Gra o grubą kasę

Co jest najważniejsze w europejskich pucharach? Bramki? Emocje? A może oglądalność i zainteresowanie mediów? Otóż nie. Najważniejsze w pucharach są… pieniądze. Duma Katalonii wie, jak wygrywać grubą kasę. W tym sezonie do wydarcia jest ponad 50 milionów euro.

Wygranie wszystkich meczów, łącznie z fazą grupową gwarantuje premię w wysokości 31,5 miliona euro. Na taki finansowy rezultat nie może liczyć już żaden z zespołów.

Do podziału pomiędzy kluby pozostają miliony z tytułu praw marketingowych, które według UEFA wynikają z trzech czynników: wielkości rynku telewizyjnego w danym kraju, pozycji w lidze na koniec sezonu, jak również liczby rozegranych gier. To troszkę paradoksalna teza wynikająca z takich założeń, ale np. Manchester United, którego już nie ma w Champions League, jako mistrz kraju z poprzedniego sezonu może zarobić więcej niż Arsenal Londyn, który gra dalej. W myśl takiego założenia Czerwone Diabły na klubowym koncie zanotowały z europejskiej centrali sportu przyrost większy od Barcelony, która pokonała zespół z Manchesteru w finale rozgrywek. Trochę to skomplikowane i pozornie pozbawione sensu. Ale tylko pozornie. Z tego, co mówią liczby, wnioskuję, że po przegranym meczu na Wembley, Anglicy stali się o przeszło dwa miliony euro bogatsi od Hiszpanów.

W tegorocznym finale na Allianz Arena w Monachium zabraknie Manchesterów, a największe emocje wzbudzać mają Real i Barcelona. Spotkanie obu klubów w jednej z faz finałowych byłoby dla Królewskich papierkiem lakmusowym wszystkich osiągnięć podczas trwania ligi hiszpańskiej wraz z kontrowersjami, towarzyszącymi nieodzownie każdemu El Clasico bez względu na szczebel i tło rozgrywek. Iberyjskie kolosy miały szczęście w losowaniu, bo przypadł im plankton do pożarcia. Jednak po pierwszych meczach widać, że na lepszą ucztę trafiła Barcelona. Real uległ wpływom zimnej i nieprzyjaznej stolicy Rosji, notując zaledwie remis z CSKA, podczas gdy Barca już na wstępie odprawiła z kwitkiem Bayer Leverkusen. W obu przypadkach dopiero rewanże wszystko jednak wyjaśnią.

Dla Pepa Guardioli nastał niewątpliwie ciężki czas. Jeśli  uruchomićby wspomnienie i spojrzeć na spotkanie w Leverkusen przez pryzmat szczęścia, a nie dyspozycji Barcy, która w lidze nie zachwycała (szczególnie na wyjazdach), to można powiedzieć, że drużyna miała sporo szczęścia, gdyż w ekipie popularnych “Aspirynek” zabrakło bramkostrzelnego Erena Derdiyoka, który nadepnął na kawałek szkła i został wyłączony z gry. Chciałoby się powiedzieć: “jak Pepe nadepnął na rękę Messiego, nikt go nie wykluczył”. No ale dłoń Leo nie jest ze szkła, a brutalny Portugalczyk z brazylijskim paszportem, to nie ambitny Szwajcar kurdyjskiego pochodzenia.

Liga Mistrzów to najbardziej medialne wydarzenie piłkarskie na świecie. Nie da się więc wszystkiego przeliczyć w sposób jednoznaczny na żywą gotówkę. Jak obliczyli specjaliści, Barcelona za tryumf w ubiegłym sezonie Champions League mogła zarobić kwotę łączną w wysokości blisko 130 milionów euro. Z tytułu sprzedaży praw telewizyjnych do oglądania pojedynków w LM, Barcelona zainkasowała nieco ponad 20 mln euro. Dla porównania, Chelsea Londyn za ubiegły sezon zgarnęła z puli o siedem baniek więcej.

Kluby biją się na budżety. Szejkowie i oligarchowie prześcigają się w zakupach i obsypują piłkarzy obietnicami, nie tylko złotymi. O to, jakiego pochodzenia jest to złoto, nie pyta nikt. Bo i po co? Pecunia non olet, powiadam Wam! W Golden Champions League obowiązywać zdaje się jedna zasada – złota zasada, którą oddaje hasło reklamowe firmy Adidas: “Niemożliwe nie istnieje!”. Również jeśli chodzi o finanse.

Na wzrost wartości szacunkowej graczy z Katalonii w tym sezonie składa się możliwość negocjacji lepszych warunków sprzedaży praw do transmisji spotkań, jak również przychody z obrotów klubowymi pamiątkami. To generuje w przypadku Barcy dodatkowe 75 milionów euro. W taki sposób (wg jakiegoś “klucza”) wyceniono Manchester na sumę 73 mln. Londyn, jako organizator zeszłorocznego finału, otrzymał korzyści na sumę łączną ponad 51 milionów euro. Kolejna szansa na pobicie rezultatu już za rok, zwłaszcza gdy będzie to ukłon w stronę władz angielskiej federacji, z okazji kolejnej rocznicy jej powstania.

Na razie istnieje jednak szansa na detronizację Barcelony nie tylko w aspekcie finansowym, ale również tym sportowym. Choćby z racji organizowania wielkiego finału Ligi Mistrzów w tym sezonie w stolicy Bawarii, marzą o tym w Monachium. Szefowie Bayernu już od roku powtarzali, że tryumf w tych prestiżowych rozgrywkach w 2012 roku, to nadrzędny cel dla klubu. Marzenia o pozbawieniu Barcelony korony mogły się jednak rozpierzchnąć wśród szyderczych uśmiechów i kpin ze strony kibiców już na samym początku, a to dlatego, że Bayern nie zapewnił sobie bezpośredniego awansu do tych rozgrywek, dając się w Bundeslidze wyprzedzić przez Borussię Dortmund i Bayer Leverkusen.

Trzeba było przejść przez sito eliminacji, więc w klubie wszyscy z zapartym tchem czekali na to, co przyniesie złośliwy los. Trafiono w barażach na FC Zurich; odetchnięto z nie skrywaną ulgą. Dla Niemców nie był to jednak udany okres. W swojej grupie przyszło im zmierzyć się z drużyną FC Basel, która oprócz cypryjskiego APOEL-u jest kopciuszkiem 1/8 finału. Po pierwszym spotkaniu bardziej zadowoleni mogą czuć się gracze ze Szwajcarii.

Tymczasem z obozu Barcelony dochodzą słuchy, jakoby sekretarka Barcelony, pani Susana Monje, potwierdziła, że Duma Katalonii będzie miała w lecie do dyspozycji 50 milionów euro na transfery. Za takie pieniądze nie da się zrealizować listy transferowej, na której są m.in. Robin van Persie, Gareth Bale czy Neymar. “– Po zakończeniu sezonu będziemy mieli około 50 milionów euro. W przyszłości będzie coraz większa kwota na transfery, ale obecnie musimy mądrze dysponować budżetem”.

W ostatnich latach zarobki Barcelony zawarły się w 21 milionach euro i jestem z tego zadowolony. Bo choć w Azji marketing “naszego” klubu rozwija się powoli – niczym różki ślimaka winniczka – jeszcze nie przynosząc oczekiwanych dochodów, to liczyć można, że Duma Katalonii godziwie zarobi po wyeliminowaniu Realu z dalszej części rozgrywek i dotarciu co najmniej do finału Ligi Mistrzów.