La Liga gra: Jednostronny klasyk, kolejka pod znakiem niespodzianek

Pierwsza po reprezentacyjnej przerwie kolejka hiszpańskiej La Liga była iście derbowa. Oczywiście przed szereg wychylało się El Clasico, czyli jeden z dwóch najważniejszych meczów w kraju (drugim jest oczywiście rewanż). Pojedynek gigantów, z których każdy miał coś do udowodnienia – specjalnie reklamować tego starcia nie trzeba. Innym interesującym spotkaniem były derby Galicji, które należą do jednych z najgorętszych. Tym razem Deportivo podejmowało Celtę. Naprzeciw siebie stanęły także dwa kluby ze stolicy – Getafe gościło Rayo. Mecz dwóch drużyn, które tego sezonu nie mogą na razie zaliczyć do udanych, odbywał się zaś w San Sebastian. Real Sociedad z nowym trenerem (Eusebio) mierzył się z Sevillą. Zapraszamy na podsumowanie 12. serii gier!

Mecze 12. kolejki:
Sociedad 2-0 Sevilla

Można powiedzieć, że zespoły rozpoczynające 12. kolejkę Primiera Division znajdowały się przed spotkaniem na przeciwnych biegunach. Sevilla w ostatnim spotkaniu ograła Real Madryt, a forma graczy Emery’ego zdawała się wracać na właścwe tory. Z kolei zarząd Sociedad po kolejnej porażce postanowił zwolnić Davida Moyesa i zastąpić Szkota Eusebio Sacristanem. Gospodarzem starcia byli jednak piłkarze z San Sebastian, co oznaczało, iż wcale nie stoją na aż tak straconej pozycji. Mimo to mecz powinien rozpocząć się smutno dla gospodarzy. Rajdem popisał się N’Zonzi, wygrał dwie przebitki i nagle okazało się, że przed bramką został tylko on i Ciro Immobile. Włoch doholował piłkę do pola karnego i umieścił ją w siatce, ale sędzia gola nie uznał. Jak to w Hiszpanii bywa – niesłusznie, ponieważ Immobile nie znajdował się na spalonym. Ta sytuacja nie podcięła jednak skrzydeł Sevilli. Zawodnicy Emery’ego nadal groźnie atakowali, a dwie następne sytuacje zmarnował Reyes, który najpierw minimalnie pomylił się, strzelając zza pola karnego, a następnie jego uderzenie głową przeniósł nad poprzeczką Rulli. Sociedad z kolei nie wyglądał najlepiej w tworzeniu sobie sytuacji. Jedyny niebezpieczny strzał w pierwszej połowie oddał Sergio Canales. Do przerwy kibice nie oglądali bramek, lecz wydawało się, że jeśli ktoś ją zdobędzie, to będzie to Sevilla. Już niewiele czasu po zmianie stron przewidywania mogły się ziścić. Po dośrodkowaniu w pole karne Iborra zgrał do Immobile, ale Włoch postawił na wariant siłowy i trafił wprost w bramkarza, mimo iż miał mnóstwo swobody. Niewykorzystane sytuacje zemściły się brutalnie. Gospodarze wysłałi najpierw sygnał ostrzegawczy w postaci potężnego uderzenia z woleja Xabiego Prieto. Sergio Rico poradził sobie z tą próbą, lecz wykonywany niewiele potem rzut rożny przyniósł już gola dla podopiecznych Eusebio. Błąd popełnił Grzegorz Krychowiak, który odbił piłkę głową w nieodpowiednią stronę. Swoim zagraniem dał doskonałą okazję Agirretxe, a Hiszpan skrzętnie z niej skorzystał i uderzeniem z woleja pokonał bramkarza. Nieco później… Krychowiak popełnił niemal identyczny błąd. Po strzale z dystansu jeden z zawodników Sevilli podbił futbolówkę w powietrze, a Polak po raz kolejny strącił ją w stronę swojego portero, gdzie czekał Xabi Prieto. Doświadczony zawodnik gospodarze podwyższył prowadzenie Sociedad. Tego prowadzenia piłkarze z San Sebastian nie dali już sobie wyrwać i mogą teraz z większym optymizmem spojrzeć w przyszłość. Mecz na Anoeta pokazał, że Sevilla daleka jest jeszcze od powrotu do formy z ubiegłego sezonu, choć nikt nie wie, jak potoczyłoby się spotkanie, gdyby sędzia uznał gola Immobile.

