La Liga gra: Barcelona zwycięża w hicie i umacnia się na pozycji lidera

Trzecia runda rewanżowa przyniosła nam pierwszy z wielkich hitów ligi hiszpańskiej. Już na jej otwarcie kibice byli świadkami starcia lidera z wiceliderem, czyli meczu Barcelony z Atletico Madryt. Stawka tego spotkania była jasna – wygrany będzie na szczycie. Ale Madryt z Barceloną mierzył się w tej serii gier dwukrotnie. Real Madryt zadanie miał łatwiejsze, ponieważ na własnym stadionie podejmował Espanyol. Ciekawie zapowiadała się potyczka na Ipurua, gdzie w szranki stanęły Eibar i Malaga – ekipy, które prezentują w ostatnim czasie jeden z najbardziej efektywnych stylów gry. Przełamać chciała się Valencia, a sposobność ku temu była świetna, bowiem na Mestalla zawitał Sporting Gijon. Te i pozostałe spotkania 22. kolejki w naszym podsumowaniu, zapraszamy!

Mecze 22. kolejki:
Barcelona 2-1 Atletico

Niekwestionowanym hitem 22. kolejki La Liga było spotkanie Barcelony z Atletico. Oba zespoły toczą zażartą walkę o fotel lidera. Po ostatniej kolejce w rywalizacji tej wygrywała Barcelona, która wykorzystała stratę punktów Rojiblancos. Spotkanie na Camp Nou zdecydowanie lepiej rozpoczęli goście. Najbliżej zdobycia bramki był Saul Niguez, lecz jego uderzenie zza pola karnego fantastycznie obronił Cluadio Bravo. Kilka minut później bramkarz gospodarzy nie miał już nic do powiedzenia. Saul przedarł się prawą stroną boiska i wykorzystując niezdecydowanie obrońców zagrał w szesnastkę. Tam niekryty Koke nie miał problemów z otworzeniem wyniku meczu. Stracona bramka otrzeźwiła nieco zawodników Barcelony. Ataki podopiecznych Luisa Enrique były coraz bardziej zdecydowane, aż w końcu doprowadziły do zamknięcia Atletico we wlasnym polu karnym. Po jednej z akcji Leo Messi doprowadził do wyrównania. Jordi Alba wyczekał wślizg Gimenez, a potem płasko podał do wbiegającego Argentyńczyka, który strzałem przy słupku zdobył gola. Mecz nieco się uspokoił, ale nie przeszkodziło gospodarzom na wyprowadzenia kolejnego ciosu. Dani Alves dostrzegł ruszającego Luisa Suareza i posłał w jego kierunku długie podanie. Urugwajczyk poradził sobie z defensorami oraz Janem Oblakiem, dzięki czemu Barcelona objęła prowadzenie. Później niestety piłki nożnej było coraz mniej. Jeszcze przed przerwą czerwoną kartkę obejrzał Filipe Luis, który ciosem rodem z mieszanych sztuk walki zaatakował kolano Messiego. Zaledwie kilka minut po wznowieniu gry z boiska wyleciał także Diego Godin. Obrońca Atletico obejrzał drugą żółtą kartkę za ostry faul na swoim rodaku. Grająca z przewagą dwóch zawodników Barcelona nie zamierzała forsować tempa. Nie było więc huraganowych ataków, choć nie oznacza to, że nie było tez sytuacji bramkowych. Jedną z lepszych miał Arda Turan, lecz jego strzał minimalnie minął słupek. Warto zaznaczyć, iż jeszcze przed czerwoną kartką dla Godina, tak jak w pierwszych minutach, przycisnęło Atletico. Znakomitą sytuację na gola miał Griezmann, ale jego uderzenie z dużą dozą szczęścia zdołał zatrzymać Bravo. Ostatecznie Barcelona wygrała w hicie, dzięki czemu ma trzy punkty przewagi nad drugimi Rojiblancos oraz jeden mecz w zapasie do rozegrania. Nie należy jednak skreślać Atletico, podopieczni Simeone na pewno nie złożyli jeszcze broni.

Składy:
Barcelona: Claudio Bravo – Jordi Alba, Javier Mascherano, Gerard Pique, Daniel Alves (81’ Sergi Roberto) – Sergio Busquets, Ivan Rakitic (66’ Arda Turan), Andres Iniesta – Neymar, Luis Suarez, Lionel Messi

Atletico: Jan Oblak – Filipe Luis, Diego Godin, Jose Gimenez, Juanfran – Koke, Augusto Fernandez (75’ Thomas Teye), Gabi (46’ Jesus Gamez), Saul Niguez – Yannick Carrasco – Antoine Griezmann (66’ Stefan Savic)


