Barcelona w spódnicy: Marzenie o Camp Nou się spełnia! Part 2

Druga połowa miesiąca trwa w najlepsze, mamy dziś już 19 marca i wizja wyjazdu do Barcelony staje się coraz bardziej realna. Chciałabym teraz drodzy Czytelnicy, podzielić się z Wami wrażeniami dotyczącymi kolejnego etapu przygotowań do wycieczki, a mianowicie kupowaniem biletu na mecz FC Barcelony na Camp Nou.

Bilet jest bardzo ważny, bo bycie na meczu ukochanej drużyny na jej stadionie, dodajmy, że tak monumentalnym, jakim jest Camp Nou to nie lada przeżycie i jest dla mnie kluczową kwestią całego wyjazdu. Właśnie po to tam jadę, lecę do Barcelony żeby zobaczyć „Dream Team” Guardioli w akcji. Wybrać się do tego katalońskiego miasta a nie być na Camp Nou to jak być nad morzem i się nie wykąpać. Zatem pobyt w tym mieście jest równoznaczny z odwiedzeniem stadionu drużyny, przynajmniej oczywiście dla kibica Blaugrany.

Także rozglądając się za biletami lotniczymi brałam pod uwagę przede wszystkim to, czy w tym czasie Duma Katalonii będzie grała jakieś ligowe spotkanie na własnym terenie. Na szczęście znalazłam fajny lot na przełomie marca i kwietnia i okazało się, że właśnie wtedy jest starcie Barcelony z Athletic Bilbao, czyli całkiem niezłym przeciwnikiem. Dodam, że akurat mecz ten będzie przeprowadzony w dosyć trudnym dla zawodników okresie, bowiem będzie to między dwoma spotkaniami z Milanem w ramach fazy ćwierćfinałowej Ligi Mistrzów. Do tego wszystkiego dołożyć trzeba pogoń za Realem Madryt w lidze, która po ostatnim remisie Królewskich nabrała rozpędu,  także na pewno będzie się  w Barcelonie wtedy działo dużo, i na boisku, i poza nim.

Pojedynek z Athletic Bilbao (1.04.2012) będzie z pewnością ciekawym widowiskiem i stanowić będzie niezły przedsmak finału Pucharu Króla. Trzeba w tym starciu dobitnie pokazać kto tu rządzi, aby do finałowej rozgrywki przystąpić z odpowiednią przewagą psychiczną. Myślę, że jest duże prawdopodobieństwo, że ten,  kto wygra w ligowej potyczce będzie miał większe szanse na zgarnięcie pucharu. Dlatego też, jak się okazało przypadkowy wybór meczu podyktowany promocją lotów do Barcelony spowodował, że będę na najlepszym i najbardziej emocjonującym spotkaniu ligowym Dumy Katalonii na jakim tej wiosny mogłabym być, oczywiście nie licząc kwietniowego Gran Derbi. Ach El Clásico… Kiedyś zobaczę je na żywo. W tym roku pewnie nie, ale pewnego dnia będę na Camp Nou oglądać potyczkę tych dwóch odwiecznych hiszpańskich rywali. Najpierw trzeba spełnić marzenie generalnie o meczu Barcy na Camp Nou, kiedy to się stanie „uaktywni” się kolejne marzenie, a raczej plan, który wtedy będę realizować: El Clásico na Camp Nou. Później w kolejce „do bezwarunkowej realizacji” są: finał Pucharu Króla, finał Ligi Mistrzów itd… Jest co spełniać, są ogromne ilości meczów, na jakich chciałabym być – to w zasadzie wszystkie spotkania FC Barcelony. Każde bez wyjątku jest niezwykłe i warte zobaczenia na żywo, jestem o tym przekonana.

Także „to marzenie”, które już za kilka dni zrealizuję jest pierwszym krokiem, pierwszym w Barcelonie i na Camp Nou. Później pójdzie jak z płatka, przynajmniej mam taka nadzieję.