Składy:
Sociedad: Geronimo Rulli – Yuri Berchiche, Inigo Martinez, Mikel Gonzalez, Aritz Elustondo (87’ Carlos Martinez) – Ruben Pardo, Asier Illarramendi – Sergio Canales (79’ Markel Bergara), Xabi Prieto, Bruma (61’ Mikel Oyarzabal) – Imanol Agirretxe

Sevilla: Sergio Rico – Benoit Tremoulinas, Adil Rami, Marco Andreolli (20’ Timothee Kolodziejczak), Mariano – Steven N’Zonzi, Grzegorz Krychowiak – Jose Antonio Reyes (61’ Yevhen Konoplyanka), Vicente Iborra, Vitolo – Ciro Immobile (73’ Kevin Gameiro)


Real 0-4 Barcelona

Normalnie w tym miejscu rozpoczęlibyśmy od wstępu przybliżającego oba zespoły i ich sytuację w tabeli. El Clasico nie należy jednak do meczów normalnych, więc takie słowa wprowadzenia byłyby nie na miejscu. Żadnej atmosfery napięcia też nie zamierzamy budować, bo wynik z pewnością doskonale znacie. Warto jednak przypomnieć, jaki przebieg miało ostatnie El Clasico. Praktycznie pierwsza groźna sytuacja przyniosła gola. Fenomalną akcję przeprowadziła Barcelona, wykonując aż 24 podania przed zdobyciem bramki. W fazie końcowej doskonale z piłką przy nodze przez linię pomocy przebił się Sergi Roberto. Wyciągnął z bloku defensywnego Ramosa i dograł do Luisa Suareza, który już czekał w blokach na odpowiednie zagranie. Urugwajczyk bez przyjęcia uderzył precyzyjnie popularnym „fałszem”, dając Blaugranie prowadzenie. Real po tak szybkim ciosie nie kwapił się do równie mocnej odpowiedzi. W pierwszej części Bravo próbował zaskoczyć jedynie James Rodriguez, lecz tylko strzałami z dystansu. Goście nie zamierzali bezczynnie czekać i jeszcze przed przerwą podwyższyli prowadzenie. Gospodarze podczas próby wyprowadzenia akcji stracili futbolówkę. Rakitic zagrał ją do Iniesty, a nieatakowany Hiszpan podprowadził ją do skraju pola karnego, po czym podał prostopadle do Neymara. Brazylijczyk uderzył słabo, ale Keylor Navas nie popisał się przy interwencji i na przerwę Barcelona schodziła już z dwubramkową zaliczką. Po zmianie stron minęło zaledwie kilka minut, a Duma Katalonii miała już na swoim koncie trzecie trafienie. Rakitic rozegrał piłkę przed polem karnym z Iniestą, a kapitan gości podał na tak zwaną „ścianę” do Neymara. Skrzydłowy Blaugrany odegrał futbolówkę piętą do Don Andresa, który bez zastanowienia huknął w okienko bramki. Chwilę potem na placu gry zameldował się powracający po kontuzji Leo Messi i to właśnie zapoczątkowal akcję na 0:4. Argentyńczyk został osaczony w środku boiska przez czterech graczy Realu, lecz mimo to zdołał podać do Jordiego Alby, który zaskakująco pojawił się w linii ataku. Lewy obrońca bez przyjęcia wypuścił w bój Suareza, a Urugwajczyk po samotnym rajdzie z zimną krwią zamienił okazję na gola. Barca chciała jeszcze dopełnić dzieła zniszczenia, ale wyznaczony na ostatecznego kata Munir nie podołał zadaniu i zmarnował dwie bardzo dobre szanse. W drugiej połowie na wysoką notę zapracował też Claudio Bravo, broniąc w naprawdę trudnych sytuacjach. Dwa razy wygrał pojedynek z Cristiano Ronaldo, za pierwszym razem zatrzymując Portugalczyka podczas starcia „oko w oko”, a za drugim fantastycznie przerzucając nad poprzeczką strzał głową zawodnika Realu. W końcówce za akt frustracji czerwoną kartką został jeszcze ukarany Isco. Ostatecznie Barcelona upokorzyła Real na Santiago Bernabeu i powiększyła przewagę nad Królewskimi do sześciu punktów. Wielkie zwycięstwo drużyny Luisa Enrique.

