parę kolejnych sytuacji przebudzonej Azulgrany jedynie otarło się o kolejnego gola, między innymi w 62. minucie, gdy z piłką nie zdążył Pistolero, dostając podanie od Sergi Roberto. Duma Katalonii zreflektowała się jednak bardzo szybko, bo już minutę potem w polu karnym sfaulowany został Andre Gomes, a jedenastkę wykorzystał Neymar.

To kolejny czynnik, który pobudził Barcę, lecz znów nie na tyle, by wyrównać rezultat. Celta stała się w pewnym momencie nieco przyćmiona, ale równie szybko się pozbierała, by bronić ze wszystkich sił upragnionego zwycięstwa. Ku wielkiej uciesze tłumnie zebranych kibiców, Ter Stegen przesadził ze swoją zabawą z piłką i podał ją wprost Pablo Hernandezowi, który nie miał żadnych problemów z wbiciem jej do siatki Niemca, co sprawiło, że Celta znów zaczęła uciekać graczom Lucho. Dwie minuty później mogli jeszcze bardziej podwyższyć wynik, lecz na całe szczęście strzał Aspasa nie był wystarczająco silny.

Tuż przed końcem czasu podstawowego, bo w 87. minucie, Blaugranie wróciły nadzieje na ratowanie rezultatu – Denis Suarez sprytnie podał piłkę do najwyżej skaczącego Pique, a on znów, główkując, pokonał bramkarza gospodarzy. Był to jednak ostatni gol gości, pomimo, że zaraz potem Neymar oddał strzał o włos od słupka, a w 92. minucie Denis Suarez i Pique usiłowali powtórzyć swój zgrany wyczyn.

infographic_pl_260931_squads_770

Była to bardzo trudna gra dla Barcelony i dało się to dostrzec przez większość spotkania. Ciężko im było zapanować nad meczem, kontrolować go, jak to ma ona w zwyczaju, co pozwoliło gospodarzom rozwinąć skrzydła. Strata punktów będzie tego sporym kosztem, dlatego chyba nie muszę mówić, iż Azulgrana już musi myśleć o zadośćuczynieniu.

grafika: sporticos.com

Krok po kroku, gol po golu do celu

Tego sobotniego popołudnia Duma Katalonii nie pozostawiła swoim rywalom żadnych złudzeń: pojechała do Gijón po obowiązkowe trzy punkty i bez większego problemu je zdobyła. W meczu przeciwko Sportingowi wygrała 0:5.

Barca po raz kolejny rozpoczęła spotkanie trochę zbyt spokojnie, żeby nie powiedzieć ospale, choć przeważała nieco nad Sportingiem. Przez pierwszy kwadrans jednak nie oglądaliśmy raczej niczego konkretnego po żadnej stronie boiska, co być może wynikało z tego, iż Luis Enrique postanowił pozostawić na ławce rezerwowych m. in. Ivana Rakiticia, Jordiego Albę, a przede wszystkim Leo Messiego. Blaugrana potrzebowała więc trzydziestu minut gry, by się rozkręcić.

Gra nie układała się również tak, że gola było czuć w powietrzu – byłabym skłonna stwierdzić, iż Luis Suarez i Arda Turan dość niespodziewanie otworzyli wynik spotkania – w 29. minucie bowiem, po asyście Turka, do zupełnie pustej, niechronionej bramki trafił Pistolero. To okazało się iskierką, która pobudziła całą machinę snajperską Barcy – podwyższyła ona prowadzenie już trzy minuty później, tym razem po świetnej współpracy Sergi Roberto z Rafinhą. Potem zaś Katalończycy znów zwolnili tempo, bezstresowo rozgrywając piłkę aż do ostatniego gwizdka sędziego w tej części meczu.

Druga partia spotkania była niczym innym, jak formalnością, z całym szacunkiem do Sportingu. Z początku wprawdzie gospodarze zdawali się zmotywowani do walki, by nadrobić możliwie jak najwięcej bramek – szybko jednak uleciała z nich siła i ponownie znów przyćmiła ich Barca. Ta z kolei sprawiała wrażenie, że kontroluje wszystko, co dzieje się na boisku, dlatego większość tej połowy grała raczej bez pośpiechu – podkręciła znacznie tempo, gdy zawodnik Gijón, Lora, opuścił boisko oglądając drugą żółtą kartkę (po faulu na Sergim Roberto) w 74. minucie.

