Barcelona w spódnicy: Wspomnienie rewanżu z Milanem wciąż żywe

Minęło już dużo czasu od ćwierćfinałowego meczu z Milanem, bo ponad miesiąc. Nie mogę uwierzyć, że już tyle, bo wydaje mi się, że dopiero wróciłam z Barcelony. Cały czas równie mocno czuję się oczarowana tym miastem, jego atmosferą i klimatem, co zaraz po powrocie. Równocześnie niesamowite jest to, jak wiele się przez ten czas wydarzyło, szczególnie w drużynie z Katalonii.

Kiedy wyjeżdżałam do Hiszpanii Real zdążył zgubić kilka punktów i nadzieja na mistrzostwo w sercach wszystkich Culés zaczęła z powrotem kiełkować. Podczas mojego pobytu obie drużyny wygrały swoje mecze, zarówno ligowe, jak i ćwierćfinałowe. Później Królewscy stracili jeszcze punkty i wydawało się, że liga może być w zasięgu ręki. Aż nagle przyszedł „czarny tydzień FC Barcelony”. W ciągu zaledwie kilku dni drużyna straciła szansę na dwa najważniejsze trofea: mistrzostwo kraju i Puchar Ligi Mistrzów. Na dokładkę niedługo po tym decyzję o odejściu ogłosił ukochany trener klubu. Po tym wszystkim ekipa się na szczęście szybko podniosła i ostatnie ligowe pojedynki zwyciężała grając piękną piłkę, zapewniając emocje i goli pod dostatkiem.

I właśnie teraz, już po tych wszystkich zawirowaniach, chcę na spokojnie opowiedzieć Wam o ćwierćfinałowym meczu z Milanem, w którym miałam przyjemność brać udział. Liga Mistrzów dla Barcy w tym sezonie jest stracona, ale jej magia jest niezmienna i powala. Może ten artykuł zachęci kogoś, aby się o tym przekonał na własnej skórze i pojechał na jakieś spotkanie w ramach tych rozgrywek do Barcelony. Jedno mogę powiedzieć: naprawdę warto!

O spontanicznym kupowaniu biletu już Wam pisałam. Mając go wreszcie mogłam cieszyć się wyjazdem i czekać na mecz z cyklu Ligi Mistrzów. Nie będę się rozpisywać za wiele o samym spotkaniu. Barcelona wtedy pokonała rywala i ostatecznie przeszła do dalszej części rozgrywek, ale wszyscy wiemy jak to potoczyło się dalej. Przygoda z najbardziej prestiżowymi klubowymi rozgrywkami na starym kontynencie skończyła się w półfinale.

Kiedy byłam w stolicy Katalonii toczyła się walka o ćwierćfinał. To, jaka atmosfera panowała w całym mieście, a przede wszystkim co działo się na stadionie i w jego okolicy, przechodziło ludzkie pojęcie. Cała Barcelona wydawała się być podekscytowana. Już na kilka godzin przed meczem dało się zauważyć wszędzie ludzi w kolorach Blaugrana.

Rano padało i bałam się, że wieczorem może być podobnie. Na szczęście dla wszystkich kibiców pogoda okazała się przychylna i wieczorem się rozpogodziło. Pojechałam na stadion metrem wcześniej, żeby spokojnie odwiedzić jeszcze sklep FC Barcelony, w którym znaleźć można przeróżne gadżety opatrzone logiem FCB. Jak tylko dotarłam na miejsce okazało się, że wszędzie w okolicy szalały już dzikie tłumy. Z metra wynurzały się ogromne ilości ludzi idących na mecz. Wśród nich byli kibice Milanu i oczywiście nikt się nikogo nie czepiał, to było super. Przed wejściem na plac można było na „straganach” kupić wszystko w kolorach Azulgrana. Była również możliwość nabycia, zapewne po “mega promocyjnej” cenie biletów na to spotkanie. Niektórzy sprzedawali nawet okolicznościowe szaliki „FC Barcelona – AC Milan”. Kiedy już weszłam na plac otaczający Camp Nou, moim oczom ukazał się oszałamiający widok: bordowo-granatowa masa kibiców. Coś fantastycznego.

