Katastrofy ciąg dalszy

MD186156

Tak, jak po półfinale Pucharu Króla mogliśmy być źli na fatalną postawę Barcelony, tak po dzisiejszej przegranej bez wahania stwierdzam, że żyć się odechciewa. I nie chodzi tu o bycie sezonowcem. Rzecz w tym, że w sprawie postawy „Blaugrany” jest o wiele gorzej, niż źle.

Najbardziej demotywuje fakt, że przez dość sporą część Gran Derbi niewiele wskazywało na to, że trzy punkty od tak powędrują do Madrytu. Gra zaczęła się już w pierwszych minutach spotkania i wyglądało to tak, że, jak to często bywa, to Barcelona przejmie inicjatywę, a z tego „rozwinie się” coś ciekawego.

Okazało się jednak, że pierwsze trzy czy cztery minuty wymiany podań między gośćmi to tylko szybkie wprowadzenie do tego Klasyku. W 6. minucie Real na niezbyt długo, ale skutecznie dopadł do piłki i bez problemu objął prowadzenie. „Powtórka z wtorku?” można by pomyśleć. Cóż, rzeczywiście tak to mniej więcej wyglądało, zważywszy na to, z jaką łatwością padł ten gol i na to, że obrońcy „Barcy” zdawali się raczej podziwiać akcję Karima Benzemy, niż próbować ją zatrzymać. Jak się chwilę potem okazało, poczuli tę bramkę na własnej skórze i szybko się otrząsnęli, by nie pozwolić na jeszcze większą przewagę gospodarzy. Wobec tego znów wrócili do długich, spokojnych podań, by za kilkanaście minut dać pole do solowego popisu Messiemu, a że zdążył on zaliczyć już jeden strzał zakończony  niepowodzeniem, tym razem Diego Lopez nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Mecz tym samym rozpoczął się od nowa, już teraz prezentując nam ciekawą, wyrównaną i płynną walkę. Wydawało się, że już teraz może być tylko lepiej…

Druga połowa była w dużym stopniu kontynuacją miłego dla oka starcia gigantów, zauważalna stała się znaczna część zawodników, zarówno w ekipie gospodarzy, jak i „Barcy”. Z czasem jednak  ta sympatyczna rywalizacja zaczęła przesiąkać agresją, a z niej zrodziło się kilka sprzeczek wokół sędziego. Na boisku pojawił się też Cristiano Ronaldo, dodając tym samym „błysku” swojej drużynie. Podobna sytuacja ciągnęła się bardzo długo i gdy nie zapowiadało się specjalnie na żadną niespodziankę, Barcelona znów zasnęła. Zaowocowało to tym, że Madryt ponownie wyszedł na prowadzenie, a bezradni goście sami do końca nie wiedzieli, co mają zrobić, by ratować sytuację.

Ostatnie minuty meczu były już po prostu komedią, w której przeważała raczej bezmyślna kopanina, niż prawdziwa walka o wyrównanie rezultatu spotkania. Nawet zawodnicy Realu, którzy zwycięstwo mieli w kieszeni, porzucili grzeczną grę. Totalny bałagan zakończył się jednak dopiero chwilę po gwizdku sędziego, kiedy w wyniku furii sędziego „zaatakował” Victor Valdes. Zakończyło się to jednak bardzo nielubianymi przez widzów przepychankami, prawdopodobnie również wyzwiskami i czerwoną kartką dla golkipera Blaugrany i choć miał rację, niczego nie zdołał wskórać. Tak, jakby brakowało nam zmartwień.

Nic dodać, nic ująć. To, co dziś zobaczyliśmy, było jedynie namiastką tego, co powinno być poprawione od wtorkowej porażki. Nie wiem, czy Barcelonistom zależy na pozostaniu w Lidze Mistrzów i utrzymaniu komfortowej pozycji lidera w Primera Division, ale jeżeli tak, to z przykrością stwierdzam, że nic na to nie wskazuje. Tym samym, co chyba nie będzie odkrywaniem Ameryki, jest to czas najwyższy, aby na Boga wreszcie zastanowiono się nad błędami, które Katalończycy notorycznie popełniają i za których eliminowanie powinni zabrać się już po porażce z AC Milanem. Nie jestem ekspertem futbolu, a zdążyłam zauważyć, że COŚ zaczęło regularnie zawodzić. Zastanawia mnie tylko, ile razy jeszcze będziemy musieli rwać sobie włosy z głowy, zanim Jordi Roura i Tito Vilanova zaczną ratować tę naprawdę trudną sytuację.