Czekając na awans

Dwa karne w meczu z Milanem otworzyły księżniczce Barcelonie drzwi do przedsionka sali balowej Ligi Mistrzów. W długim korytarzu czekają też księżniczka Chelsea oraz Biały Rycerz z kastylijskiego królestwa Realu wraz z czarnoksiężnikiem Bayernem z dolin Bawarii. Kopciuszek z cypryjskiego APOEL-u musiał zmykać do domu przed północą, a zła wróżka z Milanu, (ta taka wysoka do nieba i z nosem do ziemi) przegoniona została z Camp Nou salwami śmiechu. Ciekawi mnie już tylko, dla kogo jeszcze ta bajka źle się skończy…

Wśród faworytów do ostatecznego zwycięstwa upatruje się hiszpańskie kolosy, ale na trudniejszych rywali jedni i drudzy trafić nie mogli. Z zestawienia poszczególnych par półfinałowych wynika, że teoretycznie to Barcelona ma łatwiejsze zadanie, bo zmierzy się z Chelsea, która przeżywa najgorszy sezon od 2003 r., gdy kupił ją Roman Abramowicz. Londyńczycy najedli się strachu, ale po raz szósty w ciągu ostatnich dziewięciu lat zagrają w półfinale elitarnej Champions League. Anglicy broniący bramkowej zaliczki z przed tygodnia w Lizbonie, dość szybko postawili gości pod przysłowiową ścianą. Po wykorzystanym przez Franka Lamparda rzucie karnym z 20 minuty spotkania, byli już obiema nogami i częścią pleców w półfinale. Bramkarz Benfiki Artur mimo, iż wyczuł intencje strzelającego, musiał skapitulować przy silnym i precyzyjnym strzale pomocnika “The Blues” oraz reprezentacji Anglii.

Najważniejsze, to trzymać się planu

Po ostatnim gwizdku, właściciel londyńskiego klubu Roman Abramowicz, mógł tylko oklaskiwać zespół prowadzony przez Roberto Di Matteo zwłaszcza, że do sprawienia przez Benfikę mega niespodzianki zabrakło naprawdę niewiele. Najpierw jednak po dwóch żółtych kartkach i w konsekwencji czerwonej, musiał boisko opuścić kapitan drużyny z Lizbony, Maxi Pereira. Ambitnie walczący w dziesięciu przeciw Chelsea gracze Benfiki doprowadzili do wyrównania po golu Javiego Garcii. Kto wie, co by się działo na Stamford Bridge, gdyby świetnej okazji dla Portugalczyków nie zmarnował Oscar Cardozo. Wynik spotkania ustalił rodak przyjezdnych grający w bawach angielskiego klubu, Raul Meireles, wykorzystując swoją szybkość i jednocześnie gapiostwo defensorów Benfiki.

Można by powiedzieć, przyglądając się poczynaniom Niebieskich, że to nie ta sama drużyna z przed dwóch sezonów. Drogba, Lampard czy nawet Terry to nie są, nie obrażając ich, ci sami piłkarze. Jednak w ostatnim spotkaniu Chelsea zaimponowała mi taką grą do jakiej zdążyła mnie kiedyś przyzwyczaić. Może nie było widać jeszcze tej samej świeżości, ale już zaangażowanie, nieustępliwą walkę o każdy cal boiska już jak najbardziej. Nawet Fernando Torresa oglądałem przez pryzmat niewielkiej zwyżki formy. Bez wątpienia Chelsea pod wodzą nowego szkoleniowca powoli odżywa. Szkoda, że troszeczkę zbyt późno.

Zastanawiające jest, czy wyeliminowanie Benfiki z dalszej gry o finał Champions League, to był właśnie ten zastrzyk motywacji na pozostałą ciężką część sezonu? Walka o Mistrzostwo Anglii jest już właściwie przegrana, ale zawsze pozostaje walka o Ligę Mistrzów i Puchar Anglii. Czyż Chelsea przyciśnięta do muru w fazie grupowej Champions League nie wygrała 3:0 z Valencią? Wtedy wprawdzie gra również była daleka od ideału, ale piłkarze potrafili się zmobilizować i rozegrać doskonały mecz. Paradoksalnie Chelsea pokonując Portugalczyków napytała sobie biedy. Ich szans (na awans w starciu z Barceloną) wielkich nie upatruję. Do końca sezonu ligowego na Wyspach Brytyjskich zostało jeszcze 11 spotkań, a w ciągu 45 dni Londyńczycy rozegrać muszą także mecz w ramach rywalizacji o finał Pucharu Anglii, mierząc się z Tottenhamem Hotspur. Gdyby “The Blues” zaliczyli wejściówki na oba finały, to liczba meczów wzrośnie do 13.

