Barcelona Vilanovy, czyli największa niewidzialna rewolucja świata

vilanova_2876188Rok temu o tej porze w którymś z biur Camp Nou Pep Guardiola spotkał się z prezesem Sandro Rosellem i powiedział mu, że chce odejść po zakończeniu sezonu. Wskazał też swojego następcę – Tito Vilanovę. Drugi trener miał zostać pierwszym trenerem. Wtedy jeszcze o całej sprawie wiedzieli tylko zainteresowani, a także malutka grupka działaczy. Tajemnica była tak dobrze strzeżona, że nie ujrzała światła dziennego do momentu wybranego przez Pepa. To była bomba, medialny szok.

Najbardziej z nóg zwalała oczywiście informacja o tym, że Guardiola odchodzi. To, że zastąpi go Tito, było niejako drugorzędne. Dopiero z czasem zaczęliśmy przyzwyczajać się do tej myśli. Pojawiły się pierwsze pytania – kim on jest, co on potrafi? Katalończyk, szerszej publiczności znany z tego, że jego oko spotkało się z palcem Jose Mourinho, miał prowadzić najlepszą drużynę świata? Marny piłkarz, trener bez prawdziwego doświadczenia… To nie miało prawa się udać. Tak się złożyło, że La Liga sezonu 2012/2013 dotarła niedawno do półmetka. Wynik Barcelony a la Tito – 18 zwycięstw, remis z Realem Madryt i porażka z Realem Sociedad. Gigantyczna przewaga i nad Atletico, i nad Realem. 66 strzelonych i 23 stracone bramki. Te wszystkie wspaniałe rekordy Realu z poprzedniego roku już teraz wiszą na włosku. Chłopcy Tito mogą w ciągu najbliższych miesięcy zremisować jeszcze cztery mecze, a i tak zgarną magiczne sto punktów.

Rok temu Barcelona była znakomita, niemal perfekcyjna. Teraz granicę perfekcji przekroczyła i egzystuje we własnym, pozbawionym przeciwników świecie. Czym różni się ekipa Tito od drużyny Pepa? Siedem czynników.

1. Konsekwencja
Pep był fanem ciągłych zmian taktycznych. Tito stawia na spokój. Obowiązującą formacją jest dobrze wszystkim znane 4-3-3 zmodyfikowane na modłę barcelońską w sposób potęgujący kreatywność i odciążający pozycję środkowego napastnika. Za czasów Guardioli grano a to trzema obrońcami, a to dziwną liczbą skrzydłowych, a to z Ceskiem na szpicy… Niemal tradycją stało się już to, że pochodzący z Santpedor trener przy okazji każdego meczu z Realem Madryt starał się czymś zaskoczyć przeciwnika. Wydawało się, że coś ma sens, ale prawda jest taka, że prawdziwa potęga Barcelony objawiła się dopiero teraz, gdy każdy doskonale wie, co ma robić. Nie ma żadnych nieporozumień, żadnych niejasności. Jeśli ktoś gra słabo, to dlatego, że ma gorszy dzień, a nie z powodu nierozumienia taktyki, co u Pepa zdarzało się wcale często (vide: daremne próby zrobienia z Daniego Alvesa skrzydłowego).

2. Obrona
Koniec dziwnych zabaw. Czterech obrońców ustawionych tak, jak każą podręczniki. Boczni defensorzy mogą sobie wychodzić do przodu, ale potem mają wracać i bronić. Za czasów Guardioli zdarzały się mecze, gdy drużyna grała dwoma obrońcami asekurowanymi przez Busquetsa. Teraz taka sytuacja jest niedopuszczalna. Znacznie mniej jest też ofensywnych szarż stoperów. Problemem Barcelony ciągle pozostaje obsada linii defensywnej, ale to kwestia kontuzji, czyli coś, na co Tito nie ma wpływu. Generalnie, gdybyśmy mieli w sobie tyle złej woli, by na siłę szukać rys na nieskazitelnym niemal obrazie „Dumy Katalonii”, to chyba wszyscy wskazalibyśmy właśnie na słabiutko obsadzoną obronę.

