Jeden Luis nabroił, żeby ratować go musiał drugi

10443602_957178897644126_1829685480125952699_n

Mieliśmy wątpliwą przyjemność oglądać mecz, w którym Barcy udało się odnieść zwycięstwo, a co za tym idzie, wciąż być w czołówce la Liga i liczyć na cud. Jaki cud? Że albo przeciwnicy zaczną grać równie słabo, albo że Barcelona znowu zasłuży, by nazywać ją Dumą Katalonii. Almeria była kolejną drużyną, która o mały włos nie wywołała rewolucji i zdziwienia wśród wszystkich- piłkarzy, sztabu szkoleniowego, zarządu, kibiców. Chwila, chwila. Przecież to nie tylko Almeria pokazała pazur i walczyła do końca, tylko Barca po raz kolejny grała jak amatorzy.

Co z tego, że sama ławka rezerwowych gości w pierwszej połowie była warta dziesięć razy tyle co cała jedenastka Almerii? Kochana Barcelono, do grania w piłkę trzeba mieć jaja, niestety. Sporty drużynowe są (w założeniu) domeną ludzi inteligentnych, którzy potrafią wziąć na siebie brzemię współpracy i odpowiedzialności za własne czyny. Ale o czym my mówimy, jeśli wyjściowa jedenastka Luisa Enrique budziła już tak wiele kontrowersji, że gdybym chciała przytoczyć niektóre cytaty, administrator strony zbanowałby mnie za wulgaryzmy. Lucho zdecydował się zrobić dość znaczącą roszadę w składzie w stosunku do meczu z Ajaksem. Oczywistą zmianą był bramkarz. Claudio Bravo broni ligowej bramki całkiem nieźle i nie ma potrzeby tego zmieniać. No ale żeby na ławkę sadzać Suareza, Neymara, Xaviego i Alvesa (no, ok- tu aż takiego szoku nie doznałam), żeby dać pograć Munirowi, Pedro, Rafinhi? Co warto zauważyć, trzeci mecz z rzędu ławę grzał Pique. Albo nieźle narozrabiał, albo gra jeszcze gorzej niż jego koledzy…

Ja tu marudzę na Barcelonę, ale trzeba zaznaczyć, że Almeria rozpoczęła mecz przygotowana i nie bała się „wielkiej” drużyny. W przeciwieństwie do Barcelony nie oddawali pola rywalom i mieli zwarty pomysł na grę. Przez ponad 70 minut, Barca nie była w stanie przejść obrony Almerii. Gospodarze nie tylko potrafili się bronić, ale również skorzystać z błędu przeciwników i wychodzić na kontry. To im się chwali! Dzięki temu otworzyli wynik spotkania. No i dzięki sprintowi Thievy’ego. Ale żeby nie było, że to tylko jego zasługa. Messi stracił piłkę na przedpolu pola karnego, Busquets niestety nie dał rady przeszkodzić podaniu i Soriano miał sposobność posłać piłkę do Thievy’ego, który tylko musiał popędzić (zostawiając daleko w tyle Bartrę i Mascherano) i postawić kropkę nad i w bramce Bravo.

Gol wymusił na Luisie Enrique zmiany. Diametralne. Po przerwie na murawę wybiegli Neymar i Luis Suarez. Co prawda, nie był to ratunek od pierwszego wejrzenia, ale pod bramką zaczynało się robić gorąco, zwłaszcza gdy pojawiał się w niej Luis Suarez. Urugwajczyk zasłużył na miano zbawiciela tego meczu, bo po jego asystach padły bramki Neymara i Jordiego Alby.

Mecz udało się zakończyć wynikiem pozytywnym. To wiadome, że Barcelona od pewnego czasu nie zachwyca, ani nie czaruje, raczej nie zaskarbia sobie nowych sympatyków. Ale nie o to chodzi w kibicowaniu. Ja przede wszystkim chciałabym widzieć serce i pracę, którą piłkarze wkładają w każdy mecz. Bo nie można zawsze wygrywać, ale zawsze trzeba walczyć. Nie tak dawno dane nam było oglądać nieziemskie wręcz triumfy Barcelony. Pewnie dlatego teraz jest nam tak trudno zaakceptować ten spadek formy. Jestem osobą, która lubi marzyć, więc chcę wierzyć i czekać, że dane mi jeszcze będzie wzruszać się grą mojej ukochanej drużyny. Kto nie pamięta tych łez szczęścia i widzi teraz tylko w ciemnych barwach, zapraszam do obejrzenia poniższego filmiku.