Johan Cruyff nie żyje

1

W wieku 68 lat, w Barcelonie, w otoczeniu rodziny, zmarł Johan Cruyff. Holender od kilku miesięcy walczył z nowotworem płuc. Był jednym z najwybitniejszych piłkarzy i trenerów w historii piłki nożnej, twórcą potęgi i stylu m.in. FC Barcelony.

Cruyff był trzykrotnym laureatem Złotej Piłki (1971, 1973, 1974). Dziewięć razy zdobywał mistrzostwo Holandii, raz Hiszpanii. Oprócz tego ma na koncie trzy Puchary Europy, dziewięć Pucharów Holandii i jeden Króla.

Po zakończeniu kariery piłkarskiej został trenerem. Śmiało można powiedzieć, że stworzył własny styl i filozofię futbolu, którą do dziś podąża wielu trenerów – jak choćby Pep Guardiola czy Luis Enrique. To z Cruyffem u sterów FC Barcelona po raz pierwszy w historii wygrała Ligę Mistrzów (Puchar Europy, 1992 rok). Święcił triumfy także w Ajaksie Amsterdam.

Po zakończeniu przygody z ławką trenerską doradzał m.in. Joanowi Laporcie, który uczynił go honorowym prezydentem FC Barcelony (tego tytułu pozbawił go Sandro Rosell). Był także selekcjonerem reprezentacji Katalonii.

- Jestem ekspiłkarzem, ekstrenerem, eksdyrektorerm, eksprezydentem honorowym, eks menedżerem… Ładna lista, która doskonale pokazuje, że wszystko zawsze ma swój koniec – powiedział kiedyś.

Życie “Boskiego Johana” skończyło się w piątek 24 marca nad ranem. Miał 68 lat.

 

 

Mistrz Polski zagra z FC Barceloną!

Wielka gratka dla kibiców FC Barcelony – koszykarski mistrz Polski, Stelmet BC Zielona Góra, zmierzy się z Blaugraną w ramach rozgrywek Euroligi! Pierwsze spotkanie już w piątek (23.10) o godzinie 21.00.

FC Barcelona Lassa, podobnie jak drużyna piłkarska, to jedna z najsilniejszych ekip w Europie. Z kolei Euroliga to – po NBA – najbardziej prestiżowe rozgrywki na świecie. Koszykarska Liga Mistrzów. W tej popularniejszej odpowiedniczce mistrz Polski nie grał już od dawna. Mecze naszych rodzimych drużyn z Blaugraną również należą do rzadkości – choćby dlatego warto w piątkowy wieczór zasiąść przed telewizorem. Transmisja w Canal+Sport 2!

Stelmet BC Zielona Góra to w ostatnich latach jeden z najlepszych klubów w Polsce. Od sezonu 2011/2012 zdobywał kolejno: brązowy, złoty, srebrny i ponownie złoty medal w krajowym czempionacie. Zielonogórzanie mają ponadto na koncie Puchar i Superpuchar Polski. W składzie Stelmetu BC gra pięciu  reprezentantów Polski: Łukasz Koszarek (na zdjęciu), Karol Gruszecki, Przemysław Zamojski oraz Mateusz Ponitka, który w tym roku starał się o angaż w NBA. Trenerem zielonogórskiego zespołu jest Sašo Filipovski, przez wiele lat związany z Olimpiją Ljubljana.

Alves: Barça mnie nie doceniła

Aż 41 minut trwała konferencja prasowa Daniego Alvesa. Brazylijczyk poruszył w niej głównie kwestie nowego kontraktu, ale – jak na razie – wiadomo, że… nic nie wiadomo. Prawy obrońca Barçy kilka razy podkreślał, że ostateczną decyzję podejmie dopiero po finale Ligi Mistrzów.

Hiszpańskie media już kilka razy podawały informację, że Alves na pewno odejdzie ze Stolicy Katalonii i przeniesie do PSG lub Manchesteru City. Sam Brazylijczyk nic nie wspominał o tych klubach, ale potwierdził – choć nie wprost – że odrzucił ofertę Blaugrany.

- Nie wiem, czy zostanę w Barcelonie. To wciąż otwarta kwestia. Mój obecny kontrakt obowiązuje do 30 czerwca i postanowiłem, że z szacunku dla tych, którzy mnie kochają i wspierają, na razie nie będę podejmował żadnych decyzji. Daję sobie czas spokoju do 7 czerwca, do finału Ligi Mistrzów. Potem usiądę i zastanowię się, co dalej – powiedział Alves.

