Barcelona w spódnicy: Ligowy dramat Dumy Katalonii

W jednym z poprzednich felietonów prowadziłam rozważania na temat pojawiających się stwierdzeń, że kibicowanie FC Barcelonie jest nudne. W większości mówiły tak osoby, które trochę orientują się w piłkarskim świecie, ale nie są fanami ekipy Guardioli. Byli to zwykle ludzie, którzy raz na ileś obejrzą Gran Derbi, albo usłyszą co nieco o kolejnej wygranej drużyny z Katalonii i na tym kończy się ich wiedza. Nie będę się teraz nad nimi rozwodzić, ale w świetle ostatniej porażki Blaugrany i niemal pewnej straty szansy na mistrzostwo Hiszpanii chciałabym powrócić do tematu rzekomej monotonii związanej z kibicowaniem tej drużynie. Powiem jedno: nudy nie było i wiedzą to Ci, którzy dokładnie śledzą poczynania klubu. Ale jeżeli już ktoś twierdził, że była, teraz na pewno już tego powiedzieć nie może.

Barcelona poległa w przedwczorajszym (tj. 11 luty) meczu ligowym z Osasuną. Dystans do lidera tabeli Primera Division: Realu Madryt, wynosi w związku z tym już 10 punktów. Mamy dopiero luty a taka strata i bardzo dobra dyspozycja konkurenta nie daje szans na tytuł, oczywiście teoretycznie. Nie byłabym sobą, gdybym nie wtrąciła, że mój niepoprawny optymizm karze mi żywić cichą nadzieję, że mistrzostwo jest jeszcze w zasięgu ręki… Ale jak wiemy to nadzieja umiera ostatnia. Z drugiej strony w tym wypadku szukanie szansy na tytuł jest niczym innym jak oczekiwaniem na potknięcie Realu, a takiej nadziei nie chcę mieć… I strasznie mnie denerwuje, że tylko błąd ich jest dla nas szansą. Trzeba to przyznać, w tym sezonie Real jest lepszy i jeżeli, a wszystko na to wskazuje, zdobędzie mistrzostwo Hiszpanii, będzie to zasłużone. Gracze z Madrytu robią w tym sezonie świetną robotę. Ale jako wierny kibic Barcy dodam, że w Lidze Mistrzów mamy trochę do udowodnienia i wierzę, że mistrzostwo Hiszpanii jest jedynym trofeum, które Real zdoła nam w tym sezonie sprzątnąć sprzed nosa. Do tego jest jeszcze kwietniowe Gran Derbi, które trzeba wygrać.

Kiedy w 1/16 Pucharu Króla drużyna wygrywała wysoko, jak na przykład z L’Hospitalet 9:0, wielu znajomych mówiło mi: „Jaka nuda, nie ma co oglądać, masakra.” Odpowiadałam im wtedy, że wiele można powiedzieć o grze Barcy i samym klubie ale nie to, że gdzieś tu wkrada się monotonia. Kiedy ktoś „zarzucał” drużynie, że wygrywa wszystkie spotkania pytałam: „Jakie wszystkie? A co wszystkie oglądałeś?” Niestety klub nie wygrywał bez przerwy, a chciałbym, żeby tak było. Od początku sezonu Barcelonie zdarzały się potknięcia na wyjazdach i później niepokojące było utrzymywanie się Realu na pozycji lidera. W ostatnich spotkaniach, kiedy nie można było pozwolić sobie już na żaden błąd w perspektywie walki o mistrzostwo, z zapartym tchem śledziłam każdą potyczkę, denerwując się jakby każdy pojedynek był walką na śmierć i życie. Każdy kolejny remis był coraz bardziej niepokojący, w oczekiwaniu na zbawienną bramkę obgryzałam paznokcie, trzymałam kciuki i robiłam co tylko się da żeby wesprzeć chłopców w tych chwilach.

