Czy to nadal nasza gra?

Ameryka_poludniowa_wyjazdy_dla_firm

 

Staram się aktualnie śledzić okienko transferowe, szczególnie te hiszpańskie. Niestety muszę przyznać, że do tej pory mnie rozczarowuje. Na razie wzmacniają się tylko pierwsze trzy drużyny poprzedniego sezonu, a reszta stawki aspirująca do podium – m.in. Valencia czy bardziej Sevilla – jest uśpiona. Ściągnęły one kilku zawodników, ale raczej bez nazwisk, więc ciężko stwierdzić w tej chwili ich przydatność. Zauważyłem jednak inną ciekawą prawidłowość. Coraz częściej furorę w La Liga robią piłkarze pochodzący z Ameryki Południowej. Ktoś powie – “przecież to normalne, zawsze tak było”. Racja, ale nie przypominam sobie kiedy ostatnio takie pieniądze “przelewały się” za Latynosów. Czy gra rodem ze Starego Kontynentu zaczyna wymykać się nam, Europejczykom, z rąk?

Od razu odpowiadam – raczej nie. Na pewno kierunek obrany na Amerykę jest spowodowany zakończonym Mundialem, gdzie zaskakująco dobrze zaprezentowały się ekipy Kolumbii, Kostaryki, Chile czy Meksyku. Piłkarze z Brazylii i Argentyny zawsze byli rozchwytywani, lecz Europa miała swoje talenty, wielkich zawodników. Nadal tak jest, bo w końcu mamy Cristiano, Bale’a, nieco “przykurzonych”, ale nadal świetnych Hiszpanów oraz świeżo upieczonych Mistrzów Świata – Niemców. Popatrzmy jednak na drugą stronę medalu – najbardziej utytułowany obecnie piłkarz na Świecie (specjalnie nie użyłem słowa “najlepszy”, żeby uniknąć nieporozumień)? Messi. Największa nadzieja futbolu – Neymar. Suarez zdobył z kolei Złotego Buta jako zdobywca największej ilości bramek w zeszłym sezonie. Król strzelców Mundialu i jeden z najdroższych zawodników na świecie to Kolumbijczyk. Wszyscy ci zawodnicy będą grali w przyszłym sezonie w La Liga. A przecież nie tylko oni zawitali do Hiszpanii, bo jest jeszcze Ochoa, być może zaraz będzie Cuadrado. Są jeszcze Bravo i Keylor Navas, którzy w końcu trafili na najwyższy poziom w Primera Division, kolejno do Barcelony i Realu. Wymieniać można w nieskończoność…

Wszystkie ostatnie ruchy są spowodowane Mundialem – to chyba jasne. Nienawidzę tego. Bardzo mnie denerwuje, że ludzie, którzy często rozgrywają 4-5 spotkań na Mistrzostwach Świata zostają chwilę później sprzedawani za grube miliony do najlepszych klubów. Doskonale rozumiem, że czempionat globu to idealna okazja, żeby się wypromować, w końcu to największa impreza futbolowa na Ziemi. Tylko dlaczego zawodnicy, którzy grają przez cały sezon na równym, dobrym poziomie nie są w stanie często się przebić do lepszych zespołów, nie są zauważani, a ich zasługi się przemilcza? Transfer Rakitica do Barcelony przeszedł trochę bokiem, tylnymi drzwiami, wynurzył się na chwilę, aby za moment schować się na zaplecze. Przecież Chorwat zagrał niesamowity sezon! Z kolei James – do czerwca mało kto spodziewał się, że to będzie gwiazda mundialu. Ba, mało kto z kibiców La Liga obserwował go, gdy grał w lidze francuskiej! Wystarczył miesiąc, parę dobrych spotkań, jedna piękna bramka i już publika jest wniebowzięta, zachwycona grą Kolumbijczyka. “Przecież na mundialu grają najlepsi!” Przepraszam, ale to g**no prawda. Chyba nie muszę wspominać, ilu zawodników ze światowej półki nie wybrało się do Brazylii przez kontuzje lub brak powołania. Niektórzy nawet nie przeszli eliminacji do turnieju i oglądali go przed telewizorem. Za to takie ekipy jak Kamerun czy Iran skutecznie tę teorię obalały.