Eibar 1-2 Malaga

Fantastycznie spisujący się w obecnym sezonie Eibar został w poprzedniej kolejce brutalnie zatrzymany w starciu z Athleticiem Bilbao. Z kolei Malaga przerwała swoją passę przgrywając swoje mecz z Sevillą i Barceloną. Obie drużyny chciały więc wrócić na zwycięską ścieżkę. W pierwszej połowie kibice nie przeżywali zbyt wielu emocji. Mało strzałów i składnej gry, za to więcej chaosu. Źle zrobili jednak ci, którzy przed gwizdkiem sędziego na przerwę opuścili swoje miejsca. W 45 minucie akcję lewą stroną przeprowadził Gonzalo Castro, po czym płasko dośrodkowal w pole karne, gdzie czekali jego koledzy. Najlepiej w szesnastce odnalazł się Juanpi, który w nieco ekwilibrystyczny sposób skierował piłkę do siatki. Po zmianie stron zawodnicy wykazali więcej werwy. Już na początku, na wyżyny swoich umiejetności musiał wspiąć się Asier Riesgo, który ostatecznie poradzil sobie z mocnym strzałem Copa. Potem do odrabiania strat ruszyli gospodarze. Najpierw groźnie zrobiło się po nieporozumieniu Kameniego ze swoim obrońcą. Kameruńczyk wypuścił piłkę z rąk i niewiele brakowało, a dalekim strzałem bramkę zdobyłby Capa. Później uderzeniem głową próbował Enrich, lecz pomylił się o kilka metrów. Podczas ataków Eibaru Malaga starała się szukać okazji na kontrę. Po naciskach gospodarzy nadarzyła się wyśmienita okazja. Po szybkiej „klepce” goście doprowadzili do sytuacji 2 na 1. Santa Cruz zdołał podac do środka do Juanpiego, czym uniknął szarżującego bramkarza. Juanpiemu pozostało tylko skierować futbolówkę do pustej bramki będąc od niej w odległości niecałych 20 metrów. Okazało się to jednak zbyt trudne i wynik nie uległ zmianie. Przykład młodszemu koledze dał Roque Santa Cruz. Już w doliczonym czasie gry otrzymał długie podanie od Roberto Rosalesa, który doskonale przyjął, po czym skierował piłkę do siatki obok bezradnego bramkarza. To nie był jednak koniec goli na Ipurua, Eibar dopiął w końcu swego, choć zdecydowanie za późno. Futbolówkę w środku boiska odebrał David Junca i od razu posłał prostopadłe podanie do Borjy Bastona. Jeden z najlepszych strzelców ligi poprawił swój dorobek, lecz nie uchroniło to jego drużyny przed porażką. Eibar zanotował drugą przegraną z rzędu i spadł już na ósmą lokatę. Malaga z kolei powrócił do górnej połówki tabeli, a podopieczni Javiego Gracii znów mają szans na ropoczęcie kolejnej zwycięskiej passy.

Składy:
Eibar: Asier Riesgo – David Junca, Mauro dos Santos, Aleksandar Pantic (38’ Borja Ekiza), Ander Capa – Takashi Inui (59’ Jota), Dani Garcia (81’ Adrian), Gonzalo Escalante, Keko – Borja Baston, Sergi Enrich

Malaga: Carlos Kameni – Miguel Torres, Igor Filipenko, Raul Albentosa, Roberto Rosales – Gonzalo Castro (84’ Arthur Boka), Ignacio Camacho, Recio, Juanpi – Duje Cop (72’ Pablo Fornals), Charles (77’ Roque Santa Cruz)


Getafe 0-1 Bilbao

Ostatnie tygodnie dla obu klubów są raczej pozytywne. Athletic wykorzystał słabość rywali i awansował na miejsce, które gwarantuje już udział w europejskich pucharach w przyszłym sezonie, zaś Getafe oddaliło się znacznie od strefy spadkowej, ugruntowując swoją pozycję w środku stawki. Żadna z drużyn nie zamierzała zwolnić, dlatego starcie na przedmieściach Madrytu zapowiadało się na ciekawe. Z animuszem rozpoczęli goście. Baskowie dwie najgroźniejsze okazje mieli w 13. minucie. W ciągu kilkudziesięciu sekund dwukrotnie fatalnie pomylił się jednak Sabin Merino – raz zatrzymany przez Guaitę, a raz uderzył ponad bramką. Miejscowi nie potrafili na te zapędy w żaden sposób odpowiedzieć, aż w końcu nadziali się na skuteczną akcję rywala. Do piłki na lewym skrzydle dopadł Mikel Balenziaga, który bez zastanowienia posłał ją w pole karne. Inaki Williams zgubił krycie obrońców i, stojąc siedem metrów od linii bramkowej, celnie uderzył głową, wyprowadzając podopiecznych Ernesto Valverde na prowadzenie. Na tym emocje w pierwszych 45 minutach właściwie się zakończyły. Athletic był usatysfakcjonowany z uzyskanej przed przerwą przewagi, z kolei madrytczycy nie mieli pomysłu na sforsowanie zasieków obronnych przyjezdnych. Po przerwie sytuacja boiskowa zmieniła się niewiele. Guaitę przestestować próbował Benat, ale jego strzał z rzutu wolnego w 51. minucie minął słupek. Kwadrans później najlepszą okazję w meczu dla gospodarzy zmarnował Stefan Scepović. Snajper Getafe wyprzedził obrońców i znalazł się w sytuacji sam na sam z Gorką Iraizozem, ale akcję sfinalizował najgorzej jak mógł – strzelił wprost w doświadczonego golkipera. Łącznie obie drużyny oddały w drugich trzech kwadransach cztery uderzenia w światło bramki (w całym meczu sześć), ale większość z nich nie sprawiła żadnych problemów. Ostatecznie baskijskie lwy wywiozły z Coliseum Alfonso Perez komplet punktów, który pozwolił im kontynuować marsz w górę ligowej klasyfikacji. Getafe jest natomiast jedenaste.