Brazylijczyk nie ukrywał swojego rozczarowania władzami klubu. Jego wystąpienie to było właściwie jedno wielkie wiadro pomyj wylane na na prezydenta Bartomeu i jego współpracowników.

- Postanowiłem zacząć mówić, bo w ostatnim czasie nasłuchałem się o sobie sporo bzdur. Wystarczająco długo byłem lekceważony. Przez większą część sezonu słyszałem wręcz wprost, że nie mam co liczyć na nową umowę. Propozycja pojawiła się dopiero, jak zacząłem grać lepiej. Tymczasem trener Luis Enrique podkreślał, że jest zadowolony z mojej formy – zdradził Brazylijczyk.

- W tym momencie jestem z zespołem na 200 procent, skupiam się na dwóch finałach. Klub? Z nimi nie jestem dogadany nawet w 10 procentach… Powiedziałem prezydentowi Bartomeu, czego oczekuję. Wie, czego chcę, po jego stronie leży teraz piłeczka. Jasne, że chodzi o pieniądze, ale nie tylko, chciałbym to podkreślić. Chcę być doceniany za swoją pracę, ale chcę też czuć szacunek i wsparcie. A to, co działo się w ostatnich miesiącach nijak miało się do szacunku – grzmiał Alves.

Obrońca Blaugrany nie chciał zdradzić o co dokładnie chodzi, ale przyznał, że usłyszał wiele cierpkich słów od dyrektorów w Barcelonie.

- Nie będę tego cytował. Niech to zostanie w prywatnych rozmowach. Jednak, jeśli przez kilka lat grasz i dajesz z siebie wszystko na boisku, to oczekujesz, że dostaniesz wsparcie od klubu w gorszych chwilach. Tymczasem o moim nowym kontrakcie miały zadecydować miesiące, kiedy byłem bez formy? Sorry, teraz za późno na negocjacje. Barça jest już tylko jedną z opcji, które biorę pod uwagę. Jestem rozczarowany, uważam, że nie zasługiwałem na takie potraktowanie… Miesiąc temu rozmawiałem z Bartomeu, ale jego oferta była śmieszna – powiedział.

Alves przyznał także, że otrzymał ofertę od jednego z kandydatów na prezydenta klubu, ale nie chce tyle czekać. Kilka razy podkreślał, że piłeczka leży po stronie zarządu.

- Decyzję podejmę po 7 czerwca, nie mogę czekać do wyborów. Na ten moment powiem tak: wykluczone, że zostanę w Barcelonie. Jednak Bartomeu zna moje warunki i jeśli na nie przystanie, to się zmieni – zdradził.

Alves chętnie odpowiadał na pytania dziennikarzy. Poza jednym. – Skąd jesteś? Z Marki? Wybacz, ale to gówno. Następne pytanie.

(Nie)trzeźwym okiem: Tszej Krulowie

Nadchodzi dzień rewolucji. Właściwie ta jest tuż za rogiem. Jednego z kruli rewolucja już pochłonęła, powoli jej ogień zajmuje dwóch kolejnych. Który poleci pierwszy? A może obaj jednocześnie?

Andoni Zubizarreta od dawna był pierwszym faworytem do ścięcia. Jako jedna z legend Barcy, spokojnie mógł zająć miejsce w jednej z publicystycznych loży i spokojnie komentować katalońską rzeczywistość. Niestety, przy boku Sandro Rosella uwierzył, że może zostać prominentnym działaczem. Lista jego grzechów podobno zajmuje sporą część barcelońskiej biblioteki.

„Zubi“ w końcu doczekał się dymisji. Problem w tym, że stał się raczej ofiarą walki o zachowanie tronu drugiego z kruli. Josep Maria Bartomeu, po odejściu Sandro Rosella (krula najwyższego), uwierzył, że teraz on może rządzić FC Barceloną i to on stanie się tym krulem najwyższym. Teraz, widząc pod oknami ogień rewolucji, rozpaczliwie szuka kleju, który go na tronie utrzyma. Wykombinował sobie sprytnie: „Ludność bardziej niż mnie, nienawidzi Zubiego. Wywalę Zubiego przez okno, zyskam trochę czasu“. Linia słuszna, ale przyznajcie sami – haniebna. Bartomeu poświęcił swojego giermka, żeby samemu zachować życie.

