Ja, kapitan

Mam taki zwyczaj, że staram się przed oscarową galą obejrzeć możliwie dużo nominowanych filmów i samemu wytypować zwycięzców. Czasem trafiam. Zdarza mi się przeżyć też takie chwile jak te, których krótkie historie przedstawię Wam drodzy Czytelnicy, na chwilę przed dzisiejszym spotkaniem Barcelona – Chelsea. Jest taki duet.

O Puyolu z Barcy

Choć zwycięstwo Barcelony było wyraźne, to przez chwilę w Saragossie pachniało niespodzianką. W 30. minucie prowadzenie gospodarzom dał Aranda. 31-letni napastnik przy okazji zrehabilitował się za niewykorzystany wcześniej rzut karny. Potem stało się coś, czego niewielu z nas nie doświadczy nigdy w swoim marnym i zafajdanym życiu.

Podczas jednego ze starć Carles Puyol nabawił się pewnego urazu. Kapitan rozciął łuk brwiowy. Jak sam mówił nigdy nie miał takiej kontuzji. Ale wszystko przecież musi się kiedyś zdarzyć pierwszy raz… “Pierwszy raz coś takiego widziałem” – powiedział po spotkaniu do dziennikarzy nadworny lekarz Realu z Saragossy pan Oscar Luiz Celada. “To było jak podczas wyścigów Formuły 1. W pewnym momencie ktoś zauważył, że z łuku brwiowego Carlesa polała się krew. Krzyknięto do sędziego technicznego, ten dał sygnał głównemu i chwilę później kapitan Barcelony jak bolid “zjechał do boksu”, czyli linii bocznej. Przy ławce ich (Barcelony) lekarz chciał zszyć rannemu Puyolowi ranę. Ale ten wskazał tylko na urządzenie do spinania końcówek bandaży. Podbiegłem, żeby zobaczyć co się dzieje, zrobiło się małe zamieszanie, usłyszałem tylko słowa Tarzana “do roboty” i zobaczyłem jak przyłożono mu spinacz do czoła, a po dwudziestu sekundach kapitan był już na boisku. W dodatku po chwili strzelił wyrównującą bramkę! Nie wierzyłem własnym oczom…

Messi dla Barcelony to diament najczystszej wody. Talent, repertuar niebanalnych zagrać, najwyższej jakości zaawansowanie techniczne, precyzja strzału, wszystko to ma La Pluga i tym zachwyca miliony swoich fanów na całym świecie. Puyol zawsze pozostawał niejako w cieniu Argentyńczyka. Jego zagrania nie są może tak spektakularne jak Xaviego czy Iniesty, nie ma dynamiki na skrzydłach Daniego Alvesa, ale za to bez jego zaangażowania w stu procentach podczas każdego meczu, bez serca do walki o każdą piłkę, nie byłoby tych wielkich sukcesów, które są udziałem zarówno reprezentacji Hiszpanii, jak również Dumy Katalonii. On ożywia każde spotkanie tych drużyn, zmusza swoich kolegów do jeszcze większego wysiłku. Łaja niczym nauczyciel krnąbrnych uczniów, kiedy ci choć troszkę zaczynają bumelować na boisku. “Przy kimś takim nie można się opieprzać. Jest srogi jak sierżant dla rekrutów w korpusie Marines“. Tak scharakteryzował swojego kapitana Cesc Fabregas, wkrótce potem jak zakończył swoją odyseję w Arsenalu i wrócił do Barcelony, której był wychowankiem. “Czasem mam wrażenie, że wokół mnie biega pięciu, a nawet sześciu takich kudłatych Puyolów. To istne wariactwo!” – dodaje Gerard Pique.

I faktycznie, coś w tym określeniu “wariactwo” jest na rzeczy. Puyol biega po boisku nie zważając na niebezpieczeństwo. Podobno jego mama już nie ogląda spotkań syna od dawna, bo jak sama mówiła dziennikarzom, pytana czy się nie boi kiedy Carles zaczyna trochę grać jak jeździec bez głowy, “nie ma na to zdrowia”. “To strasznie wygląda, ale jestem przekonana, że on wie co robi. W każdy mecz wkłada całe zdrowie i serce. Po spotkaniu dzwoni i mówi “Mama, wygraliśmy, mamy puchar!“. Ja nie jestem w stanie rozmawiać ze wzruszenia i pytam tyko “A z tobą jak synku? Nic zlego się tobie nie stało?

Puyol w żadnej mierze nie może równać się pod względem kunsztu piłkarskiego z ikonami współczesnego futbolu. Za to pod względem fizycznym oraz jego cech charakteru, bije ich wszystkich na głowę. “Czułem tylko wiatr na twarzy. Nie widziałem nikogo, tylko głos się wokół mnie zakręcił jak tornado na pustyni. Po chwili dopiero zdałem sobie sprawę, że Puyi biega tam i z powrotem krzycząc mi w biegu: “Nie stój! To jeszcze nie koniec meczu. Rusz się i przerwij akcje. Na co czekasz?!” – tak wspomina końcówkę finału Ligi Mistrzów z Manchesterem United Sergio Busquets.

