Dopiero listopad, a w Madrycie…

Nie dość, że tej soboty mieliśmy ten wielki zaszczyt oglądać najwyborniejsze święto piłkarskie na świecie, to jeszcze całkowicie należało ono do, bądź co bądź, najlepszej drużyny na świecie. Bo po ograniu odwiecznego rywala “pokerem” nie możemy wątpić, że właściwie od czerwca Barca nie straciła tego tytułu. Wczorajszego wieczora udowodniła to tym, którzy jeszcze w to wątpili.

Myślę, że od samego początku, to znaczy od pierwszego gwizdka sędziego Blaugrana pokazała, że będzie bardzo groźna. Tak bowiem weszła w spotkanie – od razu biorąc się do roboty, obserwując jednocześnie, jak będzie reagować Real. Niedługo potem okazało się, że reaguje bardzo niemrawo i bez pomysłu. Na początku wprawdzie Cristiano Ronaldo znalazł sobie miejsce na uderzenie, jednak w kapitalnej formie tego wieczora był Claudio Bravo.

Bardzo szybką odpowiedzią zaś była pierwsza bramka Barcy, która padła już w 10. minucie, a jednocześnie pierwsza Luisa Suareza. Nie będę się rozwodzić nad urokiem tego strzału, bo bez wątpienia dużo, naprawdę dużo można o nim powiedzieć, mam nadzieję jednak, że na Twitterze czy gdzieś indziej w Internecie trafiliście na grafikę, która pokazuje “całą drogę” piłki między wszystkimi zawodnikami Blaugrany tuż przed strzałem Urugwajczyka. Przywołało to moje wspomnienie gola Rakiticia z finału Ligi Mistrzów. Wówczas także przy strzale brali udział wszyscy z Katalończyków na murawie.

Jako, że następna bramka padła dopiero za trzydzieści minut, wydawać by się mogło, że na Santiago Bernabeu panował przynajmniej względny spokój. Cóż, nie do końca. Rzeczywiście, ze strony Los Blancos nie wydarzyło się zbyt wiele – niespecjalnie udawało im się “odgryzanie” Suarezowi za tamto pierwsze trafienie, jakkolwiek to brzmi. Duma Katalonii tymczasem sukcesywnie zwiększała nacisk na Królewskich, to jednak owocowało jedynie frustracją po ich stronie, czego przykładem było zdzielenie Daniego Alvesa łokciem przez CR7. Powstrzymuję się jednak dalszej oceny tego incydentu.

Sędzia pokazywał kartki niezbyt często w ogóle, czasem nie wzruszały go również żądania o interwencję, jak na przykład w 38. minucie po błędzie Claudio Bravo albo faulu Sergio Ramosa (również w podobnym momencie meczu).

Bez wnikania jednak w sprawiedliwość lub jej brak, do pałeczkę od kolegów przejął Neymar, który perfekcyjnie wykorzystał równie solidne, inteligentne podanie od Andresa Iniesty i nie, nie wyolbrzymiam tego. Akcja była bez dwóch zdań bardzo dobrze zgrana i pod każdym względem wyjątkowa. Gola Brazylijczyka oglądałam później jeszcze wielokrotnie i ciężko mi zrozumieć, że z pozycji Neymara piłka bez jakiejś wzmożonej interwencji Keylora Navasa wpadła do siatki. A jednak tak się stało, a to tylko potwierdziło, jak bardzo ten wieczór był magiczny. Tuż przed gwizdkiem sędziego kończącym pierwszą partię meczu wynik usiłowali podwyższyć Neymar i Luis Suarez, w ostatniej chwili powstrzymał ich jednak Marcelo wybijając piłkę, stojąc za linią bramkową.

Wydawało się, że zaraz po powrocie z na murawę, po przerwie, Real otrząsnął się z tego amoku i kompletnego zamroczenia. Do pola karnego na przykład przedostał się wspomniany wyżej lewy obrońca, lecz zdołał trafić tylko w boczną siatkę. Zaraz po nim atakował James Rodriguez, lecz golkiper z Chile nie dał się zaskoczyć ani razu, nikomu, z żadnej odległości, pod żadnym kątem.

