Xavi: Guardiola może wygrać wszystko z City

Były pomocnik i legenda Barcelony uważa, że nie ma powodów, aby twierdzić, iż Pep Guardiola może nie dać rady odnieść sukcesu na City of Manchester Stadium. Twierdzi, że były trener Blaugrany może poprowadzić Manchester zarówno do zwycięstwa w Lidze Mistrzów, jak i w Premier League.

Po jego pełnych sukcesów latach w Barcelonie, a później Bayernie Monachium, Guardiola przyszedł tego lata do Manchesteru City, który pożegnał się z Manuelem Pellegrinim, i od razu zaczął z wysokiego c. Pięć zwycięstw z rzędu w Lidze i triumf nad Borussią Moenchengladbach w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

Xavi wierzy, że 45-letni trener poprowadzi The Citizens do wielu sukcesów. “Pep to zwycięzca” - mówi Katalończyk dla goal.com.

Wygrał tryplet w Barcelonie i teraz jest w stanie zdobyć trzy czy cztery trofea w Manchesterze. Będzie chciał wygrać je wszystkie. Jasne, Liga Mistrzów i liga angielska są wyjątkowe, jednak jego aspiracje zakładają walkę o wszystkie możliwe trofea.

W City nie ma drugiego składu. To nie fair, by nazywać tak kogokolwiek. Oczywiście, będzie stosował rotacje, ale wszyscy zawodnicy tam to klasa światowa. To właśnie jest ich siłą. Nie możesz aspirować do zwycięstwa na wielu frontach, mając jedynie 11 graczy. Potrzebujesz drużyny.

I przyznając, że gracze Guardioli zanotowali bardzo dobry start, przestrzega ich, że mister nie da im odpocząć.

Udało im się ustabilizować na miejscu lidera i zdobyć niezłą przewagę, ale Pep nie pozwoli spocząć im na laurach.

Mogliby mieć nawet 20 punktów przewagi, a i tak utrzymywałby drużynę w pełnym skupieniu do momentu wygrania ligi.

Źródło: goal.com

Umtiti: Rywalizacja z MSN mi pomaga

Reprezentant Francji wierzy, iż regularne treningi, na których mierzy się z Messim, Neymarem oraz Suarezem sprawiają, że staje się coraz lepszy.

Nowy nabytek Katalończyków zdążył już zaobserwować poprawę w swojej grze. Młody Francuz imponuje od swoich pierwszych dni w Barcelonie i wierzy, iż jest to również zasługa treningów z trzema barcelońskimi katami.

Lubię grać z Messim, Neymarem i Suarezem” – mówi obrońca.
To duża wartość dodana i czuję to podczas meczów.

Ma też swoje zdanie na temat największego cracka z Camp Nou:

Messi jest tak samo dobry podczas meczów jak na treningach. Jest najlepszy na świecie. Jest fenomenem.”

Umtiti mówi również, iż w pewnych wyjątkowych okolicznościach może dołączyć do swoich blond-kolegów.

Jeżeli wygramy Ligę Mistrzów, to przefarbuję się na blond.

Źródło: goal.com

Rotacje? Wszystko rozpoczęło się od bolesnej porażki z Atletico

To porażka z Atletico Madryt w ubiegłorocznej edycji Ligi Mistrzów sprawiła, iż Lucho zdecydował się wzmocnić i rozszerzyć skład Blaugrany.

W Barcelonie przestało działać wszystko. Ze zmęczonymi Messim, Suarezem i Neymarem, po przerwie reprezentacyjnej i gargantuicznej liczbie rozegranych minut, Katalończycy nie byli w stanie pokonać Colchoneros na ich własnej ziemi i sprawić, aby sen o obronie tytułu Ligi Mistrzów trwał dalej.

Luis Enrique, patrząc na ławkę rezerwowych, licząc na nutkę inspiracji mógł dostrzec: Ardę Turana (o którego zeszłorocznej formie lepiej zapomnieć), Sergiego Roberto (facet od czarnej roboty), Munira El Haddadiego, Marca Batrę, Adriano i Douglasa. Optymizmem to raczej nie napawało.

W końcu Lucho zdecydował się na posłanie w bój Ardę Turana i Sergiego Roberto za Rakiticia i Daniego Alvesa. Niestety, trzeciej zmiany już wykonać nie mógł. Opcji zabrakło. Enrique nie ufał swoim rezerwowym.

Sergi przeżywał spaniały sezon, a teraz zaczyna się naprawdę liczyć w walce o pozycję prawego obrońcy po tym, jak Dani Alves odszedł do Juventusu. W międzyczasie Arda zdaje się powracać do formy, jakiej wszyscy od niego oczekują. Niestety, żaden z nich nie był graczem zdolnych do zmiany obrazu gry. Zdolnym do przechylenia szali na stronę w kolorach blaugrana.

luis-enrique-quote_1mso30dj4edug1g0pm7irb4aj1
To jest najlepszy skład, jaki miałem w ciągu moich trzech lat w klubie. To luksus.

Spoglądając teraz na ławkę rezerwowych Barcelony, doświadczamy czegoś zgoła innego. Adriano i Bartra opuścili klub. Douglas (jeden z najdziwniejszych transferów w dziejach klubu) został wypożyczony do Sportingu Gijon, a Munir przeniósł się, być może na stałe, do Valencii.

Nie jest tajemnicą, że Enrique był zadowolony ze swojej pierwszej jedenastki. “Ciut” gorzej było z zastępstwem. Kiedy tego zabrakło, a trio MSN wykorzystało resztki swoich sił, Barcelona wylądowała za burtą rozgrywek europejskich.

Oczywiście, sezon mistrzów Hiszpanii był jak najbardziej udany, bo zostali… Mistrzami Hiszpanii! Do tego wpadł jeszcze Puchar Króla i wychodzi na to, że nie ma na co narzekać. Ale to jest Barça. Tutaj porażka w Lidze Mistrzów, szczególnie w sytuacji, w której były duże szanse na drugie zwycięstwo z rzędu, co jak dotąd nie udało się nikomu w obecnej formie rozgrywek, była bardzo bolesna. Solą w otwartą ranę sypnął dodatkowo Real Madryt, który pokonał Atleti i zgarnął trofeum.

Więc wBarcelonie bardzo postarano się tego lata i ściągnięto do klubu dużo świeżości. Młodych, utalentowanych i bardzo ambitnych: Samuela Umtitiego, Lucasa Digne, Andre Gomesa, Paco Alcacera i na koniec Denisa Suareza. Zajęli miejsce Bartry, Douglasa, Montoyi i Vermaelena, którzy dołączyli do odchodzących Alvesa i Claudio Bravo. I, nie licząc ostatniej dwójki, Barcelona była bardzo szczęśliwa pozbywając się tych graczy.

Lucho powiedział, że to najlepszy skład od czasu, kiedy pracuje na stanowisku trenera w Barcelonie. Kataloński sport poszedł krok dalej. Stwierdzili, że to najlepszy skład w całej historii klubu. Cóż, porażka Barcelony na własnym boisku z beniaminkiem sprawia, że takie gadanie wydaje się trochę na wyrost.

Nie czas na osądy. Nowi gracze mają wciąż dużo czasu, aby przystosować się do nowego otoczenia. Tym bardziej, że wciąż mają się od kogo uczyć i nie muszą z marszu wskoczyć do jedenastki. Luis Enrique ma wciąż dużo czasu, aby przygotować drużynę do czekających ją wyzwań. Ważne jest, aby ten czas i możliwości jak najlepiej wykorzystać.

Źródło: goal.com

“Pep jest tchórzem”. Zlatan o swojej sympatii do Mourinho i niechęci do Guardioli

W swojej książce “I am Zlatan”, (w Polsce – “Ja, Ibra”) Ibrahimović opisuje, jaki wpływ na jego kiepskie relacje z Guardiolą w Barcelonie miało pojednanie z portugalskim trenerem, Jose Mourinho.

Fragment z książki “I am Zlatan”.

Wciąż nie wiem, jaki on (Guardiola) miał problem. Chociaż w sumie… nie wydaje mi się, aby on był w stanie poradzić sobie z tak silnymi osobowościami. On chce grzecznych uczniów. Co gorsza, ucieka od problemów. Nie potrafi stawić im czoła, co znacznie pogarsza sytuację.