Puyol to serce, to płuco, to silnik. To obrońca uniwersalny, zaufany żołnierz do zadań specjalnych wystawiany przez Guardiolę w zależności od potrzeb na wszystkich czterech pozycjach linii defensywnej. Jak mówi Mateusz Borek, kiedy Puyol gra Barca nie przegrywa. Przegrała Panie Borek, ale fakt, że tylko jeden raz na 72 występy. Za to w Lidze Mistrzów ani razu.

O JT z The Bridge

Tego faceta nie jest łatwo złamać, zaprawdę powiadam Wam! To nie żaden oprych z Sing-Sing, najcięższego więzienia w Stanach, ani superbohater z kreskówek Marvela. Udowodnił swoją “trwałość” w pierwszym ćwierćfinałowym meczu z Benficą Lizbona tegorocznej Ligi Mistrzów. Złamał wtedy dwa żebra, a mimo to zagral jeszcze w kilku kolejnych spotkaniach, aby pomóc (jako kapitan) swojej drużynie.

W przypadku Johna Terry’ego nie będzie krzty przesady kiedy napiszę, że za swój klub oddałby życie. Tak było prawie w 2007 roku, kiedy podczas półfinałów ligi Mistrzów z Arsenalem wyskoczył do piłki, aby następnie huknąć głową w stopę rywala, którym był Abou Diaby. Terry padł nieprzytomny na ziemię z dość sporej wysokości, jak po klasycznym bokserskim KO. Od zaduszenia się własnym językiem i nieświadomego odebrania sobie życia, uratowała go natychmiastowa interwencja lekarza Kanonierów.

John Terry stał się niewątpliwą ikoną klubu, a na pewno zrobił ku temu pierwszy poważny krok po tym, jak jako pierwszy, wówczas 21-latek zgłosił się do ówczesnego trenera Chelsea Londyn Claudio Ranierriego, deklarujac chęć wylotu na mecz z Hapoelem Tel Aviw. Po zamachach terrorystycznych z 11 września, strach zajrzał w oczy wielu osobom latającym samolotami na świecie. Fala lęku nie ominęła także kilku graczy Chelsea, kiedy w październiku 2001 roku mieli lecieć na spotkanie Pucharu UEFA do Izraela. Dwa miesiące po tych wydarzeniach, Terry pierwszy raz jako kapitan, wyprowadza swój zespół na płytę boiska. Kibice nadadzą mu nieco później przydomek Mr. Chelsea.

Terry nigdy nie stracił statusu najważniejszego zawodnika pomimo zmian, które przez kolejne lata następowały w klubie (kolejni trenerzy, nowy właściciel). Nie skusiły go wizje zarobków w Manchesterze City, nie złamały afery z jego udziałem. Dla włodarzy klubu liczyły się tylko wzloty piłkarza a jego upadki były skrupulatnie zamiatane pod dywan. Również kibice kochali Terry’ego za jego niezłomną postawę oraz miłość i przywiązanie do barw klubowych. Podczas pewnego spotkania wywiesili ogromny transparent z napisem “Ja, kapitan, lider, legenda“. W innej części stadionu na Stamford Bridge, wisi faga z wizerunkiem Johna na niebieskim tle, a napis na niej informuje, że tu, na tej trybunie, zasiadać mają prawo tylko żołnierze niebieskiej armii Terry’ego.

Niewątpliwie JT rządzi i dzieli niczym autokrata, również w szatni The Blues. Z jego zdaniem liczą się wszyscy, począwszy od sprzątaczki na korytarzu, na sztabie szkoleniowym kończąc. O tym, że nie warto mieć w nim wroga, nie tak dawno przekonał się zdegradowany szkoleniowiec Andre Villas-Boas. Podobno miał w zamysłach powolne odsuwanie od głównego składu weteranów z Bridge i zastępowanie ich “młodymi wilkami”, za co spotkała go sroga kara. Terry jest nadal bożyszczem tłumów, jak Russel Crowe w “Gladiatorze”, a AVB odchodząc w niełasce znalazł się daleko od szatni i areny Niebieskich.

Jest taki duet… Używając terminologii zaczerpniętej z powieści marynistycznych, załogi zostały skaperowane, morze otwarte, a kapitanowie za sterami ciężkich, bojowych okrętów pod banderami Katalonii i Królestwa Wielkiej Brytanii ruszają na najważniejszą bitwę sezonu. Żagle na maszt i do dział!

Widzisz pogrubione słowo i nie wiesz o co chodzi? Dowiedz się o naszym konkursie!


Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/blog/domains/blogfcb.com/public_html/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1273