Cruyff: ostatni będą pierwszymi

cruyffFC Barcelona długo dochodziła do pozycji, jaką zajmuje w europejskim futbolu. To drużyna, która tak naprawdę początek swojej wielkości nie zbudowała w Hiszpanii, tylko w małym kraju w zachodniej części Europy, leżącym nad brzegami Morza Północnego. – Byłem najbardziej spełnionym i chyba kompletnym piłkarzem w historii futbolu – powiedział kiedyś o sobie samym człowiek, który stał się legendą, nawet bardziej wyrazistą, niż Lionel Messi. Kto mógł przypuszczać, że kładąc podwaliny pod dzisiejszą filozofię klubu z Katalonii, dziś, nawet gdyby zebrać wszystkich kibiców kochających Barcelonę, gdyby mieli oni oddać wszystkie swoje dobra, to i tak nie byliby w stanie spłacić długu wobec Johana Cruyffa.

Po mistrzostwach świata w Meksyku (1970) Pele zakończył karierę w reprezentacji Brazylii. Canarinhos bez Pele spuścili znacznie z tonu, a i inne drużyny południowoamerykańskie niczym szczególnym się nie wyróżniały. Miejsce na podium w mistrzostwach świata w 1974 w Niemczech zajęły trzy ekipy z Europy: Niemcy, Holandia i Polska.

Pozycja Niemców od dawna nie podlegała dyskusji. W 1963 roku powstała tam Bundesliga, a kluby niemieckie rosły w siłę. Trzy lata później Borussia Dortmund jako pierwszy niemiecki klub sięgnęła po Puchar Zdobywców Pucharów, jedno z trzech najważniejszych trofeów klubowych. Rok później w tym samym cyklu rozgrywek górą był Bayern Monachium, którego dominację potrafił przerwać 1965 TSV. Po Borussii, Bayernie i TSV były ekipy z Moenchengladbach (2 zwycięstwa w Pucharze UEFA), Hamburga (HSV), Duesseldorfu i Frankfurtu. To wszystko przez 15 lat, do 1980 roku.

W porównaniu z potęgą Niemiec, zbudowaną na doskonałej organizacji i legendarnym porządku Holendrzy, aż do końca lat sześćdziesiątych nie mieli się czym pochwalić. Wielkie kluby z Kraju Tulipanów – Ajax, Feyenoord czy PSV Eindhoven, w swoim kraju dominowały, jednak na arenie europejskiej nie odgrywały znaczącej roli. W 1970 roku Feyenoord Rotterdam jako pierwszy holenderski klub zdobył Puchar Mistrzów. Rok wcześniej do finału tych rozgrywek dotarł też Ajax Amsterdam, jednak finał przegrał 4:1 z Milanem. Hattrickiem na Estadio Santiago Bernabeu w Madrycie popisał się  Pierino Prati, swoje trafienie dołożył Angelo Sormani, a honorowego gola zdobył z karnego Vasovic. Ajax uległ wyraźnie Włochom, choć w składzie mieli już wielki talent, młodego piłkarza o nazwisku Johan Cruyff.

Sezon 1970/71 w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych, to już totalna dominacja Ajaxu. I nie zależało to tylko od rewelacyjnej dyspozycji Cruyffa i kolegów, a raczej od sposobu gry, różniącego się zdecydowanie od dotychczas oglądanych. Nazwano go futbolem totalnym. Za ojca tej szkoły uważa się holenderskiego trenera Rinusa Michelsa. Swoją zasługę miał także Anglik Vic Buckingham, który w 1964 roku wprowadził do Ajaxu 17-letniego wówczas Cruyffa. Michels poprowadził Ajax do tryumfu w Pucharze Mistrzów tylko w jednym sezonie, by następnie zacząć pracować w Barcelonie. Wraz z przejściem Cruyffa do Katalonii, miał początek widoczny do dziś wpływów Holendrów w Barcelonie, która zarówno bez ich trenerów i piłkarzy nie byłaby tak wielka.

Kocham wynajdywać takie smaczki. No i dotarłem do pewnej historyjki zatapiając się z lubością w początkowym okresie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. W 1973 roku, po erze Ajaxu nastąpiła era Bayernu Monachium w europejskich rozgrywkach pucharowych. Na trzy sezony niemiecki klub wstąpił na tron, dzierżąc w dłoniach Puchar Europy. Latem tegoż roku gwiazda z Monachium, Gerd Mueller blisko był transferu do… Barcelony. I to podobno za 30 mln peset. W ostatniej chwili transfer zablokowało Ministerstwo Finansów RFN. Przekalkulowano, że na rok przed finałami Mistrzostw Świata w RFN sprzedaż jednej z największych gwiazd niemieckiego futbolu, może przynieść dla kraju tylko straty finansowe.

Barca potrzebowała zagranicznej gwiazdy, więc skoro Mueller nie był już na sprzedaż, oczy jednego z ówczesnych dyrektorów sportowych Dumy Katalonii, zwróciły się na maleńką Holandię. Trudno dziś oprzeć się wrażeniu, że gdyby ruletka historii nie zakręciłaby się inaczej, być może dziś nie pisałoby się tyle o Barcelonie. Bez holenderskiego piłkarza i późniejszego trenera FCB, nie zostałaby wszczepiona filozofia gry, do której dziś wychowywani są adepci z La Masii.

Bez Cruyffa nie byłoby Guardioli, Messiego i innych geniuszy. Teoria futbolu totalnego, która stała się filozofią Barcy, dzięki holenderskiej wizji stała się niewątpliwie kluczem do wartości klubu ze stolicy Katalonii. Nazwano to nawet DNA: sposób gry, metoda rekrutacji piłkarzy czy pracowników oraz widowiskowy futbol. A przecież i dziś są tacy, którym Cruyff wciąż tkwi nieprzyjemnie w gardle niczym kępa włosów, której nie da się odkaszlnąć. Zazwyczaj to ci, którzy o futbolu wiedzą mniej niż kot napłakał, lub ci, którzy po prostu zabrnęli na bagno zawiści.

Wkład Cruyffa nie może być niezauważony. Zwrócił na siebie uwagę dwukrotnie: raz jako piłkarz w 1973 roku, a 25 lat później jako trener. Nie dostrzeżono go, kiedy w 2000 roku FIFA wytypowała najlepszą czwórkę najwybitniejszych piłkarzy poprzedniego stulecia: Pele, Maradona, Cruyff i Alfredo di Stefano. Kariera piłkarska Holendra w Katalonii może była mniej spektakularna od tej trenerskiej jednak znalazło się w nich coś, co my nazywamy niezwykłym zrządzeniem losu. Zjawisko to ma dziś gigantyczny wpływ na osiąganie największych sukcesów. Zgadzam się i w pełni identyfikuję z opinią Grahama Huntera, autora książki pt.”Barca”: za kulisami…”

Dwa lata po mistrzostwach w RFN ekipa tego kraju znalazła się w półfinałach EURO’76 w Jugosławii razem z Holendrami, Czechosłowakami oraz gospodarzami turnieju. Nasi dawni (jako jeden naród) południowi sąsiedzi wygrywają z RFN rzutami karnymi, po niecodziennym strzale Antonina Panenki. Pomarańczowi ulegli późniejszym mistrzom Europy 3:1 w pierwszym meczu półfinału, paradoksalnie nie zdobywając sami w nim ani jednej bramki. Autorem pierwszej bramki oraz gola samobójczego został  Anton Ondruś. Johan Neeskens i Wim van Hanegem zostali ukarani czerwonymi karkami, a Cruyff żółtą. W szatni wszyscy się pokłócili. Trzykrotny zdobywca “Złotej Piłki” (1971, 1973 i 1974) zostawił kolegów i wrócił do Barcelony.

Cruyff stanowił wzór dla kolegów, ustalał standardy zachowań, ale potrafił być apodyktyczny i egocentryczny. Jednocześnie znał swoją wartość i wiedział, ze musi robić zawsze więcej i więcej. Nie był naiwny, ale jego ego wyrastało poza wszelkie struktury. Zarówno piłkarskie jak i trenerskie. Gdy było źle, obrażał się na cały świat. Za bezkompromisowy charakter kochany, jak również lżony. Za dobry przykład nie posłuży fakt, że kiedy w 1973 roku ogłosił katalońskiemu środowisku kibiców, ze nigdy nie założy koszulki Realu. Dziś słucha obelg tego samego środowiska, które domagało się bezwzględnej dominacji nad odwiecznym wrogiem z Madrytu, zadowalając się wynikami poniżej progu jakości, co pozwalało im pozostawać bandą wiecznych malkontentów.

Na koniec pozwolę sobie na osobistą dygresję. Holendrzy w mistrzostwach Starego Kontynentu w Belgardzie stanęli na pudle jako ostatni. Bez Johana Cruyffa. Johan Cruyff po raz ostatni, jako trener drużyny Katalonii poprowadził regionalną drużynę w meczu towarzyskim przeciwko reprezentacji Nigerii. Historia dowiodła, że ostatnim zdarza się być zapamiętanym jako pierwsi. Interpretację ostatniego zdania jak również samego tytułu, pozostawiam jednak Wam.