Barcelona w spódnicy: W 3 sekundy od załamki do euforii

W trwającym sezonie ligowych rozgrywek FC Barcelona została pokonana czterokrotnie. Trzy punkty zdołały Azulgranie wyrwać następujące drużyny: Real Madryt, Celta Vigo, Real Sociedad oraz, w zeszłą sobotę, Malaga. Miejmy nadzieję, że ten wynik porażek w La Liga do końca obecnych zawodów hiszpańskiej Ekstraklasy nie ulegnie już zmianie. Oczywiście, o ile przegrana z drużyną tak silną jak Real Madryt jest w jakimś stopniu wpisana w odwieczną rywalizację z konkurentem ze stolicy, o tyle strata punktów z ligowym średniakiem, nawet będąca wypadkiem przy pracy powoduje, delikatnie mówiąc, zdziwienie.

Spośród przegranych Barcy nic nie wzbudziło w drużynie i całym piłkarskim środowisku takich emocji jak niepowodzenie z Realem Sociedad, z którym notabene FC Barcelona w ostatnich latach ma na wyjazdach tradycyjnie już spore problemy. Zatem porażka z tym zespołem aż tak strasznym szokiem być nie powinna, nie można tego porównywać do zdziwienia po przegranej z Celtą czy ostatnio z Malagą. Strata punktów z podopiecznymi Davida Moyesa w bardzo kiepskim stylu położyła cień szczególnie na sylwetkę trenera Dumy Katalonii: Luisa Enrique. Hiszpańskie media szeroko rozpisywały się nad postawionym mu rzekomo ultimatum: dwa następne spotkania Barca miała wygrać, albo Enrique straci posadę. Wtedy Messi i spółka mieli przed sobą pojedynki z Elche w ramach 1/8 Copa del Rey i następnie z Atletico w lidze. Oczywiście Elche miało być  „treningiem”, najważniejsze starcie Blaugrana miała stoczyć z Los Rojiblancos. Oprócz ultimatum krążyły również pogłoski o nieporozumieniach w szatni, głównie konflikcie na linii Luis Enrique – Messi. Co biorąc pod uwagę „rangę” Argentyńczyka w klubowej szatni potęgowało tylko wrażenie, że szkoleniowiec jest już jedną noga poza Camp Nou. Dodatkowo atmosferę do czerwoności podgrzewał fakt, że dzień po feralnej wpadce w San Sebastián z funkcji dyrektora sportowego zwolniony został Antoni Zubizarreta a zaraz po nim zakończyć współpracę z Dumą Katalonii postanowił także Carles Puyol, który od wakacji pracował w dyrekcji sportowej klubu. Także to jedno ligowe niepowodzenie zaczęło się powiększać niczym śniegowa kula do zamieszania w zarządzie, szatni i głowach milionów kibiców na całym świecie zatroskanych o sytuację w klubie. Wszyscy z zapartym tchem czekali na mecz z ekipą Diego Siemeone. Byłam przed tym meczem pełna obaw i nie mogłam wysiedzieć na uczelni denerwując się tak, jakbym to ja miała ważny egzamin, a swoim, który rzeczywiście tego samego dnia miałam, nie przejmowałam się w ogóle. Chciałam tylko jak najszybciej wyjść, wrócić do domu i oglądać już ten mecz. Jego rezultat przyćmił moje najśmielsze oczekiwania, Barcelona w pięknym stylu wygrała z rywalem ze stolicy 3:1 a bramki strzeliła cała trójka napastników: Messi, Suarez oraz Neymar – lepszego scenariusza tego pojedynku nie mogłabym chyba sobie wymarzyć, no może 5:0, ale aż tak nie szalałabym z marzeniami. Lucho egzamin zdał, dzięki czemu wszyscy w tempie bolidu Formuły 1 zapomnieli o ultimatum i problemach. Wróciła stara, silna, najlepsza Barcelona.