Składy:
Getafe: Vicente Guaita – Damian Suarez, Emiliano Velazquez, Cala, Roberto Lago (57′ Karim Yoda) – Mehdi Lacen, Juan Rodriguez (65′ Wanderson) – Pedro Leon, Victor Rodriguez, Moi Gomez (74′ Alvaro Vazquez) – Stefan Scepović

Athletic: Gorka Iraizoz – Oscar de Marcos, Carlos Gurpegi, Xabier Etxeita, Mikel Balenziaga – Mikel San Jose, Benat Etxebarria – Inaki Williams (63′ Inigo Lekue), Javier Eraso (82′ Borja Viguera), Sabin Merino (75′ Aymeric Laporte) – Aritz Aduriz


Villareal 1-0 Granada

Spoglądając na formę, pozycję w tabeli, potencjał, właściwie na wszystko, faworytem byli gospodarze. Żółta Łódź Podwodna cały czas utrzymuje dystans do podium i walczy o możliwość gry w Lidze Mistrzów w przyszłym sezonie. Granada miała być kolejnym łatwym krokiem w osiągnięciu tego celu. Pierwsza połowa pokazała dobitnie, kto znajduje się w jakim miejscu. Gospodarze byli przy piłce prawie dwa razy tyle czasu co rywale, oddali dwa razy więcej uderzeń, celność także była dwukrotnie większa. Podopiecznym Marcelino brakowało jednak precyzji, bo choć strzałów w światło bramki było pięć, to po stronie zdobyczy cały czas widniało okrągłe zero. Najczęściej szczęścia szukał Roberto Soldado, ale żadna z jego trzech prób nie zaskoczyła pewnie interweniującego Andresa Fernandeza. Przyjezdni ograniczali się do kontrataków, które z reguły wnosiły niezbyt wiele, żeby nie powiedzieć: nic. Strzałyh Successa i Ibaneza to było wszystko, na co było ich stać. Druga część rozpoczęła się od kontrowersyjnej decyzji arbitra. W walce o piłkę między Babinem a Soldado w obrębie szestnastki upadł ten drugi. Sędzia wskazał na jedenasty metr, bowiem uznał, że “pomógł” mu w tym stoper gości. Rzut karny pewnie wykorzystał Bruno Soriano, ostatnimi czasy najlepszy zawodnik czwartej siły La Liga. Spotkanie mogłoby się w zasadzie wówczas (55. minuta) zakończyć, bo było to jedyne celne uderzenie na bramkę po zmianie stron. Jeśli dodamy, że łącznie strzałów było ledwie siedem, otrzymamy obraz niezbyt ciekawej drugiej połowy. Granada nie potrafiła odpowiedzieć wyżej notowanemu oponentowi. Nie poradził sobie z tym zadaniem także wprowadzony z ławki David Barral, który powrócił do ligi hiszpańskiej po półrocznej przerwie. Trzy punkty sprawiły, że Villarreal cały czas utrzymuje przewagę nad najgroźniejszymi rywalami w kontekście boju o Ligę Mistrzów, a do tego zachowuje trzypunktową stratę do trzeciego Realu Madryt. Granada po raz kolejny zameldowała się natomiast w strefie spadkowej, choć do bezpiecznego miejsca traci tylko jedno oczko.

Składy:
Villarreal: Alphonse Areola – Mario Gaspar, Mateo Musacchio, Victor Ruiz, Jaume Costa – Jonathan dos Santos (87′ Samuel Castillejo), Manu Trigueros, Bruno Soriano, Denis Suarez (79′ Nahuel Leiva) – Cedric Bakambu (73′ Leo Baptistao), Roberto Soldado

Granada: Andres Fernandez – Dimitri Foulquier, Jean Babin, David Lomban, Cristiano Biraghi – Fran Rico, Ruben Perez (77′ Rene Krhin) – Isaac Success, Ruben Rochina (83′ Miguel Lopes), Robert Ibanez (70′ David Barral) – Youssef El-Arabi


