Barcelona inna niż zwykle, czyli rozdarte serce kibica

Gran-Derbi1-620x362

Po ostatnim „El Clasico” wciąż czuję spory niedosyt. Byłbym doprawdy niewdzięcznym hipokrytą, gdybym powiedział, że końcowy wynik kolejnej odsłony tej odwiecznej rywalizacji mnie nie satysfakcjonuje. Owszem, przyznaję, zadowala, i to bezapelacyjnie. Lecz, jak przystało na kibica wychowanego w dobie romantyzmu Josepa Guardioli, nieskalanego piętnem topornego pragmatyzmu, usiłuję jednak tu i ówdzie wepchnąć tę kłującą szpileczkę subiektywnego niezadowolenia i osobistego rozczarowania.

Ale, pomijając wszelkie inne okoliczności dojścia do wyczekiwanego od blisko trzech lat triumfu nad rywalem ze stolicy w ligowych derbach, jednocześnie wraz ze zdruzgotaną nadzieją na wspaniały spektakl co się zowie, odczuwam też swego rodzaju zadowolenie, choć sam nie potrafię do końca uzmysłowić sobie, dlaczego. Czyżbym już dawno zapomniał – rozpieszczony przez artyzm i estetykę twórczej inwencji katalońskich mikrusów – że istnieją również i inne sposoby na to, by odnieść sukces? Bardziej bezpośrednie, nasycone kunktatorstwem i wyrachowaniem, ale tak samo skuteczne i zdające egzamin na ocenę celującą? A, nie, przepraszam, bardzo dobrą. Jakkolwiek bowiem na to nie spojrzeć, tutaj noty ponadprogramowej absolutnie wystawić nie można – wszakże słowo „minimum” wprowadzone w czyn swą prostotą nie znosi wcześniej ustalonej klasyfikacji.

Widok drużyny “Barcy” długimi fragmentami schowanej na własnej połowie, bez żalu oddającej inicjatywę w ręce (a raczej nogi) rywala, nie stosującej aktywnego pressingu, pozwalającej (choćby i do pewnego momentu) w pewnym stopniu się zdominować, czekającej tylko na sposobność do wyprowadzenia kontrataku, zdumiał mnie, ale też jednocześnie w jakiś nie do końca wytłumaczalny sposób podniósł na duchu. Nie sądziłem nigdy, że wyrachowana postawa, pochwała tchórzliwego kunktatorstwa, kiedykolwiek równie mocno co zdenerwują, wywrą na mnie tak bardzo pozytywne wrażenie. Czasami należy poświęcić ideę dla końcowego rezultatu, który skądinąd w ostatecznym rozrachunku liczy się (o zgrozo!) o wiele bardziej niż samo konkretne dążenie do niego.

Nigdy nie spodziewałem się, że będę w stanie cieszyć się z czegoś, czego nienawidzę. Ze zdołam pochwalić trend, którego tak naprawdę wcale nie pochwalam. Ze poczuję dumę z graczy, których uwielbiam, a którzy na ten jeden, tak niezwykle ważny moment wyparli się swego dziedzictwa…

Przykro, smutno, ale mimo wszystko szczęśliwie. Radość unurzana w kałużach złości, poczucie spełnienia zaciekle kłócące się z aspiracją ku (pozornie?!) wyższym wartościom. Wszystko to składa się na kumulację jakże sprzecznych emocji, a więc coś zazwyczaj powszechnie niespotykanego. A cały paradoks polega na tym, że nieoczekiwanie serwuje nam ją drużyna, która przez długie lata stała (i nadal stoi) na straży umiłowania celebracji pięknej gry. Ach, nieliche to zrządzenie losu, nieprawdaż, drogi sympatyku „Blaugrany”?…