Weszłam na plac akurat z drugiej strony, wiec musiałam obejść obiekt, żeby dostać sie do FCBotiga. Kiedy wchodziłam do sklepu ochroniarze przybijali każdemu pieczątkę na nadgarstku. Znakowali tym samym osoby, które weszły z placu, a więc mają bilet na pojedynek z drużyną z Mediolanu. Do sklepu można bowiem wejść zarówno od strony stadionu, jak i od zewnątrz. W środku niemal niesiona przez tłum kupujących wybrałam kilka pamiątek dla rodziny i przyjaciół, po czym ruszyłam na mecz. Znów okrążając obiekt chłonęłam radosną atmosferę oczekiwania i podniecenia. Rozgrywka z Milanem była istotna, ponieważ był to rewanż, a pierwsze spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Zatem czekały mnie niezapomniane wrażenia. To, czego byłam tam świadkiem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Siedziałam za bramką, niemal na samej górze. Miałam miejsce po drugiej stronie boiska, aniżeli podczas starcia z Bilbao, więc mogłam z innej perspektywy podziwiać mecz. Kiedy już zebrało się te niemal 100 000 kibiców, jedyne co mogłam wypowiedzieć to „WOW”. Cała trybuna naprzeciwko ławek rezerwowych i trenerów tworzyła bordowo-granatową mozaikę. Coś absolutnie pięknego. Do tego dochodziła olbrzymia materiałowa piłka na środku boiska. Kiedy zawodnicy się już ustawili i zaczął grać hymn Ligi Mistrzów… to po prostu zapierało dech w piersiach. Coś niesamowitego, absolutnie niepowtarzalna chwila.

Dziękowałam Bogu, że mogę tego doświadczyć i przeżyć coś tak niezwykłego. Postanowiłam sobie również, że na pewno nie będzie to ostatnia przygoda z Ligą Mistrzów na żywo w moim życiu. Będzie pierwszą, stanowić będzie początek. Zafascynowana usiadłam i delektowałam się emocjonującym spotkaniem. Cały stadion i te 100 000 gardeł nieustannie kibicowało drużynie z Katalonii. Cały czas były śpiewy, skandowanie imion strzelców. Kiedy np. Leo wykonywał rzut wolny wszyscy krzyczeli „Messi, Messi!”. I tak za każdym razem. Nie muszę chyba dodawać, że następnego dnia po tych śpiewach, w których oczywiście brałam czynny udział z mojego gardła wychodziło tylko „skrzypienie”.

Siedząc tam, obserwując na żywo ćwierćfinał Ligi Mistrzów stwierdziłam, że będzie to moje uzależnienie. Musze tam być w przyszłym sezonie, i kolejnym i jeszcze następnym. Kiedy widziałam starszych Culés, którzy mają kartę kibica i cały czas siadają w tym samym miejscu od lat oglądając na żywo Dumę Katalonii wyobraziłam sobie siebie. Ja za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, wciąż wierna FC Barcelonie będę zasiadać na tym stadionie, albo nowym (jeśli taki wybudują) i zawsze będę zachwycona tym widowiskiem. Za każdym razem będą to niepowtarzalne emocje. Będę wtedy wspominać i rozmawiać z innymi mówiąc: widziałam Messiego, Xaviego i Iniestę. Co najważniejsze będę mogła powiedzieć: podziwiałam na żywo ten team jeszcze z Guardiolą. Mam nadzieję, że tak będzie. Chcę tam bywać tak często jak to będzie możliwe. Już planuję kolejny wyjazd. Wróciłam do Polski absolutnie zakochana w stolicy Katalonii, więc po reklamie jaką jej zrobiłam nie brakuje chętnych na wybranie się ze mną w kolejną podróż.

Liga Mistrzów na żywo to zupełnie inny wymiar emocji, to przeżycie absolutnie porywające i zdumiewające. Trzeba być tego częścią, zobaczyć to, posmakować, poczuć… Jeżeli ktoś z Was kiedykolwiek będzie miał okazję tego doświadczyć, niezależnie gdzie – polecam. Jeżeli będzie miał możliwość z drużyną, której kibicuje to super. Będzie to na pewno niezapomniane i bezsprzecznie rewelacyjne doznanie. Tego Wam życzę, Ligi Mistrzów na żywo.

I tak tydzień emocji się skończył. Dwa mecze i pół dnia na Camp Nou Experience to coś, czego nigdy nie zapomnę. Mam nadzieje, że w przyszłym sezonie będę mogła się z Wami podzielić wrażeniami z kolejnego wypadu do Barcelony. Może się tam spotkamy?

 

Źródło zdjęcia: własne