Składy:
Real: Keylor Navas – Marcelo (58’ Daniel Carvajal), Sergio Ramos, Raphael Varane, Danilo – Toni Kroos, Luka Modric, James Rodriguez (54’ Isco) – Gareth Bale, Karim Benzema, Cristiano Ronaldo

Barcelona: Claudio Bravo – Jordi Alba, Javier Mascherano (27’ Jeremy Mathieu), Gerard Pique, Daniel Alves – Andres Iniesta (76’ Munir El Haddadi), Sergio Busquets, Ivan Rakitic (56’ Lionel Messi), Sergi Roberto – Neymar, Luis Suarez


Espanyol 2-0 Malaga

Obie drużyny zdobyły w poprzednich dwóch kolejkach ledwie dwa oczka, więc nie można było powiedzieć, że są w bardzo dobrej dyspozycji. Mimo to, miejsca, jakie zajmowały, były nieco inne. Espanyol utrzymywał się w granicach środka stawki, zaś Malaga dryfowała tuż nad strefą spadkową. Kluby te grają jednak na tyle nierówno, że trudno było przewidzieć scenariusz tego meczu. Sytuacja zmieniła się bardzo szybko, ponieważ już w 6. minucie kibice, których na stadionie pojawiło się bardzo mało, zobaczyli pierwszą bramkę. Na prawej stronie piłkę otrzymał Hernan Perez, zwiódł Weligtona i uderzył mocno w kierunku bramki. Futbolówka przeszła po rękach Carlosa Kameniego i ostatecznie znalazła drogę do siatki. Odpowiedź Malagi mogła być natychmiastowa, ale niezłej okazji nie wykorzystał Nordin Amrabat. Z kolei gospodarze ukłuli po raz drugi w 20. minucie. Goście nie zdołali wybić piłki zagranej z lewej strony, ta przeszyła całe pole bramkowe, aż dopadł do niej Perez. Paragwajczyk bez zastanowienia strzelił tuż przy bliższym słupku. Mimo że Kameni był nieźle ustawiony, siła tego uderzenia była na tyle mocna, że nie dał rady skutecznie interweniować. Szybko zdobyte gole ustawiły spotkanie. Papużki były zadowolone z takiej zaliczki i skupili się na mądrej obronie, ograniczając się do kontr. Malaga nie potrafiła natomiast przeprowadzić takiej akcji, która zaskoczyłaby zarówno obronę, jak i Pau Lopeza, który popisał się kilkoma interwencjami. Bezradny byłby prawdopodobnie w 75. minucie, ale Ricardo Horta trafił wówczas tylko w słupek. Wynik nie uległ już zmianie i trzy oczka zostały na Power8 Stadium.

Składy:
Espanyol: Pau Lopez – Javi Lopez, Alvaro Gonzalez, Enzo Roco, Juan Fuentes (46′ Ruben Duarte) – Victor Sanchez, Papakouli Diop – Hernan Perez, Marco Asensio (86′ Gerard Moreno), Victor Alvarez (72′ Burgui) – Felipe Caicedo

Malaga: Carlos Kameni – Roberto Rosales, Marcos Angeleri, Weligton, Arthur Boka (46′ Javier Ontiveros) – Duda (66′ Ricardo Horta), Fernando Tissone, Pablo Fornals, Juan Carlos – Nordin Amrabat (78′ Adnane Tighadouini), Charles