Chwilę potem, bo za sześć minut, swojego gola zanotował Neymar, kiedy „poprawiał” strzał Paco Alcacera, a za następne pięć minut do listy strzelców dopisał się również Arda Turan. On z kolei wykorzystał znakomite podanie do środka, które podarował mu Sergi Roberto. Gdyby tego było mało, wisienkę na torcie sprezentował nam, po raz drugi, Neymar – była to 88. minuta, a asystował mu Denis Suarez. W efekcie Barca wyjechała do domu z manitą na koncie.

infographic_pl_253489_squads_770

Bądź co bądź, nie było to trudne spotkanie. Gracze Luisa Enrique zdali więc ten sprawdzian co najmniej na szóstkę, grając całkowicie tak, jak należało – nadrobiła też dzięki temu dwa punkty do Realu Madryt, który dziś zremisował z Las Palmas.

grafika: sporticos.com

Przepis na wymarzoną sobotę

Tuż po południu Barcelona zmierzyła się na Estadio de Butarquel z Leganes, jednogłośnie ogłoszonym beniaminkiem w Primera División. Scenariusz, jaki wobec tego mogliśmy zakładać, był raczej jasny: od Blaugrany wymagaliśmy pewnej wygranej, ona zaś nie pozostawiła nam żadnych wątpliwości: ograła gospodarzy 1:5.

Obie drużyny weszły w spotkanie dość spokojnie, ale Barca bez większej zwłoki zabrała się za tworzenie swojej przewagi. Już na początku ją “zarysowała”, by potem ją rozwijać. Nie można jednak powiedzieć, że gospodarze od razu potulnie nadstawili karki, by zebrać łomot od znacznie silniejszych rywali. Bronili się całkiem przyzwoicie, zdarzało im się nawet dotrzeć pod pole bramkowe Ter Stegena – około 35. minuty byli naprawdę o włos od zdobycia gola. Z upływem czasu jednak tracili stopniowo pomysł na to, jak odpowiadać Barcelonie.

Ona bowiem wyszła na prowadzenie dokładnie po kwadransie gry. Wówczas do bramki trafił Leo Messi po wyjątkowej, perfekcyjnie dokładnej asyście Pistolero, prawda jest jednak taka, że zbliżającego się gola można było wyczuć już nieco wcześniej. Później Blaugrana nie zwalniała już tempa, ale też nie specjalnie je podkręcała – kontynuowała swój “przyjacielski” styl gry, raz po raz wyprowadzając kolejną akcję zagrażającą bramce Leganes. Już w 23. minucie Luis Suarez zanotował bardzo ciekawą próbę zdobycia gola, omijając trzech rywali w czasie swojego sprintu – wtedy jednak Jon Ander Serantes zdołał sięgnąć piłki i wybić ją ponad poprzeczkę.

Ten stan, mimo wszystko, nie trwał zbyt długo – kolejne piętnaście minut po bramce Messiego jego wyczyn powtórzył sam Suarez, a asystował mu właśnie Argetyńczyk: po fatalnym błędzie obrońców Leganes Pchła podał Urugwajczykowi piłkę, a on bez problemu wpakował ją do zupełnie niepilnowanej siatki.

To sprawiło, że gospodarze zaczęli wyglądać na nieco przyćmionych. Co prawda rozgrywali swoje akcje dość często na połowie Azulgrany, której linia pomocy była momentami “dziurawa”, ale goście świetnie wykorzystywali kontry. Tuż przed końcem tej połowy zdążyli zanotować jeszcze trzecią bramkę, niemal idealnie wymierzoną pod każdym względem – zdobył ją Neymar, uzupełniając nazwiska barcelońskiego Tridente na tablicy wyników; asystował mu Luis Suarez, ponownie z zegarmistrzowską precyzją, pozostawiając Brazyliczyjkowi pustą bramkę; a cała akcja padła mniej więcej po trzecim kwadransie podstawowego czasu gry.

Bardzo podobnie rozpoczęła się druga połowa – piłkarze Leganes robili, co mogli, by walczyć o swój honor, ale Barca zostawiała im naprawdę mało miejsca do popisu i bardzo rzadko dopuszczała do głosu. Ich bezradność wypłynęła w 54. minucie, kiedy to Neymar zatrzymywany był za koszulkę. Rzut karny bardzo pewnie wykorzystał Leo Messi. Gdyby tego było mało, był on bardzo bliski zdobycia jeszcze jednego gola już pięć minut potem – Serantesa uratował jednak Insua stojący tuż przy bramce. Kolejne kilka minut później Argetyńczyk trafił w słupek, a jego strzał poprawił Paco Alcacer, znalazł się on jednak na spalonym. Urażona tym Blaugrana nie zamierzała jednak ani na chwilę zaniechać swoich starań: minutę później do bramki wreszcie trafił Rafinha, który wcześniej zdawał się być w cieniu reszty kolegów. Obronił swoją dumę naprawdę przepięknym uderzeniem z kilkunastu metrów, prosto w “okienko” bramki.