Wszystko nasiliło się, kiedy był ten pył wulkaniczny z Islandii. Loty w całej Europie były zawieszone, a my mieliśmy przed sobą mecz z Interem. Pojechaliśmy autobusem. Jakiś kretyn z Barcelony stwierdził, że to będzie dobry pomysł. Czułem się dobrze i nie miałem żadnej kontuzji, ale ta podróż to była katastrofa. Zajęła 16 godzin i wszyscy byliśmy wykończeni po dotarciu do Mediolanu. Najważniejszy mecz dotychczas. Półfinał Ligi Mistrzów. Byłem przygotowany na wygwizdywanie i buczenie. To nie to mnie wkurzało. Sytuacja w środku była tragiczna. Guardiola miał wielki problem z Mourinho.

Jose to wielka gwiazda. Wygrał Ligę Mistrzów już z Porto. Był moim trenerem w Interze. Jest fajny. Kiedy pierwszy raz spotkał Helenę (Seger), wyszeptał jej: “Masz tylko jedno zadanie. Karm go. Daj mu się wysypiać i sprawiaj by był szczęśliwy.” Jest konkretny. Lubię go. Jest generałem, ale troszczy się o swoich. W trakcie pobytu w Mediolanie cały czas wysyłał mi wiadomości, pytał, jak się czuję. Jest przeciwieństwem Guardioli. Jeżeli Mourinho zapala światło, to Guardiola jest tym, co je gasi. Wydaje mi się, że Guardiola chce się teraz zmierzyć z Jose.

“Nie mierzymy się z Mourinho, tylko z Interem” – mówił, jak gdyby myślał, że sądzimy, iż będziemy grać w piłkę przeciwko trenerowi. Po tym zaczął to swoje filozofowanie. Ledwie słuchałem. Bo niby dlaczego miałbym się na tym skupić? To było jakieś p***rzenie o krwi, pocie i łzach. Nigdy nie słyszałem czegoś takiego od trenera. Bzdury. Ale wtedy, przeszliśmy do mnie. To było już podczas treningu na San Siro. Ludzie krzyczęli: “Wow! Ibra wrócił!“. Podszedł do mnie i zapytał:

- “Możesz zagrać od początku?”
- “Absolutnie.”
Jesteś przygotowany?
- “Tak. Czuję się dobrze.”
- “Ale czy na pewno jesteś gotowy?

Był jak papuga.

- “Posłuchaj. To była okropna podróż, ale czuję się dobrze i jestem w formie. Po kontuzji nie ma śladu. Dam z siebie wszystko.”

Wyglądał, jakby we mnie nie wierzył… Ale mecz zacząłem od pierwszej minuty i wyszliśmy na prowadzenie. Zmienił mnie w 60. minucie i wtedy wszystko się odwróciło. Przegraliśmy 3-1. Byłem wściekły. Kiedyś, na przykład w Ajaxie, potrafiłem się wściekać na porażkę parę dni. Nawet do tygodnia. Ale teraz miałem Helenę i dzieci. Oni mi bardzo pomogli. No i zaczęliśmy się skupiać na rewanżu na Camp Nou. To był niesamowicie ważny mecz i podniecenie rosło z dnia na dzień.

Presja była niesamowita. Musieliśmy wysoko wygrać, aby awansować. Wtedy nie chciałem nawet o tym myśleć… ale myślałem. Motywowało mnie to. Wygraliśmy 1-0 i odpadliśmy. Guardiola patrzył na mnie potem, jakby to wszystko była moja wina. Siedząc w szatni czułem się jak g*wno. Patrzył, jakbym to ja był problemem. Był jak ściana. Jak betonowa ściana. Zero oznak życia. Nie byłem już członkiem drużyny. Z Villarrealem zagrałem pięć minut. PIĘĆ MINUT. Gotowałem się w środku. Nie dlatego, że wylądowałem na ławce. Nie miałbym z tym problemu, gdyby trener był mężczyzną i potrafił mi powiedzieć: “Zlatan, nie jesteś wystarczająco dobry“.

Nie powiedział nic. Nic czego w takiej sytuacji mógłbym się spodziewać. Czułem tę sytuację całym sobą. Gdybym był na jego miejscu, bałbym się. Nie chodzi o to, że jestem konfliktowy. Zrobiłem chyba wszystkie po****ne rzeczy. Ale ja nie walczę, to znaczy, no jasne, na boisku zdarzyły się ze dwie sytuacje. Wciąż. Lepiej nie być w pobliżu, kiedy się denerwuję.

Po meczu wpadłem do szatni. Nie planowałem jakiegoś ataku furii czy coś, ale nie byłem szczęśliwy czy skory do używania powściągliwego języka. Mój wróg stanął po środku szatni, drapiąc się po łysej głowie. Byli z nami Yaya Toure i paru innych. Patrzyłem się na duże, metalowe pudło, w którym chowaliśmy rzeczy. Kopnąłem je. Przeleciało około trzech metrów, ale ja jeszcze nie skończyłem. W sumie, to było do tego daleko. “Nie masz jaj!“, wykrzyczałem. Było prawdopodobnie jeszcze parę innych, gorszych rzeczy. “Osrałeś się przed Mourinho! Możesz iść się p***dolić!” – dodałem.

Oszalałem. Moglibyście się spodziewać po Guardioli słów pokroju: “Uspokój się i nie mów do swojego trenera w ten sposób.“, ale nie. On jest słabym tchórzem. Po prostu podniósł to pudło i wyszedł. Nigdy o tym nie mówił, ale wieści się niosą.

W autobusie wszyscy oszaleli. Wypytywali, co się stało. Nic, pomyślałem. Po prostu trochę słów prawdy. Nie miałem już siły o tym rozmawiać. Byłem naprawdę wściekły. Mój trener mnie izolował, nie mówiąc czemu. Tydzień po tygodniu. To było chore. Miałem wcześniej trochę konfliktów, ale zawsze udało się dogadać dzień później. Teraz, w ciszy i niepewności, po prostu czas leciał dalej, a ja myślałem. “Mam 28 lat. Ustrzeliłem 22 bramki i dałem 15 asyst. Tutaj w Barcelonie. A ciągle traktuje się mnie, jakbym nie istniał. Powinienem to akceptować? Dalej się dostosowywać? O nie!

Kiedy zrozumiałem, że z Almerią też wyląduję na ławce, przypomniałem sobie jedną z pierwszych rzeczy, jaką powiedział mi Guardiola. “Tutaj nie przyjeżdżamy na treningi Porsche, czy Ferrari.” – Co za pie***lenie! Jeżdżę czym chcę, nawet jeśli wku*wia to jakiegoś idiotę. Wskoczyłem do swojego Enzo (Ferrari) i zaparkowałem przed drzwiami. Jasne, później był cyrk. Gazety pisały, że przyjechałem autem wartym miesięczne pensje całego składu Almerii. Ale mnie to nie obchodziło. Ta medialna g*wnoburza nic nie znaczyła. Zdecydowałem się odpuścić.

Zacząłem sobie coraz bardziej uświadamiać, że nie ma odwrotu. To był czas, żeby się podnieść i znów być sobą. Bo wiecie, dzieciaka z getta wyciągniecie, ale getta z dzieciaka już nie.

Bartra nie żałuje odejścia

Marc Bartra przyznaje, iż uważa decyzję o opuszczeniu Barcelony za prawidłową i prawdopodobnie jedną z najważniejszych w jego życiu. Dwudziestopięcioletni obrońca przeszedł przez wszystkie szczeble szkolenia w Barcelonie i rozegrał w barwach Blaugrana ponad sto meczów od swojego debiutu w sezonie 09-10.

Niestety, Marcowi nie udało się przekonać Lucho do regularnego stawiania na niego w linii obrony Blaugrana, przez co ten zdecydował się na odejście do Dortmundu, aby wypełnić lukę po Hummelsie, który przeniósł się do Monachium.

Udzielając wywiadu dla Rac1, Bartra mówił:

“Kiedy teraz o tym myślę, to nie żałuję opuszczenia Barcelony.”