Mało tego. Przy okazji próbuje jeszcze zadenuncjować trzeciego krula – Luisa Enrique. Może doniesienia o jego „szaleństwie“ to tylko plotki, ale nawet plotki mają swój cel. W tym wypadku, Bartomeu poświęci wszystkich, byleby tylko nadal oglądać mecze FC Barcelony z loży prezydenckiej. Choć w pierwszej kolejności odpowiedzialność, za bałagan jaki teraz mamy w stolicy Katalonii, odpowiada właśnie on. W końcu to JMB nadal, z uporem maniaka, ufał w (nie)umiejętności negocjacyjne Zubiego. To też JMB zapewniał kilka miesiecy temu, że Luis Enrique to odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu.

Trzeci krul padł ofiarą własnych rządów. Z jednej strony, próbował pokazać się całemu światu, jako władca surowy. Z drugiej, pozwolił wchodzić sobie na głowę księciu z Argentyny i zastępowi lordów z La Masia, którzy lata świetności mają za sobą. Do tego wyrzucił kilku zaufanych i mądrych doradców, którzy niejedno w królestwie widzieli i przeżyli.

Tak więc, trzej krulowie, akuratnie w święto Trzech Króli, kończą powoli swoje rządy w królestwie barcelońskim. Gdzieś za jego murami, stary Król siedzi ze szklaneczką whisky przy kominku i powoli układa swój plan wyborczy. Tak, proszę państwa. Joan Laporta powoli może szykować się do powrotu. Jego adwersarze okazali się zwykłymi paziami w podarych porciętach, którzy doszli do władzy dzięki głośnemu krzykowi, a nie wiedzy i mądrości. El Presidente wkrótce może powrócić!

Siedem grzechów głównych

 

Przerwa reprezentacyjna to zawsze dobry moment, by przez chwilę zastanowić się, czy droga, którą obrał dany klub czy trener, jest dobra. Patrząc na FC Barcelonę już teraz można powiedzieć, że nie. Zarówno zarząd, na czele z Andonim Zubizarretą, jak i kibice wciąż chcą żyć czasami, które bezpowrotnie minęły.

Na dobrą sprawę, Blaugrana w tym sezonie nie wygrała żadnego ważnego meczu. Podopieczni Luisa Enrique przegrali z Paris Saint-Germain w Lidze Mistrzów i z Realem Madryt w Primera Division. Ba, w tym drugim meczu Carlo Ancelotti pokazał “Lucho” miejsce w szeregu.

Choć patrząc na tabelę, można wysnuć wniosek, że “nie jest tak źle”. Niestety, wniosek fałszywy, bo bardzo krótkowzroczny. Patrząc w szerszym kontekście, eksperyment z Enrique nie ma prawa się udać. Dlaczego?

1. Bo chce być Gurdiolą. Zarówno zarząd, jak i kibice, cały czas żyją niedawnymi czasami Pepa Guardioli. Fani z rozrzewnieniem wspominają 5:0 z Realem Madryt czy bezkonkurencyjność Azulgrany w finałach Ligi Mistrzów. Nikt jakoś za bardzo nie chce dojrzeć dat – to było kilka lat temu. Ten czas już minął, a wiedział o tym sam “Mister”, który postanowił pożegnać Camp Nou, odpocząć i przejąć Bayern Monachium.

Luis Enrique ma być kolejnym cudownym szkoleniowcem, który przywróci dawny blask i zapełni puste miejsca w gablotach z pucharami. Niezbyt udał się eksperyment z Tito Vilanovą. Pobicie rekordów, śmiertelna choroba czy dorzucenie kolejnego mistrzostwa Hiszpanii niech nie zaciemni Wam obrazu. Jeszcze mniej udany okazał się eksperyment z Gerardo Martino, który miał zapanować nad Leo Messim (o nim jeszcze za chwilę). Zamiast nad nim zapanować, pozwolił jeszcze bardziej rozpanoszyć się Argentyńczykowi.

Teraz tym drugim Guardiolą ma być Luis Enrique. I jakoś nikt nie chce dojrzeć, że Hiszpan bez większego powodzenia pracował już w Romie. Okej, za pracę w Celcie Vigo można go nawet pochwalić, ale – z całym szacunkiem – to nie ten rozmiar kapelusza. Właściwie, jedyne co łączy “Lucho” z Guardiolą, to fakt, iż występowali razem na boisku i całkiem nieźle radzili sobie w piłce młodzieżowej. Tyle. Luis Enrique Guardiolą nie będzie, choć wciąż stara się go naśladować.

