Barcelona w spódnicy: kibice lubią zabawki

Miałam szczęście być ostatnimi czasy w Barcelonie kolejny raz i muszę przyznać, że fascynujący jest stopień dominacji FC Barcelony w tym mieście. Miasto przesiąknięte jest klubem do szpiku kości, to miejsce ma bordowo-granatowe serce. I myślę, że jest to rewelacyjna sprawa. Spacerując urokliwymi uliczkami miasta Gaudiego, na każdym niemal kroku znaleźć możemy sklepy z bardziej lub mniej oficjalnymi klubowymi gadżetami. Jest tego całe mnóstwo, ile tylko można sobie wyobrazić, setki przeróżnych kształtów i smaków FC Barcelony, kompletnie wszystko. Począwszy od koszulek, zapalniczek, breloczków, po ciastka, stringi i prezerwatywy z herbem. Istny szał. Gdzie okiem sięgnąć, tam osoba w koszulce ekipy Messiego, z czapką czy jakimkolwiek innym dobrze widocznym gadżetem. Mężczyźni, kobiety, starsi, młodzi, osoby praktycznie w każdym wieku i niemal każdej narodowości. A najbardziej rozczulające są maluchy ubrane od stóp do głów w klubowe barwy.

To co się dzieje w okolicach rozgrywanego przez Dumę Katalonii meczu to jeszcze bardziej interesująca sprawa, inna bajka. Dookoła Camp Nou upchane są liczne stragany z oficjalnymi gadżetami, pełno wszystkiego potrzebnego na mecz, czapki, trąbki, zawieszki, koszulki, szaliki itp. FC Botiga jest naturalnie otwarta przed meczem, co daje okazję do niemałego i zupełnie nieracjonalnego shoppingu. Szał zakupów na całego. Wszyscy w koszulkach podnieceni czekającym ich meczem latają po ogromnej sklepowej przestrzeni jak opętani, biorąc ile można tylko unieść koszulek, kubków, zawieszek, breloczków, kieliszków i czego tylko dusza zapragnie. Sekcja z nadrukami na koszulkach pracuje na pełnych obrotach. W powietrzu da się wyczuć radosne podniecenie zbliżającym się spotkaniem pierwszej ekipy. Działa kilka kas, kolejka jest długa, ale nikt nie marudzi, wszyscy szczęśliwi wydając grube eurasy. Jeszcze tylko pani przy kasie miło zapyta z jakiego kraju jesteśmy i już można z piękną reklamówką (tak, ona też jest cudowna) iść na stadion, zasiąść na trybunach i cieszyć się pasjonującym widowiskiem. Camp Nou, zakupy, mecz, ech och ach!

Tak, kibice to straszni gadżeciarze, którzy lubią zabawki, uwielbiają i to bardzo. Mimo że doskonale zdaję sobie sprawę jak to działa, jako kibic z pełną swiadomością daję się wciągnąć w tę grę: marketing, sponsorzy, zyski, machina napędza się sama. Na byle czym można nadrukować FCB i w nieoficjalnym sklepie opchnąć, zawsze znajdzie się ktoś kto to kupi, tak jest. I nawet przy świetnych jakościowo rzeczach, jak ta koszulka Nike, która wiem, że jest dobra, ale nie gram w niej, zakładam raz na jakiś czas, chodzę w niej oglądać mecze, a i tak zapłacę za nią 100 euro i co najważniejsze – to sprawi, że będę najszczęśliwszą osobą na świecie. Albo 30 euro na mieście, w nieoficjalnym sklepie, już z nadrukiem, okej, w ostateczności. Chociaż to nie to samo, co zakupy na Camp Nou. Nabywanie klubowych gadżetów w magicznym sklepie przy samej katalońskiej świątyni piłki nożnej to niesamowite doznanie, niemal mistyczne, czerpanie u źródła. Podczas ostatniego wyjazdu, przed meczem z BATE Borysów zakupiłam sobie w FC Botiga wymarzoną bluzę Barcelony, kosztowała koszmarnie dużo i w normalnych warunkach nie wydałabym tyle za żadną bluzkę, a tutaj zrobiłam to z niebywałą przyjemnością, spełniłam marzenie, które chodziło za mną od dawna i wiecie co? To naprawdę rewelacyjne uczucie. Oczywiście nie kupiłam tylko bluzy, tam się nie da kupić jednej rzeczy. Ech cóż to były za zakupy! A piętro pierwsze z damskimi rzeczami, torebki, kopertówki z delikatnym nadrukiem herbu na pięknej skórze, ech… to następnym razem!