Valencia 1-1 Las Palmas

Valencia po niemrawym początku zdawała się wracać na właściwe tory, w ostatniej kolejce rozgromiła na wyjeździe Celtę Vigo. Kibice mogli patrzeć więc na sytuację z nieco większym optymizmem, tym bardziej że kolejnym przeciwnikiem był beniaminek z Las Palmas. Ten sam, który z poprzednich pięciu wyjazdów przywiózł tylko jeden punkt. Przedmeczowe przypuszczenia szybko znalazły swoje odzwierciedlenie na boisku. W 8. minucie na lewym skrzydle przedarł się Andre Gomes, a następnie wyłożył piłkę przed bramkę. Tam stał Paco Alcacer, któremu pozostało dołożyć nogę i wyprowadzić Nietoperze na prowadzenie. Jeśli ktoś myślał, że po tym trafieniu gospodarze pójdą za ciosem, a Javi Varas będzie wyciągał z siatki piłkę jeden raz za drugim, brutalnie się pomylił, ponieważ od tego momentu dużo lepsze wrażenie sprawiali przyjezdni. Bardzo aktywny był Jonathan Viera, który był największym zagrożeniem dla obrońców Los Ches. Jedno z jego uderzeń jeszcze w pierwszej połowie z najwyższym trudem obronił Jaume Domenech. Golkiper nie miał już nic do powiedzenia niecały kwadrans po przerwie. Wówczas po składnej akcji Viera z kilku metrów strzelił poza jego zasięgiem. Nawet stracony gol nie podziałał na miejscowych mobilizująco. Wręcz przeciwnie, to Kanaryczjycy dążyli do uzyskania prowadzenia. Wyborne okazje mieli Tanausu, Momo oraz Araujo, ale albo świetnymi paradami popisywał się Jaume, albo ofiarne wślizgi prezentowali obrońcy. Ostatecznie żadnej z drużyn nie udało się przechylić szali na swoją korzyść i spotkanie zakończyło się podziałem punktów. Paradoksalnie, z takiego obrotu spraw bardziej powinni cieszyć się gracze Nuno, którzy pokazali się z bardzo słabej strony. Valencia oddała dwa razy mniej strzałów, a przy piłce była przez niecałe 40% czasu. Ostatnie dobre wyniki nie przełożyły się zatem na kolejne. Dani Parejo i spółka zdążyli już przecież przegrać także w Lidze Mistrzów, ulegając 0:2 Zenitowi.

Składy:
Valencia: Jaume Domenech – Joao Cancelo, Shkodran Mustafi (72′ Ruben Vezo), Aymen Abdennour, Jose Gaya – Javi Fuego (53′ Enzo Perez), Daniel Parejo, Andre Gomes – Sofiane Feghouli (65′ Zakaria Bakkali), Paco Alcacer, Santi Mina

Las Palmas: Javi Varas – David Simon, Aythami, Pedro Bigas, Dani Castellano – Vicente Gomez, Roque Mesa (78′ Hernan) – Jonathan Viera, Tanausu (89′ Emmanuel Culio), Momo (75′ Nabil El Zhar) – Sergio Araujo


Deportivo 2-0 Celta

Derby Galicji dawno nie zapowiadały się na tak wyrównany mecz. Kilkanaście lat temu prym wiodło Deportivo, a ostatnio lepiej wygląda drużyna Celty. W obecnych rozgrywkach oba zespoły złapały jednak znakomity rytm i dowodzone przez swoich liderów – Lucasa Pereza i Nolito – mogły w końcu godnie ze sobą rywalizować. Gospodarze zaczęli jednak nerwowo. Po błędzie stopera do sytuacji „sam na sam” doszedł Nolito, zauważył, że wyszedł z bramki Lux i starał się go przelobować, ale bramkarz nie dał się zaskoczyć. Miejscowi jednak szybko się otrząsnęli i wyszli na prowadzenie. Akcja środkiem boiska zakończyła się podaniem w pole karne, gdzie najpierw piłkę przejął Bergantinos, który wyłożył futbolówkę Lucasowi Perezowi i było 1:0. Szansa do wyrównania przyszła jeszcze przed przerwą. Arbiter zdecydował się odgwizdać jedenastkę dla Celty, do której podszedł Nolito, ale przegrał pojedynek z Luxem. Druga część meczu zdecydowanie przebiegała pod dyktando Deportivo. Najgroźniejsze uderzenie oddał Juanfran, ale trafił z dystansu w słupek. Kuriozalna sytuacja nastąpiła w doliczonym czasie gry. Długa piłka wędrowała w stronę Lucasa Pereza, który był pilnowany skutecznie przez Jonny’ego. Obrońca chciał spokojnie odegrać futbolówkę do bramkarza, ale nie zauważył, że Alvarez wyszedł z bramki, a zagrana przez obrońcę piłka zmierzała nieuchronnie do bramki. Golkiper nie zdążył uratować drużyny przed stratą gola, więc Deportivo zdobyło trzy oczka w derbach!