Niestety podczas sobotniego spotkania z Osasuną nie mogłam śledzić na bieżąco losów pojedynku. Miałam imprezę ustaloną już od dawana i kiedy zorientowała m się, że koliduje ona z meczem powstał wielki dylemat czy grubo spóźnić się na spotkanie i obejrzeć mecz, czy dotrzymać słowa, że będę na czas i nie zobaczyć tej ligowej rozgrywki. W końcu postanowiłam pójść na imprezę a spotkanie Dumy Katalonii śledzić sprawdzając wynik na komórce. Byłam pewna, że w starciu z takim przeciwnikiem jak Osasuna moja drużyna sobie poradzi. Siedząc ze znajomymi przy drinku sprawdzałam wynik i nie mogłam się nadziwić temu, co znajdowało się na wyświetlaczu telefonu. Barcelona przegrywała, a kiedy pierwsza połowa skończyła się wynikiem 2:0 dla gospodarzy, nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Cały czas siedziałam przy stole i brałam udział w dyskusji, ale moje myśl wciąż uciekały na Estadio Reyno de Navarra. Zastanawiałam się co dokładnie dzieje się na murawie, jak mają się Ci, którzy na boisku próbowali coś zdziałać, wymyśleć jak pokonać przeciwnika i nie mogłam zrozumieć czemu się to nie udawało…. Kiedy Barcelona strzeliła pierwszą bramkę pomyślałam:  „Wracamy i zaraz pokażemy wam co potrafimy!”. Ale kiedy kolejne minuty mijały, zbliżał się nieuchronnie ostatni gwizdek sędziego a wynik wskazywał na porażkę Blaugrany 3:2, byłam coraz bardziej niespokojna. Niestety rezultat ten nie uległ już zmianie i goście z Katalonii przegrali.

Kiedy w nocy wyszłam od znajomych, zmierzając do domu myślałam: czemu tego nie widziałam? Przecież mogłam się spóźnić na imprezę. Nic by się wielkiego nie stało. Kilka osób również było później… I kiedy dotarłam do mieszkania obejrzałam powtórki wszystkich bramek i przeczytałam opinie o odbytym spotkaniu. Nie udało mi się znaleźć pełnej powtórki całych 90 minut meczu, a przyznać trzeba, że o 3 w nocy byłam bardzo zdeterminowana, żeby całe obejrzeć. Może to się wydać głupie, ale nie mogłam sobie wybaczyć, że tego nie widziałam. I nie chodzi o to, że nic by to nie zmieniło. Kiedy oglądasz mecz swojego ukochanego klubu to wspierasz swoją drużynę. Wydaje mi się, że wbrew pozorom coś to daje. A fakt, że tego nie widziałam był niejako brakiem poparcia dla zawodników. To jest im potrzebne, bez względu na to czy jesteś na stadionie, czy oglądasz mecz w zaciszu własnego domu okazujesz wsparcie.

W trudnych chwilach, my kibice jesteśmy dla drużyny bardzo ważni. Wspierajmy ich. Wiem, że zaraz ktoś powie: „drugie miejsce w lidze, wielkie mi coś”. Oczywiście nie jest to tragedią i powinniśmy się tym (bardzo  prawdopodobnym) wicemistrzostwem cieszyć. Ale wobec takiej potęgi, która w poprzednich sezonach parła do przodu niezwyciężona, a w ostatnim zdobyła wszystko co mogła oprócz Pucharu Króla, oczekiwania są wyższe. Liga zaczęła się dobrze. Inaczej znosilibyśmy to drugie miejsce gdyby było ono rezultatem wyrównanej walki o fotel lidera do końca, gdyby okazało się to w przedostatniej kolejce, wtedy rozumiem. Ale strata ligi w lutym boli, bo zaczynaliśmy ją jako niekwestionowany leader. Nie udało się – trudno, jest jeszcze dużo do zdobycia. Ale wiecie co? Nie zawiodłam się na nich, zdarzyło się co zdarzyło i trzeba iść do przodu. Zawiodę się gdy oleją ligę i nie będą walczyć.

Dlatego mam zamiar pokazać tej drużynie, że dla mnie jest wygrana i strata mistrzostwa Hiszpanii w tym sezonie tego nie zmieni. Podczas kwietniowego spotkania z Athletic Bilbao pojadę do Barcelony. Na Camp Nou w koszulce Dumy Katalonii i z herbem na piersi, będę kibicować im najgłośniej jak potrafię. Zdaję sobie sprawę, że tamten mecz losów ligi już zapewne nie odwróci, ale tak musi zrobić każdy kibic niezależnie czy będzie to w domu czy na stadionie, głośno pokazać: nic się nie stało, wstajemy i walczymy dalej. Poddając się stracimy o wiele więcej. I chcę w kwietniu wyjść z Camp Nou z bolącym gardłem nie mogąc powiedzieć ani słowa i napisać wam moje wrażenia. Chcę wtedy powiedzieć: zrobiłam co mogłam aby ich wesprzeć. Liga nie jest stracona, jest do odzyskania za rok. Ale jeżeli się poddamy do stracenia jest o wiele więcej –  honor, a na to nie możemy sobie pozwolić. W końcu to jest FC Barcelona. I kocham ich niezależnie od tego, na której lokacie skończą La Ligę.

Źródło zdjęcia: zimbio.com