Dwie perełki, jedna cenniejsza od drugiej

Dziennikarze bardzo lubią porównywać, autorytety chwalić swoich ulubieńców. Na świecie bowiem jest więcej najlepszych piłkarzy, niż tylko jeden. Cóż, może dlatego, iż niełatwo jednoznacznie i sprawiedliwie ocenić, kto zasługuje na to miano i dlaczego. A jednak nieustannie próbujemy to robić. W Barcy, na przykład, na ten moment najlepszych jest co najmniej dwóch.

 

Barcelona ma ogromne szczęście, że w jej szeregach gra pełno naprawdę niesamowitych zawodników. Tych dwóch, o których będę mówić, w pewnym sensie są do siebie bardzo podobni, choć oczywiście znajdą się i różnice. Najbardziej zadziwiający jest dla mnie fakt, że obaj są tak bardzo młodzi, a już zdążyli podbić piłkarski świat, o czym zresztą nie raz mówiliśmy. Leo Messi na przykład pobił prawdopodobnie więcej rekordów niż możemy sobie wyobrazić.

 

Obaj są traktowani jako killerzy, kojarzeni bezpośrednio z klasą samą w sobie. Pamiętam ten okres, kiedy w obiegu była jeszcze telenowela o transferze Neymara. Wówczas legenda futbolu, Pele, głosił, że to jego rodak i ulubieniec jest zdecydowanie lepszym zawodnikiem, jest bardziej utalentowany – w odzewie Pchłę bronił Maradona. Trochę się pojedli, lecz nikt tego nie brał na poważnie. Później młodziutki reprezentant Brazylii trafił do Katalonii, tak więc siłą rzeczy znaleźli się i tacy, którzy zaczęli ich do siebie porównywać. Osobiście nie zastanawiałam się nad tym głębiej. Parę dni temu jednak znów usłyszałam, kto od kogo jest lepszy.

 

Rzeczywiście, czasami warto pomyśleć o tym nawet kilka razy.

 

Przede wszystkim, wiele zależy od tego, czym kierujemy się w ocenie tych dwóch piłkarzy. Trofeów w domu, zdecydowanie więcej ma zapewne Leo Messi. Przechodził do historii także częściej, a ostatni tego przykład to rekord pobity podczas sobotniego meczu z Sevillą. Brazylijczyk z kolei zabłysnął nieraz w barwach narodowych, szczególnie w ramach rozgrywek Pucharu Konfederacji czy Copa Libertadores – zdobył tytuł najlepszego zawodnika rozgrywek, Brązowego Buta i tak dalej. Tu wygrywa La Pulga, bo przeważył w liczbach, ale bez jakiejś wielkiej przesady.

 

Jeśli chodzi o potencjał, szanse i predyspozycje są podobne. Obaj zawodnicy potrafią zabłyszczeć i podbić serca kibiców na całym świecie, potrafią dokonać rzeczy niezwykłych, największych wrogów ograć jak dzieci, nawet wtedy, gdy wszyscy zwątpili, gdy sytuacja jest beznadziejna. Zdarzają się oczywiście dni, kiedy jeden lub drugi, albo jeden i drugi przypomina cień samego siebie, ale to logiczne, że gorsze dni zdarzają się wszystkim, nawet królom.

 

Badając ich przeszłość z pewnością zaobserwujemy różnicę między szumem, jaki powstał wokół nich na początku ich kariery i nietrudno to zinterpretować. Leo od samego początku dorastał i rozwijał się w Katalonii, jako nadchodząca gwiazda. Powoli pokazywał światu na co go stać, wyłaniał się z cienia tych, którzy zdążyli już zabłysnąć. Zaczynał parę lat temu, w końcu wystrzelił, jak sztuczne ognie, podbijając tenże świat i tworząc historię na naszych oczach. A kim był Brazylijczyk, wychowanek Santosu, kiedy przybył do Barcelony? Był już wielką gwiazdą, ledwo oszlifowanym diamentem, który jechał na, że tak powiem, „resztę szlifowania” do królestwa futbolu. Bo tak to właśnie wyglądało. Inne królestwo, osadzone w Madrycie, walczyło o niego do samego końca – o tym także należy pamiętać.

 

Warto również zrobić nieco inne zestawienie. Obaj zawodnicy mają jeszcze mnóstwo grania przed sobą, jeden więcej od drugiego. No, właśnie – to kluczowe stwierdzenie. Interesujące są dwa fakty. Po pierwsze, zarobiony Neymar ma przed sobą „jeszcze mnóstwo grania” plus te kilka lat, które różnią go od Argentyńczyka. Nie chodzi tu nawet o pieniądze, które sypią się im obu do portfeli jak woda w Niagarze. Jak już wspomniałam, Neymar, pomimo tego, że jest bardzo młody, zdążył już naprawdę dużo wywalczyć, by jego półka na trofea prezentowała się co najmniej imponująco. Kto wie, ile jeszcze osiągnie, gdy będzie miał 27 lat, tak, jak teraz Messi? No i druga kwestia: kto pamięta, jak sprawował się Leo, mając 22 lata? W 2008 z Barcelony odszedł Ronaldinho, od którego Pchła przejął wyjątkowy numerek na koszulce, i, jak się później okazało, cały ciężar i odpowiedzialność, z jaką wiązał się tenże numerek. Na to się zapowiadało. Dalej: w sezonie 2008/09 Barca zaczęła rządzić w Europie, a na czele najwspanialsze perełki Blaugrany, w tym właśnie La Pulga. Wygląda więc na to, że oboje, jako ledwo dorośli chłopcy, czuli tę miłość do futbolu we krwi i genach. I w pełni to wykorzystywali. Tu, moim zdaniem, mamy remis.

 

Ciekawa różnica, jaka przychodzi mi do głowy, to kilkadziesiąt milionów (około 50) euro różnicy w ich cenie na rynku transferowym. W pewnym stopniu niewątpliwie wiąże się to właśnie z tym, co obaj panowie już wygrali czy wywalczyli osobiście. Muszę zaznaczyć, że zastanawia mnie fakt, iż kosztujący Barcę 50 milionów Neymar (tak przynajmniej obwieszczano na samym początku, później, jak pamiętamy, sprawa jego ceny ciągnęła się jak tasiemiec) był wówczas powiązany z tysiącami różnych przedstawicieli, sponsorów i Bóg wie czego jeszcze. Czytając listę wszystkich, którzy walczyli wtedy o cenę Brazylijczyka i tym samym o własne zyski z jego transferu do Katalonii, chciało mi się śmiać. Teraz, jego cena wzrosła o 20 milionów. To, moim zdaniem, dziwnie mało, bo trudno powiedzieć, że obniżył loty. To jednak temat na dłuższą debatę z innej beczki.

 

Reasumując te kilka kwestii, wydaje mi się, że nie można od tak powiedzieć, że ulubieniec Pelego jest lepszy od Messiego, albo, że to następca Maradony rozkłada swojego kolegę z zespołu na łopatki. Tak się nie da. Zawodnicy z Ameryki Południowej wymieniają się nawzajem, pod bramką i w polu gry, lubią sięgać po dumnie brzmiące tytuły i prawdopodobnie nie raz to zrobią. Obaj są wielcy, a będą jeszcze więksi. Pogódźmy się z tym, bo nadawanie jednemu z nich „numero uno” mija się z celem.