Składy:
Deportivo: German Lux – Juanfran (80′ Jonas Gutierrez), Alejandro Arribas, Sidnei, Fernando Navarro – Alex Bergantinos, Pedro Mosquera – Cani (68′ Faycal Fajr), Lucas Perez, Luisinho – Jonathan Rodriguez (75′ Laure)

Celta: Sergio Alvarez – Hugo Mallo, Sergi Gomez, Andreu Fontas (58′ Carles Planas), Jonny – Augusto Fernandez, Daniel Wass – Fabian Orellana, Pablo Hernandez (72′ John Guidetti), Nolito – Iago Aspas


Sporting 0-3 Levante

Sporting na swoim obiekcie regularnie punktować zaczął dopiero ostatnio. Tym razem na El Molinon przyjechało Levante z Rubim na ławce trenerskiej, pod wodzą którego zespół zdaje się grać nieco lepiej, a na pewno osiąga lepsze wyniki. Mimo wszystko przed meczem wyżej stały notowania gospodarzy. Przewagę szybko zyskali jednak przyjezdni, którzy od początku szukali okazji, by pokonać Ivana Cuellara. Sztuka ta udała się w 18. minucie. Do wybitej piłki na skraju pola karnego dopadł Pedro Lopez, który wstrzelił ją w kierunku dalszego słupka, a akcję celnym strzałem zamknął Deyverson. Dziewięć minut później kibice na El Molinon przecierali oczy ze zdumienia, kiedy Zouhair Feddal dobijał uderzenie Moralesa z rzutu wolnego. Podrażnieni Asturyjczycy mogli odpowiedzieć bardzo szybko, jednak Alen Halilović nieznacznie chybił. Sytuacja ta zemściła się tuż przed przerwą, kiedy jakiekolwiek nadzieje Sportingu rozwiał duet Feddal – Deyverson. Stoper z Maroka zgrał futbolówkę po centrze z narożnika boiska, a snajper po raz drugi nie dał szans Cuellarowi. Po 45 minutach można już było w zasadzie zapisać trzy oczka graczom Levante. Kto wie, jak potoczyłaby się jednak druga część, gdyby w 63. minucie jedenastkę wykorzystał Jony Rodriguez. Na nieszczęście graczy w czerwono-białych strojach skuteczną interwencją popisał się Ruben. Halilović wraz z kolegami próbowali co prawda zdobyć choćby trafienie honorowe, ale żadna z prób nie przyniosła oczekiwanego skutku. Najbliżej pokonania bramkarza gości był… Feddal, ale jego niefortunne zagranie zostało w porę zatrzymane przez Martineza. Ostatecznie klub z Walencji wywiózł pierwszy komplet punktów z obcego stadionu w tym sezonie i tym samym odbił się od dna ligowej tabeli. Beniaminek z Gijon jest z kolei piętnasty z dwupunktową przewagą nad strefą spadkową.

Składy:
Sporting: Ivan Cuellar – Alberto Lora, Lucas Hernandez, Bernardo Espinosa, Roberto Canella (67′ Miguel Angel Guerrero) – Omar Mascarell, Nacho Cases – Hugo Fraile (46′ Carlos Castro), Alen Halilović, Jony Rodriguez (73′ Isma Lopez) – Antonio Sanabria

Levante: Ruben Martinez – Pedro Lopez, David Navarro, Zouhair Feddal, Tono – Simao Mate, Victor Camarasa, Jefferson Lerma – Jose Morales (86′ Verza), Deyverson (73′ Roger), Ruben Garcia (71′ Jordi Xumetra)