 

3329059w-640x640x80

I skoro Guardiola ustawił Mascherano na środku obrony, to tam ma grać po wsze czasy. Nic to, że podczas mistrzostw świata w Brazylii Argentyńczyk zaliczał się do najlepszych defensywnych pomocników świata. Skoro Guardiola wymyślił inaczej, to tak będzie. Mało tego. Trzeba przecież wprowadzić jeszcze coś innowacyjnego. No to postawmy Jeremy’ego Mathieu na lewej obronie. A co! Nikt teraz nie powie, że “Lucho” tylko kopiuje.

Natomiast działacze FCB dążą do tego, by znaleźć idealnego następcę Guardioli. Następcę, który jednocześnie przejmie jego ducha i filozofię. Nie tędy droga, bo…

2. …futbol się zmienił. Czy się to nam wszystkim podoba, czy nie. Minął już czas, kiedy Barcelona mogła do znudzenia wymieniać podania wzdłuż i wszerz boiska. Minął już czas, kiedy te podania zaskakiwały rywali. Okej, to może działa jeszcze na ekipy pokroju Elche czy Cordobę, która na Camp Nou przyjeżdża bardziej pozwiedzać niż powalczyć.

Tymczasem nie zadziała to już na pewno na Real, PSG czy innych możnych tego świata. Czas najwyższy to zrozumieć. Czas najwyższy przestać bronić z zawzięciem tego “barcelońskiego ducha” i filozofii gry. Każdy system ma to do siebie, że po pewnym czasie znajduje się drugi system, który pokonuje ten pierwszy. Tak jest i w tym przypadku.

Nie można w nieskończoność brnąć w coś, co już się wyczerpało. To karykaturalne. System można ulepszać, ale i tu możliwości w końcu się wyczerpią. Radykalne zmiany są potrzebne choćby dlatego, że…

3. …gwiazdy też się starzeją. Xavi kilka lat temu czarował. Doskonale odnalazł się w tym systemie gry, który preferował Guardiola. Jedno kółeczko, drugie, podanie, znów kółeczko, podanie i… gol. Tak, to działało, a sam Xavi przeżywał najlepsze lata w swojej karierze, słusznie zbierając zewsząd miano “geniusza” i “generała”.

Chwała ma jednak to do siebie, że mija. I co najbardziej bolesne, ci chwaleni często nie za bardzo chcą to dostrzec. Xavi dziś to – podobnie jak taktyka Barcy – karykatura samego siebie. Jest to tym bardziej przykre, że taki zawodnik nie zasługuje na to, aby kończyć karierę w ten sposób. Obrażony, z cierpiętniczą miną na ławce rezerwowych, stanowi swego rodzaju wirus w drużynie. Lepiej było pozwolić mu odejść do którejś z arabskich lig, gdzie na starość wygrzałby kości na słońcu i znacznie zwiększył domowy budżet.

 

default

Starość powoli dotyka także Andresa Iniestę, który razem ze starszym kolegą tworzyli przebojową parę pomocników. Pierwszy dostojny, drugi szybki i przebojowy. Jeden i drugi to cienie samych siebie. O ile Xavi jest już u schyłku kariery, o tyle Iniesta spokojnie jeszcze kilka lat mógłby pograć. Tymczasem sam wysyła chyba sygnały, że również i jego czas na Camp Nou się kończy.

Tymczasem…

3. …magia nazwisk działa. Bo przecież to wciąż TEN Xavi. To wciąż TEN Iniesta. Wciąż TEN Busquets. TEN Pedro (który akurat zawsze był trupem). To członkowie TEGO składu. I tak w koło Macieju. Przychodzi jeden trener, drugi, trzeci, a kibice swoje: “Xaaaaviiii, Xaaaaaaviiii”. Był wielki. Największy. Jego czas minął. Koniec, kropka. Podobnie jak minął czas Busquetsa, Pedro, Alvesa czy Iniesty. Trzymamy tych zawodników na siłę, jakby rozpaczliwie próbując wmówić całemu światu: “oni jeszcze tak zagrają”. Nie. Nie zagrają. Pozwólmy im godnie odejść, pożegnajmy tak, jak należy, ale jednocześnie zróbmy miejsce młodszym. Bo póki co…

4. …to wciąż kosmetyka. Można się zżymać na Zubizarretę. Jest nieudolny, niekompetentny jako dyrektor sportowy, nie nadaje się do tego. Jednak jego głównym grzechem wcale nie są transfery. Jego główny grzech to brak odwagi do zmian. Tu nie ma co – jak pisałem wyżej – szukać drugiego Guardioli. Tu trzeba rewolucji. Trzeba pożegnać trzon starego zespołu, który -z pewnej wygody – tych zmian w systemie czy kadrze nie chce.

