Bramka i zwycięstwo na wagę złota

 

Kto zaniechał oglądania starcia Valencii i Barcy tej niedzieli wieczorem przed kilkoma doliczonymi minutami, powinien uderzyć się w pierś i przyjąć na klatę, że popełnił ogromny błąd. Należy pamiętać bowiem, że mecz trwa od pierwszego do ostatniego gwizdka sędziego i w tym czasie trzeba grać na sto procent. Nie wolno lekceważyć sportu, bo on lubi sobie czasem z nas zakpić.

Zwycięstwo 0:1 nie brzmi imponująco. Zgadzam się. Wynik powinien być  co najmniej dwie bramki większy, dla jednej czy drugiej strony, lecz naprzeciw temu wyszli dwaj bohaterowie tego spotkania (i nie waham się tego stwierdzenia): Diego Alves oraz Claudio Bravo, którzy dwoili się i troili, by bronić swoich bramek. Obaj zanotowali przynajmniej jedną świetną interwencję, ten pierwszy jednak poległ w tej wojnie. Bo rzeczywiście to była wojna.

Gra już na pierwszy rzut oka była szarpana, niespokojna, nerwowa, nieraz nabierała dzikiego tempa, choć koniec końców akcje gospodarzy czy Blaugrany wcale nie przynosiły oczekiwanych efektów. Co więcej, mecz był często naprawdę brzydki – zobaczyliśmy mnóstwo niefajnych interwencji, które zaowocowały kilkoma kartkami. W pierwszej połowie bardzo silnie zaiskrzyło między obiema drużynami. Dalej, zachowanie Gerdarda Pique i Jordiego Alby, którzy postąpili jak dzieci nieumiejące przyznać się do głupiego błędu. Nie chodzi już nawet o to, że podjęli złe decyzje, kiedy chcieli przerwać podanie czy włączyć się do walki o piłkę. W oczy kłuło jednak ich teatralne machanie rękami i odwracanie się plecami do arbitra i przeciwnika po otrzymaniu żółtego kartonika. Nawet, jeśli ich gniew był słuszny, tak się nie robi.

Wracając jednak do samego spotkania. To ciekawe, że tak zażarta walka była wyrównana przez 93 minuty meczu. Obie drużyny musiały nie raz ratować się z opresji i, że tak powiem, „z sytuacji podbramkowych”, a wynik mówił sam za siebie – nie było zwycięzcy. Wybitnie ciężko było ocenić, kto zasługiwałby na komplet punktów, gdyby nie było remisów. Przez spory kawałek meczu nieco lepiej prezentowała się Valencia, chociażby dlatego, że groźnie, agresywnie i pewnie atakowała, choć teoretycznie silniejsza powinna być Blaugrana. Ta z kolei równie dzielnie odpierała ataki, lecz na samym początku nie była aż tak wyrazista. Nie było więc bezpośredniego, bezsprzecznego lidera w tym meczu. Było nieraz nieciekawie, ale sprawiedliwie, choć sędziom asystentom zdarzało się popełniać błędy.

Nie bez powodu użyłam tego ostatniego określenia. Sprawiedliwość skończyła się, gdy do siatki Alvesa trafił Luis Suarez w 69. minucie. Zrobił to w naprawdę imponujący sposób, arbiter odgwizdał jednak spalonego. „Co za pech!” pomyśleć można, lecz powtórki jasno pokazały, że Barcę okradziono z trudem zdobytego gola. Niestety.

Jedyne, co sobie wtedy pomyślałam, to przekonanie, że oliwa sprawiedliwa na wierzch wypłynie. Ba, byłam tego wręcz pewna, bo w tak wyrównanym meczu każdy gol był cenną zdobyczą. Gdyby jednak gospodarze wygrali to spotkanie, nie byłoby to zasłużone zwycięstwo właśnie przez tę pomyłkę arbitra. Czekałam więc cierpliwie na oliwę wypływającą na wierzch. Martwiło mnie, że na sprawiedliwość tak się ociąga, przecież już po bramce Urugwajczyka zostało tylko 20 minut spotkania plus czas doliczony (słowo klucz: czas doliczony).

Upłynęło 90 minut, a na tablicy wyników wciąż sterczały dwa zera. No to gdzie ta sprawiedliwość? Przyznam się, że ta moja pewność i wiara w to, że sport jest zawsze fair, powoli zaczęła się podłamywać. Na całe szczęście spotkanie nie było wyjątkowo ważne, żal było jedynie tych trzech potrzebnych punktów. Wreszcie Sergio Busquets, po którym pewnie większość z nas zupełnie by się tego nie spodziewała, w niesamowity sposób ośmieszył całą defensywę Nietoperzy i rzutem na taśmę dał Blaugranie upragnione prowadzenie.

Po tym wyjątkowym wieczorze nie jest istotne nawet, że zwycięstwo było takie skromne. Ani to, że było wymęczone – męczone przez 93 minuty. Dla takich meczy warto rzucić wszystko.

 

Valencia CF:

Alves – Gaya, Otamendi, Mustafi, Barragan – Gomes, Fuego, Parejo (84’ Augusto) – Rodrigo (72’ de Paul), Negredo (82’ Alcacer), Fehouli

FC Barcelona:

Bravo – Alves, Pique, Mathieu (69’ Rakitic), Alba – Busquets, Mascherano, Xavi (80’ Rafinha) – Messi, Suarez (80’ Pedro), Neymar