Jose Mourinho w ogniu

Uprzedzam: będzie o Jose Mourinho. Co ma Mourinho do Barcelony? Obecnie nic. Niemniej przez pryzmat jego historii, jako trenera Realu Madryt w latach 2010-2013, uważam, że warto zatrzymać się na tym fenomenie. Mamy początek listopada, a Chelsea Londyn zanotowała 7 porażkę w lidze angielskiej. 11 punktów, bliżej strefy spadkowej niż pewnego miejsca w przyszłorocznej Lidze Mistrzów, o mistrzowskim podium nie wspominając.

Nigdy nie byłem wielkim fanem portugalskiego szkoleniowca. Szanowałem go za jego osiągnięcia w FC Porto, w Chelsea Londyn, w Realu Madryt i Interze Mediolan. Fakty są takie, że na dzisiaj, The Special One to jeden z najbardziej utytułowanych współczesnych menedżerów w futbolu. Obok Guardioli jest chyba najbardziej rozpoznawalnym trenerem w piłkarskim świecie. Nie można mu odmówić sukcesów, to prawda. Jednak nigdy nie byłem i nie będę zwolennikiem trenera, który prowadzi swoje drużyny w taki sposób.

Mourinho jest trenerem innym. Portugalczyk na pewno przejdzie do historii, ale – co wielokrotnie podkreślałem w przeszłości – nie przejdzie di historii jako innowator, jakim jest Guardiola; Mourinho jest rzemieślnikiem, człowiekiem od zadań specjalnych. Dlatego w każdym z dotychczasowych klubów wytrzymywał tylko trzy sezony. Nie chcę głębiej wnikać i analizować tezy o trzecim sezonie, ale historia portugalskiego trenera jasno pokazuje, że metody, które Mou stosuje, działają na krótką metę – do trzech sezonów właśnie.

Nie ma przypadku w tym, że Inter Mediolan po odejściu Mourinho dosłownie się rozpadł. Nie ma przypadku w tym, że Real Madryt w trzecim sezonie grał tak, a nie inaczej (krytycy powiedzą, że wicemistrzostwo, finał Pucharu Króla i półfinał Ligi Mistrzów to dużo, ale tylko hipokryta powie, że to udany sezon). W końcu – o czym przekonujemy się aktualnie – nie ma przypadku w tym, że The Blues błąkają się w dolnej części tabeli. I żeby było jasne: wina leży po obu stronach (co pokazują chociażby materiały Sky Sports gdzie pokazane jest, jak nie powinno się grać w piłkę, a jak robi to właśnie londyńska Chelsea).

Oblężona twierdza

Wygląda to mniej więcej tak: pierwszy sezon to budowa twierdzy. Mourinho przychodzi i robi czystki. Podporządkowuje sobie drużynę. Sprawia, że piłkarze są w stanie wskoczyć za nim w ogień. Pierwsza kampania nie musi skończyć się wielkim tryumfem. Apogeum przychodzi w sezonie drugim (vide mistrzostwo Realu Madryt w sezonie 2011/2012 czy Chelsea Londyn w kampanii 2014/2015) – drużyna gra wtedy na najwyższym poziomie. Strategia się sprawdza. Portugalczyk buduje wokół siebie całą otoczkę. Buduje napięcie i emocje. Ma kontrolę. Niczemu nie jest winien. Winni są wszyscy: arbitrzy, władze, przeciwnicy, ktokolwiek. On nie popełnia błędu, a nawet jeśli, to nigdy się do niego nie przyznaje. Przychodzi sezon trzeci – upadek. Bo nie da się egzystować na takim ładunku emocjonalnym przez dłuższy czas. w końcu przychodzą gorsze wyniki; w końcu pojawiają się przeszkody, których nie da się pokonać. Bo w końcu pojawia się kret. Bo takie prowadzenie zespołu prowadzi do wewnętrznych konfliktów: powstają grupy. Przekaz zewnętrzny jest taki sam. To, co dzieje się wewnątrz, pozostaje tajemnicą i sferą domysłów. Twierdza upada.

Król jest nagi

Okazuje się, że Jose Mourinho nie jest trenerem na więcej niż trzy sezony. Obecny sezon The Blues pokazuje dobitnie, że Portugalczyk sam nie wie, co się dzieje. Ta bezradność aż bawi, bo kiedy patrzy się na trenera, który określa się mianem The Special One, a potem robi to, co przecież wcześniej działało, zrzuca winę na wszystkich. Jednak tym razem to nie działa. Coś, co jeszcze kilka lat temu budziło zachwyt jedynych i pogardę drugich: to ostentacyjne wskazywanie palcem winnego, dzisiaj jest pustą pogróżką, za którą nie stoi najważniejsze – wyniki. Patrząc na londyński zespół, wydaje się, że dosłownie dni dzielą Mourinho od opuszczenia swojego ukochanego klubu.

Nauczka na przyszłość

Co najważniejsze, nie sądzę, aby Mou czegoś ta lekcja nauczyła. Pokory, której nigdy nie miał? Szacunku dla rywala i przeciwników? Dobrze, to też był element oblężonej twierdzy, ale Mourinho jaki był dekadę temu, taki jest i dzisiaj. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Portugalczyk jest trenerem wybitnym, ale skutecznym tylko w krótkim odstępie czasu. Jeśli twierdzi, że może uczyć się tylko od siebie, bo osiągnął już taki poziom, że tylko nauka na własnych błędach go rozwija, to nie wróżę mu świetlanej przyszłości nigdzie. Pisząc świetlana przyszłość mam na myśli taką sytuację, gdzie Mourinho zagrzeje miejsce dłużej niż trzy lata. Jego metody nie działają na dłuższy okres.

Pytanie na koniec. Co się stanie z portugalskim szkoleniowcem po możliwym odejściu z Londyny? Był już trenerem w Portugalii, Hiszpanii, Anglii i we Włoszech. Kogo stać na Mourinho? Manchester United? Paris Saint Germaine? Borussia Dortmund? AS Monaco? Ostatecznie: czy Jose wyciągnie z obecnego sezonu jakieś wnioski? Możesz prowadzić wojnę z całym światem, ale nie przez całe życie. Tej wojny Mourinho nie wygra.