Dokupowanie Neymara czy Suareza to nadal będą porażki. Pierwszy ma przebłyski, o drugim za chwilę. Dlaczego porażki? Bo wciąż drużynę toczy nowotwór pod nazwą “musimy być wierni taktyce”… I tak w kółko, wróć do punktu drugiego.

5. Bo Leo Messi. Święty D10S, rekordzista, geniusz, bla bla bla. Messi jest wielki, z tym nie zamierzam dyskutować. Ale Leo Messi to jednak wciąż tylko jeden zawodnik, wciąż część drużyny. I to on powinien podporządkować się jej. Tymczasem jest zupełnie na odwrót. Messi ma prawo robić, co chce, Messi może nawet sprzeciwić się trenerowi. To nie jest normalne.

Leo ma to do siebie, że czuje się na Camp Nou zbyt pewnie, tymczasem samej drużynie daje coraz mniej. Poprzedni sezon spisał na straty, bo przecież przygotowywał się na Mundial. W tym niby gra, niby walczy, ale – tylko jak mu się chce.

Tak nie może być. Co nam po kolejnych rekordach strzeleckich Argentyńczyka? Nic. Chcemy mieć drużynę, która odnosi sukcesy i wraca w poczet największych, czy zespół, który tylko pomaga Messiemu zapisywać się w annałach historii? Może zmieńmy więc nazwę na Barca Globetroters i niech jeżdżą po świecie – Messi będzie strzelał, Xavi kręcił kółeczka, Iniesta szukał formy, Pique tańczył waka-waka, a Pedro… Pedro nadal będzie trupem.

Blaugrana ściąga za grube miliony Neymara, potem równie grubo płaci za Luisa Suareza. Po co? Żeby obydwaj grali na skrzydle, bo przecież święty Leo gardzi już innymi pozycjami. On musi występować na szpicy. Horror, który napędza…

6. Zubizarreta. O pracy Hiszpana powiedziano już wiele złego. Zbyt wiele, jak na stanowisko, które piastuje. Jak można było oddać Fabregasa, a zostawić Xaviego czy Iniestę? Czy naprawdę Zubizarreta myślał, że Ivan Rakitić będzie lepszy niż Cesc? Czy naprawdę musieliśmy rezygnować z Alexisa Sancheza kosztem Pedro? Czy nie było na rynku lepszych zawodników niż Mathieu? Mathieu, którego w sumie ciężko ocenić, bo gra na lewej stronie…

 

86799-large

Zubizarreta niby działa, ale bardziej na szkodę niż na plus. Niby był aktywny tego lata, ale w zasadzie to o kant dupy rozbić. Co nam po Suarezie, skoro ma grać na skrzydle? To jak kabaret… Jeden z najlepszych środkowych napastników świata ma grać na skrzydle i siedzieć cicho. Wiecie, jak to się skończy? Urugwajczyk się wku…rzy, powie parę dosadnych słów o przewartościowanej pozycji Messiego i odejdzie znienawidzony jak Zlatan Ibrahimović.

7. Bo my – kibice. Na koniec coś o nas. Tak, o nas, bo również my ponosimy odpowiedzialność za taki, a nie inny stan rzeczy. To również przez nas za chwilę kolejny sezon będzie można spisać na straty. To nikt inny, a my wysławiamy pod niebiosa Messiego. To właśnie my wciąż z tęsknotą patrzymy na zdjęcia Guardioli, nabijamy wyświetlenia na YouTube filmików takich, jak TEN. Wciąż spoglądamy na Xaviego z 2010 roku, a nie 2014. Wciąż wydaje nam się, że Iniesta to błyskotliwy i szybki pomocnik, a Pedro jest wspaniałym zmiennikiem. Nie jestem do końca pewien, czy niektórzy zauważyli, że Valdes odszedł, a Puyol zakończył karierę…

Otóż, mili Państwo: NIE. To już nie ta Barcelona, co kiedyś. Fajnie powspominać stare (wcale nie tak dawne) czasy, ale trzeba zacząć żyć teraźniejszością i powalczyć o przyszłość. Najbliższa okazja już zimą, choć bardziej prawdopodobny termin to lato 2015. Po kolejnym przegranym sezonie.

 

10007470_224777281062954_5858129777234001146_n

Chcecie sukcesów? To wietrzymy szatnię!