“To była trudna decyzja, najważniejsza i najlepsza, jaką podjąłem w życiu. W Dortmundzie bardzo się mną interesowali od początku.”

“Bycie częścią Barcelony było bardzo satysfakcjonujące, ale jestem bardzo podekscytowany możliwością rozwoju w Borussii.”

“Wszystko poszło bardzo szybko. Jest jeszcze wiele rzeczy do nauczenia się, między innymi język. Nie mam czasu nawet, żeby pomyśleć, bo ciągle są jakieś mecze ligowe czy pucharowe.”

Źródło: goal.com

Lucas Digne: Barça to futbol

Lucas Digne przybył do Barcelony z niesamowitym zapałem i energią, które na początku były dość zaskakujące. Jest szczęśliwy i szybko się uczy. Przez rok w Romie opanował język włoski, a teraz zaczyna łapać podstawy hiszpańskiego. Mówi bez krępacji, nie czuje się przytłoczony wielkością klubu i cieszy się wspaniałym miastem i wszystkimi jego zaletami.

Przedstawiamy wywiad z jednym z nowych nabytków Blaugrany – Lucasem Digne, którego udzielił dla katalońskiego Sportu.

Jakie były twoje pierwsze dni?

Wspaniałe. Czuję się świetnie z całą drużyną. Klub od pierwszego dnia robił wszystko, abym poczuł się jak w domu.

Zaskoczyło cię tak ciepłe powitanie? Barcelona może onieśmielać.

Koledzy z drużyny i klub zrobili dla mnie wszystko. Sprawiają, że życie jest łatwiejsze.

Kto pomógł ci najbardziej?

Wszyscy! Messi, Suarez, Ter Stegen, Pique, Mathieu, który mówi po francusku. Wszyscy są dla mnie bardzo mili.

Masz jakieś bliższe kontakty z młodszymi zawodnikami?

Tak, Denis Suarez jest moim sąsiadem.

Grałeś przeciwko niemu w Pucharze Świata do lat 20 w Turcji w 2013 roku. Pamiętasz to starcie?

Oczywiście. Razem z Samuelem (Umititi) graliśmy przeciwko jego Hiszpanii w pierwszej fazie turnieju i wtedy przegraliśmy. Na końcu jednak to my zostaliśmy mistrzami.

A co powiesz o Luisie Enrique?

Wyjaśnił mi, jak wygląda gra Barcelony, jakie będę miał zadania. To bardzo ważne, aby dowiedzieć się wszystkiego co możliwe, przychodząc do nowego klubu.

Czy jest jakaś różnica pomiędzy grą na twojej pozycji w Barcelonie niż w innych klubach?

Tutaj bardzo dużo atakujesz, ale także mocno naciskasz na rywala, aby jak najszybciej odzyskać piłkę po stracie.

Wydaje się, że bliżej ci do bycia pomocnikiem niż obrońcą.

Nie, nie. Jestem obrońcą. Kiedy przeciwnik atakuje, bardzo ważne jest, aby w linii defensywnej było czterech graczy. Będąc przy piłce wygląda to inaczej. Musimy być w ciągłym ruchu.

Co zrobić, gdy będąc przy linii końcowej nie można dośrodkować, bo w polu karnym nie ma jeszcze napastników?

Trzeba utrzymać się przy piłce, znaleźć sobie miejsce. To bardzo ważne. To sposób, w jaki Barcelona zdobywa gole.

Twoja agresja w defensywie była zaskakująca.

Obrońca musi być agresywny. Wszyscy obrońcy powinni tacy być.

Pobyt we Włoszech nauczył cię twardszej gry?

W Romie wiele się nauczyłem. Taktycznie jest inaczej niż we Francji. Bardzo dużo pracujesz przy tablicy, co pozwala ci się rozwijać i stawać lepszym graczem.

Byłeś skupiony na Barcelonie od małego?

Barcelona to punkt odniesienia w futbolu. La Masia, to jak się tutaj gra… Barça to futbol.

Czy to prawda, że twój ojciec marzył, aby zobaczyć cię w trykocie Blaugrany?

Gdy byłem mały, żartowałem z rodzicami, że kiedyś zagram na Camp Nou. Mówili “zobaczymy, zobaczymy”. To nasze wspólne marzenie. Niesamowita sprawa dla 23 letniego piłkarza.

Jakich piłkarzy uważasz za taki “punkt odniesienia”?

Zidane był moim idolem, ale teraz odpowiedź jest prosta. Messi jest najlepszy na świecie.

A co z zawodnikami grającymi na twojej pozycji?

Lubiłem Roberto Carlosa. Był świetny, zarówno w ataku, jak i w obronie. Jest także Philip Lahm, który może grać w środku pola i w defensywie.

Wydaje się, że jesteś dużym fanem futbolu. Oglądasz i analizujesz mecze w domu?

Tak. Wiele się nauczyłem we Włoszech w tej materii. Praca z wideo jest bardzo interesująca i pouczająca.

Widzisz siebie jako trenera w przyszłości?

Tak. Lubię oglądać i analizować.

Jak podchodzisz do swojej rywalizacji z Jordim Albą?

Jordi jest wspaniałym piłkarzem. Najważniejsza jest drużyna i to, że wszyscy dajemy z siebie wszystko.

Myślisz, że mógłbyś zająć jego miejsce?

Jak już mówiłem. To drużyna jest najważniejsza. Wszyscy musimy mieć swój wkład.

Roma dostała w poprzednim sezonie niezłe lanie od Barcelony na Camp Nou. Jak to jest grać przeciwko Barçy?

Bardzo ciężko jest stawić im czoła. Szczególnie na Camp Nou. Nie masz piłki i cierpisz. Kiedy już uda ci się ją odzyskać, to bardzo naciskają i nie pozwalają ci nic zrobić.

Twoim głównym celem jest Liga Mistrzów?

Barcelona jest największym klubem na świecie. Musimy dać z siebie wszystko, aby wygrać Ligę Mistrzów.

W PSG, gdzie grałeś, triumf w Lidze Mistrzów wydaje się niemożliwy.

To bardzo trudne zawody. Teraz skupiam się na nas. Mamy wspaniałą drużynę i oddamy wszystko, by odnieść sukces.

Dzieliłeś szatnię ze Zlatanem. Jaki on jest?

Jest wspaniałym piłkarzem i dobrym, charyzmatycznym człowiekiem. W szatni PSG wszystko było dobrze.

Źródło: sport.es

Messi: Nikogo nie oszukałem

Argentyńczyk został gwiazdą wczorajszego meczu z Urugwajem. Strzelił jedyną bramkę dla swojej reprezentacji i był bezapelacyjnie najjaśniejszą postacią na boisku. Po wycofaniu się ze swojej decyzji o rezygnacji z gry dla reprezentacji Messi powiedział, że nikogo nie oszukał.

Messi zaszokował cały piłkarski świat swoim oświadczeniem o wycofaniu się z reprezentowania barw Albicelestes po kolejnej z rzędu porażce swojej reprezentacji w finale wielkiego turnieju. Dokładnie był to trzeci bardzo bolesny cios w ciągu zaledwie trzech lat. Pomimo tego, Leo zgodził się wrócić po spotkaniu się z nowym selekcjonerem reprezentacji Argentyny – Edgardo Bauzą, który specjalnie przyleciał do Europy, aby przekonać swojego największego cracka.

Po swoim wielkim powrocie, Messi udzielił wywiadu dla TV Publica, w którym mówił:

Jestem bardzo wdzięczny za możliwość powrotu, ale czuję, że odchodząc nikogo nie oszukałem.
Po tym, co się stało, byliśmy bardzo rozczarowani, ale po czasie udało mi się pozbierać.
Rozmawiałem z Edgardo. To on i ludzie wokoło przekonali mnie do powrotu.

Pomimo tego, występ Leo w kolejnym meczu przeciwko Wenezueli stoi pod wielkim znakiem zapytania.

Nie wiem, czy zagram przeciwko Wenezueli. Odczuwam wielki ból w pachwinie, ale chciałem się tutaj pojawić po tym wielkim szumie, jaki wywołałem.