Sociedad 2-1 Betis

Zawodnicy Betisu już dawno nie odnieśli zwycięstwa, lecz w ostatnim spotkaniu zdołali urwać punkty Realowi Madryt. Tym razem przeciwnikiem drużyny z Sewilli miał być inny Real. Piłkarze z Sociedad nie mogą w obecnym sezonie ustabilizować formy, a mecz z Betisem był dogodną sytuacją kolejne ważne punkty. W pierwszej połowie gospodarze wykazali się niezwykłą efektywnością. Zdołali stworzyć sobie dwie bramkowe sytuacje i obie wykorzystali. Najpierw w 18 minucie po rozegraniu piłki na lewej stronie boiska dośrodkował Hector, a celnym strzałem głową popisał się Xabi Prieto. Potem w 34 minucie z rzutu wolnego zagrywał Ruben Pardo, a niepilnowany Inigo Martinez podwyższył prowadzenie Sociedad. Po zmianie stron równie efktywnie zaprezentowali się goście. Już w 51 minucie zdobyli bramkę kontaktową. Na prawym skrzydle z obrońcą poradził sobie Ricky van Wolfswinkel, po czym płaskim dośrodkowaniem odnalazł w polu karnym Ruben Castro. Betis próbował doprowadził do remisu, a najbardziej aktywny był Joaquin. Jego rajdy nie przynosiły jednak wymiernych korzyści. Goście w jednej z sytuacji domagali się jeszcze rzutu karnego, lecz arbiter nie użył gwizdka i ciężko stwierdzić czy zrobił słusznie. Na podwyższenie prowadzenie szansę miał także Sociedad, ale akcja Veli i Jonathasa zakończyła się zbyt słabym strzałem drugiego z nich. Ostatecznie to gospodarze dopisali ważne trzy punkty do swojego dorobku. Betis z kolei znów nie odniósł zwycięstwa.

Składy:
Sociedad: Geronimo Rulli – Hector, Inigo Martinez, Mikel Gonzalez, Aritz Elustondo (46’ Joseba Zaldua) – Asier Illarramendi, Ruben Pardo (73’ Bruma) – Mikel Oyarzabal (55’ Markel Bergara), Xabi Prieto, Carlos Vela – Jonathas

Betis: Antonio Adan – Varela (71’ Dani Ceballos), German Pezzella, Bruno, Francisco Molinero (46’ Joaquin) – Petros, Alfred N’Diaye – Francisco Portillo, Fabian (46’ Ricky van Wolfswinkel), Alvaro Cejudo – Ruben Castro


Sevilla 3-1 Levante

Mimo ostatniego zwycięstwa z Las Palmas Levante nadal zajmuje ostatnie miejsce w tabeli. W niedzielne południe czerwona latarnia ligi wybrala się na Estadio Sanchez Pizjuan, gdzie czekała odzyskująca rytm Sevilla. Już w 1 minucie gospodarze objęli prowadzenie. Krohn-Dehli zagrał na lewe skrzydło, a Benoit Tremoulinas dośrodkował w pole karne. Piłkę głową strącił Iborra, co pozwoliło Gameiro na zdobycie gola. Nieco później pierwsze objawy słabszego dnia wykazał Sergio Rico, który po dość niegroźnym uderzeniu z woleja Moralesa odbił futbolówkę na poprzeczkę. Jeszcze w pierwszej połowie Sevilla powinna podwyższyć prowadzenie. Tremoulinas zagrała do wybiegającego Reyesa, a kapitan drużyny odnalazł podaniem Gameiro. Francuz oddał strzał w środek bramki, co umożliwiło Diego Marino instynktowną interwencję. Już w dwie minuty po zmianie stron gospodarze strzelil jednak drugiego gola. Prostopadłe podanie odbiło się od nóg obrońców Levante i trafiło do Gameiro, który odegrał futbolówkę do Iborry, który miał przed sobą pustą bramkę. Goście przy pomocy rywali zdołali zdobyć bramkę kontaktową. Sergio Rico wyrzucił piłkę do Cristoforo, który był otoczony przez przeciwników. Urugwajczyk stracił futbolówkę, a w jej posiadanie trafił Giuseppe Rossi. Włoch oddał słaby strzał, lecz jeszcze słabiej spisał się Sergio Rico. Fatalna interwencja bramkarza Sevilli doprowadziła się do wturlania piłki do bramki i dania nadziei Levante. Wszelkie szanse rozwiał jednak Yewhen Konoplyanka. Swoją indywidualną akcją i pięknym strzałem pod poprzeczkę ustalił wynik spotkania.

