Dios y hombre

10 lat to niewątpliwie długi okres, tak długi, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, do momentu w którym uświadamiamy sobie, że 10 lat to czas, w którym zmienić może się dosłownie wszystko. Od 10 lat w barwach blaugrana gra Leo Messi i z tego okresu płynie dla mnie jeden oczywisty wniosek – nic się w grze Messiego nie zmieniło. Bogiem futbolu można tylko się urodzić, nie można nim się stać z dnia na dzień. 

Ale też z pełnym przekonaniem trzeba wszystkim przypominać starą zasadę, że na sukces składa się 1% talentu i 99% własnej pracy. On niczego w życiu nie dostał za darmo. Rywale nie traktują go ulgowo, a sam zawodnik, choć mógłby korzystać z swojego prestiżu i sławy, nie robi tego.

Nie pamiętam dokładnie swoich początków jeżeli idzie o zainteresowanie futbolem. To trochę podobnie jak z wyznawaną religią. Miejsce naszego urodzenia wskazuje jakiego wyznania będziemy, ale przecież musi chodzić o coś więcej. Pamiętam, że moją pierwszą koszulką piłkarską, którą otrzymałem, był trykot Zidana, który był wtedy zawodnikiem Królewskich. Wydawałoby się, że zwykła koszulka mogła zdefiniować i wyznaczyć to komu będę kibicował, a jednak szukałem czegoś więcej, bo choć doceniam Real Madryt, to w żadnym stopniu nie mogę się identyfikować z wartościami klubu z stolicy Hiszpanii.

Kilka lat później (sezon 2005/06) zobaczyłem drobnego, patykowatego i długowłosego chłopca, który przed mikrofonami zapominał języka w gębie. Ale też pamiętam, że ten sam dzieciak już od swoich pierwszych gier w pierwszej drużynie Barcelony, pokazywał czym futbol jest w samej swej istocie. Pokazał mi również, że jest tylko człowiekiem. Pamiętam jego łzy, kiedy kontuzja uniemożliwiła mu grę, pamiętam łzy bezsilności oraz gniewu i frustracji, kiedy okazywało się, że tym razem to przeciwnik był lepszy. I pamiętam też tę niegasnącą iskrę nadziei w jego oczach, że kolejny mecz, to kolejna szansa żeby przez 90 minut być w swoim niebie, tu na ziemi.

Futbol zawodnika Azulgrany, to także czysta definicja sportu, w którym idzie o to, żeby pokonywać własne ograniczenia, żeby pokonywać samego siebie i stawać się lepszym z dnia na dzień. Ostatecznie, ten kto stoi w miejscu, tak naprawdę się cofa. Patrząc na grę Argentyńczyka widzę nieustającą pasję i radość z każdej bramki i każdej zanotowanej asysty. Widzę również szacunek dla rywala, sędziów i kibiców, choć z dziennikarskiego obowiązku trzeba przypomnieć, że  on także ma na sumieniu kilka wybryków.

Pep Guardiola powiedział kluczową rzecz w kontekście La Pulgi– najlepsi grają w centrum – tam gdzie mają miejsce kluczowe wydarzenia dla przebiegu meczów. Pomysł ś.p. Tito Vilanovy i jego praktyczne wykorzystanie przez Mistera tylko uwiarygodnił tę tezę. Jest sercem i mózgiem drużyny i to pod niego trzeba układać taktykę tak, aby wykorzystać maksimum możliwości Argentyńczyka. Sezon 14/15 dobitnie pokazuje, że ta powolna ewolucja z egzekutora w kreatora, jest tym czego potrzebuje sam zawodnik. To musi się odbić na jego strzeleckich osiągnięciach, ale jakoś mało mnie to obchodzi, bo w końcowym rozliczeniu, liczy się dobro drużyny, a nie indywidualności.

Messi jest kolejnym elementem w najnowszej historii Barcelony. Jest swoistego rodzaju hybrydą Boskiego Johana i Guardioli. Jest liderem innego typu, nie takim, który jest głośny i przekrzykuje wszystkich, ale takim, który prowadzi resztę drużyny na pierwszej linii. Za takim zawodnikiem, reszta drużyny pójdzie w ogień.

 

10 lat Messiego w Barcelonie minęło bezpowrotnie. Paradoksalnie, w Barcelonie zmieniło się wiele, ale nie zmienił się Leo. Dalej jest tym małym chłopcem, który ugania się za futbolówką z ogniem w oczach. Miejmy nadzieję, że będzie tak przez kolejnych 10 lat. Bóg futbolu i zwyczajny człowiek – Lionel Andres Messi.