Źródło: goal.com

Cillessen: Myślałem, że agent żartuje z tą Barceloną

Reprezentant Holandii przyznaje, że zamurowało go, gdy został poinformowany o zainteresowaniu Barçy. Teraz skupia się na tym, aby odnieść sukces w Lidze Mistrzów.

Holender, dołączył do giganta z Camp Nou, zastępując Claudio Bravo odchodzącego do Manchesteru City Pepa Guardioli.

“Kiedy agent powiedział mi, że Barcelona kontaktowała się z nim w mojej sprawie, zapytałem, czy żartuje” – mówi Cillessen dla BarcaTV.

“Nie wierzyłem, że najlepszy klub na świecie mógłby się mną zainteresować.”

“Chcę wygrywać z Barceloną tytuły, chciałbym również zostać bramkarzem, który już w swoim pierwszym sezonie wygra z klubem Ligę Mistrzów.”

Źródło: goal.com

Czy Paco Alcacer jest lepszy od Munira?

Barcelona dopięła swego i zakontraktowała młodego napastnika Valencii, Paco Alcacera. Jednakże w drugą stronę odesłała Munira El-Haddadiego, którym jeszcze półtora roku temu zachwycało się całe Barcelonismo. Ostatnie szanse, jakie wychowanek Blaugrany otrzymał od Luisa Enrique, trzeba przyznać, wykorzystał bardzo dobrze. Czy naprawdę było warto sprowadzać Alcacera, pozbywając się jednocześnie Munira?

Barcelonie w końcu udało znaleźć się czwartego napastnika. Wsparcie dla wielkiego tercetu MSN. Luis Enrique szukał takiego gracza już od zimy i fakt, w końcu udało mu się go znaleźć, ale czy wychowanek Nietoperzy jest lepszy od gracza, który ustępuje mu miejsca?

Cele transferowe klubu z Camp Nou ciągle się zmieniały. Pierwsze rzetelniejsze informacje pojawiły się na temat Nolito. Później był Luciano Vietto, który już miał składać podpis na kontrakcie… ale długopis mu się wypisał. Ostatnią deską ratunku wydawał się Kevin Gameiro. Gracz pewny, skuteczny, doświadczony, ale drogi. Za drogi.

Na początku nowego sezonu wielu było zadowolonych z formy Ardy Turana, który grał w miejscu Neymara przebywającego na Igrzyskach Olimpijskich, oraz z postawy młodego Munira, który presezon skończył jako najskuteczniejszy snajper klubu.

Pomimo to, Barcelona zdecydowała się spróbować z jeszcze jednym nazwiskiem. Co prawda prezydent Valencii, Lay Hoon Chan, powiedział “nie chcemy sprzedać Alcacera”, ale jak widać nie oznacza to tyle co “nie sprzedamy Paco”. We wtorek, dokładnie w 23cie urodziny piłkarza, został ogłoszony transfer napastnika na Camp Nou, który opiewał na 30 milionów euro.

Tymczasem Munir został wypożyczony w drugą stronę. Zmienił trykot Blaugrany na koszulkę Nietoperzy w ramach wypożyczenia, pod koniec którego klub z Mestalla ma możliwość wykupienia El-Haddadiego za 12 milionów euro, ale wtedy Barça będzie mogła go odkupić za 16 milionów.

Hiszpan z marokańskimi korzeniami skończył dzisiaj 21 lat, co czyni go prawie dokładnie dwa lata młodszym od zastępującego go na Camp Nou Paco. Dodatkowo jest bardzo dobrze zaznajomiony ze stylem gry Blaugrany i nie potrzebowałby adaptacji w przeciwieństwie do 23-latka.

Choć prawdą jest, że Lucho nie do końca ufał Munirowi w poprzednim sezonie, to wychowankowi Barcelony udało się jednak przełamać i pokazać, ile jest wart. Jego statystyki są bardzo zbliżone do tych Alcacera.

stats-alcacer-munir_1snfpozzjcwmo1gpxchitm9s7q

Hiszpański napastnik z Torrent strzelił 15 bramek w 46 meczach, jakie rozegrał, z których aż 31 rozpoczynał od pierwszej minuty. Ogólnie uzbierał 3087 minut na boisku. W tym czasie Munir strzelał 8 razy, ale występując jedynie w 26 meczach, z czego 16 od pierwszej minuty. Uzbierał jedynie 1634 minuty na boisku. Czyli procentowo ich statystyki są bardzo, bardzo podobne.

Oczywiście porównywanie statystyk jest trudne. Dodatkowo, to przecież tylko numerki, a na końcu liczy się, kto jak zagra. Alcacer jest bez cienia wątpienia bardzo utalentowanym zawodnikiem, którego warto mieć u siebie. Z drugiej jednak strony mamy dwa lata młodszego Munira, który przeszedł przez szczeble La Masi, który zna Barcelonę i jej styl od podszewki, a w takim klubie nie pozostaje to bez znaczenia. Powiedziałbym, że jest to bardzo ważny czynnik. Historia pokazuje, że nie każdy utalentowany zawodnik potrafi odnaleźć się na Camp Nou. Odpowiedź, czy ten ruch miał sens przyjdzie po czasie, ale wydaje się, że Blaugrana mogła postawić na swojego gracza, który może się okazać lepszym z tej dwójki.

Źródło: goal.com

La Liga gra: Wpadka lidera, zażarty bój o trzecią lokatę

Kolejna dawka wielkich emocji – tego mogli być pewni kibice zasiadający przed telewizorami, by oglądać spotkania 25. rundy Primera Division. A było na co oko zawiesić. Interesująca była zwłaszcza niedziela, która serwowała nam dwa hity między drużynami z czołówki tabeli. Najpierw Sevilla podejmowała Atletico, a chwilę po zakończeniu tej potyczki na murawę Santiago Bernabeu wyszli gracze Realu oraz Villarrealu. W ten sam dzień Valencia mierzyła się na swoim stadionie z Realem Sociedad, a dwa inne baskijskie zespoły – Eibar i Athletic stanęły przeciwko sobie w miniderbach regionu. Barcelonę czekał z kolei mecz wyjazdowy. Podopieczni Luisa Enrique udali się do Andaluzji, a konkretnie do Granady, by zagrać z przedostatnim zespołem w lidze. Zapraszamy do podsumowania!

Mecze 25. kolejki:
11042210_10202741389090599_1004753524_n

Na otwarcie kibice mogli emocjonować się potyczką Espanyolu z Cordobą. Zespół z Katalonii prezentuje się ostatnio nieregularnie, punktując zazwyczaj tylko na własnym obiekcie. Mimo tego plasowali się przed pierwszym gwizdkiem na dziewiątej lokacie i do rywalizacji z beniaminkiem przystępowali w roli zdecydowanego faworyta. Andaluzyjczycy grali bowiem ostatnio jeszcze gorzej, pięciokrotnie z rzędu przegrywając. Po raz ostatni punkt zdobyli 16 stycznia, a wygrali – tydzień wcześniej. Podopieczni Miroslava Djukicia zamykają ligową klasyfikację i do samego końca drżeć będą o utrzymanie w elicie. Pierwsze 45 minut pokazało różnicę klas między obiema ekipami. Gospodarze znacznie lepiej operowali piłką, wobec czego potrafili stworzyć sobie kilka groźnych sytuacji. Praktycznie w każdej z nich uczestniczył aktywny od początku Abraham Gonzalez. Dwie pierwsze próby środkowego pomocnika były niecelne, ale dwie minuty przed przerwą idealnie odnalazł się przed szesnastką i wykorzystał zgranie Felipe Caicedo, uderzając bez zastanowienia tuż przy słupku. W drugiej części nieco więcej do powiedzenia miała Cordoba, ale na jej nieszczęście ani razu nie udało się pokonać Kiko Casilli. Brakowało wielu rzeczy i to nawet kilku w jednej akcji. Szwankowała precyzja, nie zawsze były podejmowane odpowiednie decyzje, nie było także szczęścia. Bebe, który pojawił się tuż po przerwie, dwoił się i troił, ale za każdym razem uderzał nieskutecznie. Miejscowym pomagało także obramowanie bramki – w poprzeczkę trafił Juan Crespo. Szczęśliwie czy też nie, ale Papużkom udało się dowieźć pomyślny dla nich rezultat do końca. Dzięki temu ze spokojem mogli się przyglądać kolejnym starciom. Na zakończenie kolejki będą bowiem i tak w górnej części tabeli. Z kolei Cordoba, która w przeciągu całego meczu nie była zespołem gorszym, zanotowała szóstą kolejną porażkę, przez którą sytuacja robi się coraz trudniejsza.