To już właściwie przesądzone – Xavi Hernandez odchodzi z FC Barcelony. Jedna z legend klubu, jeden z tych, którzy wywalczyli z Blaugraną wszystkie możliwe trofea. Geniusz, kreator gry, mózg zespołu. Ostatnio jednak – odcinacz kuponów.

Wiem, jak ważnym zawodnikiem dla ekipy z Camp Nou jest Xavi. Przez wiele lat nie wyobrażałem sobie składu bez tego filigranowego pomocnika. Jednak coraz częściej Hiszpan już tylko grał – owszem, na wysokim poziomie, ale brakowało w tym poziomie czegoś więcej. Brakowało geniusza, mieliśmy za to bardzo dobrego wyrobnika. Być może w przypadku Xaviego brzmi to jak świętokradztwo, ale sorry – nic więcej z jego gry nie dało się wycisnąć.

Być może to wiek zawodnika, a być może zwyczajne wypalenie. W końcu przychodzi taki dzień, że wracasz do domu, patrzysz na półkę z pucharami i zdajesz sobie sprawę, że choćbyś chciał, to nic lepszego już cię nie czeka. Nawet, jeśli uda ci się wywalczyć jakieś trofeum, to co najwyżej będzie to kolejne do kolekcji. Złota Piłka? Ok, ale chyba tylko największy optymista wierzy, że Xavi dostanie kiedyś to właśnie wyróżnienie.

Dlatego nie ma co lamentować, że odchodzi legenda, że jak to, że kto teraz. Odchodzi, owszem. Podobnie jak odchodzi Puyol, Valdes, być może Alves… To przykre, że żegnamy się z graczami, którzy w FCB spędzili wiele lat, którzy stali się żyjącymi legendami. I przy okazji ofiarami własnych legend. Cieszę się, że Xavi odchodzi będąc jeszcze graczem wielkim, że nie musi odejść jak Puyol – z rozoranym kolanem, goniący na siłę za dawną wielkością, gdy tymczasem jest już tylko… cieniem własnego cienia.

Pozostaje teraz kwestia następcy – co to będzie, skoro oddaliśmy też Fabregasa, a wcześniej Thiago? Spokojnie. Będzie dobrze. Po tym, jak przegraliśmy wszystko, czas pogodzić się z rewolucją. Rewolucją, która jest nam potrzebna jak nigdy wcześniej. Tak, jak z kolei nie jest nam potrzebny grający na siłę Fabregas. Najpierw mieliśmy telenowelę z jego transferem do stolicy Katalonii, a potem – w każdym okienku – telenowelę z ofertami z Hiszpana. Najwyraźniej bardziej mu (lub jego partnerce) pasuje stolica Anglii.

Żal Thiago, któremu z kolei zabrakło cierpliwości. W tym sezonie spokojnie uczyłby się pod bokiem Xaviego, ale wybrał Bayern. Na kogo więc liczyć? Na Iniestę! Don Andres spokojnie może już wziąć na siebie ciężar gry, a wsparty choćby Rakiticiem czy (ewentualnie) Koke dostanie świeżej krwi i dodatkowej motywacji od tych, którzy nie mają na koncie sukcesów.

Naprawdę, nie ma co lamentować. Barcelona dotarła do ściany, którą musi skruszyć. Nowi zawodnicy i pożegnanie legend to najlepsza rzecz, jaką może teraz zrobić. Dajmy się tym legendom pożegnać godnie, póki jeszcze grają w miarę dobrze. A skoro chcecie sukcesów, to nie ma wyjścia – trzeba przewietrzyć szatnię.

(Nie)trzeźwym okiem: Wykluczcie nas, wykluczcie!

“El Mundo” donosi, że na transfer Neymara FC Barcelona wydała aż 95 milionów euro. Madrycka prokuratura informuje, że wszczęła śledztwo w sprawie tej transakcji, a dziennikarze spekulują iż wkrótce na ławie oskarżonych może usiąść Sandro Rosell. Z kolei UEFA kiwa palcem – uważajcie, bo możemy was wykluczyć z Ligi Mistrzów. Wiecie co? Tak byłoby najlepiej!

Jak to – Liga Mistrzów bez FC Barcelony? Podopieczni Gerardo Martino pozbawieni możliwości walki o najważniejsze trofeum? Klubowa kasa bez ogromnych wpływów z tych prestiżowych rozgrywek? Tak, właśnie tak! Bo taka sytuacja byłaby gwoździem do trumny dla Sandro Rosella. Myślę, że jeśli jakiekolwiek malwersacje zostaną udowodnione szanownemu dusigro… prezesowi, to wtedy straci poparcie nawet najwierniejszych fanów.