Przyznam szczerze, że kupowanie biletu na mecz w moim wydaniu spotkało na swej drodze trochę przeciwności i przygód. Nie było tak, jak sobie to zaplanowałam: wyjątkowy dzień, lampka wina, wybór najlepszego sektora (oczywiście cenowo w granicach rozsądku, mecz z Bilbao ma status A więc szaleństwo też nie wchodziło w grę, ale ceny nie były jeszcze tragiczne). Miałam plan, że już samo kupowanie biletu będzie niemal mistycznym rytuałem, że już podczas pierwszego razu zapoczątkuję jakąś fajną tradycję, którą będę później kontynuować. Niestety życie zweryfikowało moje podejście i szybko okazało się, że  zdobycie biletu strasznie przeciągnęło się w czasie i kosztowało mnie wiele nerwów. Ale zacznijmy od początku.

Najpierw nie sprawdziwszy oczywiście sposobu płatności za bilet wymyśliłam sobie, że muszę założyć koniecznie konto walutowe, żeby móc zapłacić w euro. Kiedy już to zrobiłam i świeżutkie konto z odpowiednią ilością euro czekało na moje rozkazy przystąpiłam do zakupu biletu. Bardzo szybko wyszło na jaw, że to nie przelew z konta jest potrzebny a zapłata kartą kredytową. Na szczęście ją już miałam i nie musiałam już niczego zakładać. Ale na tym nie skończyły się moje przygody, z zawrotną prędkością pojawiały się kolejne kwestie, które powodowały, że bilet oddalał się ode mnie niemiłosiernie. Okazało się bowiem, że według serwisu biletowego ticketmaster.es, na który skierowała mnie oficjalna strona Barcy, jest informacja o dwóch sposobach odbioru biletów. Można odebrać bilet w domu, zostanie on przesłany z Barcelony kurierem za jedyne (!) 40 euro. Druga opcja to odebranie go w Barcelonie. Można to zrobić w różnych punktach w całym mieście i nie tylko. Ten sposób zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu, ale pojawił się mały szczegół, który napsuł mi troszkę nerwów. Serwis ticketmaster zastrzega, że trzeba odebrać bilet trzy dni robocze przed wydarzeniem. Ja za to miałam wylądować w stolicy Katalonii dwa robocze dni przed planowanym meczem, zatem pojawił się problem. Napisałam do nich i okazało się, że trzy dni dotyczą koncertów, a bilet na mecz można odebrać nawet 5 minut przed pojedynkiem. Szkoda, że nie napisali o tym słowem na stronie. No dobrze, przejdźmy dalej.

Po  wielu perypetiach mogłam wreszcie kupić upragniony bilet na mecz FC Barcelony z Athletic Bilbao, bo wszelkie kwestie odbioru i płatności miałam już obcykane. Założyłam sobie w jakim mniej więcej chcę siedzieć sektorze, ile mogę pieniędzy na to przeznaczyć i przystąpiłam do dzieła. I co się okazało, nie było już biletów na sektory jakie sobie wybrałam, ale był na jeszcze lepszy, droższy o 20 euro. Stwierdziłam: raz się żyje, skoro będę miała jeszcze lepszą miejscówkę i lepszy widok na moją drużynę to jeszcze lepiej. Wypełniłam wszelkie wymagane pola kliknęłam zapisz i… i nic, okazało się, że ten bilet został sprzedany podczas kiedy bawiłam się w wypełnianie wymaganych pól. Nie poddając się próbowałam dalej, tym razem w gorszym sektorze, bo w tych fajnych nie było biletów, tu sytuacja się powtórzyła, przy kolejnej próbie okazało się, że biletów na to wydarzenie nie ma już w ogóle. Wiem, że to cały czas się zmienia i bilety powinny jeszcze być, ale przyznam, że cała sytuacja coraz bardziej zaczęła mnie irytować… W końcu po wielu próbach i zszarpanych nerwach późną nocą położyłam się spać, kładłam się ze złością, że jeszcze nie mam biletu i przyznam szczerze lekką nutką strachu: „Co jeśli w ogóle nie uda mi się go kupić? Czy na miejscu będzie w ogóle taka możliwość?”. Nie dawało mi to spokoju, że wyjazd się zbliża wielkimi krokami  a ja nie mam jeszcze biletu wstępu na pokaz futbolowej siły i precyzji,  a zarazem główną atrakcję wyjazdu , czyli Blaugranę w akcji. Postanowiłam spróbować rano, może mniej osób będzie w serwisie, chociaż nie chciało mi się wierzyć, że cały czas ktoś kupuje bilety,… No, ale jest ich ponad 90 000 także różnie może być.