Składy:
Espanyol: Kiko Casilla – Anaitz Arbilla, Alvaro Gonzalez, Hector Moreno, Juan Fuentes – Lucas Vazquez, Abraham Gonzalez (79′ Victor Sanchez), Jose Canas, Salva Sevilla (67′ Victor Alvarez) – Sergio Garcia, Felipe Caicedo (63′ Christian Stuani)

Cordoba: Mikel Saizar – Edu Campabadal, Aleksandar Pantić, Jose Crespo, Fede Vico – Rene Krhin, Fausto Rossi (62′ Bruno Zuculini) – Heldon (46′ Bebe), Fede Cartabia, Borja Garcia – Florin Andone

11040708_10202741389530610_52246076_n

Spośród zespołów wielkiej hiszpańskiej trójki to Barcelona rozpoczynała jako pierwsza. Ich przeciwnik, czyli będąca w strefie spadkowej Granada, nie jawił się na horyzoncie jako trudna przeszkoda. Katalończycy zainkasowali trzy punkty, ale łatwo i przyjemnie nie było. Podopieczni Luisa Enrique do przerwy mieli dużo szczęścia i równie dobrze to gospodarze mogli schodzić do szatni z prowadzeniem. Jednak nieporadność obrońców miejscowych pomogła Barcelonie. Na bramkę zamienił ją rozgrywający wspaniałe zawody Ivan Rakitić. W drugiej odsłonie pomógł jeszcze były gracz Blaugrany Oier, który nieudolnie wychodził do piłki oraz sędzia, który nie zauważył minimalnego spalonego Messiego. Duma Katalonii zagrała w drugiej połowie bardziej odpowiedzialnie i nawet elektryczna gra pary stoperów Bartra – Mathieu, i sprokurowany karny przez tego pierwszego nie przekreśliły planów gości. Jak okazało się w niedzielną noc, pozwoliło to zmniejszyć dystans do Realu i powiększyć przewagę nad Atletico. A Granada? Znów przegrała mimo dobrego występu i nadal tapla się w strefie spadkowej.

Składy:
Granada: Oier Olazabal – Dimitri Foulquier, Cala, Jean–Sylvain Babin, Allan Nyom – Lass Bangoura (79’ Daniel Candeias), Fran Rico, Manuel Iturra, Javi Marquez (67’ Ruben Rochina), Robert Ibanez – Jhon Cordoba (78’ Isaac Success)

Barcelona: Claudio Bravo – Jordi Alba, Jeremy Mathieu (75’ Sergio Busquets), Marc Bartra, Daniel Alves – Xavi (65’ Rafinha), Javier Mascherano, Ivan Rakitić – Neymar, Luis Suarez (79’ Pedro Rodriguez), Lionel Messi

11039999_10202741391650663_1140413686_n

Obie ekipy nie rozpieszczają ostatnio swoich fanów. Rayo w poprzednich pięciu kolejkach zdobyło zaledwie trzy oczka, przez osunęło się nieco w tabeli. Przed tą rundą miało tylko 4 punkty przewagi nad strefą spadkową, którą otwierało właśnie Levante. Jako że piłkarze z Walencji spisują się na wyjazdach słabo, za faworyta uważano piłkarzy z przedmieść Madrytu. Na niekorzyść Żab działał także brak Lucasa Alcaraza. Szkoleniowiec oglądał bowiem potyczkę z loży. Starcie rozpoczęło się tak, jak w zasadzie wszyscy przewidywali. Przy futbolówce utrzymywała się drużyna gospodarzy, która jak najszybciej chciała zdobyć gola otwierającego wynik. Ta sztuka udała się jednak nieoczekiwanie ich rywalom, którzy wykorzystali jedną ze swoich kontr. Wrzutkę z prawej strony wykorzystał Victor Casadesus i to goście po kwadransie prowadzili. Nie spodziewali się jednak chyba, że taka sytuacja podziała jeszcze bardziej na piłkarzy Paco Jemeza, a konkretniej na Alberto Bueno. Hiszpan w ciągu piętnastu minut ustrzelił… klasyczną karetę. Tak, strzelił rywalom aż cztery gole i to w tak krótkim odstępie czasu. Forma strzelecka wyborna, jednak trzeba się zastanowić, czy przypadkiem trzech ostatnich trafień nie można było uniknąć. To pytanie zadać sobie musi Diego Marino, który swoimi interwencjami znacznąco ułatwił osiągnięcie takiego rezultatu ofensywnemu zawodnikowi Rayo. Taki cios (a w zasadzie cztery) pogrążył przyjezdnych. Drugą połowę można bez wyrzutów sumienia wrzucić do folderu “Bez historii”. Godna odnotowania sytuacja wydarzyła się pięć minut przed końcowym gwizdkiem arbitra. Honorową bramkę zdobył wówczas Kalu Uche. Rayo spokojnie kontrolowało przebieg wydarzeń, z kolei Levante nie zdołało się już podnieść. Trzy, jakże ważne, oczka zostały zatem na Vallecas. Dzięki wygranej drużyna ze stolicy Hiszpanii awansowała w tabeli, oddalając się na dość bezpieczną odległość od drużyn zagrożonych relegacją.

Składy:
Rayo: Cristian Alvarez – Tito, Ze Castro (46′ Jorge Morcillo), Antonio Amaya, Nacho Martinez – Raul Baena (78′ Jozabed Sanchez), Roberto Trashorras – Lica, Alberto Bueno (65′ Alejandro Pozuelo), Gael Kakuta – Manucho

Levante: Diego Marino – Ivan Lopez (46′ Ruben Garcia), David Navarro, Ivan Ramis, Tono – Jordi Xumetra (69′ Kalu Uche), Papakouli Diop (46′ Simao Mate), Victor Camarasa, Jose Morales – Victor Casadesus, David Barral

11042242_10202741387050548_161559995_n

Bardzo ważny mecz dla wszystkich drużyn walczących o utrzymanie. Zwycięstwo było istotne z dwóch powodów. Po pierwsze, wygrany uciekłby od rywali toczących bój o ligowy byt. Po drugie, trzy kluby przebywające w strefie spadkowej przegrały już swoje spotkania, zatem okazja na odskoczenie była wymarzona. Forma obu zespołów nie napawała jednak optymizmem. Almeria w poprzednich dwóch kolejkach ugrała zaledwie punkt, a Deportivo spisywało się jeszcze gorzej, ponieważ poniosło dwie porażki. Ponadto Almeria jest najgorszą ekipą w stawce, jeśli chodzi o potyczki przed własną publicznością. Całkiem niedawno udało jej się wygrać po raz pierwszy. Te wszystkie okoliczności sprawiały, że naprawdę trudno wskazać było faworyta. Mimo całkiem wysokiej stawki, żadna z drużyn nie schowała się na własnej połowie, oczekując na oponenta. Widowisko, jakie obserwować mogli kibice zgromadzeni na Stadionie Igrzysk Śródziemnomorskich, stało na naprawdę niezłym poziomie. Pierwszą część można jednak podsumować dwoma słowami: totalna nieskuteczność. Świetne okazje miały obie strony, ale nikt nie potrafił pokonać bramkarza rywali. Trzeba przyznać, że i jeden, i drugi golkiper zaliczył co najmniej po dwie dobre interwencje. Z kolei w gronie pechowców wymienić należy przede wszystkim Oriola Rierę oraz Thievy’ego Bifoumę, których celowniki zawodziły najczęściej. Po przerwie tempo gry zdecydowanie siadło. Jednak i tak piłkarze obu klubów mogli zdobyć pierwszą w meczu bramkę. Przed szansą stanęli Mauro Dos Santos oraz Lucas Perez. Pierwszy z nich miał chyba zbyt dużo czasu i wiele pomysłów, by zakończyć akcję, którą rozwiązał fatalnym uderzeniem w boczną siatkę. Drugi z kolei nieco się chyba pospieszył. Sytuacja Almerii skomplikowała się w 55. minucie, kiedy to drugą żółtą kartkę i w konsekwencji czerwoną zobaczył Thievy. Gości nie potrafili jednak wykorzystać gry w przewadze. Arbiter w samej końcówce wyrzucił jeszcze Michela Macedo, który w przeciągu kilkudziesięciu sekund zobaczył dwa żółte kartoniki – pierwszy za faul, drugi za protesty. Miejscowi kończyli zatem zawody w dziewiątkę. Mimo tego, udało im się dowieźć remis, z którego nikt tak naprawdę nie jest zadowolony. Pozycja w tabeli w obu przypadkach nie uległa znaczącej zmianie.