Wracając do sedna, co jest spowodowane takim wzrostem popytu na graczy z Ameryki Południowej? Po pierwsze, co chyba naturalne, brak bariery językowej. We wszystkich krajach na kontynencie, poza Brazylią, Surinamem i Gujaną Francuską, językiem urzędowym jest hiszpański. Nic więc dziwnego, że dla zawodników z Ameryki Łacińskiej podstawowym kierunkiem jest Hiszpania. Styl gry również odpowiada Latynosom. Piłka iberyjska nie jest siłowa; jest radosna, tecniczna, pozostawia wiele pola do fantazji, którą Brazylijczycy, Argentyńczycy i inne narody z Zachodu tak kochają. Dlaczego tak jest? Dlaczego “południowcy” potrafią wcielić w grę tyle nieobliczalności? Nie chciałbym wysuwać daleko idących wniosków, ale być może dzieje się to przez… sytuację ekonomiczną. Ameryka Południowa jest kontynentem, gdzie prawdziwe talenty piłkarskie rodzą się w tych najbiedniejszych dzielnicach. Chłopcy potrafią całe dnie spędzać na boisku, ponieważ na nic innego nie są w stanie sobie pozwolić. Nie mają smartfonów, laptopów i innych gadżetów. Ba! Nie mają nawet butów, a radzą sobie genialnie (ponoć gra na bosaka w młodym wieku sprzyja rozwojowi panowania nad piłką). Być może nie wpychając młodych dzieciaków w ramy treningu, pozwala się tworzyć indywidualności. Unikatowe cechy każdego piłkarza objawiają się podczas gry na podwórku, czego i my sami na pewno kiedyś doświadczyliśmy. Jestem przekonany, że każdy z Was, Czytelników, pamięta jednego lub dwóch kolegów (może sami nimi byliście), którzy potrafili zawsze zagrać celny przerzut, uderzyć z daleka lub balansem ciała zmylić wszystkich przeciwników na boisku i po długim rajdzie ośmieszyć bramkarza. Geniusze tworzą się w tych miejscach, gdzie mało kto zagląda. My, Europejczycy, mamy trochę inne pojęcie. U nas dzieci zapisuje się do szkółek, gdzie pod czujnym okiem trenują, aby tworzyć kolektyw, zawsze poświęcać się dla drużyny. Ta metoda nie jest zła, czego przykładem są reprezentacje Niemiec czy jeszcze do niedawna Hiszpanii. Tylko w tych drużynach ciężko doszukać się kogoś, kto znacznie się wyróżnia na tle kolegów. Według mnie ten system nie jest tak bardzo skuteczny w odszukiwaniu geniuszy, zawodników o nieprzeciętnych umiejętnościach indywidualnych jak ten, który kreuje, nawet nieświadomie, piłka południowoamerykańska. Choć nie mówię, że jest kiepski i do niczego się nie nadaje. Europa jest bardziej wyrachowana, chłodna.

Jeszcze raz odpowiadam na tezę zawartą w tytule i pierwszym akapicie. To nadal jest nasza gra. Kluby europejskie nadal są najlepsze na świecie, mają największy potencjał finansowy i nie zapowiada się, żeby w najbliższym czasie miało się to zmienić. Reprezentacje ze Starego Kontynentu na przestrzeni ostatnich kilkunastu/kilkudziesięciu lat zdobywały częściej Mistrzostwo Świata niż kadry krajów z innych kontynentów. Mimo to, dzisiejsza piłka to nie tylko zabawa w dążeniu do tego, aby być najlepszym. Dziś to też show, marketing, a najlepiej sprzedają się zawodnicy, którzy potrafią coś więcej niż strzelanie bramek. Chodzi właśnie o tę fantazję, o porwanie ludzi swoim stylem gry, radosnym, beztroskim. Świat szalał za Ronaldo, Ronaldinho, jeszcze wcześniej za Pele, Maradoną czy Garrinchą. Dziś zachwycamy się Messim, podziwiamy Jamesa, nawet Cristiano, choć Portugalczyk, wydaje się taki amerykański, choć jak prawdziwy Europejczyk swój talent poparł ciężką pracą. To chyba najlepiej oddaje całą sytuację. Talent nadal jest w cenie.