“Bramkostrzelna” Barcelona

 

Obecny sezon nieco odbiega od standardów, do których przyzwyczaiła nas Blaugrana. Messi nie jest najlepszym strzelcem, przez wiele kolejek Barca miała najlepszą defensywę, pomoc zawodzi na całej linii. Jest też jeszcze coś, co może być w sumie składową wyżej wymienionych anomalii. Skuteczność Dumy Katalonii zanika. Coraz mniej golead i prężenia muskułów przed resztą rywali, więcej za to myślenia na chłodno i dbania przede wszystkim o wygraną. Może takie podejście przyniesie wyniki w przyszłości, może tak jak większość cules zostałem rozpieszczony przez ostatnie lata. Jedno jest jednak pewne, zdobywanie bramek nie przychodzi już Katalończykom tak łatwo.

Indolencja

Po 11 kolejkach gracze Luisa Enrique zdobyli 25 goli. Niby nie najgorzej, ale w porównaniu do poprzednich sezonów – różowo nie jest. Rozgrywki 2013/2014 – 33 trafienia, 2012/2013 – 36 bramek, 2011/2012 – 36 goli. Widać gołym okiem, że jeśli chodzi o skuteczność, to obecnie nie jest najlepiej. Licznik legendarnej już Barcy “Sześciu pucharów” również po 11 ligowych kolejkach zatrzymał się na liczbie 36. W Lidze Mistrzów też nie wygląda to pięknie. W tym przypadku liczby nie kłamią i nijak nie sposób się z nimi kłócić. Zresztą każdy fan oglądający mecze Blaugrany dostrzega na pewno sam fakt braku jakichś oszałamiających podbramkowych sytuacji. Taki zjazd ciężko wytłumaczyć tylko słabszą formą.

Wygrywa ten kto strzeli o jedną bramkę więcej

Ostatecznie da się to pewnie jakoś wytłumaczyć dodatkową kombinacją pecha i innych paranormalnych zjawisk, ale nie dajmy się zwariować. Spotkanie z Rayo Vallecano chyba dobitnie pokazało, gdzie szukać jednej z przyczyn. W momencie, gdy można było bardziej zdecydowanie przycisnąć rywala – Barca postawiła na zrównoważoną grę. Sam Luis Enrique przyznał, że nie interesuje go, jaką różnicą bramkową wygra jego drużyna. Sposób postrzegania tej sytuacji zależy zapewne od preferencji poszczególnych kibiców. Ja osobiście wolałbym jednak wygraną 5:4 niż 1:0, ale jak wiadomo życie to nie koncert życzeń. Lucho musi mimo wszystko pamiętać, że był kiedyś taki trener w Realu, który został zwolniony po zdobyciu mistrzostwa, ponieważ uznano, iż jego zespół gra mało efektownie. Oczekiwania zarówno w Madrycie, jak i w Barcelonie wiele się nie różnią – nie tylko zwycięstwa, ale także i styl mają znaczenie. Ciekawe czy w przypadku sukcesu na koniec sezonu ktoś to Asturyjczykowi wypomni.

To jednak tylko jedna strona medalu. Założenia taktyczne trenera to ważny czynnik, ale nie można też zapominać o innym aspekcie, ludzkim. Nie oszukujmy się, tegoroczna forma pomocników Dumy Katalonii jest zwyczajnie poniżej poziomu przyzwoitości. Brak asyst, brak kreatywności, a człowiekiem, który ma najczęściej piłkę przy nodze i rozgrywa najgroźniejsze akcje jest Messi. Kolorowo nie jest, to na pewno. Mimo wszystko mamy dopiero listopad, jak powszechnie wiadomo listopad to ani marzec, ani czerwiec, ani inny miesiąc. Czasu na rozwój wypadków jest więc dużo i optymistyczna wersja na koniec sezonu nadal wysoce prawdopodobna. Ja nadal wierzę w projekt Lucho, mimo iż niektóre jego działania nie przypadają mi do gustu. Poczekamy, zobaczymy.