„Blaugrana” panuje w Barcelonie

barcaespanyol

Nikt nie miał chyba większych wątpliwości co do tego, że FC Barcelona powinna bez większego problemu uporać się na własnym boisku z Espanyolem. „Duma Katalonii” od samego początku narzuciła rywalom swój styl gry, a efekt przyszedł szybciej, niż spodziewali się tego najwięksi optymiści. „Barca” zaaplikowała rywalom cztery bramki i pewnie zmierza w kierunku mistrzostwa Hiszpanii.

Derby rządzą się swoimi prawami. Te poprzednie na Camp Nou, Barcelona wygrała co prawda 4:0, ale wielu pamięta jeszcze wyjazdowe starcie z zeszłego sezonu, gdzie słupki, poprzeczki i sędziowie zabrali Barcelonie dwa punkty. Teraz jednak od początku wszystko układało się po naszej myśli. Pierwsze dobre wieści do kibiców przyszły jeszcze wczoraj, gdy Jordi Roura ujawnił, że nie będzie prowadził zespołu z ławki rezerwowych. Wszystko przez to, że wrócił tam już Tito Vilanova, który czuje się na tyle dobrze, aby kierować poczynaniami swoich podopiecznych zza linii bocznej. Niespełna godzina do meczu, a tu kolejna niespodzianka. W podstawowej jedenastce Barcelony nie ma Alexisa! Mimo to fani Davida Villi nie mieli powodów do radości, bo ich ulubieniec zajął miejsce obok Chilijczyka, na ławce rezerwowych. Mamy za to kolejny powrót, powrót Ceska Fabregasa. Wyleczył kontuzję i na mecz z Espanyolem wyszedł w pierwszym składzie.

Ekipa Javiera Aguirre od początku ustawiona była defensywnie. Czterech obrońców, trzech środkowych pomocników, ustawionych tuż przed nimi i skupienie się na bronieniu dostępu do własnej bramki – takie obrazki obserwowaliśmy od pierwszego gwizdka sędziego. Tyle, że w tym pojedynku „Azulgrana” nawet nie próbowała przebijać się środkiem. Kompletnie rozbiła za to rywali, grając głównie lewą stroną boiska. Dobre akcje Barcelony przyniosły efekt już dziesięć minut po pierwszym gwizdku arbitra. Messi dostrzegł znajdującego się właśnie z lewej strony Iniestę, ten dograł w pole karne, a Xavi strzałem z pierwszej piłki nie dał bramkarzowi Espanyolu najmniejszych szans na skuteczną interwencję.

Prawdziwy kataklizm miał jednak dopiero nadejść. Fabregas dryblingiem przy drugiej bramce udowodnił, że na pewno nie znajduje się w pierwszej jedenastce na wyrost. Z gola wreszcie mógł cieszyć się Pedro. Nieważne, że piłka tylko go trafiła. Najważniejsze, że wreszcie się odblokował. Efekt? Kolejny gol Rodrigueza. Przy tamtym trafieniu bajeczną wręcz asystą popisał się Sergio Busquets, udowadniając, że opinie, jakoby potrafił grać tylko w defensywie, są kompletnie nietrafione. Jego gra w obronie pozostawiała zresztą wiele do życzenia, chwilę przed drugim golem Pedro „Busi” omal nie podarował bowiem gościom gola kontaktowego. Wracając do kanonady, nie minęły nawet dwie minuty od gola na 3:0, a Barcelona miała już stuprocentową szansę na podwyższenie wyniku. Messi z karnego. 4:0, pogrom, można zejść do szatni.

Nie wiem, co brali w przerwie sędziowie tego spotkania, częstując przy okazji Gerarda Pique. Mam jednak jedną radę – nie róbcie tego więcej. Szkodzi mózgowi i oczom. Albo rękom. W zasadzie nie wiadomo, czy arbitrzy liniowi po prostu byli ślepi, czy jakaś nadprzyrodzona siła kazała im podnosić chorągiewki. Oba spalone, które odgwizdano przy bramkach „Blaugrany”, były, delikatnie mówiąc, mocno wątpliwe. Po drugiej stronie boiska wcale nie było zresztą lepiej. Espanyol do siatki co prawda nie trafił, ale sędzia również pokazał spalonego, którego nie było.

Wracając do Pique, koniecznie chciał chyba, aby rywalom nie było zbyt przykro z powodu lania, jakie sprawiają im jego koledzy. Próbował im pomóc dwukrotnie. Za pierwszym razem przeszkodził mu sędzia, nie odgwizdując zagrania ręką i Sergio Garcia, uparcie strzelając w rywala. Za drugim razem Albin był na tyle zaskoczony prezentem od faceta Shakiry, że z wrażenia trafił wprost w Valdesa. Cóż, tym razem Gerardowi się nie udało i golkiper Barcelony zachował czyste konto. Tak samo jak Antonio Adan… ten nie miał jednak w drużynie Pique, więc zadanie ułatwił sobie sam.

Źródło zdjęcia: Sport.es