Niebywała frajda jest przy okazji zakupów, ale nie tylko dla siebie. Fantastycznie jest także kupować gadżety dla kogoś, najlepiej oczywiście dla jakiś znajomych fanów, bo ich przesiąknięte Barceloną głowy i serca zdołają to odpowiednio docenić, ale w zasadzie bosko jest obdarowywać klubowymi gadżetami wszystkich. Z pierwszego wyjazdu do Barcelony przywiozłam coś ze sklepu na Camp Nou niemal całej rodzinie, tacie otwieracz, bratu breloczek, chrześnicy nawet kaczkę do kąpieli. Napełniło mnie to taką radością jakbym to sobie coś kupiła. Ostatnio jej siostrze pod choinkę podarowałam śpiochy Barcelony – i w sumie dla mnie był to największy prezent. A widząc bobasa w bordowo-granatowych śpiochach, cuuudo! Z ostatniego wyjazdu przyjechał śliniak Barcy.

Z psychologicznego punktu widzenia jest to pasjonujące i straszne zarazem. Mózg kibica można porównać do mózgu dziecka, chce tych błyskotek z ulubioną kreskówką, chce ich teraz już, dużo. I najlepsze, a zarazem niebezpieczne, jest to, że nie ma nad nami głosu rozsądnej mamy, która mówi “nie mogę, masz już to, kiedy indziej, nie wszystko na raz”. Masz gotówkę, to kupujesz. Ach, jak wielką to sprawia frajdę i radość. Mój pokój wygląda jak pokój 10-letniego chłopca, pościel FC Barcelony, jasiek FC Barcelony, plakat nad łóżkiem FC Barcelony. Na studiach mieszkałam w 3-osobowym pokoju i nie raz jakaś odwiedzająca osoba po szybkim rzuceniu oka na ścianę nad moim łóżkiem pytała, czy mieszka z nami chłopak. W szafie koszulki i jedno marzenie… za 40 lat mieć ich całą szafę, z każdego sezonu przynajmniej po jednej, a najlepiej po dwie: domową i wyjazdową. Ech, to porąbane i kapitalne zarazem. Daje szalenie dużo radości. Cieszę się jak dziecko, widząc koszulki i zakładając jakąś na mecz.

Z jednej strony wydajemy grubą kasę na coś, co bez znaczka FCB byłoby 4 razy tańsze, a z drugiej… to daje szczęście. Budzi we mnie dziecko, dziewczynkę, która chce wszystko z ulubioną bajką i to jest właśnie moja bajka: FC Barcelona. Daje mi możliwość bycia dzieckiem i to jest odjazdowe. Dzieckiem, które wyczekuje meczu jak maluch wyczekuje Bożego Narodzenia, które same sobie kupuje prezenty i może mieć niemal wszystko z ulubionymi bohaterami, a nawet lepiej, bo tych bohaterów może zobaczyć na żywo i nie są tylko narysowani. Dziecko, które cieszy się ogromnie i smuci, które kocha swoją bajkę i wie, że nigdy nie będzie innej, ulubieńszej. I mimo że już jestem dorosła, fajnie jest mieć taką wymówkę, by otwarcie manifestować cząstkę dziecka w sobie. Zakładać koszulkę, szalik, bluzę w kochanych barwach i na stadionie bądź w barze z innymi fanami zdzierać gardło. A dodatkowo jakie to praktyczne, inni nie mają problemu z prezentami, bo nawet jeśli już coś podobnego masz, rzecz ze znaczkiem FC Barcelony cieszy ogromnie i… tego nigdy za wiele!

Podpisano: Uzależniona dziewczynka, zakochana w FC Barcelonie po uszy.