Czy Mourinho zasłużył na swoje 10 mln?

Licząc wszystkie rozgrywki, spotkanie z Betisem Balompié było setnym meczem Jose Mourinho w roli trenera Realu. Królewski klub pod wodzą Portugalczyka wraca do czasów swojej świetności…w kontrowersyjnych okolicznościach. I to wcale nie jego zwycięstwa robią największe wrażenie.

Jose Mourinho zdołał poprawić swoje tak przez wielu wychwalane statystyki, które bądź, co bądź robią wrażenie. W swoim setnym meczu z Realem nie stracił punktów w Sewilli, a miejscowy Betis ambitnie walczył do końca o korzystny wynik. Jak na razie żaden rywal nie jest w stanie sprawić Realowi większych problemów, poza oczywiście Barceloną. Andaluzyjczycy próbowali ugryźć Królewskich po raz kolejny. W rundzie jesiennej, także na stadionie na Estadio Benito Villamarin, królem polowania został Gonzalo Higuain. Betis dobrze spisywał się tylko na początku sezonu; po pięciu kolejkach był nawet niespodziewanym liderem, ale potem jego notowania w tabeli spadły na łeb, na szyję, kiedy w 10 spotkaniach zdobył zaledwie jeden punkt.

Piłkarze z Andaluzji musieli myśleć już teraz o utrzymaniu się w La Liga, jednak korzystnego rezultatu w spotkaniu z Realem nie “pomógł” osiągnąć sędzia Gorka Sagués Oskoz. To nazwisko warto zapamiętać, gdyż nawet w lidze hiszpańskiej bardzo rzadko zdarza się aby odbierano punkty piłkarzom drużyny, która gra z liderem tabeli mającym tak kosmiczną przewagę nad pozostałymi ekipami. Sędzia Sagués w przeciągu zaledwie “jednej godziny lekcyjnej”, czyli tyle, ile przewidziana przepisami trwa jedna połowa meczu piłkarskiego, podjął dwie kuriozalne decyzje.

Kuriozum było już samo to, że na dobrą sprawę spotkanie miało dwóch “ojców”. Doszło bowiem do dość niecodziennej sytuacji, kiedy awizowany jako główny arbiter spotkania, pan Eduardo Iturralde Gonzalez musiał zostać zmieniony z powodu kontuzji nogi. W drugiej odsłonie spotkania zastąpił go, powiedzmy niezbyt godnie… sędzia techniczny, na co dzień prowadzący mecze zaledwie trzeciej ligi hiszpańskiej.

Ambitnie walczący gracze Betisu nie mieli najmniejszych szans z decyzjami arbitra, bo z drużyną Jose Mourinho nadspodziewanie łatwo mogli sobie poradzić. Trener Betisu Pepe Mel, tak jak zapowiadał na przedmeczowej konferencji, nie zmodyfikował  taktyki swojego zespołu pod skutecznie na przestrzeni całych rozgrywek grającego rywala. Wyjściowy skład Betisu był więc bardzo ofensywny – zadaniem czterech zawodników było jedynie atakowanie. Gospodarze rozpoczęli zawody w bardzo dobrym stylu co udokumentowali w chwili, kiedy jako pierwsi zdobyli gola. Styl drużyny stołecznej zaprezentowany w tym spotkaniu mógł nie zachwycać, gdyż piłkarze Mourinho zapewne ładowali akumulatory na mecz w Lidze Mistrzów z CSKA Moskwa. Przesadnie więc nie trwonili sił wiedząc, że ligowy rywal pozostaje bez większych szans.

Wynik spotkania dla Betisu otworzył w 9. minucie Jorge Molina. Potem strzelali: dla Realu w 24. minucie „El Pipita” Higuain, prowadzenie  podwyższył Cristiano Ronaldo w 51. minucie, ale dla Los Beticos w niespełna trzy minuty odpowiedział Jefferson Montero. Ostatecznie wynik spotkania ustalił CR7, zaliczając swoje drugie trafienie w meczu i tym samym zatrzymując licznik Realu w 73. minucie na trzech golach. W takich więc okolicznościach Portugalczyk zdołał już pokonać wszystkich ligowych rywali w lidze hiszpańskiej.

Zdaniem większości hiszpańskich mediów błędy arbitra (techniczno-głównego) w drugich 45. minutach pomogły Realowi w odniesieniu tego zwycięstwa. W ich opinii Los Verdiblancos zostali skrzywdzeni w przekroju całego spotkania przynajmniej dwa razy, niemniej jednak najwięcej kontrowersji wywołała sytuacja z samej końcówki, kiedy w polu karnym Betisu ręką zagrał Sergio Ramos, jednak pan Sagués Oscoz pomylił się i nie odgwizdał rzutu karnego. Dziesiąte wyjazdowe zwycięstwo z rzędu w lidze podopiecznych Mourinho stało się faktem. Po tym spotkaniu fakt liczby zwycięstw ekipy Jose Mourinho przestało robić na kimkolwiek wrażenie – przynajmniej na razie. Znów zajechało z Hiszpanii zgniłym jajem.

