Dziennikarze to też zagorzali Cules

Lionel Messi 2013 Wallpapers (5)

Już wiele razy miałam sposobność oceniać hiszpańskie źródła informacji sportowych – wiemy, na jakich zasadach działają te największe gazety i jakie mają nawyki, które to znów mnie zadziwiły. Co prawda, nie mowa tu o Bóg wie jakich transferach, konfliktach wynikających z tego, że ktoś na siebie krzywo spojrzał. Tym razem zauważyłam inne zjawisko. Ciężko to nazwać absurdem, ale głupotą już raczej tak.

Leo wrócił do gry w poprzedni wtorek trochę jak ninja – niespodziewanie pojawił się na boisku i szybko rzucił na kolana przeciwnika. To z całą pewnością powód do pochwał, zachwytów oraz dumy, o której zawsze mówię – jako Cules mamy szczęście, że to właśnie my jesteśmy rozpieszczani przez najlepszego piłkarza na świecie, a może i najlepszego w historii futbolu. Pchła dowodzi to niemal na każdym kroku.

W ostatnim czasie długo nie mieliśmy okazji go oglądać, a może wręcz podziwiać.  Rozumiem jak najbardziej, że media wreszcie mają dobry temat do masowego oblegania. Powrócił w fenomenalnym stylu. Rozumiem, że to jeszcze większa sensacja do „systematycznego” tłuczenia w gazecie. Gdy jednak spojrzymy na potok tych wszystkich sensacji, po krótkim czasie w oczach mienić się tylko „Messi Messi Messi Messi Messi Messi”. Powtarzam raz jeszcze – pewnie, że na chwilę obecną jest o czym mówić  na temat Leo, ale po jaką cholerę mówić na siłę?

Wydaje mi się, że hiszpańskie media naprawdę mogłyby oszczędzić nam wiadomości o tym, jak zabójczy wzrok ma Argentyńczyk, jaki jest jego ulubiony rywal. Problem leży nie w tym, że szukam pierwszych lepszych newsów, aby zyskać poparcie swoich argumentów. Rzecz w tym, że podczas gdy pełno jest informacji na temat jego kondycji, możliwości gry z Atletico czy jego ostatnim spotkaniu, głupie detale, mające na celu by tylko wyglądać ładnie, powodują przesyt. Przynajmniej dla mnie. Oczywiście wiadomo, że na świecie ludzie miewają większe problemy – to, o czym mówię, niczemu nie szkodzi. Po prostu irytuje.

Myślałam co nieco także o jakże odważnej deklaracji PSG sprzed tygodnia na temat ich możliwości finansowych. Nie to jest głównym tematem moich rozważań, ale i o tym chcę wspomnieć – cena, jaką oszacowano za transfer Leo to kosmiczna kwota, podczas gdy najdroższy transfer w historii futbolu obraca się jak dotąd wokół „zaledwie” 100 milionów euro – czyli cztery razy mniej. W ramach ciekawostki można by wspomnieć, że cena Messiego to, „tłumacząc na nasze”, mniej więcej 1,6 miliarda polskich nowych złotych. Za te pieniądze możecie kupić sobie kilkaset nowych Lamborghini Huracan, albo willę Shakiry w Miami, najdroższy telewizor świata Supreme Rose, apartamentowiec w Londynie One Hyde Park, z dziesięć gitar Jimiego Hendrixa i Erica Claptona, żywność dla połowy Afryki i wielu „wiernych” przyjaciół…. Albo jednego Leo Messiego. Wydaje mi się to co najmniej dziwne, że paryski klub podjął się tej „licytacji”. To wszystko mija się z celem, jeżeli chodzi tylko o to, by zaproponować gigantyczną kwotę, która ładnie komponowałaby się z nazwiskiem Argentyńczyka. Nie wspominam już o innych kwestiach, na przykład o tym, że wszyscy znamy zdanie Leo – jest mu bardzo dobrze w Barcelonie i jest z nią związany emocjonalnie. Wniosek nasuwa mi się prosty i oczywisty – czego by Leo Messi nie zrobił, czego by nie powiedział, dotrze do nas szybciej, niż wiadomość o wyborze nowego papieża czy wypadku Thomasa Morgensterna.

Biorąc wszystko w całość zdaję sobie sprawę, że na Blogu zdarzały się felietony poruszające istotniejsze tematy, niż ten czołowy, o którym powiedziałam. Nie da się jednak ukryć, że owe zjawisko ma naprawdę  męczące skutki – Leo wrócił po długiej przerwie, więc wręcz wymagane jest jak najwięcej informacji na jego temat, ale nawet największy degustator czekolady w końcu się zasłodzi.