Składy:
Sevilla: Sergio Rico – Benoit Tremoulinas, Timothee Kolodziejczak, Adil Rami, Mariano – Sebastian Cristoforo, Steven N’Zonzi – Michael Krohn-Dehli, Vicente Iborra (63’ Jewhen Konoplanka), Jose Antonio Reyes (73’ Gael Kakuta) – Kevin Gameiro (79’ Fernando Llorente)

Levante: Diego Marino – Tono, Angel Trujillo, Zouahir Feddal, Ivan Lopez – Simao Mate, Jefferson Lerma (63’ Jordi Xumetra), Verza (80’ Victor Camarasa) – Morales, Giuseppe Rossi, Nabil Ghilas (69’ Mauricio Cuero)


Valencia 0-1 Sporting

Najstarsi kibice na Estadio Mestalla podobno nie pamiętają ostatniego ligowego zwycięstwa swoich podopiecznych. Z kolei ostatnią drużyną, która na tym obiekcie pokonała gospodarzy, była Barcelona… w zeszłym sezonie. Dlatego bardzo prawdopodobny wydawał się remis w niedzielne popołudnie w Walencji. Również z tego powodu, bo Los Che są drugą (po Deportivo) drużyną w lidze z największą ilością spotkań zakończonych podziałem oczek. Z kolei przyjezdni z Gijon mieli wielkie apetyty na coś więcej, bo po pierwsze ostatnio wygrali aż 5:1 z Realem Sociedad, a po drugie są ekipą, która obok Atletico i Barcelony ma na koncie najmniej remisów (3). Znacznie bardziej na wygranej zależało jednak miejscowym, o czym świadczy chociażby początek meczu. W 20 minut Valencia stworzyła pięć szans, które kończyły się groźnymi uderzeniami na bramkę, ale udało się pokonać Cuellara. Sporting odpowiedział dopiero po połowie godziny gry, kiedy z powietrza strzelał Isma Lopez, lecz robił to nieudolnie. Do przerwy jednak żadna ze stron nie zdołała wyjść na prowadzenie. Za to początek drugiej części rozpoczął się od trzęsienia ziemi. Jony został podcięty w polu karnym przez Danilo i sędzia był zmuszony podyktować rzut karny. Na gola zamienił go najlepszy strzelec Sportingu w tym sezonie – Antonio Sanabria. Od tamtego momentu do natarcia ruszyła Valencia, która nie odpuszczała przeciwnikowi już do ostatniego gwizdka. W 56. minucie Alvaro Negredo po dośrodkowaniu Parejo trafił w słupek. Wydawało się, że Hiszpan nie będzie mieć lepszych szans w tym starciu, ale okazało się, że jest w stanie zmarnować jeszcze dwie, o wiele lepsze od poprzedniej, sytuacje. Pod koniec spotkania błąd popełnił Cuellar, który wykopał piłkę wprost pod nogi byłego gracza Manchesteru City. Negredo miał przed sobą tylko golkipera Sportingu, postanowił go przelobować, ale nawet nie udało mu się skierować futbolówki w światło bramki. 120 sekund później przebił jednak to pudło. Tym razem na lewej stronie piłkarze Valencii rozegrali niesamowitą akcję, a Negredo dostał piłkę na pustą bramkę od Gayi. Okazało się, że i taką okazję snajper jest w stanie zmarnować. Razem z tym niecelnym uderzeniem padły wszystkie nadzieje gospodarzy na korzystny rezultat. Sporting wywalczył dość szczęśliwe trzy punkty, ale to nie jest zmartwienie beniaminka. Większy ból głowy ma w tej chwili na pewno Gary Neville i pytanie brzmi – jak dużo cierpliwości ma do Anglika właściciel Valencii – Peter Lim.

Składy:
Valencia: Matthew Ryan – Antonio Barragan, Shkodran Mustafi, Aymen Abdennour, Jose Gaya – Danilo Barbosa (51′ Dani Parejo), Enzo Perez (73′ Rodrigo Moreno), Andre Gomes – Sofiane Feghouli, Alvaro Negredo, Pablo Piatti (51′ Zakaria Bakkali)

Sporting: Ivan Cuellar – Ognjen Vranjes, Luis Hernandez, Jorge Mere, Isma Lopez – Rachid Ait-Atmane, Sergio Alvarez – Carlos Carmona, Dani Ndi (77′ Alen Halilovic), Jonathan Menendez (87′ Alex Menendez) – Antonio Sanabria (84′ Omar Mascarell)