Barca nie zdawała się bynajmniej zmęczona, ponieważ czaiła się niemal nieustannie przy polu karnym Leganes i podejmowała kolejne próby podwyższenia wyniku. Goście dość rozpaczliwie z kolei usiłowali wyprowadzić jakąkolwiek akcję, by zanotować chociaż dobry celny strzał, o to bylo jednak bardzo ciężko. Blaugrana natomiast zdążyła jeszcze przynajmniej raz otrzeć się o następną bramkę.

Kiedy wydawało się, że gospodarze tylko czekają na ostatni gwizdek sędziego, dostali “od losu” rzut wolny i udało im się go należycie wykorzystać – z 22 metrów, ponad murem, Ter Stegena pokonał Gabriel. Tuż przed końcem Barca podjęła jeszcze parę prób podwyższenia wyniku, nie były jednak efektowne. Prawdę mówiąc, nie było takiej potrzeby.

Po tym bardzo jednostronnym, ale koncertowym spotkaniu piłkarze Luisa Enrique wywożą spod Madrytu kolejne trzy punkty do kolekcji. Mecz nie był może najciekawszym, najbardziej emocjonującym, lecz zobaczyliśmy wszystko, czego mogliby pragnąć Cules: manitę, gole całego Tridente, ich wzajemne asysty, “bombę” z dystansu, rzut karny Messiego. Chyba zgodzicie się, że nie możemy narzekać!

infographic_pl_246955_squads_770

grafika: sporticos.com

Ciężka przeprawa po San Mames

Tak, jak mogliśmy przypuszczać, wizyta Barcelony na San Mames była wyśmienitym sposobem na ten niedzielny wieczór. Tuż przed przerwą reprezentacyjną podopieczni Luisa Enrique zgarniają drugi, cenny komplet punktów wygrywając z Athletikiem Bilbao 0:1.

Spotkanie nie rozpoczęło się feerią emocji – wręcz przeciwnie, obie drużyny dość łagodnie weszły w to spotkanie, bez nadmiernego pośpiechu, choć nie można też powiedzieć, że ospale. Zarówno Athletic, jak i Barca powoli zbliżały się do pól karnych przeciwników, ale nie stwarzali większego zagrożenia po żadnej stronie. Dało się jednak dostrzec pewną dominację Blaugrany, choć była to przede wszystkim była to przewaga w wymianie podań, która wraz z upływem kolejnych minut rosła.

Pomimo, nieco zaskakujące wydało mi się to, z jaką łatwością Arda Turan i Ivan Rakitić przeprowadzili atak i zwieńczyli go przedniej urody golem – a była to dokładnie 21 minuta. Później natomiast rytm dość spokojnej gry powrócił, przechylając nieznacznie szalę na stronę gości – zdołali jeszcze wyprowadzić kilka dogodnych akcji, między innymi ta z 30. minuty, kiedy Denis Suarez przewrócił się w polu karnym (kwestia, czy Barcy należał się za to rzut karny, była wyjątkowo sporna, dlatego polecam obejrzenie tej akcji osobiście) lub ta z końcówki tej połowy, w wykonaniu Ardy Turana.

Baskowie nie mieli zamiaru naturalnie ułatwiać sprawy mistrzom Hiszpanii. Zanotowali także kilka własnych, wartych uwagi strzałów, które zmuszały Ter Stegena do interwencji – najczęściej byli to Benat, Williams i Aduriz, szczególnie w ostatnim kwadransie pierwszej partii spotkania – były to jednak niewystarczająco groźne lub pośpieszone strzały.

Z podobnymi nastrojami gospodarze wyszli na drugą połowę tego meczu. W efekcie Barca nie mogła pozwolić sobie na wytchnienie, a wręcz musiała wzmocnić swoje ataki. Dość szybko, bo już dziesięć minut po rozpoczęciu drugiej połowy, zanotowała dwie naprawdę solidne sytuacje, które wydawały się “otrzeć” o drugiego gola. Obie, co ciekawe, w wykonaniu Luisa Suareza. Athletic nadal starał się nie pozostawać dłużnym swoim gościom oraz nie chować się w ich cień i rzeczywiście, niezmiennie podtrzymywali swój udział w tym meczu.

Niewątpliwie rosło w nich także zniecierpliwienie, bo w przeciągu kilkudziesięciu sekund Garcia i Williams podjęli dwa, dość niebezpieczne ataki. Ich próby znów spełzły na niczym, ale wobec tego i Barca nie pozostała dłużna. Niedługo po nich bardzo blisko podwyższenia prowadzenia był Leo Messi, ochrzczony nowym gustownym tytułem Żarłacz Biały, a zaraz po nim – znów Suarez.