Zapał piłkarzy z Madrytu uleciał dość szybko. Już w 52. minucie szansę na trzecią bramkę, a swoją drugą, miał Neymar po rzucie wolnym, Keylor Navas nie dał się jednak zaskoczyć. Zaraz potem nie udało mu się jednak tego powtórzyć, kiedy zamienieni rolami Neymar i Iniesta pokonali go wspólnie raz jeszcze. Tym razem, jak zaznaczyłam, to Neymar asystował, podając piłkę za siebie, a Hiszpan dopadł do piłki i posłał ją w prawy górny róg bramki Królewskich.

Po tym golu na murawę wszedł nieobecny przez długi czas Leo Messi, który, powiedzmy sobie wprost, wybiegł już na gotowe. Real bowiem w dużym stopniu był bierny, momentami naprawdę bezradny. Gospodarzom wprawdzie zdarzyło się jeszcze kilka niezłych akcji, lecz gdy już udawało im się dotrzeć do pola karnego Blaugrany, nie do pokonania był Claudio Bravo. Na przykład, około 70. minuty fantastyczną okazję miał Cristiano Ronaldo, w sytuacji jeden na jeden, znajdując się kilka metrów od bramki.

Podobno jednak nie wykorzystanie takiej akcji może się zemścić. I tak się stało, bo parę minut później Luis Suarez raz jeszcze pokonał Keylora Navasa, ponownie po zgranej akcji Azulgrany. Real kończył to spotkanie na kolanach, oraz, co więcej, w dziesiątkę. Z boiska wyleciał bowiem Isco za swój upust emocji, kiedy brutalnie sfaulował Neymara, bynajmniej nie celując w piłkę. Gdyby tego było mało, dosłownie minutę wcześniej, również za ostre przewinienie na Brazylijczyku, żółty kartonik dostał Dani Carvajal.

Tak między nami, przyznajmy się przed sobą, kto nie liczył po cichu na manitę? Barca nie sprawiała wrażenia, jakby chciała tak szybko zakończyć to spotkanie. W 87. minucie bardzo dobrą sytuację miał Munir, który chwilę wcześniej zmienił Andresa Iniestę, lecz przestrzelił.

Wydaje mi się, iż Barcę było stać nawet na więcej, niż ten jeden strzał, który obróciłby wynik w “rączkę”. To wspaniała wiadomość. Dodatkowo, choć Gerarda Pique publiczność wygwizdywała przy każdym kontakcie z piłką, pożegnała też brawami Andresa Iniestę, gdy ów schodził z murawy. Dalej: w ekipie Luisa Enrique wszystko działało idealnie, od linii ataku aż po bramkę, bo nasi napastnicy z Ameryki Południowej są obecnie na szczycie tabeli strzelców La Ligi, a Claudio Bravo wyprzedził Keylora Navasa pod względem skuteczności. Goście wykreowali również ten świetny wynik bez kontuzjowanego Messiego – Argentyńczyk wspomógł zaledwie czwarte trafienie Barcelony.

Dlaczego z kolei o tym wspominam? Pamiętam doskonale, jak zetknęłam się z prześmiewcami, którzy wręcz karmili się jego nieobecnością, a także czasowymi dziurami w obronie Katalończyków, docierali nawet do również niedysponowanego Vermaelena. Nie wiem, czy tak właśnie maskuje się obawy, gdy ma się świadomość, że jest się na przegranej pozycji. Z całym szacunkiem do Królewskich, sezon zaczęli lepiej, niż Barca. W ostatnim czasie wszystko jednak, co zawierało się w statystykach, świadczyło przeciw nim i o ile mogliśmy uchować się od tej przesadnej pewności siebie, która jest zgubna, w tym Klasyku dało się wyznaczyć faworyta. A jak się ów potoczył? Dopiero listopad, a w Madrycie już -6…