Co roku to samo

 

Wystarczyły dwa przegrane mecze i już zaczyna się cała lawina spekulacji czy obecny trener jest tym właściwym. Jeszcze pół biedy gdy hiszpańskie dzienniki próbują nabić sobie słupki sprzedaży. Prawdziwy horror zaczyna się w momencie wywlekania brudów z szatni zawodników. Nie wiadomo ile jest prawdy z doniesień samych graczy, którzy o dziwo nigdy nie chcą ujawnić swojej tożsamości i w żadnym wywiadzie czy na konferencji prasowej nawet nie zasugerują, że metody trenera są niewłaściwe. Wszyscy biorą odpowiedzialność na siebie, ale przychodzi do kolejnego meczu i po raz kolejny słyszymy tę samą śpiewkę. Luis Enrique nie miał tyle szczęścia co jego poprzednicy i już na początku listopada musi zmagać się z olbrzymią krytyką.

Barcelona w tym sezonie nie zachwyca. Gdy w poprzednich dwóch mieli genialne mecze, w tej kampanii nadal na taki czekamy. Kibice mieli nadzieję, że takim wielkim spotkaniem będzie pojedynek z Realem Madryt. Powrót Suareza nakręcił całą spiralę, że świetnie grająca w ostatnich tygodniach drużyna Carlo Ancelottiego w końcu polegnie. Nadal mieliśmy w głowach mecz z Realem z poprzedniego sezonu podczas rundy wiosennej, gdzie było niemal wszystko, począwszy od siedmiu bramek, przez karnego, po czerwoną kartę. To był przykład prawdziwego Gran Derbi, gdzie każda minuta jest nieprzewidywalna. I też takiego meczu na przełamanie drużyny Enrique oczekiwaliśmy. Ostatecznie skończyło się na drugiej ligowej porażce z rzędu, tym razem z niezłą Celtą Vigo. Niektórzy zaczęli nawet wieścić kryzys Dumy Katalonii.

Na to jest jeszcze za wcześnie. Musimy dać czas nowemu trenerowi, który nigdy wcześniej nie trenował zespół z najwyżej półki. Z AS Romy miał zrobić taką drużynę i ostatecznie ta sztuka się udała, ale dopiero po tym jak przestał być jej szkoleniowcem. To, że Enrique jest świetnym rzemieślnikiem nikt nie powinien mieć wątpliwości. Z Celty Vigo zrobił klub, który poważnie może myśleć o wywalczenie miejsca, które premiuje europejskimi pucharami. Choć konkurencja jest silna, to zawodnicy Celty pokazują wielki charakter ducha, który zaszczepił im rok temu właśnie hiszpański trener.

Tito Vilanova na ławce trenerskiej radził sobie bardzo dobrze. Jego zespół potrafił wygrywać w pięknym stylu, choć często zdarzały się mecze, w której Messi i spółka dosłownie musieli wydrzeć z rąk przeciwnika 3 punkty. Jednak w lidze przegrali zaledwie dwa spotkania (z Realem Madryt oraz Realem Sociedad – oba na wiosnę). Kryzys rozpoczął się w Lidze Mistrzów. Najpierw przegrana po słabym meczu z Celtikiem Glasgow na wyjeździe, a później upokorzenie przez AC Milan aż 2:0. Barcelona potrafiła się podnieść i zaprezentować nam wszystko to co miała najlepsze. Rewanżowego meczu z Milanem nie da się zapomnieć. Pewna wygrana aż 4:0 pozwoliła drużynie Vilanovy na awans do ćwierćfinałów i starcie z PSG.

Paryska drużyna postawiła twarde warunki i oba spotkania zakończyły się remisami. Dzięki lepszemu bilansowi to Duma Katalonii awansowała dalej. Czekała na nich jedna z najlepszych ekip tej dekady – Bayern Monachium Juppa Heynckesa. Wyśmienicie naoliwiona bawarska maszyna nie pozostawiła miejsca Barcelonie na jakiekolwiek dyskusje. Asystent Vilanovy Jordi Roura robił co mógł, ale brak trenera widoczny był nie tylko podczas gry, ale także po za nią. Barcelona dostała srogie baty od Niemców, a najlepszym komentarzem była samobójcza bramka Pique strzelona…ręką.

Już przed tym dwumeczem rozpoczęły się pierwszy dyskusje, czy Vilanova pomimo choroby powinien pozostać na swoim stanowisku, skoro i tak przez niemal całą rundę wiosenną na ławce zasiadał Roura. Krytyka była poważna i z oczywistych względów nikt nie obwiniał trenera ani jego asystenta, ba, nawet zawodnicy wyszli z tego wszystkiego suchą stopą. Wszystkiemu winny był zarząd, który nie przeprowadził potrzebnych zmian w składzie i Barcelona po kontuzji Messiego nie miała żadnej siły w napadzie.

Przyszedł czas na Gerardo Martino. Zarząd przekonywał nas, że mało znany szerszej publiczności szkoleniowiec jest odpowiednim następcą Vilanovy. W końcu były uczeń Marcelo Bielsy nie może być zły. Nawet pojawiły się plotki, że to Messi wraz z jego ojcem namaścili Argentyńczyka na trenera Barcelony. Jego drużyna miała start marzeń. Valdes bronił jak natchniony, Iniesta oczarowywał zarówno kibiców jak i piłkarzy przeciwnej drużyny nieprawdopodobnymi dryblingami, a Pedro ustrzelił swojego pierwszego w barwach Blaugrany hattricka. To wszystko było zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

Rzeczywistość szybko zweryfikowała poziom umiejętności trenerskich Taty Martino i po pierwszej porażce z Athletic Bilbao rozpoczęły się głosy, że Argentyńczyk nie radzi sobie z ujarzmieniem aż tylu gwiazd. Media zaczęły podawać, że kilku starszych zawodników ma poważne zastrzeżenia do codziennych treningów. Metody Martino oraz jego sztabu uważali za staromodne, przez co gracze nie byli odpowiednio przygotowani pod względem fizycznym. Wkrótce przyszła przegrana w finale Pucharu Króla z Realem Madryt oraz kilka porażek w lidze. Nawet dobre dwumecze z Manchesterem City nie zmieniły nastawienia co do nowego szkoleniowca.

Czarę goryczy przelała nieskuteczność w meczach z Atletico Madryt. Najpierw niekorzystny wynik w dwumeczu ćwierćfinału Ligi Mistrzów, aż w końcu walka o puchar ligi w ostatniej kolejce z drużyną Diego Simeone. Ekipa z Madrytu pokazywała prawdziwy hart ducha i walkę do samego końca, czego o Barcelonie Martino powiedzieć nie było można. Po opuszczeniu Camp Nou przez Argentyńczyka wszyscy odetchnęli z ulgą. Sielanka trwała aż do ligowego meczu z Realem Madryt.

Krytyka Luisa Enrique jeszcze na dobre się nie rozpoczęła, a już mamy pierwsze przecieki z szatni, że piłkarzom nie podoba się praca Hiszpana. Pierwsze światełko zapaliło się po wypowiedzi Matheiu, który był mocno zdziwiony, że w tak ważnym meczu jak El Clasico, trener wystawia go na lewej obronie, informując go o tym przed samym meczem. Jeden z piłkarzy miał powiedzieć w rozmowie z dziennikarzem madryckiego AS-a, że w meczu z Realem Madryt nie wiedzieli jak grać, bo nie było żadnego planu.

Wszystko to kontrastuje z wypowiedzią Jordiego Alby na jednej z konferencji po Gran Derbi, w której zapewniał, że Enrique ma wszystko doskonale poukładane w głowie i jest znakomitym strategiem. Jednak coraz częściej dochodzą do głosu plotki, że większa część szatni kwestionuje metody trenera. Większą nadzieję mają widzieć w Leo Messim niż w Enrique, co jest kolejnym etapem plotek, w których to Messi miałby decydować o składzie oraz o tym kiedy i ile gra.

Hiszpan słynnie z dyscypliny, ale zdaje się, że gwiazdom Dumy Katalonii to się nie podoba. Narzekają na brak indywidualnych rozmów z trenerem, co nie miało miejsca nawet za czasów Martino. Przez brak porozumienia na linii piłkarze – trener, szerzy się przekonanie, że Enrique ma osobiste problemy z niektórymi piłkarzami. Można się tylko domyślać o kogo dokładnie chodzi, ale wszystkie poszlaki prowadzą do Xaviego. To on pierwszy zaczął kwestionować pracę Martino i to Hiszpan chciał odejść z Barcelony, gdy tylko dowiedział się, że jego dawny kolega z drużyny usiądzie na ławce trenerskiej. Co prawda kapitanowi wolno więcej, jednak wszystko to powinno być załatwiane w zupełnie innej atmosferze.

Klub po raz kolejny przeżywa mały kryzys, z którego wcześniej czy później wyjdzie. Walka o żadne z trofeum nie kończy się w połowie drogi, a mamy za sobą dopiero ćwierć sezonu. Jednak może niepokoić to, że w szatni po raz kolejny ktoś miesza, media popadają w wyolbrzymianie, a trener wyraźnie nie radzi sobie ze wszystkim. Enrique nie ma już marginesu błędu i można mieć tylko nadzieję, że z Barceloną po dwóch porażkach będzie to samo co z Realem Madryt na początku tego sezonu.