Od tamtego momentu nacisk Barcy na gospodarzy wzrósł jeszcze bardziej, choć po paru minutach emocje znowu nieco opadły, by za chwilę to Athletic zerwał się do walki raz jeszcze. Blaugrana odpowiadała jednak tego wieczora bardzo szybko – niezmordowany był bowiem El Pistolero. Baskowie odczuwali upływ ostatnich minut meczu, które wyślizgiwały im się z rąk, tak więc im bliżej końca spotkania, dwoili się i troili, by zagrozić Ter Stegenowi. W 85. minucie wreszcie udało im się to nie na żarty – rzut wolny z 24 metrów wykonywał Benat, a jego strzał poprowadził piłkę niebezpiecznie blisko bramki Blaugrany.

Bardzo gorąco zrobiło się cztery minuty później, gdy w starciu z Muniainem bardzo kontrowersyjnie bronił się Ivan Rakitić. Jestem nawet skłonna powiedzieć, że gdyby nie twarda i niewzruszona postawa sędziego wobec protestów gospodarzy, Chorwat byłby winny podyktowanego dla nich rzutu karnego.

Niesamowitym i niepojętym zakończeniem tego starcia była akcja Leo Messiego, który popędził w pole karne Gorki Iraizosa i mając sporo miejsca na manewry lub oddanie strzału, postanowił dać szansę niespełnionemu dziś Urugwajczykowi, on jednak, będąc bardzo blisko bramki i jednocześnie pewnym nadchodzącego gola, dał się przejrzeć rywalowi i trafił w jego nogę.

Na marginesie i dla zasady wspomnę też, że swój debiut zaliczył także Andre Gomes.

Mimo, iż nie dostaliśmy tejże smakowitej wisienki na torcie, uważam, że możemy być co najmniej zadowoleni. Zawsze da się powiedzieć, iż mogło być lepiej – i w przypadku tego spotkania bez dwóch zdań można to stwierdzić zarówno o Athletiku, jak i Azulgranie, ale, koniec końców, to ci drudzy okazali się lepsi. A to nas wszystkich niewątpliwie cieszy, czyż nie?

Athletic Bilbao:

Iraizos – Balenziaga, Laporte, Bóveda, Marcos – Benat – Iturraspe (62′ Vesga) – Susaeta (76′ Muniain), Eraso (62′ Garcia), Williams – Aduriz

FC Barcelona:

Ter Stegen – Roberto, Pique, Umtiti (71′ Gomes), Alba – Rakitić, Busquets, D. Suarez (71′ Mascherano) – Messi, L. Suarez, Turan (84′ Rafinha)

Bardzo silna klątwa na Anoeta…

Bardzo źle postąpiła Barca tego sobotniego wieczora – nie wyczarowała niczego godnego radości na Anoeta, przez co znów nie wywalczyła sobie punktów. Z Kraju Basków wróciła po porażce 1:0.

Mecz rozpoczął się bardzo intensywnie, obie drużyny szybko zabrały się do pracy. Barca usiłowała wprowadzić swój porządek, Real Sociedad zaś nie chciał na to pozwolić i dość prędko to oni zechcieli wywierać nacisk na gościach. Co najciekawsze, od razu przyniosło to rezultat – Oiarzabal oddał naprawdę niezły strzał głową, wobec którego nikt już nie mógł za wiele zrobić, w 5. minucie. Był to pierwszy… i ostatni gol tego spotkania.

W odpowiedzi oczekiwałoby się szybkiego zrywu i podkręcenia tempa tego spotkania. Wtedy jeszcze nie było nikomu w głowie stresować się wynikiem, skoro mecz ledwie co się rozpoczął. Nic takiego się jednak nie stało ani po 5. minucie, ani po 45. minucie, ani żadnej innej. Barca grała jak we mgle, z której przedzierała się od czasu do czasu, by wyprowadzić ciekawą akcję. Działo się to jednak zbyt rzadko, by w końcu zaowocowało golem. Dobrą sytuację miał Arda Turan około 30. minuty gry, niekoniecznie grający mecz życia, kiedy dostał piłkę od Neymara w polu karnym Realu Sociedad. Geronimo Rulli jednak powstrzymał ten strzał, pewnie łapiąc futbolówkę.

Niewiele zmieniło się też w drugiej partii spotkania. Ilość niezłych ataków Barcy wzrosła do około pięciu – świetnie wymierzył Neymar przy rzucie wolnym, kiedy to piłka musnęła boczą siatkę bramki, nieźle też próbował Iniesta z dystansu, lecz jego strzał odbił się od muru, jaki stale ustawiali gospodarze, Leo Messi zaś usiłował strzelić głową – obronił to jednak jego kolega z reprezentacji, Geronimo. O ile bowiem w pierwszej połowie miałam wrażenie, że Blaugrana pozwala na zbyt wiele Baskom, tak przez następne trzy kwadranse nie istniał ten problem. Gra Barcelony jednak, niezmiennie, nie była nawet bezradna z powodu braku pomysłu na pokonanie gospodarzy, była po prostu nijaka.