Składy:
Almeria: Julian Cuesta – Michel Macedo, Mauro Dos Santos, Angel Trujillo, Sebastian Dubarbier – Verza, Corona (89′ Jonathan Zongo) – Wellington Silva (67′ Edgar Mendez), Fernando Soriano (80′ Thomas Teye), Thievy Bifouma – Tomer Hemed

Deportivo: Fabri – Juanfran, Pablo Insua, Sidnei, Luisinho – Alex Bergantinos (86′ Haris Medunjanin), Celso Borges – Jose Rodriguez (66′ Helder Costa), Lucas Perez, Isaac Cuenca (81′ Luis Farina) – Oriol Riera

11041423_10202741391130650_2045450729_n

Malaga, która tydzień temu sensacyjnie zdobyła Camp Nou, chciała potwierdzić swoją dobrą formę, pokonując na La Rosaleda zespół Getafe. Zadanie w teorii nie należało do najtrudniejszych, jednak klub z Madrytu jest bardzo nieprzywidywalny. Dodatkowo w ciągu tygodnia z funkcji trenera zrezygnował Quique Sanchez Flores i nie wiadomo było, jak na taki przebieg spraw zareagują jego byli piłkarze. Zaczęło się jednak zgodnie z przewidywaniami – od ataków gospodarzy. Te przyniosły skutek bardzo szybko, bo już po 10 minutach podopieczni Javiego Gracii prowadzili po trafieniu Juanmiego. Andaluzyjczycy nie poprzestawali na jednobramkowym prowadzeniu, cały czas dążąc do strzelenia kolejnych goli. Brakowało jednak precyzji w ostatnich fazach akcji. Wydaje się, że nie pomagał także arbiter, który mógł odgwizdać rzut karny za zagranie ręką Fredy’ego Hinestrozy. Getafe z kolei wyglądało bardzo słabo, rzadko przedostając się w pobliże bramki strzeżonej przez Carlosa Kameniego. W końcu jednak i do nich uśmiechnęło się szczęście. 10 minut po zmianie stron już był remis – gola wyrównującego zdobył Alvaro Vazquez. To podziałało jednak jak płachta na byka na miejscowych. W ciągu kolejnych 13 minut zdołali bowiem dwukrotnie zmusić do kapitulacji Jonathana Lopeza. Na listę strzelców wpisali się Sergi Darder oraz Ricardo Horta. Oba trafienia były niezwykłej urody i potwierdzały przewagę, jaką w krótkim okresie wypracował sobie zespół. Kiedy wydawało się, że do końca już nic ciekawego się nie wydarzy i Malaga odniesie pewną wiktorię, kwadrans przed końcem kontaktowego gola zdobył Vazquez, który szczęśliwie odnalazł się w szesnastce rywali. To było jednak wszystko, na co było stać tego wieczora zespół przyjezdnych. Pochwalić należy Los Boquerones, którzy zagrali dobre spotkanie. Dzięki temu utrzymują pewną siódmą lokatę w lidze, mając jeszcze nadzieje na awans w górę. Z kolei madrytczycy zagrali słabo w ofensywie i nie mogli liczyć na nic więcej. Ich przewaga nad strefą spadkową cały czas wynosi zatem cztery oczka.

Składy:
Malaga: Carlos Kameni – Roberto Rosales, Marcos Angeleri, Weligton, Arthur Boka – Sergi Darder (75′ Recio), Ignacio Camacho – Ricardo Horta, Juanmi (63′ Nordin Amrabat), Samuel Castillejo – Samuel Garcia (81′ Duda)

Getafe: Jonathan Lopez – Alexis Ruano, Naldo, Emiliano Velazquez, Sergio Escudero – Juan Rodriguez, Diego Castro – Pedro Leon (74′ Karim Yoda), Pablo Sarabia, Fredy Hinestroza (82′ Ivette Lopez) – Alvaro Vazquez

11046954_10202741393010697_1850414327_n

W niedzielę o wczesnej godzinie dwunastej swój mecz rozgrywały dwa kluby, które dzieliły przed tą kolejką aż 23 punkty. Wynik ten robi wrażenie głównie dlatego, że mówimy o Valencii i Realu Sociedad! Nietoperze radzą sobie w tym sezonie koncertowo, a na ich grę patrzy się z nieskrywaną przyjemnością. Klub z Walencji wygrał w tym roku wszystkie mecze rozgrywane na Estadio Mestalla i strzelił w ten czas 9 bramek, co daje bardzo dobrą średnią 2.25 gola na mecz. Podopiecznym Davida Moyesa przed spotkaniem mógł zajrzeć strach w oczy, szczególnie iż nie radzą sobie oni zbyt dobrze pod wodzą nowego menedżera. Szkot przejął drużynę 10 listopada, ale od tego czasu nie potrafił zmienić jednej bardzo ważnej rzeczy. Otóż Baskowie jako jedyni w stawce dwudziestu zespołów nie wygrali ani jednego meczu na rozgrywanego na stadionie oponenta. Ostatnie takie zwycięstwo zanotowali w kwalifikacjach do Ligi Europy, pokonując Aberdeen 2:3, siódmego sierpnia. Jednakże, jak wszyscy wiemy, podczas meczu nie grają statystyki, a piłkarze. Poza tym, każdy mecz jest inny – czyż nie? W pierwszej połowie graczom z San Sebastian udawało się utrzymywać remis (bo tak trzeba to nazwać), jednakże już 10 minut po pierwszym gwizdku w drugiej części było 2:0 dla gospodarzy. Przy obu golach udział miał Pablo Piatti, który ustawiał się jak rasowy napastnik i bardzo dobrze czytał grę. Jedno trafienie zanotował sam, a drugie z pomocą Iona Ansotegiego. Przyjezdni bardzo rzadko potrafili przedostać się pod bramkę Diego Alvesa, nie mówiąc już o konstruowaniu składnych akcji. Real zatem znów wyjeżdża do domu bez punktów i bez większych przesłanek, które zwiastowałyby poprawę. Natomiast w Valencii sytuacja wygląda zgoła inaczej – piłkarze trenera Nuno Espirito Santo wyglądają z meczu na mecz coraz lepiej i nie wygląda, aby mieli zwolnić tempa.

Składy:
Valencia: Diego Alves – Antonio Barragan, Shkodran Mustafi, Nicolas Otamendi (46′ Lucas Orban), Jose Gaya – Javi Fuego, Daniel Parejo, Enzo Perez – Sofiane Feghouli (68′ Rodrigo Moreno), Alvaro Negredo, Pablo Piatti (82′ Rodrigo De Paul)

Sociedad: Geronimo Rulli – Aritz Elustondo, Ion Ansotegi, Inigo Martinez, Yuri Berchiche (80′ Alfred Finnbogason) – Gorka Elustondo (65′ Alberto De La Bella), Ruben Pardo – Sergio Canales (46′ Pablo Hervias), Esteban Granero, Xabi Prieto – Imanol Agirretxe

11026627_10202741388730590_1460802776_n

Eibar z oczarowania rundy jesiennej stało się rozczarowaniem rundy wiosennej. Pięć spotkań bez wygranej, cztery porażki z rzędu i brak perspektyw na poprawę – tak wyglądała sytuacja benjaminka. W derbach Kraju Basków z Athletikiem nie było inaczej. Skuteczność zatracił Piovaccari, Arruabarrena cofnął się formą do czasów gry w Legii, a Saul Berjon, który często potrafił robić coś z niczego , siedział na ławce. Za to w ekipie gości błyszczał Oscar De Marcos i można powiedzieć, że to on, koniec końców, został ojcem sukcesu podopiecznych Valverde. Miejscowym nie pomagał z kolei del Moral, który co prawda był aktywny, ale sprawiał wrażenie, jakby sam chciał rozstrzygnąć losy meczu. Za to wspomniany wcześniej De Marcos raz po raz nacierał prawą flanką i dośrodkowywał bardzo dokładne piłki. Pierwsza z nich zakończyła się paradą Jaime, ale już w 36. minucie futbolówka trafiła na głowę Gurpegiego, który zdobył pierwszego gola w lidze w tym sezonie. Athletic miał jeszcze mnóstwo okazji w samej pierwszej połowie, ale w niezłej formie znajdował się Jaime, który zastępował między słupkami Iruretę. To tylko dzięki niemu piłkarze z Bilbao nie zdołali zapisać sobie na koncie więcej niż jedną bramkę, ale mimo to wywieźli komplet punktów z boiska rywala.