Choć i tak dziwię się, że jeszcze ich ma. Victor Valdes odchodzi, Pep Guardiola otwarcie przyznaje, że zarząd zachowywał się wobec niego podle i wykorzystywał chorobę Tito Vilanovy do wojenek z nim, a Leo Messi wykłóca się o podwyżkę z jednym z najbardziej zaufanych ludzi Rosella. I dostaje obietnicę, że podwyżka będzie! Mało? No to jeszcze spekulacje, że do odfrunięcia szykuje się Xavi. Przyszłość Carlesa Puyola to także niewiadoma, a i Martino może zabraknąć w przyszłym sezonie na ławce Blaugrany. Do tego coraz więcej reklam (w tym już nawet na lewej stronie do niedawna dziewiczej koszulki…), coraz więcej pogoni za pieniędzmi. I w tym wszystkim transfer Neymara za 95 milionów euro. Z jednej strony oszczędności, a z drugiej…

Rozumiem, że drużyna potrzebuje wzmocnień, a lud chce krwi. Nie, wróć – lud chce spektakularnych transferów. Ale 95 baniek, nawet za takiego grajka jak Neymar, to chyba jednak trochę za dużo. Tym bardziej, że te 95 baniek wyciąga ktoś, kto swoją karierę zbudował na pokazywaniu palcem na Joana Laportę i krzyczeniu:

- O, patrzcie jaki rozrzutny! Patrzcie jak doprowadził klub na skraj bankructwa! Patrzcie w jakim opłakanym stanie go zostawił!

A tak właśnie zachowuje się Rosell, cały czas twierdząc, że musi naprawiać to, co – rzekomo – zepsuł El Presidente. No to naprawia – bijąc transferowy rekord. Brawo! To tak, jakby mając na głowie z pięć poważnych kredytów, kupić jeszcze najnowszy model mercedesa. A co, niech sąsiedzi widzą.

Dlatego właśnie mam nadzieję, że UEFA pojedzie po bandzie i wykluczy Barcę z Ligi Mistrzów. To cios, na który Rosell już nie będzie w stanie odpowiedzieć. Mam nadzieję, że wtedy odpowie mu Camp Nou – 90 tysiącami białych chusteczek.

Rysy na szkle, czyli Messi nie taki boski

Leo Messi – skromny, cichy, godny naśladowania. To jedna strony medalu. Drugie oblicze Argentyńczyka wcale nie jest takie, jak chciałoby widzieć je większość kibiców FC Barcelony. Coraz więcej rys na tym kryształowym pomniku. Rys, które pokazują jasno – Messi to też tylko człowiek.

Tych oznak wcześniej było sporo, ale każdy z nas – na czele z zarządem – je ignorował. Teraz wszyscy padają ofiarą rozpieszczenia Argentyńczyka. Kibice, bo nie chcą dostrzegać wad swojego idola. Zarząd, bo nie może nagle zmienić podejścia do Messiego. Sandro Rosell i spółka muszą brnąć w ten ślepy zaułek, chociaż w głębi duszy pewnie trzęsą się z wściekłości.

Wyobraźmy sobie sytuację, że jeden z pracowników krytykuje swojego przełożonego, jednego z najważniejszych w firmie. Otwarcie i publicznie stwierdza, że dyrektor nie zna się na swojej robocie i najlepiej będzie, jak się po prostu przymknie. Czego byście się spodziewali? Jestem pewien, że na pewno nie podwyżki dla pracownika. Tymczasem taką właśnie sytuację mamy teraz w stolicy Katalonii. Messi – choć jeden z najważniejszych – to jednak wciąż pracownik klubu. Nie mam wątpliwości co do tego, że bez niego FC Barcelona nie odniosłaby tylu sukcesów i nie zarobiłaby miliardów euro. Jednak nawet ktoś o takim statusie jak Argentyńczyk nie powinien mieć prawa do jawnej krytyki swoich przełożonych. Zlatan Ibrahimović za gorzkie słowa o Pepie Guardioli do dziś jest linczowany przez wielu cules. Tymczasem Messi przeczołgał się po Javierze Fauście i zamiast dostać za to po głowie, dostanie nowy kontrakt.

Nie jestem po stronie Sandro Rosella. Nie trawię go jako prezydenta Barcelony i nawet nie zamierzam tego ukrywać. Dla czeków sprzedaje każdą możliwą wartość klubu. Jednak w tej sytuacji – jaki by nie był Faust – nie można nagradzać tak nagannych postaw. Nawet jeśli chodzi o Argentyńczyka.