Villareal 1-1 Eibar

Kto by pomyślał, że będzie to jeden z meczów na szczycie, jeśli uwzględnilibyśmy miejsca zajmowane w tabeli. Przed rozpoczęciem rundy drużyny plasowały się na piątym i szóstym miejscu. Celem była zatem wygrana i utrzymanie kontaktu ze ścisłą czołówką ligi. Od pierwszego gwizdka arbitra odważnie poczynali sobie Baskowie, którzy grali tak jak od początku sezonu – bez żadnych kompleksów. Co prawda nie zawsze sytuacje, które sobie tworzyli, były groźne, ale sprawiali lepsze ogólne wrażenie. W 27. minucie przeprowadzili z kolei akcję, która pozwoliła im wyjść na prowadzenie. Z prawej strony futbolówkę otrzymał Borja Baston, który z kolei zagrał do Sergiego Enricha, a drugi z napastników ze spokojem uderzył obok interweniującego Areoli. Zdobyta bramka podziałała na gości mobilizująco, ponieważ dążyli do podwyższenia swojego prowadzenia. W 42. minucie sędzia wskazał na wapno, a do piłki podszedł Dani Garcia. Kapitan Eibaru przegrał jednak pojedynek z Areolą, który z kolei utrzymał swoją drużynę w tym meczu. Strata dwóch goli po pierwszej połowie mogła być bowiem nie do odrobienia. Sytuacji gospodarzy nie poprawił także uraz Daniele Bonery w drugiej części (Włoch wszedł pół godziny wcześniej za Bailly’ego). Marcelino przeprowadził wcześniej wszystkie zmiany i po wymuszonym zejściu obrońcy Żółta Łódź Podwodna zmuszona była kończyć mecz w osłabieniu. Z pomocą przyszedł jednak Keko, który w odstępie dwóch minut zobaczył dwie żółte kartki i także musiał opuścić murawę. Gospodarze dopięli w końcu swego pięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry. Denis Suarez zagrał prostopadle do Jaume Costy, a lewy defensor pokonał Riesgo. Ostatecznie spotkanie zakończyło się podziałem punktów, który jest chyba sprawiedliwym rezultatem.

Składy:
Villarreal: Alphonse Areola – Mario Gaspar, Eric Bailly (34′ Daniele Bonera), Victor Ruiz, Jaume Costa – Samuel Castillejo, Manu Trigueros (54′ Jontahan dos Santos), Bruno Soriano, Denis Suarez – Roberto Soldado, Cedric Bakambu (62′ Samuel Garcia)

Eibar: Asier Riesgo – Borja Ekiza (74′ Ivan Ramis), Mauro dos Santos, Aleksandar Pantić, David Junca – Keko, Gonzalo Escalante, Dani Garcia, Saul Berjon (80′ Takashi Inui) – Sergi Enrich (86′ Antonio Luna), Borja Baston


Granada 2-0 Bilbao

Kibice Athleticu chyba już zapomnieli, kiedy ich pupile po raz ostatni odnieśli porażkę. Co więcej w ostatnich trzech spotkaniach Baskowali nie odnieśli nawet remisu, lecz same zwycięstwa. Granada też miała swoją serię, z tym że remisów, którą zakończyła… porażką. Biorąc pod uwagę ten fakt oraz bardzo odległą pozycję w tabeli gospodarzy, faworytem wydawali się być gracze z Bilbao, ale przecież każda seria ma swój koniec. Granada wzięła sobie tę prawdę do serca i po zaledwie pięciu minutach prowadziła już 1:0. Z piłką lewym skrzydłem popędził Success, po czym będąc na wysokości pola karnego dograł do wbiegającego w pole karne Penarandy. Napastnika Granady uprzedził jednak Aymeric Laporte, lecz zrobił to na tyle niefortunnie, że trafił do własnej bramki. Brak zrozumienia z Iraizozem, który postanowił wyjść do dośrodkowania, był opłakany w skutkach. Po straconym golu goście byli jeszcze nieco w szoku, co postanowili wykorzystać ich rywale. Sytuacji, które stawarzała sobie Granada, nie można jednak nazwać stuprocentowymi. Baskowie obudzili się dopiero tuż przed przerwą. Najpierw uderzenie z wolnego Benata z najwyższym trudem obronił Andres Fernandez, a kilkadziesiąt sekund później portero gospodarzy nieco łatwiej poradził sobie z potężnym strzałem zza pola karnego Williamsa. Po zmianie stron Athletic nie zamierzał zwalniać tempa. Próbował Raul Garcia, bardzo bliski bramki był Aduriz, lecz nic nie przynosiło pożądanego efektu. O skuteczność nie musieli się za to martwić piłkarze Granady. Po godzinie gry i tylko jednym celnym strzale na bramkę prowadzili już bowiem 2:0. Z piłką w szesnastkę wbiegł Foulquier po fatalnym błedzie w rozegraniu Laporte’a, następnie podał do Penarandy, lecz młodzian miał problemy z opanowaniem futbolówki. Na szczęście dla gospodarzy całą akcję zamykał jeszcze Success, który pewnym uderzeniem podwyższył prowadzenie. Po tym ciosie Baskowie nie potrafili się już podnieść, mimo iż próbowali. Żaden ze strzałów nie był jednak na tyle groźny, aby zaskoczyć świetnie dysponowanego Andresa Fernandeza. Passa zawodników z Bilbao została nareszcie przerwana, ale mało kto spodziewał się, że zrobi to właśnie Granada. Kto wie, może teraz to gospodarze rozpoczęli własną serię, która pozwoli im wydostać się ze strefy spadkowej.