3. Iniesta 
Hiszpan w tym sezonie w klubie gra tak, jak w reprezentacji. Pep ustawiał go na skrzydle, Tito dał Kastylijczykowi praktycznie pełną swobodę. To uporczywe przypinanie Andresa do linii bocznej było u Guardioli bardzo irytujące. Dało się znaleźć w tym logikę – w końcu iluż środkowych pomocników można zmieścić w jedenastce? Ale z drugiej strony nie mówimy o byle kim. Iniesta to nie jakiś kolejny dobry grajek. Iniesta to geniusz futbolu, wirtuoz, człowiek, który samą swoją obecnością na murawie podnosi umiejętności kolegów. Nic dziwnego, że Tito dał mu wolną rękę. W tym sezonie Iniesta jest wolnym elektronem, na którym nie ciążą żadne okowy założeń taktycznych. Żeby uświadomić sobie zmianę jakościową w grze Andresa, wystarczy rzucić okiem na statystykę asyst. W czternastu meczach tego sezonu La Liga Hiszpan podarował kolegom jedenaście goli – dokładnie tyle samo, co w całych poprzednich rozgrywkach. To nie jest zmiana o kilkanaście procent, to jest gigantyczny skok.

Cesc-Fabregas-Bilbao_2869299

4. Cesc
Problemem Fabregasa od zawsze była jego uniwersalność. Był w stanie grać na pozycji defensywnego pomocnika, środkowego pomocnika, mediapunty, a także na środku ataku. W czasach Pepa Guardioli Katalończyk był traktowany jako zawodnik ofensywny, ale z dużą ilością zadań w defensywie. Cesc przyznał niedawno, że tym, co najbardziej przeszkadzało mu w rozwinięciu skrzydeł, była konieczność ciągłego biegania z jednego końca boiska na drugi. Tito Fabregasa ustawia zupełnie inaczej. Traktuje go jako środkowego pomocnika odpowiedzialnego za tempo gry. Dzięki temu były kapitan Arsenalu nie musi tyle biegać i może skupić się na podawaniu piłki i kreowaniu gry. Powolny, ale niestety nieuchronny, spadek formy Xaviego czyni transformację Cesca jeszcze istotniejszą. W końcu ktoś musi przejąć schedę po „El Pelopo”. Efekty tych wszystkich zmian są na wskroś pozytywne. Fabregas traci mniej piłek, więcej odzyskuje, mniej fauluje… Jest po prostu znacznie bardziej przydatny dla drużyny.

5. Busquets
Kolejna zmiana związana z jednej strony ze zdrowym rozsądkiem, a z drugiej z formą Xaviego. W tym sezonie Sergio gra znacznie bardziej ofensywnie i odważnie niż w poprzednich. Wcześniej zawsze zostawał z tyłu, zawsze asekurował. Teraz coraz częściej ostatnim pomocnikiem jest Xavi. Wychodzi z tego podobny system, co w Realu Madryt, gdzie podczas akcji ofensywnych kreatywny defensywny pomocnik zostaje, by asekurować kolegów, a pod pole karne rywala przesuwa się pivot czysto destrukcyjny. Ta zmiana funkcji Busquetsa nie byłaby możliwa, gdyby nie wspomniana wyżej reforma linii obrony. Nie ma już tak wielkiej potrzeby, żeby Sergio okazyjnie stawał się trzecim stoperem. Statystyczne porównanie osiągów pivota wyraźnie pokazuje, że w ciągu roku jego styl gry uległ zmianie. Hiszpan odbiera o kilkanaście procent więcej piłek i o kilkanaście procent więcej traci. Słowem – gra odważniej. Poza tym przy porównywalnej liczbie fauli popełnianych, liczba fauli na zawodniku spadła prawie o połowę. Jeszcze rok, góra dwa, a z Busiego będzie prawdziwa bestia drugiej linii. Może wtedy w końcu kibice przestaną patrzeć na niego przez pryzmat śmiesznych symulacji.