Składy:
Eibar: Jaime – Eneko Boveda, Raul Navas, Lillo (46‘ Didac Vila) – Jon Errasti, Dani Garcia (66‘ Saul Berjon) – Ander Capa, Mikel Arruabarrena, Manu del Moral – Fwsweico Piovaccari (66‘ Javi Lara)

Athletic: Gorka Iraizoz – Oscar de Marcos, Carlos Gurpegi, Xabier Etxeita, Mikel Balenziaga – Mikel San Jose, Mikel Rico – Iniaki Williams (75‘ Andoni Iraola), Iker Muniain, Ibai Gomez (83‘ Markel Susaeta), Guillermo (63‘ Aritz Aduriz)

11051021_10202741392490684_1865232967_n

Hit kolejki na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan, czyli mecz Sevilli z Atletico, który jednym miał dać stały kontakt ze ścisłą czołówką, a drugim utrzymanie odpowiedniego dystansu, aby nie utracić szans na obronę mistrzostwa. Obie ekipy miały jednak problem ze wstrzeleniem się w bramkę, a w szczególności Sevilla, która na początku zaprzepaściła dwie szanse za sprawą Carlosa Bakki. Bardzo dobre wrażenie sprawiali, co nie dziwne, środkowi pomocnicy obu ekip. Tylko ich podania nie znajdywały adresata, który mógłby zamieniać je na gole. Wśród gości dobrze spisywał się Griezmann, ale był trochę osamotniony w poczynaniach z przodu. Kiedy na murawie pojawił się Torres, sytuacja się trochę odmieniła, ponieważ kilka razy Hiszpan bardzo dobrze wykładał piłkę koledze, ale sam też miał dogodną szansę po odebraniu piłki Krychowiakowi. Nie zdołał jednak ominąć strzałem Asenjo. Spotkanie obfitowało w parę okazji bramkowych, ale na dobrą sprawę żadnej z drużyn nie udało się opanować tego starcia i stąd też ten bezbramkowy remis, który nie ucieszy żadnego z zespłów, ale większe powody do żalu ma jednak Atletico, któremu mistrzostwo powoli wymyka się z rąk.

Składy:
Sevilla: Sergio Rico – Coke (70‘ Stephane M’Bia), Alejandro Arribas (70‘ Jose Antonio Reyes), Timothee Kolodziejczak, Fernando Navarro – Vicente Iborra, Grzegorz Krychowiak – Aleix Vidal, Ever Banega, Vitolo – Carlos Bacca (79‘ Kevin Gameiro)

Atletico: Miguel Angel Moya – Juanfran, Joao Miranda, Diego Godin, Jesus Gamez – Gabi (64‘ Koke), Mario Suarez, Tiago – Arda Turan (59‘ Fernando Torres), Antoine Griezmann (75‘ Mario Mandzukic), Raul Garcia

11020454_10202741392090674_1736476117_n

Villarreal B, jak to określali przed meczem fani i eksperci hiszpańskiej piłki, zawitał na Santiago Bernabeu. Zadanie przed zawodnikami Marcelino nie było proste, ponieważ w spotkaniu nie mógł wystąpić Czeryszew, kontuzjowany nadal jest Bruno, a Vietto usiadł tylko na ławce rezerwowych. Żółta Łódź Podwodna chce całą uwagę skupić na starciach w Copa del Rey oraz Lidze Europy, więc, wydawałoby się, ważne starcie z Realem szkoleniowiec gości potraktował prawie jak sparing. Z tą różnicą, że rezerwowi wcale nie prezentowali się źle. Ba, ich występ można określać w samych superlatywach. Już na samym początku Gerard Moreno i Moi Gomez mieli szanse, aby zdobyć gola, ale okropnie pudłowali. To zaczęło powoli mścić się na gościach, bo Real powoli zaczynał stwarzać sobie dobre okazje, m.in. poprzeczka po zagraniu Bale’a. Prawdziwe kompikacje rozpoczęły się jednak wraz z rozpoczęciem drugiej części, kiedy Cristiano wykorzystał jedenastkę po faulu Bailly’ego na nim. Później kilkoma dobrymi interwencjami popisał się Asenjo, a przyjezdni jakby przygasli. Marcelino dłużej nie czekał i postanowił wpuścić Vietto, który uratował mu wynik w poprzedniej kolejce. Oprócz niego na murawie zajął miejsce Trigueros, który stał się cichym bohaterem swojego zespołu. Błyskiem wykazał się ponownie Vietto, który przy pomocy Kroosa posłał futbolówkę do Gerarda Moreno, a ten mocnym i precyzyjnym uderzeniem pokonał Casillasa. Do końca meczu trwała już walka o utrzymanie remisu, bo Ronaldo nękał stale Asenjo, ale ten nie dawał się pokonać. Raz popełnił wielki błąd, kiedy źle ocenił tor lotu piłki, po czym wypuścił ją z rąk, lecz Jese nie trafił do pustej bramki. Cristiano może żałować wszystkich niewykorzystanych szans, a Bailly powinien dziękować Bogu, że koledzy wywalczyli remis, bo gdyby nie to, to właśnie stoper były winowajcą ewentualnej porażki. Tak się jednak nie stało, a mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby trochę zimnej krwi wykazał Luciano Vietto w dwóch okazjach pod koniec meczu. Barca zminiejszyła zatem stratę do lidera do dwóch oczek.

Składy:
Real: Iker Casillas, Dani Carvajal, Pepe, Raphael Varane, Marcelo – Lucas Silva (72‘ Jese), Toni Kroos, Isco (78‘ Asier Illaramendi)– Gareth Bale, Karim Benzema (81‘ Javier Hernandez), Cristiano Ronaldo

Villarreal: Sergio Asenjo – Mario Gaspar, Eric Bailly, Chechu Dorado, Jaume Costa – Joel Campbell, Tomas Pina (61‘ Manu Trigueros), Sergio Marcos (68‘ Jonathan dos Santos), Moi Gomez – Gerard Moreno, Giovani dos Santos (62‘ Luciano Vietto)

11056805_10202741387450558_1424118844_n

Celta nareszcie zaczęła prezentować formę, której kulminacją była wygrana z Barceloną. W czterech poprzednich spotkaniach gracze Berizzo zanotowali trzy zwycięstwa i remis. Okazja na podtrzymanie dobrej passy była niebagatelna, bo na Balaidos przyjechało balansujące nad strefa spadkową Elche. Mecz nie był ucztą dla oczu futbolowych kibiców. Celta, jak ma to w zwyczaju, prezentowała wyższą kulturę gry od przeciwnika, cieprliwie rozgrywając akcje. Goście odpowiadali bardzo rzadko. Raczej skryci na swojej połowie próbowali jedynie okazyjnych strzałów z dystansu. Starcie zmierzało z każdą chwilą do bramki gospodarzy, i tak też się stało, gdy po rajdzie najlepszego na boisku Jonny’ego piłkę do pustej bramki skierował Krohn-Dehli. Duńczyk nie został jednak bohaterem, lecz przeszedł drogę z nieba do piekła, faulując w końcówce spotkania w polu karnym. Jedenastkę wykorzystał David Lomban. Celta znów nie przegrała, ale mogła pluć sobie w brodę, bo szansa na trzy punkty była wyśmienita. Gościom z kolei znów dopisywała fura szczęścia, ponieważ z przebiegu gry nie pokazali nic na tyle przekonującego, by zasłużyć na remis. Warto też odnotować dobry występ Przemysława Tytonia, który bronił pewnie, a także sparował najefektowniejszy strzał meczu – nożyce Charlesa.