Mourinho ma jednak swoją zmorę i bynajmniej nie są to sędziowie, choć już w kolejnym spotkaniu stwierdził, iż to rywal powinien wygrać spotkanie lub przynajmniej zdobyć jeden punkt: “Gospodarze zagrali bardzo dobry mecz i zasłużyli co najmniej na jeden punkt”. W podobnym, jeśli nie takim samym tonie wypowiadał się portugalski szkoleniowiec po wymęczonym zwycięstwie z Rayo Vallecano. Wtedy też anty bochaterem był sędzia - Fernandez Borbalan, a motorem napędowym od którego cała dyskusja nad pracą i rzetelnością arbitrów się rozpoczęła – Sergio Ramos. Właściwie znikąd pojawił się potwór, obrzydliwa hybryda, samozwańczy duet: arbiter – Ramos, który w ostatnich dwóch spotkaniach drużyny Mourinho “wygrywa” ligę dla Realu i nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Jak już mówiłem Mourinho swoją zmorę ma i jest nią Barcelona. Gdyby nie to, że wciąż nie może być górą rzucającą cień na stolicę Katalonii, jego bilans mógłby być o wiele bardziej niewiarygodny. Na dziesięć spotkań, na wszystkich szczeblach rozgrywkach w lidze krajowej i europejskiej wygrał tylko raz, a przegrał pięć. Po 10 grudnia tryumfował jednak dziesięć kolejnych razy i teraz jest daleko w szpicy tabeli. Liczba “dziesięć” przewija się po raz kolejny, gdyż tyle milionów euro rocznie zarabia Portugalczyk. Zdaje się jednak, że dla “Mou” odebranie Barcelonie tytułu po trzech latach jej dominacji jest bardziej znaczące niż jakieś tam cyferki z notesów statystycznych, niemal bezcenne.

Real pod wodzą Mourinho rozegrał sto spotkań. Wygrał 77 razy, 13 zremisował zaliczając też 10 porażek. Bilans bramek jest niepowtarzalny: 271-79. To już ponad 75 procent zwycięstw. Do tej pory najlepszy bilans ligowy drużyna Królewskich zanotowała w ubiegłym sezonie 44-9-6 bramki: 148-43. Jak do tej pory (do sobotniego spotkania) sezon 2011/2012 podkreśla się pod liczbami: 34-4-4 ze stosunkiem 123-36 w bramkach. A przecież sezon jeszcze się nie skończył. W 26. minionych kolejkach strzelił już 91 razy. Wykurowany po grypie Cristiano Ronaldo poprawił swój bilans zdobytych goli w tym sezonie o kolejne dwa trafienia (32).

Wszystkim fanom Barcelony na pocieszenie zostaje fakt, że dla czołowego snajpera Blaugrany Leo Messiego nie istnieją, jak przyznał wiceprezydent Barcelony Josep Maria Bartomeu “…żadne bariery”. Nasza mała “Pchła Szachrajka” z której tak jesteśmy dumni, po kanonadzie jaką zaprezentował w spotkaniu z Bayerem Leverkusen (pięć goli w jednym spotkaniu) w klasyfikacji wszech czasów Ligi Mistrzów awansował na czwarte miejsce w gronie najskuteczniejszych – 49 goli. Tylko jednego trafienia brakuje mu do Francuza Thierry’ego Henry’ego. Prowadzi była gwiazda Realu Madryt a obecnie gracz Schalke 04, Hiszpan Raul Gonzalez 71, przed Ruudem Van Nistelrooyem 56. Messi potrafił już w swoich występach zaaplikować więcej niż trzy bramki. Było to w 2010 roku przeciwko Arsenalowi Londyn (4:1). Zwycięstwo 7:1 nad Bayerem Leverkusen jest najwyższą jak do tej pory wygraną piłkarzy Barcelony w Lidze Mistrzów od ponad… pół wieku. W sezonie 1959/1960 Katalończycy pokonali w Pucharze Europy CSKA Sofia 6:2.

Historia pokaże, czy Jose Mourinho “samodzielnie” zasłużył sobie na swoje 10 mln. euro. I aby było jeszcze ciekawiej, musimy poczekać na odpowiedź Realu. W lidze hiszpańskiej, wszelkie zawiłe dla nas kwestie szybko rozwiązują sędziowie.