Kiedy Roberto Di Matteo zdawał się nie przerażać zbytnio perspektywą spotkania z Dumą Katalonii w bezpośrednim starciu, Barca w mojej osobistej opinii dawno nie odniosła na Camp Nou zwycięstwa tak mało przekonującego. Gracze Guardioli nie wygrali może zbyt efektownie, ale jednak najważniejsze, że zagrali skutecznie. Czy moja nieco niesprawiedliwa ocena piłkarzy Guardioli, w starciu z rossoneri na Camp Nou, to efekt zaobserwowanego jakiegoś napięcia w trakcie meczu o przetrwanie w Champions League, czy perfekcyjnej obrony Milanu? Szczerze mówiąc sam nie wiem. A może to wynik fizycznego i psychicznego przemęczenia czterema latami nieustannego wygrywania? Ponownie napiszę, że trudno mi to w sposób jednoznaczny ocenić.

Przed spotkaniem z Milanem Barca wcale nie znajdowała się w komfortowej sytuacji. Po trzech sezonach seryjnie “produkowanych” sukcesów  drużyna Guardioli w rozgrywkach Primera Division traci do Realu Madryt 6 punktów. Do tego dochodził fakt, że już w 1/4 finału Champions League Barca po bezbramkowym remisie w Mediolanie, stanęła u progu bardzo ciężkiego zadania. Choć może znów trochę przesadzam, bo akurat w przypadku walki o Puchar Mistrzów, Katalończycy za czasów ery Guardioli potrafili radzić sobie po remisach w pierwszych spotkaniach. Miało to miejsce w 2009 roku po remisie bramkowym z Lyonem, aby w rewanżu już rozbić Olympique 5:1. Kolejny przykład z sezonu następnego, kiedy ponownie zremisowali ze Stuttgartem 1:1, aby w drugim spotkaniu powieźć Niemiaszków 4:0. I w końcu wymienić należy 2010 rok. W ćwierćfinale tych rozgrywek najpierw w Londynie był remis 2:2 , po czym rewanż rozegrany został już zgodnie z planem, rewanżując się Arsenalowi na Camp Nou 4:1.Teraz również wyszli z opresji obronną ręką.

Klucz do sukcesu

Kiedy Messi nie strzela po swoich indywidualnych rajdach, zawsze może liczyć na wsparcie kolegów z zespołu. Puyol, Fabregas, Sanchez Xavi i Iniesta z powodzeniem mogą dołożyć coś od siebie, aby okrasić każde niemal spotkanie korzystnym rezultatem. Zresztą ostatni z zawodników wymienionych przeze mnie to swoisty amulet szczęścia blaugrany. Jak już bowiem zdołali wyliczyć hiszpańscy obserwatorzy i analitycy, kiedy Don Andres zdobywał bramkę, drużyna w której występował nigdy jeszcze jak do tej pory nie przegrała. Czy to w barwach Katalończyków, czy dla reprezentacji Hiszpanii zawsze, gdy ten zawodnik umieszczał piłkę w siatce rywali, jego boiskowi koledzy schodzili z murawy w glorii zwycięzców.

Bo kluczem do zwycięskiej gry Dumy Katalonii, jest nie tylko świetna postawa oraz dyspozycja strzelecka Leo Messiego, ale również umiejętność odpowiedniego “rozłożenia skilli” na pozostałe formacje Barcy. Dziś Katalończycy już wiedzą, że w półfinale ich rywalem będzie Chelsea. Będzie to zapewne kolejny wielki rewanż za fascynujący dwumecz w 2009 roku naznaczony historycznym golem Andresa Iniesty i błędami arbitra Toma Henninga Ovrebo. Tamten pamiętny mecz był, przyznaję, dość żenującym widowiskiem, po którym nawet najtęższe umysły statystyczne miały dylemat komu jak, za co i w którym momencie winien sędzia pokazać kolorowe karteczki, no i w końcu komu to wpisać do “ksiąg wieczystej pamięci”, a kogo z tego obowiązku ponoszenia zbiorowej odpowiedzialności zwolnić. W mojej ocenie było 78 nieodgwizdanych smarknięć piłkarzy Barcelony na murawę, 129 splunięć, 541 łyków izostaru z bidonów oraz co najmniej z ćwierć tysiąca bezradnych wzruszeń ramionami. Boże mój, jak ja lubię ten statystyczny bełkot.

Zapewne równie porywająco, jak i z pełnym worem kontrowersji zapowiada się drugi pojedynek o prawo gry na Allianz Arena, zważywszy jak obie drużyny lubią mieć wpływ na ich zdaniem prawidłowy przebieg pracy sędziego. Bayern Monachium – Real Madryt to kolejny z klasyków w Pucharze. Ale o naszych rywalach z Kastylii jakoś niespecjalnie chce mi się dziś pisać. Wybaczcie.