Składy:
Granada: Andres Fernandez – Cristiano Biraghi, Jen-Sylvain Babin, David Lomban, Miguel Lopes (51’ Dimitri Foulquier) – Ruben Perez, Fran Rico – Isaac Success (76’ Nico Lopez), Javi Marquez, Robert Ibanez (62’ Ruben Rochina) – Adalberto Penaranda

Athletic: Gorka Iraizoz – Mikel Balenziaga, Aymeric Laporte, Xabier Etxeita, Oscar de Marcos – Benat, Mikel San Jose (73’ Eneko Boveda) – Markel Susaeta (67’ Sabin Merino), Raul Garcia, Inaki Williams (79’ Borja Viguera) – Aritz Aduriz


Betis 0-1 Atletico

Po porażce Realu w El Clasico urosła szansa dla Atletico, aby wskoczyć na pozycję wicelidera. Piłkarzom konieczna do tego była wygrana na obiekcie Betisu Sevilla. Wydawało się, że dla zawodników z Madrytu będzie to trudne zadanie. Być może by tak było, gdyby w siódmej minucie Xavi Torres nie popełnił karygodnego błędu przed własną bramką. Przetrzymywał piłkę za długo i biegł w kierunku swojego bramkarza, ale w międzyczasie piłkę zabrał mu Ferreira-Carrasco. Do strzału doszedł Fernando Torres, ale jego uderzenie obronił jeszcze Adan. Do dobitki był jednak gotowy Koke i ten się nie pomylił. Od tamtego momentu goście byli zdecydowanie lepsi. Próbowali m.in. Koke oraz Griezmann, ale żaden z nich nie dał rady pokonać Adana. Sytuację „sam na sam” zmarnował także Ferreira-Carrasco. Zmiana stron zaowocowała bardzo groźną próbą Alvaro Cejudo, którą z wysiłkiem obronił Oblak. Verdiblancos mieli jeszcze parę mniej niebezpiecznych szans, których nie wykorzystywali. Ostatni cios należał jednak do Atletico. Ferreira-Carrasco wyprowadził akcję środkiem boiska, a z pola karnego uderzał Griezmann, który trafił w słupek. Skromna wygrana przyjezdnych z Madrytu powoduje, że ekipa Simeone przeskakuje w tabeli swojego rywala zza miedzy.

Składy:
Betis: Antonio Adan (63′ Daniel Gimenez) – Cristiano Piccini, Bruno Gonzalez, Heiko Westermann, Fernando Varela – Xavi Torres (46′ Dani Ceballos), Alfred N’Diaye – Joaquin (77′ Jorge Molina), Didier Digard, Alvaro Cejudo – Ruben Castro

Atletico: Jan Oblak – Jesus Gamez, Stefan Savic, Diego Godin, Filipe Luis – Gabi, Tiago, Koke (82′ Saul Niguez) – Antoine Griezmann, Fernando Torres (71′ Luciano Vietto), Yannick Ferreira-Carrasco (77′ Oliver Torres)


