Bez trenera, bez pomysłu, bez pucharu

GRA393-BARCELONA-26-02-2013-El_54367790780_54115221155_600_244

Przed spotkaniem z Realem mimo wszystko to Barcelona była faworytem. Rzeczywistość dla „Blaugrany” okazała się jednak bardzo brutalna. „Królewscy” byli drużyną po prostu lepszą i na awans do finału zasłużyli w stu procentach. Może po laniu, jakie wtorkowego wieczoru sprawili „Dumie Katalonii” podopieczni Jose Mourinho, ktoś w Barcelonie się opamięta. Zauważy, że nawet na Camp Nou potrzebny jest ktoś taki, jak trener.

Początek meczu nie zapowiadał kataklizmu. Już wyjściowa jedenastka i ławka rezerwowych napawały optymizmem. W pierwszym składzie nie pojawił się co prawda upragniony przez wielu Villa, ale i tak było dobrze. Alexis Sanchez tym razem nawet nie zbliżył się do linii bocznej. Zabrzmiał pierwszy gwizdek arbitra, a piłkarze Barcelony bardzo szybko mogli wyjść na prowadzenie. To były jednak tylko miłe złego początki.

O tym, że Gerard Pique sfauluje Ronaldo w polu karnym wiedziałem już sekundę przed tym faktem, gdy Portugalczyk złapał defensora „Azulgrany” na wykroku. Nie pomyliłem się. Karny był całkowicie słuszny, czy nam się to podoba, czy nie. Swoją drogą wiadomo, że zgromadzonym na stadionie kibicom Barcelony ta decyzja mogła się nie podobać. Ale, na miłość boską, czy to jest powód do świecenia rywalowi w oczy laserem? Takie sytuacje zdarzały się już wielokrotnie, ale nigdy nie przestanę ich negować. To idiotyzm w najczystszej postaci. Kibice Realu nie pozostali zresztą dłużni. Lasera na twarzach zawodników gospodarzy co prawda nie zauważyłem, ale rzucanie odpalonej racy w kibiców drużyny przeciwnej wcale nie jest lepsze.

Jeśli przy okazji pierwszej bramki czepiłem się Pique, to oszczędzić nie mogę również Puyola. Kapitan Barcelony jak zwykle biegał, walczył i motywował kolegów, ale przy drugiej bramce dla Realu wcale nie zachował się lepiej niż jego partner ze środka obrony przy pierwszej. Wszystko stało się jasne, było 0:2, a szanse na odrobienie strat były już praktycznie zerowe. Później kolejne trafienie dołożył jeszcze Varane – pod jego adresem muszę (niestety) skierować zupełnie inne słowa, niż do defensorów „Barcy”. W obu spotkaniach był niesamowicie pewny w swoich interwencjach, zdobył dwie bramki, a do tego wydaje się, że jako jeden z nielicznych graczy w Madrycie bez najmniejszego problemu dogaduje się z Mourinho.

Spora część kibiców narzekała po meczu na Undiano Mallenco. Podobno sprzyjał Realowi. Powiedzcie mi, w którym momencie? Karny dla „Królewskich” całkowicie zasłużony, jedenastki dla „Blaugrany” mocno dyskusyjne. Może i arbiter mógł wskazać na jedenasty metr nawet dwa razy, ale z decyzji o niepodyktowaniu rzutu karnego na pewno się wybroni. Fakt, przeszkodził Messiemu pod koniec pierwszej połowy, ale takie sytuacje po prostu się zdarzają. Jedyne, co mogę zarzucić arbitrowi to to, że przez zdecydowaną większość meczu nie do końca potrafił zapanować na emocjami piłkarzy.

Na dramatyzowanie, spisywanie sezonu na straty i szukanie głębokiego kryzysu w ekipie Barcelony jest jeszcze zbyt wcześnie. Faktem jest jednak, że w „Dumie Katalonii” coś się zacięło i zdecydowanie nie funkcjonuje tak, jak powinno. Okazuje się, że wcale nie jest to drużyna, która gra sama i nie potrzebuje nikogo na ławce rezerwowych. Postawienie tezy, że Jordi Roura nie sprawdził się w roli pierwszego szkoleniowca, nie mija się chyba za bardzo z prawdą. Liga chyba jest już wygrana, ale awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów wisi na włosku. Z drugiej strony, kto miałby teraz zastąpić Rourę, skoro Vilanova na stałe powinien wrócić już za kilka tygodni? A może to nie wina asystenta Vilanovy, że Barcelona zupełnie nie potrafi dostosować się do taktyki rywala i zawsze stara się grać w podobny sposób? Pytań po tym meczu jest naprawdę wiele, a na niektóre z nich odpowiedzi poznamy już wkrótce. A, jeszcze jedno. Wie ktoś, gdzie w drugiej połowie był Leo Messi?

Ale za to La Liga, ale za to La Liga, La Liga będzie dla nas…