Ostatnia porażka z Malagą, po serii pięknych i efektownych wygranych zarówno w Primera División, jak i Copa del Rey, była niewątpliwie sensacją. Dodatkowo zwraca uwagę fakt, że w pierwszym meczu z Malagą we wrześniu Blaugrana bezbramkowo zremisowanym na Estadio La Rosaleda. Porażka 0:1 po słabym spotkaniu oraz strata bramki po fatalnym błędzie Alvesa (doczekał się wreszcie pięknej asysty, może o to właśnie chodziło?) to nie było coś, czego fani oczekiwaliby po ekipie Enrique na kilka dni przed pierwszym starciem w 1/8 Champions League. Dodatkowo rywal czekającego ich dwumeczu, a więc Manchester City w weekend dosłownie rozwalił Newcastle United 5:0. Zatem perspektywa starcia obu drużyn nie wróżyła łatwej wygranej. Tutaj jednak scenariusz okazał się podobny do tego ze spotkania z teamem z Vicente Calderón. Barca jak gdyby nigdy nic, jakby potknięcie ligowe się nie wydarzyło wyszła na mecz, pokonała City w dobrym stylu 2:1, a trzeba otwarcie przyznać, że śmiało mogło być przynajmniej 2 gole więcej. Zatem znowu historia się powtarza. Słaby mecz a później piękna wygrana. I tu dwa gole Suareza, co jest dodatkowym plusem.

Oczywiście to nie jest złe, super, że takie mecze jak z Realem Sociedad, Celtą Vigo czy Malagą oraz wliczając w to dwa bezbramkowe remisy tego sezonu ligowego (Malaga oraz Getafe) okazują się tylko wypadkami przy pracy. Jednakże zastanawiający jest fakt, jak raz można zaprezentować się bardzo słabo z drużyną ze środka albo końcówki tabeli a następnie w efektownym i pięknym stylu ogrywać mocny zespół z pierwszej trójki La Liga czy Premier League?

Oczywiście jeśli słabsza załoga stawia autobus w bramce a ten mocny chce walczyć, próbując zmierzyć się jak równy z równym, a więc musi się odsłonić i bardziej zaryzykować to jest różnica i można to w jakimś stopniu tak tłumaczyć. Ale nie może to być wytłumaczeniem, w sytuacji, kiedy wina w dużej mierze leży też po stronie postawy Barcelony, bo ta grała najzwyczajniej w świecie tak jakby jej się nie chciało, a dodatkowo chaotycznie i bez jakiegokolwiek pomysłu. No i jak wyjaśnić, że kilka dni później ta sama drużyna ogrywa rywala z najwyższej półki, grając piękny futbol i strzelając kilka efektownych goli? Oczywiście, że nie można zawsze wygrywać, ale skąd tak dramatyczne skoki, huśtawka nastrojów, od załamki po euforię? Dodajmy, że bez jakiś wielkich rotacji w składzie, które mogłyby stanowić uzasadnienie. To zagadka, nad którą chciałabym się dłużej zastanowić. Poniżej przytaczam kilka pomysłów, jak to można tłumaczyć:

  • Słaba dyspozycja dnia – to mogłoby być wytłumaczeniem, gdyby chodziło o skok o tyczce, a nie grę zespołową. Bo żeby słabą dyspozycję dnia miała cała drużyna? Szukamy zatem dalej.
  • Przerwa w dostawie talentu – umiejętności jednego dnia się raczej nie zapomina, by je sobie drugiego dnia przypomnieć.
  • Olanie – „słaby rywal i tak ich rozwalimy, nie spinamy tyłków” pomyśleli zawodnicy Dumy Katalonii. Takie podejście do sprawy mogłoby tłumaczyć, ale powiedzmy słabe 30 minut. Jeśli z takim nastawieniem przez pierwsze pół godziny, nawet całą pierwszą połowę przegrywasz, a gonisz Real Madryt w tabeli to musisz się spiąć, nie ma opcji tego olać. Chyba, że zawodnicy myślą inaczej… Ja jakoś sobie tego nie wyobrażam. Tutaj w dosyć konkretnie nazwany podpunkt się wpisuje generalnie brak motywacji u zawodników, oprócz „teoretycznie” słabego rywala pojawić się tu musi jednostkowa motywacja do tego, by dać z siebie wszystko. Jej brak może mieć przyczyn na pęczki, chociażby nuda, jakiś rodzaj wypalenia, myśli typu „osiągnąłem już wszystko”. Może to być również niedostateczna stymulacja do zwycięstwa ze strony szkoleniowca Barcelony, Luisa Enrique. W tej tezie przypuszczalnie może tkwić ziarenko prawdy, bo przecież pogłoski o konflikcie trenera z największą gwiazdą drużyny najprawdopodobniej były prawdą, co na konferencjach prasowych potwierdziło, albo nie zaprzeczyło kilku zawodników ekipy z Camp Nou.
  • Oszczędzanie – porażka z Malagą to wynik oszczędności sił przed meczem z City. W to jakoś nie chce mi się wierzyć. Jeśli zawodnik potrzebuje odpoczynku, to trener powinien mu dać połowę, albo zostawić na ławce i niech odpoczywa, nie musi tego robić na boisku, ma kto grać. Jest kilku zawodników, którzy czekają na swoją szansę. Z drugiej strony jeśli rywalizujesz o miejsce w składzie w takiej ekipie jak FC Barcelona nie powiesz, że potrzebujesz odsapnąć przed spotkaniem z Manchesterem City, bo równie dobrze możesz w tym meczu także nie zagrać. Z kolei nie możesz teraz (na meczu ligowym) dać z siebie wszystkiego a na meczu Ligi Mistrzów dać ciała. Więc to mogłoby być wytłumaczeniem, w przypadku wybranych jednostek oczywiście. Z drugiej strony kilka dni między jednym a drugim meczem było, bo Messi i spółka ligowy mecz grali stosunkowo wcześnie, bo już o 16:00 w sobotę.
  • Uśpienie przeciwnika – słaby mecz przed ważnym spotkaniem z silną drużyną, żeby zawodnicy np. City pomyśleli sobie: damy radę :D i zmniejszyli czujność. Zbyt abstrakcyjne ;)
  • Obudzenie kibiców – kibic po kilku pięknych meczach zakończonych przynajmniej 3 bramkowym prowadzeniem jest tak pewny wygranych, że trzeba mu dać troszkę adrenaliny, co zapewni szok spowodowany przegraną w takim spotkaniu jak z Malagą. Tym bardziej, że w czasie rozgrywania tego meczu Barca miała do Królewskich tylko punkt straty, a teraz ma 4, co tylko wzmacnia efekt.
  • Argument w walce z fanami słabych ekip – „jakie to nuuudne, że Farsa wszystko wygrywa”, „jaki sens kibicować drużynie, która zawsze zwycięża” można usłyszeć od innych kibiców takich ekip jak np. nasze rodzime drużyny Ekstraklasy. Niech Kowalski kibic Dumy Katalonii ma argument, że jednak team z Camp Nou wszystkich bez wyjątku nie miażdży, wtedy może powiedzieć: „Wygrywa wszystko? Chciałabym! Ostatnio przegrała z Celtą Vigo koleś, w La Liga wszystko się może zdarzyć”.

Oczywiście część wyżej wymienionych argumentów potraktowałam humorystycznie, ale część rzeczywiście jest jakąś, mniej lub bardziej udaną, próbą analizy sytuacji. Niestety nie rozwikłam zapewne tej tajemnicy, pewnie prawie każda z wymienionych wyżej przyczyn może być w jakimś stopniu prawdą i wyjaśnieniem takich zdarzeń w odniesieniu do danego zawodnika. A wypadkowa, raz na ileś meczów, będzie właśnie dawać rezultat tragiczny, tak może być. Może być również tak, że powód jest zupełnie inny i w piątek chłopacy zabalowali u Pique czego media nie wychwyciły. Tego się pewnie nie dowiemy. Możemy mieć tylko nadzieję, że jak najmniej będzie przypadków typu Sociedad i Malaga, jak najmniej słabych meczów z drużynami, które na papierze Barca powinna zjadać na pierwsze śniadanie. Jak najmniej gier bez pomysłu, bez polotu, bez chęci wygranej, bez serca zostawionego na boisku. Oby jak najwięcej pięknych starć bez poprzedzających je meczowych niepowodzeń. A jeśli już przegrane będą, bo przecież muszą być, niech będą efektami zawziętej walki do końca i efektownej wymiany ciosów, bez najmniejszej taryfy ulgowej. Tego życzę sobie i Wam drodzy Czytelnicy. Szczególnie teraz, kiedy bitwa o triumf w La Liga i Lidze Mistrzów wchodzi w decydującą fazę.