Barcelona w spódnicy: Marzenie o Camp Nou się spełnia! Part 1

Wyszłam z domu w dzisiejszy poranek i nie mogłam się nadziwić, jak obraz, który ukazał się moim oczom, różni się od tego z wczoraj i kilku ostatnich tygodni. Wcześniej na przemian obserwowaliśmy śnieg albo deszcz, chlapę, było szaro i ponuro, jakoś tak niefajnie. A tu dzisiaj zmierzając do pracy ujrzałam zieloną trawkę, żadnego śniegu i śliczne słoneczko, które aż raziło w oczy. Pomyślałam: wreszcie wiosna! Ucieszona jak małe dziecko z nowej zabawki ruszyłam pewnym krokiem przed siebie. Patrząc za okno już w pracy, podziwiając błękitne niebo i mocne promienie słońca, byłam przekonana, że ten dzień zaliczyć będzie można do udanych. Dziś 29 luty, już jutro zaczyna się marzec, całkowicie wyjątkowy dla mnie miesiąc w tym roku, zaraz dowiecie się dlaczego.

Był grudniowy poranek, zaczynając pracę od sprawdzenia kilku agregatorów lotów i stron linii lotniczych natknęłam się na nie lada rarytas, tani lot do Barcelony. Od jakiegoś czasu zdarzało mi się aktywnie poszukiwać takich okazji. Gdy okazało się, że Guardiola nie śpieszy się z przedłużeniem kontraktu, który wygasa wraz z końcem sezonu, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i właśnie teraz spełnić swoje wielkie marzenie – być na meczu na Camp Nou. Stwierdziłam, że do czerwca muszę odwiedzić stadion FC Barcelony i właśnie teraz zobaczyć Pepa i jego „dream team”. I przeglądałam loty szukając jakiegoś na wiosnę, który będzie w takim czasie, żebym miała możliwość bycia na jakimś ligowym pojedynku Dumy Katalonii. I w ten grudniowy poranek znalazłam idealny. Tydzień w Barcelonie: 29 marzec – 5 kwiecień, mecz z Atletic Bilbao 29 marca albo 1 kwietnia. Nie zapomnę jak cały mój pokój w firmie kibicował mi, żebym go rezerwowała, kiedy siedziałam przy biurku zastanawiając się co zrobić… Czy wystarczy mi pieniędzy na tygodniowy wyjazd połączony z (nietanim) meczem na Camp Nou? Targana emocjami zastanawiałam się, a wszyscy znajomi z pracy wiedzieli, że jest to moim wielkim marzeniem i niemal bili brawo zachęcając, żebym to zrobiła. Zadzwoniłam do koleżanki, z którą planowałam wyjazd, ustaliłyśmy w 5 minut, że to jest to i kupiłam bilet. Spontaniczna decyzja i marzenie życia zaczyna się spełniać. Nie zapomnę tego uczucia gdy dostałam potwierdzenie rezerwacji, patrzyłam na nie, jeszcze raz studiując Warszawa – Barcelona, Barcelona – Warszawa i ewidentnie nie docierało do mnie, że to się dzieje naprawdę… Tego się nie da opisać. Wszystko stało się szybko, spontanicznie, bez większego planu, po prostu jadę i tyle.

I teraz kiedy widzę śliczne słoneczko, w powietrzu niemal czuć wiosnę, a  jutro będzie już marzec nie mogę się nie uśmiechać, podekscytowana nie mogę uwierzyć, że moje marzenie się spełni. Pojadę na Camp Nou, zobaczę to na żywo, poczuję tę atmosferę. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić jakie będą to emocje. Wejdę w koszulce Barcelony (naszykowana czeka do wyjazdu) z herbem Barcy na piersi na stadion by doświadczyć „més que un club”. By zaśpiewać hymn całą piersią, by kibicować z całych sił, by być tam dla tej drużyny, z innymi kibicami okazywać im wsparcie. Będę tam płakać ze szczęścia, z radości, że mogę tam być. Po tym wyjeździe banan z twarzy to mi chyba przez dwa tygodnie nie zejdzie.

Nawet teraz, kiedy zostały 4 tygodnie do wylotu nadal nie mogę w to uwierzyć. Gdy myślę sobie, że za miesiąc o tej porze będę lądować w Barcelonie, że w końcu zobaczę to wspaniałe miasto a najważniejsze – że będę na Camp Nou cały czas to do mnie nie dociera. Tak naprawdę cały czas nie mam dokładnego planu co zwiedzę, jak spędzę każdy dzień. Wiem, że przejście po całym Camp Nou, zobaczenie muzeum stadionu jest ważnym puntem wycieczki, nie mówiąc o samym meczu. Ale tak naprawdę tylko to jest pewne, cały czas myślę, że w końcu trzeba coś ustalić, co zobaczyć, gdzie pojechać, ale jeszcze tego nie zrobiłam.

Jadę do Barcelony nie tylko na mecz, ale jest jeszcze jeden bardzo ważny cel tej podróży. Chcę utwierdzić się w przekonaniu, które towarzyszy mi od długiego czasu, że Barcelona to idealne miejsce dla mnie. Pod względem klimatycznym przede wszystkim (jestem strasznym zmarzluchem ;)), ale również pod względem kulturowym i dlatego, że jest tam FC Barcelona, drużyna, której kibicuję od wielu lat. Nie wiem czy będzie możliwość, żebym tam kiedyś mieszkała, pewnie nie przez wzgląd na moją pracę. Ale gdybym nauczyła się hiszpańskiego w takim stopniu jakim bym chciała i gdybym dostała propozycję pracy tam w zawodzie – pakuję się w 5 minut i lecę! To byłaby super przygoda. Ach..,. jak tylko o tym pomyślę na mą twarz wkrada się szeroki uśmiech. Także wyjazd jest po to, żeby zobaczyć, doświadczyć i poczuć Barcelonę!

Wiem jedno – nie będę chciała stamtąd wracać. I jestem przekonana, że niezależnie od tego czy będę kiedyś tam mieszkać czy nie, będę chociaż tam bywać. Będę jeździć na mecze i rozkoszować się tym miejscem.

A po moim pierwszym pobycie w kwietniu zdam wam dokładną relację i może wielu przekonam do spełniania marzeń, bo naprawdę warto. Kolejne spełnione marzenie będzie odhaczone na mojej liście. W zasadzie nie marzenie, a plan, bo jest to zdecydowanie lepszym stwierdzeniem. Plany się realizuje i tak trzeba do tego podchodzić, nie marzenie… bo do marzeń podchodzimy często tak: “no może kiedyś się spełni”, “fajnie by było”, ale tak to nigdy się to nie uda, trzeba działać! To ma być Twój plan i jeśli tylko konsekwentnie dążysz do jego realizacji, niezależnie co nim jest – w końcu go zrealizujesz.

Życzę wam spełniania marzeń – planów, częstych pobytów na stadionie Blaugrany i miłości do FC Barcelony do końca. Mam nadzieję, że nawet za kilkanaście lat wezmę mojego chrześniaka na mecz do Hiszpanii, opowiem mu o tym pierwszym wyjeździe i zarażę go miłością do tego klubu. I życzę każdemu kibicowi, aby miał kiedyś okazję być na meczu ukochanej drużyny. Do zobaczenia na Camp Nou!

Źródło zdjęcia: fcbarcelona.com