Galaktyczna Barcelona

Od ponad tygodnia Barcelona pod wodzą Luisa Enrique przygotowuje się do rozpoczęcia nowego sezonu 2014/15. Nadzieje i oczekiwania są ogromne. Wietrzenie szatni i klubu, rewolucja, zbrojenie się – tak w Katalonii jak i w Madrycie – idzie pełną parą.

Zastanawiam się gdzie i w jakim kierunku zmierza Barcelona. Z roku na rok widzę jak bardzo ten klub się zmienia – upodabnia się do wszystkich innych klubów, a szczególnie do tego z stolicy Hiszpanii. Kiedy zaczynałem kibicować Barcelonie, hasło mes que un club coś znaczyło. Teraz jest to wyświechtany slogan, powtarzany jak mantra, który ma udowodnić wszystkim, całemu światu, że FC Barcelona to coś więcej niż zwykły klub piłkarski. Czy tak jest? Ostatnie decyzje instytucjonalne, kadrowe, finansowe tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że Duma Katalonii z czegoś więcej niż klub, staje się zwykłą maszynką do robienia pieniędzy.

Kilka słów wyjaśnienia. Historia Barcelony nie rozpoczęła się w 2008 r. kiedy trenerem został Pep Guardiola. Mam takie wrażenie, że spora część kibiców tak patrzy na Dumę Katalonii – gdzie na osi czasu to era Guardioli jest alfą w historii klubu, a co za tym idzie, wszystko to co za Guardioli było najlepsze. Otóż moi drodzy, Barcelona to klub z ponad stuletnią historią. Faktycznie, okres 2008-2012 to złoty czas klubu, jednak przed Guardiolą klub istniał i istnieje po jego odejściu. Mój główny zarzut w tej kwestii: barcelonismo szczyci się tym, że stawia na swoich wychowanków jak nikt inny na świecie. Ogromny sukces – jesienią 2012 r., w meczu (jeżeli dobrze pamiętam z Levante) Barcelona zagrała zawodnikami wychowanymi w La Masii. Wielkie marzenie zostało spełnione. 11 zawodników, którzy uczyli się grać w szkółce Barcelony. Ale przecież tak nie było zawsze. Wystarczy popatrzeć na finałową jedenastkę, która w paryskim finale Ligi Mistrzów w 2006 r. pokonała Arsenal Londyn. Pod tym względem Barcelona nie wyróżnia się na tle innych klubów. Wybitna generacja La Masii (Puyol, Valdes, Xavi) powoli odchodzi w zapomnienie. Na pokładzie utrzymują się teraz zawodnicy rocznika ’87  i późniejszych (Messi, Pique, Pedro, Sergio).

Nagle okazało się, że zawodnicy pokroju Bojana, Cuenki, Tello, (!) nie spełniają oczekiwań. Z rocznika ’91 w drużynie ostali się Bartra oraz Montoya, z tą uwagą, że żaden z nich nie jest zawodnikiem pierwszego wyboru. Barcelona gra wychowankami? Już nie – wystarczy popatrzeć na możliwą wyjściową jedenastkę: Ter Stegen, Alves, Pique, Mathieu, Alba, Mascherano, Iniesta, Rakitić, Neymar, Messi, Suarez – zawodnicy pogrubieni to wychowankowie i oczywiście to jest mój wyjściowy skład, gdzie na ławce są inni wychowankowie: Pedro, Sergio, Bartra, Rafinhia, Deulofeu, Montoya, Xavi. W takim układzie dalej możliwe jest granie tylko wychowankami: Masip, Montoya, Bartra, Pique, Alba, Sergio, Iniesta, Xavi, Deulofeu, Messi, Pedro. Wątpię jednak czy taki skład kiedykolwiek wybiegnie na murawę…

Kontynuując wątek transferowy. Jestem w stanie zrozumieć (choć nie jest to łatwe) odejście Sancheza i Fabregasa. Lucho potrzebuje pieniędzy na szeroko pojętą rewolucje. Ale zamiast skupić się na łataniu dziur w defensywie, Barcelona sprowadza kolejnego zawodnika ofensywnego. Suerez to prawdziwa bomba transferowa i ciężko podważać ten transfer, ale ciężko go zrozumieć jeżeli kolejnym wzmocnieniem obrony staje się 31-letni Mathieu z Valencii…

Kolejny argument, który w pewnym stopniu może podważyć hasło ‘więcej niż klub’ to reklamy na koszulkach. Przez lata Barcelona szczyciła się tym, że jej trykot jest czysty – bez żadnej reklamy. Zmieniło się to w 2006 r. kiedy na koszulkach pojawiła się reklama UNICEF-u i tu zarzutów nie było, bo Barcelona rokrocznie przekazuje sumę pieniędzy na konto tej organizacji. Potem przyszli Katarczycy i się zaczęło na dobre. Ostatni hit to reklama firmy Beko na rękawie koszulki. Zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach trudno odmówić dochodów z tychże reklam, ale skoro przez tyle lat Barcelona dawała sobie radę w „czystych” koszulkach, to co się nagle zmieniło?

W nawiązaniu do tytułu tego felietonu – Barcelona powoli zaczyna przypominać Real Madryt, szczególnie w kwestiach marketingowych i transferowych. Mówiło się przez lata, że to Królewscy wydają miliony na wzmocnienia, ale ostatnie lata pokazują, że Barcelona nie ustępuje w niczym Madrytowi. Milionowe transfery Neymara, Suareza, Zlatana, Sancheza, Fabregasa, Alvesa mówią same za siebie.

Reasumując, hasło więcej niż klub w ostatnich latach stało się pustym hasłem. Barcelona z klubu, który przypomniał bardziej rodzinę niż instytucję, zostały zgliszcza i niekompetentni zarządzający, którzy skutecznie podważają markę Barcelony w imię własnych korzyści, ponieważ pozbycie się Abidala i Guardioli – dwóch żywych symboli, które były wyznacznikami – pokazuje, że klub stał się niczym więcej, jak tylko najzwyklejszą drużyną piłkarską, jakich wiele w współczesnym świecie.