Las Palmas 2-1 Celta

Pozycja Las Palmas w strefie spadkowej nie była niczym nieoczekiwanym, ale mimo wszystko wydaje się, że w lidze znajdują się zespoły grające gorszy futbol niż ten z Wysp Kanaryjskich. Mimo to zestawienie dla podopiecznych Quique Setiena było brutalne. Musieli oni wygrać na własnym obiekcie z Celtą, aby wyjść z bagna. Paradoksalnie zadanie nie wydawało się zbyt ciężkie. Ostatnio gracze z Vigo mają problem z choćby remisowaniem spotkań. Udało się zgarnąć trzy oczka z Levante, ale po pierwsze Żaby zamykają tabelę, a po drugie mecz zakończył się rezultatem 4:3, więc nie można powiedzieć, że była to pewna wygrana. Dlatego starcie na Estadio de Gran Canaria zapowiadało się bardzo ciekawie. W ten sposób również się rozpoczęło, ponieważ już na samym początku spotkania goście objęli prowadzenie. Planas dograł górną piłkę w kierunku Bongondy. Futbolówka po drodze odbiła się jeszcze od Wakaso, który znacznie ułatwił pogoń Belga za piłką. Piłkarz Celt znalazł się w bardzo korzystnym położeniu i pokonał Varasa. Las Palmas nie było jednak bezbronne i nie dawało się zepchnąć do defensywy. Potężnym uderzeniem w 19. minucie popisał się Willian Jose, ale trafił jedynie w poprzeczkę. Minęła 1/3 meczu, kiedy to na „wapno” wskazał arbiter Sanchez Martinez. Asystent zauważył zagranie ręką w polu karnym Cabrala i okazało się, że miał rację. Na nic zdały się protesty zawodników Celty, a Orellana przy tym jeszcze zarobił żółtą kartkę. Nic nie przeszkodziło Vierze, aby umieścić piłkę w siatce po skutecznym wykonaniu jedenastki. Druga połowa okazała się znacznie słabsza od poprzedniej. Las Palmas jeszcze przed przerwą musiało wykorzystać jedną zmianę, ponieważ Montoro nie mógł dokończyć meczu z powodu urazu. Za to do 75. minuty nie działo się nic ciekawego. Wtedy nastąpił przełom. W szesnastce upadł Fabian Orellana, ale gwizdek arbitra milczał. Wtedy to Chilijczyk wybuchł gniewem i nie mógł pogodzić się z decyzją o niepodyktowaniu rzutu karnego. Za te protesty gracz Celty otrzymał drugą żółtą kartkę i musiał zejść do szatni. Przyjezdni radzili sobie całkiem dobrze w osłabieniu, ale nie dotrwali do końca meczu. W ostatniej minucie regulaminowego czasu gry Mesa zagrał górą za obronę do Williana Jose, ten wygrał starcie fizyczne z obrońcą i praktycznie leżąc, zdołał kopnąć piłkę końcem buta i pokonać Alvareza. Szał na Estadio de Gran Canaria, ponieważ to trafienie dało trzy oczka Las Palmas, które opuszcza strefę spadkową. Wydaje się, że dla Celty jedyną drogą do europejskich pucharów będzie ewentualna wygrana w Copa del Rey.

Składy:
Las Palmas: Javi Varas – David Simon, David Garcia, Aythami (68′ Pedro Bigas), Dani Castellano – Angel Montoro (42′ Momo), Roque Mesa – Mubarak Wakaso (82′ Nauzet Aleman), Tanasu Dominguez, Jonathan Viera – Willian Jose

Celta: Sergio Alvarez – Jonny, Hugo Mallo, Gustavo Cabral, Carles Planas – Pablo Hernandez, Nemanja Radoja (85′ Pape Cheikh) – Claudio Beauvue (60′ Daniel Wass), Fabian Orellana, Theo Bongonda – Iago Aspas (66′ John Guidetti)


Real 6-0 Espanyol

Real Zidane’a zaliczył pierwszą wpadkę w poprzedniej kolejce, kiedy zremisował z Betisem, strzelając nieprawidłowego gola. Jednak na Santiago Bernabeu Królewscy pod wodzą nowego trenera wygrali dwa mecze, pakując rywalom po pięć goli. Podobny los miał czekać Espanyol, który wybitnie nie lubi grać przeciwko Blancos. Ręce zacierał natomiast Cristiano Ronaldo, który w rundzie jesiennej zdobył pięć goli na Cornella-El Prat. Galca zaskoczył wyjściowym składem, ponieważ znaleźli się w nim: niedawno pozyskany bramkarz – Arlauskis, niewystawiany dotąd napastnik – Sylla czy też dawno nie widziany Salva Sevilla. Wszystko to jednak było spowodowane urazami i zawieszeniami. Dlatego tak „rozbrojone” Papużki nie miały prawa przeciwstawić się Realowi, który na dobrą sprawę grał jedynie bez Bale’a. Już w siódmej minucie, po dwóch „strzałach ostrzegawczych”, Karim Benzema wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. James popisał się świetną wrzutką, której nie zmarował Francuz. W 11. minucie arbiter Hernandez Hernandez postanowił podyktować rzut karny za faul na Cristiano Ronaldo. Wydaje się, że decyzja była słuszna. Poszkodowany podszedł do wykonania tego stałego fragmentu gry i pokonał debiutującego bramkarza Espanyolu, choć temu niewiele zabrakło, aby sparować uderzenie obok bramki. Gospodarzom było mało i ledwo po upływie kwadransa powiększyli stan bramkowy. Tym razem z daleka uderzał James, piłka jeszcze otarła się o Diopa, kompletnie myląc Arlauskisa i ostatecznie wpadła do bramki. Trzeba jednak dodać, że w momencie podania Modrica Kolumbijczyk był na spalonym. Na dobrą sprawę było już po meczu. Espanyol nie zapędzał się na połowę gospodarzy, a Królewscy nie pozwalali na chwilę wytchnienia w defensywie. Trafienie na 4:0 nadeszło dopiero w 45. minucie. Ponownie nie popisał się liniowy, który znów nie wychwycił pozycji spalonej, na której znalazł się Ronaldo. Portugalczyk jednak zrobił swoje – przebiegł z piłką dobrych 30 metrów, ściął do środka, ograł jak dziecko jednego z obrońców, a potem z lewej nogi oddał znakomite uderzenie. Po przerwie obserwowaliśmy sytuację podobną do tej z meczu ze Sportingiem. Real nie forsował tempa, a goście zaczynali nawet dochodzić do sytuacji. Mimo wszystko nadal więcej mieli ich miejscowi, co potwierdzili w 82. minucie. Wprowadzony w drugiej części Jese zagrał przy linii bocznej z Jamesem, a potem dośrodkował wprost na głowę Cristiano Ronaldo. Nowy nabytek Espanyolu – Oscar Duarte – nie upilnował rywala, który takich sytuacji nie przywykł marnować. Wydawało się, że mecz zakończy się manitą, ale wtedy Jese przeprowadził jeszcze jeden rajd lewym skrzydłem, dograł do środka, a tam niefortunnie przeciął podanie Duarte. Kostarykanin zapisał na koncie samobója, a wcześniej zawalił przy golu Cristiano. Kiepskie debiuty środkowego obrońcy i bramkarza Espanyolu. Papużki dostają kolejną lekcję futbolu na Santiago Bernabeu.