Następnego dnia z rana wzięłam się od nowa za to samo, zdenerwowana i zirytowana chciałam to już mieć za sobą. Nie było dla mnie już tak istotne gdzie będę siedzieć, ważne było, żeby już mieć ten bilet na Camp Nou i żebym w końcu ze spokojem mogła zająć się planowaniem innych elementów wycieczki. Rano sytuacja się powtórzyła, a nawet było gorzej bo z samego rana powitała mnie w serwisie informacja, że nie ma żadnych dostępnych biletów. Poczułam obawę, że już ich wcale nie będzie, masakra, nawet nie chcę wspominać tej chwili. Ale odczekałam troszkę i spróbowałam znowu, i już były bilety, na dobry sektor, także stwierdziłam, że biorę. Kiedy już wypełniłam wszystkie pola pojawił się błąd i znowu nie mogłam kupić biletu, moja frustracja narastała. Po którymś razie pomyślałam, że może dam sobie spokój i poproszę kolegę z Barcelony, żeby mi kupił. Ale z drugiej strony mam zamiar troszkę częściej w przyszłości bywać tam na meczach i muszę dokładnie poznać mechanizm kupowania biletów przez Internet, nie ma innej opcji. Zatem z żelazną konsekwencją i niemal już rutynowo kolejny raz próbowałam: chwila konsternacji czy będzie w miarę dobrze widać boisko i  wypełniałam kolejny raz „wniosek o bilet”. W końcu się udało, aż sama nie mogłam w to uwierzyć. Na dodatek wydałam mniej niż zaplanowałam i maiłam całkiem niezły sektor, w środkowym rzędzie zaraz od strony boiska, także super.

Cóż mogę powiedzieć: kamień spadł mi z serca. Co wtedy poczułam? Przede wszystkim nieprawdopodobną ulgę. I ogromne szczęście. Bo teraz, mając w ręku wydrukowane potwierdzenie, które ma mi posłużyć jako dokument, na podstawie którego juz w Barcelonie odbiorę bilet przed meczem, poczułam, że to się naprawdę spełnia. W końcu miałam tego namacalny dowód. Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze tylko kilkanaście dni i tam będę. Będę w przepięknej i niezwykłej Barcelonie, a przede wszystkim będę na niezłym spotkaniu z cyklu La Liga. Na żywo podziwiając mecz mojej drużyny na jej stadionie. Nie wiem nawet jak opisać tą chwilę. Wydaje mi się, że to za dużo szczęścia na raz. Poczułam się naprawdę happy.

Mam nadzieję, że te moje przeżycia i doświadczenia związane z zakupem biletu posłużą komuś z Was, kto planuje wybrać się na Camp Nou. Może dzięki temu ominie Was kilka nerwowych etapów tego procesu. Życzę Wam, żebyście kupili z powodzeniem bilet na Camp Nou i byli kiedyś na meczu tej niezwykłej drużyny. Jeszcze tam nie pojechałam a już nie mogę przestać się uśmiechać na samą myśl. Ach, Camp Nou…

Źródło zdjęcia: wordpress.com