Albo raczej: nie była żadna. Nic nadzwyczajnego z niej nie wynikało, tak więc nie waham się mówiąc, że sama jest sobie winna. Bieganie za piłką przez 85 minut bez większego efektu bynajmniej nie jest dopuszczana w takim momencie sezonu. Do tego dochodzi ta skuteczność, te kilka akcji, które naprawdę powinny zakończyć się pięknymi bramkami – jak zwykle Barca mogła tego dokonać, ponieważ widać było, iż stać ją na odrobienie strat, a jednak nic takiego się nie stało. Dlaczego?

Nie wiem, jak możemy to podsumować. Czas na charytatywne rozdawanie punktów dawno się skończył, ba, w ogóle nie powinien mieć miejsca. Porażka na Estadio de Anoeta póki co raz jeszcze uderzyła w przewagę Barcy nad obiema drużynami z Madrytu i stopiła ją do 3 i 4 punktów. Naturalnie nie będzie to miało żadnego znaczenia, jeśli ta różnica nie zmieni się do końca sezonu lub, co by było nam na rękę, jeszcze raz się powiększy. Widząc jednak ten marazm i, że tak powiem, oniryczną grę Blaugrany, nie można tego tak po prostu uznać za pewnik i czekać, co będzie dalej. A już na pewno nie czekać, aż potkną się Real lub Atletico. Trzeba natychmiast przeanalizować brak efektywności, brak tempa, brak skuteczności.

Być może w porażce z Madrytem a przegraną z Realem Sociedad znalazła się jakaś różnica. Jeśli jednak te dwie, bolesne straty coś łączy, jeśli jakieś błędy się powtórzyły i ponownie zaważyły o porażce, to nie wiem, czego jeszcze potrzeba Barcelonie, by maksymalnie zebrała się w sobie i podkręciła tempo o sto procent, by naprawić te błędy. Nie może być wolniej, bo nie ma już na to czasu. Naprawdę szkoda efektów tej ciężkiej pracy przez ostatnie kilka miesięcy. Dzięki niej, co powtarzam raz jeszcze, Barca nadal prowadzi w tabeli – ale powstrzymajmy tę bardzo złą tendencję, bezwzględnie.

Trochę emocji nikomu nie zaszkodzi, o ile później będziemy mogli się z nich śmiać. Obiektywnie patrząc bowiem, sytuacja w Primera Division zrobiła się bardzo ciekawa, szczerze liczę jednak na to, iż jej lider nie zajmuje tej pozycji niechcący. Liczę, że mu się to należy i że stać go na jeszcze więcej.

Real Sociedad:

Rulli – Bella, Reyes, Gonzalez, Elustondo (76′ Zaldua), Zurutuza (80′ Pardo). Granero, Illararamend – Oiarzabal (88′ Hector), Vela, Prieto

FC Barcelona:

Bravo – Alves, Pique, Mascherano, Roberto (70′ Rakitić) – Turan (59′ Turan), Busquets, Rafinha (Iniesta) – Messi, Munir, Neymar

Nie tak szybko, Blaugrano…

Niestety. Pomimo pozornie lepszej dyspozycji, odgrywania roli raczej faworyta, ten Klasyk nie należał do tych, które będziemy wspominać i, bynajmniej, gloryfikować. Barca, choć nadal jest na czele stawki z bezpieczną przewagą, jak dotąd nie przybiła gwoździa do trumny Realowi – wywiózł on z Katalonii trzy punkty, wygrywając z Blaugraną 2:1.

Od samego początku meczu martwiło mnie to, że Barca, mając wyraźną przewagę i do tego parę naprawdę świetnych sytuacji, nie grała efektownie. Z przez długi czas tyczyło się to także gości, ale oni zdołali się przebudzić i silnie zmobilizować w końcówce meczu, by najpierw wyrównać wynik, który, de facto, otworzyła Blaugrana, a potem wyjść na prowadzenie.

Bardzo brakowało błyskotliwości i dokładności w tym, co robili Luis Suarez, Neymar i Messi, choć, prawdę mówiąc, nie tylko oni usiłowali oddać celny strzał na bramkę Madrytu. Barca też, jak zwykła to robić, utrzymywała się przy piłce większość czasu, ale nie wynikło z tego nic, co pomogłoby jej wygrać to El Clasico.