Składy:
Real: Keylor Navas – Daniel Carvajal, Raphael Varane, Sergio Ramos, Marcelo – Luka Modric (63′ Jese), Toni Kroos (70′ Casemiro), Isco – James Rodriguez, Karim Benzema (75′ Lucas Vazquez), Cristiano Ronaldo

Espanyol: Giedrius Arlauskis – Javi Lopez, Alvaro Gonzalez, Enzo Roco, Ruben Duarte (46′ Juan Fuentes) – Victor Sanchez (57′ Abraham Gonzalez), Pape Diop – Hernan Perez, Joan Jordan, Salva Sevilla (46′ Oscar Duarte) – Mamadou Sylla


Deportivo 2-2 Rayo

Poniedziałkowe starcie, zamykające tę serię gier, miało charakter meczu na przełamanie. Deportivo co prawda utrzymuje się cały czas w górnej połowie tabeli, ale ostatnie występy nie należą do najlepszych. W ostatnich pięciu spotkaniach gracze z Galicji zdobyli trzy punkty, dlatego spotkanie z Rayo miało dla nich wielkie znaczenie. Rayo, które także nie zachwyca, i to od początku sezonu. Podopieczni Paco Jemeza plasują się w strefie spadkowej, bardzo często przegrywając przez słabą grę w defensywie, która – jak co sezon – jest najgorszą formacją w zespole Piratów. Dość niespodziewanie jako pierwsi gola zdobyli przyjezdni. Już w 8. minucie przeprowadzili zabójczą dla gospodarzy akcję – Quini otrzymał futbolówkę na prawym skrzydle, wbiegł z nią w pole karne, a następnie odegrał do Miku, który tylko dołożył nogę. Odpowiedź mogła nadejść bardzo szybko, bo już po kilku minutach groźnie uderzał Luis Alberto. Juan Carlos sparował jednak tę próbę na rzut rożny. Piłkarzom z El Riazor wszystko udało się za to w 19. minucie. Alberto posłał kapitalne, kilkudziesięciometrowe podanie do Lucasa Pereza. Napastnik znalazł się w sytuacji sam na sam z Juanem Carlosem, którą pewnie wykorzystał. Po równo na tablicy wyników było jednak niecałe pięć minut. Fatalny błąd popełnił broniący w tym meczu Manu, który podał piłkę do Miku, a ten z kolei idealnie obsłużył Jozabeda, dla którego było to ósme trafienie w tym sezonie ligowym (siódme na wyjeździe). Jeszcze przed przerwą arbiter zabrał Deportivo szansę na wyrównanie, nie dyktując jedenastki po starciu Pereza z defensorem rywali. Remis przyszedł bardzo szybko po przerwie. Wybitą futbolówkę z pola karnego od razu zaatakował Faycal Fajr, po którego strzale mieliśmy jeszcze rykoszet, zmieniający trajektorię lecącej piłki. Do końca spotkania lepsze wrażenie sprawiali podopieczni Victora Fernandeza, którzy mieli więcej z gry. Najlepszą okazję zmarnował Luis Alberto, uderzając w słupek. Mecz zakończył się ostatecznie podziałem punktów, który tak naprawdę nie satysfakcjonuje nikogo.