6. Obraz w mediach
Tito przyciąga znacznie mniej uwagi niż Pep. To niesamowite, ale ostatni raz tak mało medialnego trenera Barcelona miała kilkadziesiąt lat temu. Vilanova przez znakomitą większość czasu przebywa poza nawiasem publicznego zainteresowania. A gdy już w jego stronę zwracają się kamery, nie mówi on niczego kontrowersyjnego. Zawsze jest spokojny, zawsze wypowiada się mądrze i z szacunkiem. Pepowi raz na parę miesięcy zdarzało się stracić nerwy podczas konferencji prasowej. Na kryształowym wizerunku Tito nie ma na razie ani jednej rysy. Katalończyk jest dobrym wzorem dla piłkarzy. Wydaje się, że pod jego wodzą zawodnicy też się uspokoili. Praktycznie wcale nie narzekają już publicznie na złe traktowanie, nie doszukują się spisków i działań wszelakich grup nacisku. Robią to, co do nich należy. Takie zachowanie bardzo mocno kontrastuje z cyrkiem, jaki od kilku miesięcy mamy okazję oglądać na Santiago Bernabeu. Tam wydaje się, że ostatnio każdy się z każdym kłóci i każdy każdego nienawidzi.

7. Stosunek do młodzieży
Wszyscy znamy piękną bajkę o tym, że Barcelona opiera się na wychowankach, że nie musi nikogo kupować, bo genialnych zawodników wychowuje w La Masii. To tylko częściowo prawda. Pep bardzo lubił wystawiać nastolatków, powoływać ich do kadry meczowej, ogrywać itd. Tito jest znacznie bardziej wstrzemięźliwy. Guardiola w ostatnich sezonach ładnych parę razy tracił punkty, bo w kluczowych momentach stawiał na nastolatków, a nie weteranów. Vilanova, mimo że oczywiście doskonale wie, co się dzieje w szkółce, nie stawia na zawodników, którzy mają tylko talent. Potrzebne są solidne umiejętności. Dobrze widać to na przykładzie Gerarda Deulofeu. Młody skrzydłowy jest najlepszym graczem Barcy B i prawdopodobnie też najlepszym zawodnikiem całej drugiej ligi. Gra w kadrze U21, Del Bosque mówił ostatnio, że jakiś wewnętrzny głos podpowiada mu, że już bardzo niedługo nadejdzie moment, w którym Deulofeu będzie mógł zostać powołany do dorosłej kadry. A Tito chłopaka pomija. Gdy dziennikarze zapytali go, dlaczego tak robi, Katalończyk odpowiedział, że żeby grać w jego drużynie, zawodnik musi dysponować znacznie szerszym wachlarzem zagrań niż ten, którym może popisać się Gerard. 18-latek nie ma wyboru. Daje z siebie wszystko w rezerwach i czeka na swoją szansę. Gdy będzie gotowy, to pewnie bardzo szybko podbije piłkarski świat. Parę miesięcy oczekiwania ostudzi gorącą głowę.

W tym momencie Barcelona nie ma konkurentów, gra we własnej lidze. Tylko jakaś tragedia może sprawić, że Katalończycy nie zdobędą Ligi Mistrzów. Ale my już przyzwyczailiśmy się do wygrywania przez ekipę z Camp Nou meczu za meczem, to normalna sytuacja. Dziwniej robi się, gdy jakieś trofeum „Blaugranie” umyka. Znacznie ciekawsze od oglądania kolejnych zwycięstw i analizowania kolejnych rekordów jest oczekiwanie na to, aż Tito Vilanova popełni wart odnotowania błąd w sztuce trenerskiej. Na to niestety – dla dobra rywalizacji w hiszpańskim i europejskim futbolu – możemy czekać jeszcze bardzo, bardzo długo.

 

Autorem tekstu jest Piotr Dyga, współautor bloga PodPressingiem.wordpress.com