Składy:
Celta: Sergio Alvarez – Jonny Castro, Andreu Fontas, Gustavo Cabral, Hugo Mallo – Michael Krohn-Dehli, Nemanja Radoja (89’ Pablo Hernandez), Augusto Fernandez – Nolito, Charles (85’ Joaquin Larrivey), Fabian Orellana (77’ Alex Lopez)

Elche: Przemysław Tytoń – Domingo Cisma, David Lomban, Jose Angel, Damian Suarez – Mario Pasalic (68’ Cristian Herrera), Adrian Gonzalez – Aaron Niguez (71’ Garry Rodrigues), Faycal Fajr, Victor Rodriguez – Coro (77’ Alvaro Gimenez)

Mecz kolejki: Real – Villarreal

Liczby kolejki:
11039543_10202736928419085_609825257_n

Piłkarz kolejki: Alberto Bueno (Rayo)
Nie było innego wyboru – Bueno broni się liczbami, a te są świetne. Rzadko kiedy strzela się cztery bramki w jednym meczu, w dodatku wszystkie w jednej połowie, w przeciągu piętnastu minut. I to przebywając na placu gry tylko przez nieco ponad godzinę. Bezwzględny bohater Rayo, który zapewnił swojemu zespołowi ważne trzy oczka, które pozwoliły drużynie przeskoczyć kilka miejsc w górę. Może nie był to jego jakiś spektakularny występ, ale za to skuteczność godna wielkiego mistrza.

Cienias kolejki: Diego Marino (Levante)
Można się rozpływać nad formą strzelecką Alberto Bueno, ale nie można przejść obojętnie obok tego, że trzy z czterech jego trafień padło po błędach golkipera Żab. Tak naprawdę z czystym sumieniem można mu wybaczyć jedynie gola numer jeden, w którym nie miał nic do powiedzenia. W pozostałych przypadkach zawinił w mniejszy lub większy sposób. Kto wie, być może, gdyby nie te słabe zagrania, Levante osiągnęłoby pozytywny wynik i już nie byłoby w strefie spadkowej. Gdybać jednak nie będziemy. Z całą pewnością koledzy mogą mieć do niego żal.

Pozytywne wyróżnienie kolejki: Villarreal
Żółta Łódź Podwodna prezentuje ostatnio bardzo dobrą dyspozycję, więc można pomyśleć, że wyróżnienie jest trochę na siłę, ale warto zwrócić uwagę na to, że Marcelino wystawił mocno okrojony skład na ciężkiego rywala i to grając na wyjeździe. Ostatecznie i tak remis dał mu gracz, którego chciał oszczędzić – Vietto, który miał duży wkład przy golu wyrównującym. Stąd też należą się pochwały dla Villarrealu.

Negatywne wyróżnienie kolejki: Eibar
Baskowie, którzy byli jednym z zaskoczeń rundy jesiennej, teraz znajdują się w sporym dołku. Od sześciu spotkań nie wygrali, a na dodatek od pięciu notują same porażki. Ciężko wyróżnić zawodnika, który specjalnie by się wyróżniał, a nie można powiedzieć, że kiepska postawa jest spowodowana jedynie sprzedażą do Anglii Albentosy. Tabela w środku i na dole jest bardzo wyrównana, więc podopieczni Gaizki Garitano muszą mieć się na baczności, bo choć stracili już kilka lokat, to jednak najgorsze może dopiero nadejść, a na rozkładówce już niedługo Barcelona…

Gol kolejki: Sergi Darder (Malaga)
Można patrzeć, patrzeć, patrzeć i… się delektować. Kapitalnie przymierzył z dystansu defensywny pomocnik drużyny z Andaluzji. Broniący Jonathan Lopez nie miał żadnych szans na skuteczną obronę. Bramka, oprócz urody, była także bardzo ważna w kontekście wyniku, bo bardzo szybko odpowiedziała na wyrównujące trafienie Getafe. Gol potwierdził dobry występ Hiszpana.

Pudło kolejki: Rodrigo Moreno (Valencia)
Valencia prowadzi już z Realem Sociedad 2:0, jest końcówka spotkania. Piłkę na lewej stronie pola karnego ma Alvaro Negredo. Hiszpan zagrywa w stronę Jose Gayi. Lewy defensor nie odbiera podania, jednak za jego plecami stoi Rodrigo, który chwilę wcześniej pojawił się na murawie. Atakujący ma futbolówkę na jedenastym metrze, prawie dokładnie na punkcie, z którego wykonywany jest rzut karny. Ma ją na swojej lepszej, lewej nodze, nikt go nie atakuje. Wydaje się, że wystarczy kopnąć w kierunku bramki. Ta sztuka się jednak nie udaje – strzał mija słupek od zewnętrznej strony. Na trybunach jęk zawodu, na twarzy gracza – grymas niezadowolenia. To powinien być gol. Na jego szczęście losy meczu zostały już wcześniej rozstrzygnięte.

11047268_10202736936739293_1371699888_n

11026402_10202736945619515_2049907666_n11008841_10202736939739368_1233371947_n

Terminarz 26. kolejki (6-9.03.2015):
Piątek, 6.03:
Levante – Eibar (godzina 20:45)
Sobota, 7.03:
Deportivo – Sevilla (16)
Athletic – Real (18)
Elche – Almeria (20)
Granada – Malaga (22)
Niedziela, 8.03:
Barcelona – Rayo (12)
Sociedad – Espanyol (17)
Villarreal – Celta (19)
Atletico – Valencia (21)
Poniedziałek, 9.03:
Cordoba – Getafe (20:45)

Atletico i Real pogubiły oczka, więc tym razem zadowolona jest Barcelona, która pokonała Granadę i zmniejsza stratę do lidera. Prze dnami już 26. Kolejka, w której będziemy oglądać parę bardzo ciekawych starć. A zaczniemy w piątek o godzinie 20.45 od meczu Levante z Eibarem. Goście są w bardzo słabej dyspozycji, i choć piłkarze z Valencii przegrali ostatnio wysoko z Rayo, to tym razem powinni sobie poradzić z Baskami. Sobotę zaczniemy na El Riazor, gdzie przyjedzie Sevilla. Bezpośrednio po tym meczu przeniesiemy się na San Mames, gdzie kolejne ciężkie wyzwanie czeka na Real Madryt. Potyczka z Athletikiem na pewno nie będzie należała do łatwych. Następnie Przemysław Tytoń postara się powstrzymać kolejnego rywala, którym tym razem będzie Almeria. Pierwszy gwizdek w tym spotkaniu o 19. Na koniec dnia natomiast Granada ugości na swoim obiekcie Malagę, która wraca na właściwe tory po małym kryzysie. Niedzielę zaczniemy o godzinie 12 i to od rywalizacji Barcelony z Rayo. Zapowiada się bardzo ciekawe spotkanie, ponieważ gracze Paco Jemeza nie boją się odważnej gry ze znacznie mocniejszymi przeciwnikami. Wieczorem zajrzymy m.in. na Anoeta, gdzie przyjedzie Espanyol i to będzie bardzo ważne spotkanie dla Papużek, bo teraz oni są pierwszą drużyną, której najbliżej do ścisłej czołówki. Natomiast w owej czołówce znajduje się Villarreal, który tym razem na El Madrigal podejmie Celtę, która chyba najgorszy okres w tym sezonie ma już za sobą. A o 21.00 zawitamy do Madrytu, gdzie czeka nas hit kolejki! Atletico podejmie Valencię na swoim obiekcie. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że Nietoperze tracą tylko oczko do graczy Diego Simeone. To może być kluczowe spotkanie dla losów obu klubów. Kolejkę zakończymy w poniedziałek meczem Cordoba-Getafe. Wiele emocji przed nami, na które już dziś serdecznie zapraszamy!

Autorzy: