Czarny dzień w boiskowej przyjaźni Barçy i Athletic

Tak jak Polacy widzą przyjaciół w “bratankach” z Węgier, tak Katalończycy i Baskowie darzą się sympatią. Powodem jest oczywiście potrzeba odzyskania niepodległości przez oba narody, a na boisku łączy także niechęć do “białej”części Madrytu. Dzięki tej wzajemnej życzliwości byliśmy ostatnio świadkami pięknych obrazków po finałach Copa del Rey ’09 i ’12, które rozegrano pomiędzy klubami FC Barcelona i Athletic Club. Wspólnie świętujący sympatycy obu zespołów na Plaza de Cibeles w Madrycie, miejscu kojarzonym z fetami mistrzowskimi “Los Blancos”, a także Carles Puyol owinięty w baskijską flagę po zwycięskim meczu w 2009r. to wspomnienia, które pogłębiają i tak silną katalońsko-baskijską przyjaźń na boiskach w Hiszpanii.

Jednak nie zawsze było tak różowo. Finał Copa del Rey z sezonu 1983/84 to mecz, o którym przede wszystkim fani Barcelony chcieliby zapomnieć. Zwłaszcza ci, którzy mają złudne przekonanie o odwiecznej “świętości” piłkarzy Barçy, które jest najczęściej efektem  czteroletniego pobytu na ławce trenerskiej Pepa Guardioli i wynikłej z jego wpływu na drużynę godnej postawy na boisku, jak i poza nim. Do niesportowych zachowań w Hiszpanii dochodzi najczęściej pomiędzy drużynami, które nie darzą się sympatią. Jako książkowy przykład można przytoczyć niedawne Los Clasicos, podczas których uraczono nas scenami jakich nie wolelibyśmy oglądać: deptanie rąk, brutalne wejścia, symulacje. Pamiętamy nieprzyzwoite gesty Cristiano Ronaldo po zakończeniu meczu na Estadio San Mamés czy słynna “butiffara” Geovanni’ego z Gran Derbi w 1997r.(o którym pisałem tutaj). W naszych głowach takie zachowania są niejako tłumaczone wysokimi temperaturami spotkania pomiędzy rywalami i nerwami, które są wystawiane na ciężką próbę po dotkliwej porażce przeciwko odwiecznemu rywalowi, jak niedawna “manita” na Camp Nou i będący jej efektem wybuch agresji Sergio Ramosa. W “meczach przyjaźni” zazwyczaj nie dochodzi do takich spięć, chyba że poszczególni piłkarze mają pomiędzy sobą porachunki do wyrównania. Tak było w przypadku felernego finału z 1984r.

Jak wyglądała sytuacja w klubie FC Barcelona nietrudno sobie wyobrazić. W futbolu połowy lat ’80 na ustach wszystkich był jeden piłkarz – Diego Armando Maradona, który w sezonie 1983/84 reprezentował barwy “Dumy Katalonii”. W mediach i na trybunach Camp Nou bez przerwy mówiło się tylko o nim.  Pamiętamy “przywitanie” na obiekcie w Barcelonie Tomáša Ujfalušiego po brutalnym faulu na Messim i krzyki “Assasino” w kierunku Pepe po tym, jak nadepnął na dłoń Argentyńczyka. Messi tym się różni od Maradony, że na takie zachowania odpowiada po piłkarsku, a Diego tak, jak uważa za konieczne. Aby zrozumieć napięcie, jakie panowało podczas finału na Santiago Bernabeu, należy cofnąć się do 24. września 1983r. i brutalnego faulu Andoniego Goikoetxea na ówczesnym ulubieńcu kibiców z Camp Nou, Maradonie, który musiał okupić ten faul trzema miesiącami przymusowego odpoczynku od futbolu z powodu kontuzji kostki.

Wydarzenie to spowodowało szczególną niechęć kibiców do baskijskiego obrońcy, a także słowne utarczki w mediach na linii Maradona- Goikoetxea. Atmosfera pomiędzy klubami była napięta i z pozoru obowiązkowa wspólna fiesta kibiców po katalońsko-baskijskim finale na stadionie odwiecznego rywala musiała zostać przełożona na inną okazję.

Mecz obfitował w akcje z obu stron, jednak jedynego gola w tym spotkaniu strzelił Endika już w 14. minucie. Liczne okazje Barcelony nie były zamieniane na bramki, głównie dzięki świetnej dyspozycji Andoniego Zubizarrety, późniejszego piłkarza i działacza klubu z Katalonii. Wraz z mijającymi minutami rosła irytacja piłkarzy Barçy, którzy nieustannie mieli pretensje do arbitra o zbytnią pobłażliwość wobec ostro grających tego dnia piłkarzy Athletic. Pierwszym tego efektem było brutalne wejście Bernda Schustera z 69. minuty, od której mecz coraz bardziej przypominał rozgrywki w rugby. Na boisko w kierunku Schustera z sektora kibiców baskijskich leciały różne przedmioty, sędzia jednak nie zdecydował się na przerwanie gry. Ulubioną ofiarą defensorów Athletic był oczywiście Maradona, znany z zagrożeń jakie stwarzał pod bramką przeciwnika. Już w trakcie meczów Argentyńczyk był o włos od wdania się w bójkę z przeciwnikami.

Po końcowym gwizdku arbitra, wśród licznie zgromadzonych sympatyków “Los Leones” i piłkarzy tej drużyny, atmosfera euforii na murawie została szybko zgaszona przez wściekłych piłkarzy Barçy, rzucających się do bójki przeciwko Baskom, którzy nie pozostali rywalom dłużni. Wybuchła kilkuminutowa bijatyka, która objęła piłkarzy i sztaby szkoleniowe obu zespołów. W efekcie kibice byli świadkami ciosów w stylu karate i okładania się pięściami przez piłkarzy, spośród których kilku doznało urazów, a Sola musiał opuścić murawę na noszach.

Tak zakończył się finał Copa del Rey, który został zapamiętany przede wszystkim z bijatyki niegodnej zawodowych piłkarzy. Diego Maradona został przez związek zawieszony na trzy spotkania, jednak nigdy nie odbył tej kary, ponieważ po sezonie przeniósł się do włoskiego Napoli. Wspomnienie tego meczu może posłużyć nam do bycia jeszcze bardziej dumnymi z postawy dzisiejszych zawodników “Blaugrany”, którzy niezależnie od okoliczności potrafią godnie przyjąć porażkę.