Składy:
Deportivo: Manu – Juanfran, Alejandro Arribas, Sidnei, Fernando Navarro – Alex Bergantinos, Pedro Mosquera – Cani (73′ Jonathan Rodriguez), Luis Alberto, Faycal Fajr – Lucas Perez

Rayo: Juan Carlos – Quini, Tito, Ze Castro, Nacho Martinez (55′ Raul Baena) – Diego Llorente, Roberto Trashorras (59′ Javi Guerra) – Bebe, Jozabed Sanchez – Pablo Hernandez (71′ Piti) – Miku


Mecz kolejki: Barcelona – Atletico 2:1

Liczby kolejki:
best_11_22kolejka

Piłkarz kolejki: Cristiano Ronaldo (Real)
Kolejny hat-trick Portugalczyka. Tym razem ofiarą piłkarza Realu został zespół Espanyolu, któremu w tym sezonie Cristiano strzelił osiem bramek. To prawie połowa jego dorobku ligowego. Jedni powiedzą, że niesamowity wynik, inni, że bramki zdobywa przeciwko słabym zespołom i przypomną stratę Królewskich do pierwszego miejsca. Tak czy owak, Ronaldo na miano piłkarza kolejki na pewno sobie zasłużył.

Cienias kolejki: Alvaro Negredo (Valencia)
Ponoć jedna z drużyn chińskich była gotowa wykupić Hiszpana za 25 milionów euro. Patrząc na grę Alvaro w meczu ze Spotingiem Gijon, choć nie tylko z tą drużyną, to można powiedzieć, że absurdem jest niezaakceptowanie tej oferty. Negredo grał przez cały mecz z opaską kapitana, ale nie zdołał odmienić losów swojej drużyny. Miał dwie stuprocentowe sytuacje, które groteskowo zmarnował. Na domiar złego po jednym z dośrodkowań uderzał piłkę głową i trafił w słupek. Valencia była lepsza od Sportingu w starciu na Mestalla, ale pudła byłego piłkarza Manchesteru City zaprzepaściły szanse gospodarzy na komplet oczek.

Pozytywne wyróżnienie kolejki: Roque Santa Cruz (Malaga)
Roque Santa Cruz nadal gra w piłkę i ma się dobrze. Paragwajczyk po raz kolejny okazał się jokerem w talii Javiego Gracii. Zameldował się na boisku w 77. minucie, a powinien zanotować asystę (pudło Juanpiego) i zdobył gola. Bramka Santa Cruza w doliczonym czasie gry była dodatkowo niezwykle ważne, ponieważ dała Maladze pewność wygranej. Paragwajczyk nadal ma to “coś” i w takiej dyspozycji może jeszcze pomóc swojej drużynie namieszać w czołówce.

Negatywne wyróżnienie kolejki: Filipe Luis (Atletico)
Podopieczni Cholo Simeone znani są z dużej waleczności na boisku, jednak to, co zrobił Filipe Luis, wykraczało poza wszelkie ramy przepisowego starcia. Przez całą pierwszą połowę Brazylijczyk był nieco nadpobudliwy, a apogeum przyszło na sam koniec, gdy wyprostowaną nogą zaatakował kolano Messiego. Bandyckie wejście skończyło się czerwoną kartką, a Argentyńczyk na szczęście dał radę kontynuować mecz.

Gol kolejki: Jewhen Konoplanka (Sevilla)
Choć Ukrainiec nie gra zbyt wiele w Sevilli, to gdy już wejdzie na boisko, często robi coś niezwykłego. Nie inaczej było tym razem. W spotkaniu z Levante Konoplanka zameldował się na placu gry po przerwie. Nie przeszkodziło mu to jednak w zdobyciu pięknego gola strzałem pod poprzeczkę. Trzeba przyznać, że Ukrainiec dodaje lidze uroku.

Pudło kolejki: Juanpi (Malaga)
Juanpi rozegrał przeciwko Eibarowi bardzo dobre zawody – znów strzelił bramkę i był niezwykle aktywny. Jednak to, co zrobił w drugiej połowie przy prowadzeniu swojej drużyny, zasługuje na jak najgorsze słowa. Po podaniu Santa Cruza znalazł się sam na sam z bramką, ponieważ portero pobiegł do Paragwajczyka. Jednak zdobycie w tej sytuacji gola okazało się zbyt trudne i nasz bohater nie trafił do pustej bramki z kilkudziesięciu metrów.

klasyfikacje_22kolejka

Terminarz 23. kolejki (05-08.02.2016):
Piątek, 05.02:
Malaga – Getafe (godzina 20:30)
Sobota, 06.02:
Atletico – Eibar (godzina 16)
Rayo – Las Palmas (18:15)
Athletic – Villarreal (20:30)
Sporting – Deportivo (22:05)
Niedziela, 07.02:
Levante – Barcelona (12)
Betis – Valencia (16)
Celta – Sevilla (18:15)
Granada – Real (20:30)
Poniedziałek, 08.02:
Espanyol – Sociedad (20:30)

Autorzy:



Grafika: Maciek Bożek