I wywalczyli awans!

Pique-logro-el-segundo-gol-de-_54362347563_54115221155_600_244

To chyba jeden z tych meczów, po których nawet ci, którzy niespecjalnie przepadają za futbolem, z zadowoleniem pójdą spać. Nie chodzi tu też o to, że przez chwilę byli kibicami Barcelony. Tydzień temu mieliśmy nienajlepsze humory po remisie z Malagą, który zresztą był niemałą niespodzianką. Przez większość spotkania rewanżowego klub z Andaluzji sprawiał wrażenie, że ma ochotę zaskoczyć nas jeszcze raz. Na nasze szczęście mecz ma 90 minut, a piłkarze „Barcy” mają zakodowane, że należy grać do samego końca.

Mecz, mówiąc ogólnie, był średnio miły dla oka. Owszem, mieliśmy pełno ciekawych akcji, obie drużyny były bardzo aktywne, ale też dość agresywne, dlatego sędzia pokazał całkiem sporo żółtych kartek. W pewnym sensie rozumiem na przykład Cesca Fabregasa, który także ją otrzymał za symulowanie faulu, lecz tego wieczora wybitnie nie radził sobie ze złością. Miał chyba największego pecha spośród wszystkich zawodników na boisku, arbiter natomiast nie szczędził go tak, jak nie szczędził wielu innych piłkarzy. Ten fakt był z pewnością dużym minusem całego spotkania.

Warto jednak zwrócić też uwagę na milszy aspekt rywalizacji „Barcy” i Malagi. Zarówno tydzień temu, jak i w meczu rewanżowym widzieliśmy wyrównaną grę. Naturalnie statystyki przemawiały za przewagą „Blaugrany”, jednak kto oglądał choć część jednego z tych dwóch spotkań z pewnością zauważył zaciętą walkę. „Malaguistas” stanowili naprawdę spore zagrożenie dla Barcelony, a udowadniali to wieloma akcjami czy choćby czterema strzałami, których nie dał rady powstrzymać Jose Manuel Pinto. Momentami wydawało się, że Andaluzyjczycy mają awans do półfinału Pucharu Króla na wyciągnięcie ręki, że zatrzymają wielką „Barcę”. Jak się później okazało, ich baterie zaczęły się wyczerpywać w najgorszym dla nich momencie, czyli właśnie wtedy, kiedy „Duma Katalonii” dopiero zaczynała się rozkręcać. Malaga dotrzymywała regularnie kroku swoim przeciwnikom do drugiego gola. Nie udało im się wyrównać trzeciego, gdyż już wtedy powoli tracili swój błysk, pomimo, że starali się, jak mogli. Gdy Leo Messi „dołożył” gospodarzom jeszcze czwartą bramkę dla „Blaugrany”, dalsza walka w ogóle stała się abstrakcją. Swój iloraz inteligencji pokazali nawet kibice „Los Boquerones”, kiedy to o zmianę poprosił najlepszy piłkarz świata. Wówczas, nie żałując gardeł, pożegnali go, głośno wygwizdując. Jak najbardziej rozumiem ich rozgoryczenie, ale nalegam, nie popadajmy w swego rodzaju fanatyzm ani skrajności, ktoś przecież musiał przegrać.

W półfinale czeka nas jeszcze większa dawka emocji, na „Barcę” bowiem czeka już Real Madryt i Gran Derbi. Rok temu obie drużyny spotkały się jeszcze w ćwierćfinale, gdzie po zwycięstwie 2:1 i tydzień później po remisie 2:2 „Azulgrana” wyeliminowała swojego odwiecznego rywala. Czy dla „Los Blancos” będzie to okazja do zrewanżowania się, czy może to Barcelona znów będzie górą, dowiemy się już niedługo.

Trochę się podenerwowaliśmy, trochę pozałamywaliśmy, ale najważniejsze, że efekt końcowy jest dla nas, Cules, wymarzony. Wiadomo, że zawsze znajdzie się ktoś, na przykład kibic poległej Malagi, kto powie, że „mieli farta”, ale patrząc prawdzie w oczy, to czy powtarzający się nagminnie fart rzeczywiście jest fartem, czy raczej dowodem na świetność tej drużyny? To chyba tak oczywiste, że  nie ma sensu się nad tym rozpisywać…