Sporą część pierwszej połowy i kawałek drugiej na boisku nie działo się nic specjalnego, a to studziło emocje i gra stawała się mniej widowiskowa po obu stronach. Gdy jednak zanosiło się na ciekawą, niebezpieczną akcję, umierała ona powstrzymana przez defensywę Los Blancos, lub, w ostateczności, przez Keylora Navasa. Wyjątkową szansę miał Suarez już około 7. minuty meczu, lecz przy niechronionej bramce nie zdążył oddać strzału, po nim też Ivan Rakitić czy Leo Messi, który, na linii pola karnego, upadł w starciu z Sergio Ramosem. Arbiter jednak nie odgwizdał żadnego przewinienia, a była to decyzja co najmniej kontrowersyjna. Swoją nie mniej niebezpieczną okazję miał również Dani Alves, tuż przed końcem pierwszej partii, lecz nieznacznie przestrzelił bramkę. W odpowiedzi, po stronie Realu, dogodnych sytuacji mieliśmy nieco mniej, bo dopiero po upływie pół godziny gry ci zaczęli zagrażać bramce Claudio Bravo. Pierwszy próbował Cristiano Ronaldo, znajdując się dość blisko bramki, później także ze stałego fragmentu gry. Na świetnej pozycji był także Karim Benzema, ale zupełnie nie pocelował w piłkę.

Szybko posypały się cztery żółte kartki, bo jeszcze przed 30. minutą, a fauli samych w sobie było jeszcze więcej. Nie było to fantastyczne, wyśmienite widowisko, jak przystało na Gran Derbi.

Podobnie rozpoczęła się druga partia meczu, jednak o wiele szybciej nabrała tempa, bo już w 56. minucie zobaczyliśmy wyczekiwanego gola – wtedy, po trzecim z rzędu rzucie rożnym, w efekcie zamieszania pod bramką Realu, piłkę do siatki wpakował Gerard Pique. I było to rzeczywiście urocze trafienie, jednak to, że Barca niedługo potem wcale nie podkręciła tempa, zadziałało szybko po drugiej stronie – goście odrobili tę stratę niecałe dziesięć minut później, po nie mniej efektywnej bramce Karima Benzemy. A później znów tempo spadło, choć tym razem już nie tak wyraźnie, jak zdarzało się to w pierwszej połowie – Madryt stał się groźniejszy, tak więc częściej przenosił grę w okolice bramki Barcelony. Ona także nadal usiłowała skonstruować coś, co mogłoby przynieść kolejną, upragnioną bramkę, jednak nie udało jej się pokonać Navasa, choć co najmniej dwukrotnie była tego bardzo bliska – po rzucie wolnym Leo Messiego, czy też sprincie Neymara. To Real jednak przełożył swoje starania na liczby – Gareth Bale także próbował dopisać się na listę strzelców, lecz po jego golu sędzia odgwizdał faul, co spowodowało, że spadł nam kamień z serca. Miałam nadzieję, że tę bliskość niebezpieczeństwa odczuła również Blaugrana, jednak nie wzmożyła sił w obronie ani w ataku, by obronić się przed kolejnymi atakami Królewskich, którzy znaleźli sposób na uderzenie. Nie pomógł nawet fakt, iż kończyli ten mecz w dziesiatkę – w 83. minucie, za ostre wejście w starciu z Suarezem, z boiska wyleciał Sergio Ramos. A dwie minuty później, po podaniu Walijczyka, Cristiano Ronaldo pokonał i Daniego Alvesa, i Claudio Bravo, czego Barca nie zdążyła już odkręcić.

O co tu chodzi? Nie ukrywam, że nie jest to dobry moment na słabość, szczególnie, iż we wtorek Azulgrana będzie mierzyć się z Atletico w Lidze Mistrzów. Czy to przerwa dla reprezentacji, czy może coś innego zaważyło o tym, iż Barca nie zagrała na sto procent? Warto to zaznaczyć, bo z pewnością nie było tak, iż zwycięstwo było poza jej zasięgiem, remis tym bardziej. Być może każdy powinien rozliczyć się sam ze sobą, czy nie zakończył tego sezonu zdecydowanie za wcześnie – być może jest to wiadro zimnej wody na głowy wszystkich, którzy machnęli ręką na końcówkę tego sezonu Primera Division. Jeśli w Dumie Katalonii pojawiła się taka atmosfera, musi się jej jak najszybciej pozbyć. Do tego Luis Enrique koniecznie powinien przeanalizować to, co blokowało Katalończyków tego wieczora.