Przestańmy zatem mówić o Messim jako o niezwykle skromnym i cichym bohaterze. To już nie ten Leo. To już Leo, który – rozpieszczony przez otoczenie – daje sobie prawo do rozstawiania wszystkich po kątach. To Messi, który rzuca zakrętką, bo Gerardo Martino ośmiela się zdjąć go z boiska. To Messi, który wiceprezydentowi zarzuca niewiedzę o futbolu. W końcu to Messi, który z ojcem kombinują i – mimo wielomilionowych dochodów – oszukują urzędy podatkowe.

Mam wrażenie, że to to właśnie Jorge Messi ma tak fatalny wpływ na swojego potomka. Ojciec zna wartość syna i stara się wycisnąć ją jak cytrynę. Choć pół roku temu jego latorośl podpisała nową umowę, to już domaga się nowej. Tylko dlatego, że Cristiano Ronaldo parafował nowy kontrakt i zarabia teraz więcej.

Leo to nieoceniona wartość FC Barcelony. To nie gwiazda, to cała galaktyka. Może więcej, ale nie za dużo. To nie on rządzi klubem, choć to właśnie on zapewnił mu w ostatnich latach niesamowite sukcesy. Niech jednak nie zapomina, że nie tylko on – że te sukcesy to praca Joana LaportyPepa Guardioli i kolegów z zespołu.

Wideo: Messi rozbija dzielny Ajax

Ajax Amsterdam dzielnie walczył z FC Barceloną, ale wytrwał tylko 45 minut. Właśnie w pierwszej połowie podopieczni Franka de Boera ostro stawiali się gospodarzom, ale już w drugiej nie dali rady. FC Barcelona wygrała 4:0, a świetny mecz rozegrał Leo Messi, Neymar i Victor Valdes.

Wydawało się, że Ajax przyjeżdża na Camp Nou na pożarcie. Nic bardziej mylnego i kibice “Blaugrany” musieli przecierać oczy ze zdumienia, kiedy Holendrzy świetnie się bronili i bardzo dobrze wyprowadzali kontry. Przybysze z Amsterdamu już po pierwszych 45 minutach mieli wysoko przegrywać, tymczasem stworzyli sobie kilka ciekawych sytuacji.

Mistrza Hiszpanii tradycyjnie nie zawiódł Leo Messi. I to właśnie Argentyńczyk, jeszcze w pierwszej części gry, bardzo ładnym uderzeniem z rzutu wolnego, wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Stracona bramka wcale nie podcięła skrzydeł Ajaksowi – wręcz przeciwnie, Holendrzy zaczęli jeszcze śmielej atakować.

Taka taktyka zemściła się już w drugiej połowie. Zbyt nieuważni w obronie, za bardzo skoncentrowani na ataku Holendrzy dali się nadziać na zabójcze akcje duetu Messi – Neymar. Ten drugi popisał się szczególnie przy bramce Gerarda Pique, kiedy to zanotował świetną asystę. Do tego dwie bramki Messiego i obroniony przez Victora Valdesa rzut karny – Ajax w drugiej połowie nie istniał.

FC Barcelona – Ajax Amsterdam 4:0 (1:0)
Bramki: Messi 3 (22, 55, 75), Pique (69)


MES przez bw38


MES2 przez bw38


PIQ przez bw38


MES3 przez bw38

Angielskie kluby chcą Victora Valdesa

Victor Valdes rozgrywa właśnie swój ostatni sezon w barwach FC Barcelony. Hiszpańskiemu bramkarzowi w czerwcu kończy się kontrakt z klubem z Camp Nou. Z tego powodu, co zrozumiałe, wzbudza spore zainteresowanie wśród europejskich klubów.

Szczególnie kluby z Premier League chciałyby Hiszpana w swoim składzie. Nic dziwnego – dziś Valdes to solidna i uznana marka, jeden z najlepszych bramkarzy na świecie. Arsenal Londyn i Manchester City zamierzają zimą złożyć swoje oferty Valdesowi i spróbować ściągnąć go do swoich klubów.

“Daily Star” donosi, że City szuka zastępcy dla Joe Harta. Kogoś, kto będzie w stanie realnie konkurować z Anglikiem. Z kolei Arsene Wenger chciałby golkipera o uznanej marce, od którego Wojciech Szczęsny mógłby się uczyć.