Z drugiej strony bowiem, o ile doda to trochę optymizmu, uważam, że nie jest jeszcze za późno, by to naprawić. Znajdujemy się w fazie sezonu, która zmierza już ku końcowi, ale to dopiero początek końca, więc być może ten Klasyk był ostatnim momentem, w którym Lucho i jego gracze mogli uświadomić sobie, że powinni coś poprawić w swojej grze. Być może remis by nam tego nie pokazał. Przesadą jest także mówienie, że Barca otworzyła drogę rywalom. Nie widzę różnicy w wielkości Pucharu dla mistrzów Hiszpanii pomiędzy tym wygranym przewagą dziesięciu punktów, a tym z przewagą dwóch nad wiceliderem. Dlaczego to mówię? Byśmy uświadomili sobie, dlaczego ten dystans, jaki Atletico i Real nadal mają do Barcelony, jest taki ważny – by potknięcia takie, jak to, nie uczyniły zbyt wielkich szkód. Strata punktów na pewno nie jest nam na rękę, lecz wobec tego Blaugranie nie pozostaje nic innego, jak silna mobilizacja – skoro już się stało, trudno, teraz nie będzie mogła sobie pozwolić na żadne rozluźnienie. Azulgrana będzie mierzyć się, miedzy innymi, z Realem Betis, Realem Sociedad, Deportivo la Coruną, które zajmują od dziesiątej pozycji w dół – będzie musiała więc grać, jakby grała finał. Przed nią siedem meczy, w La Lidze i nie zapowiadają się na wyjątkowo trudne i wymagajace. Oczywiście życie pokazało nie raz, że to jeszcze o niczym nie świadczy, myślę jednak, że Dumę Katalonii na pewno stać na to, by dotrzeć do końca bez straty punktów. Ma dwa dni, by odbudować swoje morale przed ćwierćfinałowym spotkaniem z Rojiblancos, a także wyeliminowanie tego co nie zadziałało tej soboty – atak, pomoc czy dokładność. Ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Amen.

FC Barcelona:

Bravo – Alba, Mascherano, Pique, Alves – Iniesta, Busquets, Rakitić (74′ Turan) – Neymar, Suarez, Messi

Real Madryt:

Navas – Carvajal, Pepe, Ramos, Marcelo – Modrić, Casemiro, Kroos – Bale (91′ Vazquez), Benzema (78′ Jese), Ronaldo

Pół na pół z Żółtą Łodzią Podwodną

Trwa świetna passa Barcy, lecz tej niedzieli trafiła na drużynę, która ukłuła jej dumę – Żółta Łódź Podwodna okazała się niezbyt łaskawym gospodarzem, ponieważ spotkanie zakończyło się remisem 2:2.

To dość specyficzny wynik. Szkoda tej straty punktów, choć warto zauważyć, iż Atletico Madryt zrobiło Barcy przysługę i przestrzeń do remisu. To jednak, co było w tym meczu wyraźnie widać, to fakt, iż Blaugrana straciła prowadzenie na własne życzenie i nie odzyskała go również ze swojej winy.

Nie chcę minusować tym samym naprawdę dobrej gry Villarealu, który zaatakował dwukrotnie w ciągu pięciu minut (57′ w wykonaniu Bakambu i w 63′, gdy piłka odbiła się od Jeremiego Mathieu) i zapewnił sobie w ten sposób jeden punkcik. Co więcej, zaraz po drugim golu byli bardzo blisko strzelenia trzeciej bramki. W odpowiedzi Barca także gwałtownie się przebudziła i po kilku wyjątkowo niebezpiecznych akcjach Neymara lub Luisa Suareza Sergio Asenjo nie dał się już zaskoczyć. Co więcej, na jakiś czas gra jeszcze ucichła i była niezbyt wymowna. Sytuacja i tempo gry zmieniały się więc jak sinusoida, bo obie drużyny przyśpieszyły znowu w samej końcówce, szczególnie goście, którzy nie wydawali się pogodzeni z zabranym im prowadzeniem. Bez większego skutku jednak – obrona Submarino Amarillo zagęszczała się przy każdej próbie ataku na ich bramkę. Oni zresztą także stracili już większość sił, które poświęcili na remontadę. Mimo nawet czterech doliczonych minut wynik nie drgnął ani w jedną, ani drugą stronę.

Tym bardziej szkoda, bo zapowiadało się na co innego. Statystyki przyjezdnych drużyn, odwiedzających el Madrigal, były wprawdzie niezbyt przychylne dla Barcy – mało kto wywoził stamtąd komplet punktów w tym sezonie. Spotkanie rozpoczęło się jednak od razu z przytupem: pierwsi zaatakowali gospodarze, a Barca prędko wzięła się za odpowiedź i za wprowadzanie własnego porządku. Dość szybko, bo w 20. minucie, po rzucie wolnym wykonanym przez Leo Messiego, wynik spotkania otworzył Ivan Rakitić. Z czasem przewaga Blaugrany rosła, a w powietrzu czuć było kolejną bramkę. Do tego naprawdę dziwny dzień miał sędzia, niekoniecznie słusznie odgwizdując przewinienia Ardy Turana czy Gerarda Pique (po jego zagraniu, a wcześniej po niezagraniu ręką). Pokazał ponad dziesięć żółtych kartek i nie zawahał się również, gdy Neymar upadł w polu karnym, dyktując jedenastkę w 40. minucie, będącą drugim golem Azulgrany. Później zaś wiemy już, jak było.

Korzystna jest nadchodząca przerwa świąteczno-reprezentacyjna. Mimo, że sytuacja Barcy nadal jest bardzo komfortowa, czeka ją wyjątkowy i znaczący mecz. Ba, coś więcej, niż mecz, i nie mam wątpliwości, że nie chodzi w nim tylko o kolejne do zdobycia trzy punkty. Barcelona będzie więc miała czas dopracować to, co dziś nie zadziałało i mogło niepokoić w ostatnim czasie Luisa Enrique. Do zobaczenia po świętach.

Villareal CF:

Asenjo – Rukavina, Ruiz, Bailly, Mario – Castillejo, Bruno, Trigueros, D. Suarez (74′ Pina) – Bakambu (71′ Adrian), Soldado (83′ Baptistao)

FC Barcelona:

Bravo – Roberto, Pique (55′ Mathieu), Mascherano, Alba – Rakitić, Busquets, Turan (57′ Alves) – Messi, Suarez, Neymar

Więcej niż manita, więcej niż klub…

Barca nie zdejmuje nogi z gazu. Kolejne zwycięstwo w to sobotnie popołudnie było nie tylko drogą po trzy punkty, ani też dominacją, czy nawet koncertem – rywale z Madrytu zostali rozstrzelani 6:0, nie mając do powiedzenia praktycznie nic przez niemal całe spotkanie.

Starcie z Getafe było kolejnym takim, które Blaugrana ułożyła niemal w stu procentach pod siebie i w zasadzie to jedyna tworzyła na murawie coś konkretnego. Nie godząc w dobre imię przeciwników, bezsprzecznie nie radzili sobie dobrze. Rozpoczęli spotkanie od gola samobójczego w 8. minucie, kiedy to Juan Rodriguez wpakował piłkę do własnej siatki po dośrodkowaniu. Smutek osłodził im wprawdzie, jeszcze szybciej niż stracili bramkę, Leo Messi, marnując jedenastkę trzy minuty później. Blaugrana zrekompensowała się jednak bardzo szybko, i, jak się okazało, zdenerwowana podwoiła swoje starania. Już po 20 minutach gry Munir El Haddadi wykorzystał podanie Argentyńczyka w polu karnym Getafe główką w taki sposób, że palce lizać.

Co ciekawe, Azulones dość szybko schowali się w cień przytłoczeni presją wywieraną przez Barcę – dwanaście minut potem trafiła ona raz jeszcze do bramki, tym razem po prostopadłym podaniu Pchły do Neymara, a on, nareszcie się przełamując, po raz trzeci w ciągu pół godziny pokonał Guiatę, a to nie był koniec ostrzeliwania w tej partii meczu. W 40. minucie do piłki dopadł Messi, najwyraźniej wciąż nękany wyrzutami sumienia za nieudany rzut karny – odkupił więc swe winy, kiedy w przeuroczy sposób, obróciwszy się po dostaniu futbolówki, trafił do bramki po raz czwarty.

Druga partia spotkania od samego początku była skazana na “formalne dokończenie spotkania”, a przynajmniej tak właśnie wyglądała w skrócie. Rzuconych na kolana gości pierwszy dobił jeszcze Neymar, po raz drugi notując bramkę w tym spotkaniu w 51. minucie, ponownie po asyście Leo Messiego. A to nadal nie był koniec.

Ostatnią bramkę, powszechnie uznaną za najpiękniejszą, strzelił Arda Turan, po rzucie rożnym, kiedy po podaniu od Gerarda Pique strzelił do siatki z przewrotką. Jedynie przez ostatnie trzydzieści minut goście wykrzesali z siebie choć trochę siły, by skomplikować Azulgranie nagminne wyprowadzanie kontr, które ich pogrążały. Z drugiej strony Blaugrana nie czuła już wewnętrznej potrzeby dalszego zwiększania prowadzenia, gdyż zwycięstwo, prawdę powiedziawszy, zapewniła sobie już po 45. minutach spotkania.

Nie mogę powiedzieć, że Barca grała przez te półtorej godziny sama ze sobą, bo to byłaby przesada, jednak w dużym stopniu to spotkanie należało właśnie do niej. Najpewniej przyczyniła się do tego bardzo słaba forma Geta w tym sezonie, bo zajmują oni 18. pozycję w tabeli Primera Division. Do tego dochodzi też rozmach, z jakim kroczy Barca i który napawa optymizmem przed rewanżem z Arsenalem Londyn w środę, który naprawdę ma szansę wygrać. Na obecną chwilę nie można jej nic zarzucić, jedynie cieszyć się, chwalić i trzymać kciuki za tę wspaniałą passę.

FC Barcelona:

Bravo – Alba, Mathieu (61′ Vermaelen), Pique (69′ Bartra), Vidal – Iniesta (61′ Samper), Roberto, Turan – Neymar, Haddadi, Messi

Getafe:

Guiata – Emi, Vergini, Velasquez, Pereira – Yoda, Rodriguez, Medran, León (55′ Gómez) – Wanderson (78′ Mensah), Scepovic (54′ V. Rodriguez)