Getafe 1-1 Rayo

Na koniec kolejki, w poniedziałek kolejne derby. Tym razem naprzeciwko siebie stanęły dwie madryckie drużyny – Getafe oraz Rayo. Trybuny świeciły pustkami, jak to regularnie bywa na Coliseum Alfonso Perez. Nawet takie starcie nie przyciągnęło na stadion fanów. Ci, których zabrakło na obiekcie, nie mieli czego żałować. Pojedynek był bardzo nudny i nie obfitował w wiele sytuacji podbramkowych. Szczególnie w pierwszej połowie, kiedy trudno było wytypować przeważającą drużynę. Najlepszą okazję w pierwszych 45 minutach miał zawodnik Getafe – Victor Rodriguez. Uderzał z półwoleja zza pola karnego i piłka dosłownie o pół metra minęła okienko bramki Juana Carlosa. Trenerzy mieli pewnie sporo roboty, aby zmotywować obie drużyny w trakcie przerwy. Bramki zaczęły w końcu wpadać, ale w niewielkiej ilości… i dość przypadkowo. Najpierw na prowadzenie wyszli gospodarze. Rodriguez po błędzie defensywy Rayo dogrywał z prawej strony, a w środku podanie starał się przeciąć Jozabed, ale niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki. Wydawało się, że Getafe kontroluje sytuację, ale nagle niezrozumiale zachował się Vigaray. Dośrodkowanie z prawej flanki zmierzało w pole karne Guaity, a piłkę wybijał wcześniej wspomniany defensor ekipy miejscowej. Tylko że zamiast głową, to celowo uderzył futbolówkę ręką i arbiter był zmuszony do podyktowania jedenastki. Do karnego podszedł Trashorras, ale przegrał pojedynek z bramkarzem. W sukurs koledze przyszedł jednak antybohater Jozabed i swoją dobitką doprowadził do remisu. Podobną historię – „od zera do zbawiciela” – mógł napisać Vigaray. Oddawał słaby strzał głową z daleka i wydawało się, że Juan Carlos pewnie złapie piłkę, ale ta wyślizgnęła mu się z rąk. Następnie trafiła w poprzeczkę, ale na szczęście golkipera nie przekroczyła linii bramkowej, choć drużyna Getafe protestowała. Ostatecznie derby Madrytu zakończyły się remisem, który nie satysfakcjonuje żadnej ze stron.

Składy:
Getafe: Vicente Guaita – Carlos Vigaray, Emiliano Velazquez, Juan Cala, Roberto Lago – Juan Rodriguez, Mehdi Lacen – Pablo Sarabia, Victor Rodriguez (83′ Karim Yoda), Angel Lafita (73′ Moi Gomez) – Alvaro Vazquez (76′ Stefan Scepovic)

Rayo: Juan Carlos – Tito, Diego Llorente, Chechu Dorado (60′ Pablo Hernandez), Nacho – Roberto Trashorras (78′ Antonio Amaya), Raul Baena – Adrian Embarba, Jozabed, Bebe (38′ Patrick Ebert) – Javi Guerra


Mecz kolejki: Real – Barcelona 0:4

Liczby kolejki:
best_11_12kolejka

Piłkarz kolejki: Andres Iniesta (Barcelona)
Ci, którzy zdążyli już skreślić Iniestę, z pewnością do tej pory nie mogą wyjaśnić, jak Andres mógł zagrać tak dobrze w El Clasico. W sobotni wieczór pomocnik Bluagraną był w wybornej formie. Co ważne, tym razem do kilku fantastycznych zagrań i mądrego rozrzucania piłki w środku boiska dorzucił jeszcze konkretne liczby. Najpierw asysta, a później gol przepięknej urody idealnie podsumowują występ Iniesty.

Cienias kolejki: Grzegorz Krychowiak (Sevilla) oraz Aymeric Laporte (Athletic)
Z bólem serca w tej kategorii umieszczamy Grzegorza Krychowiaka, ponieważ to przez jego niefrasobliwość przy wybiciach piłki głową Real Sociedad wygrał spotkanie z Sevillą. Błędy Polaka miały miejsce po dośrodkowaniach w pole karne, a tam były gracz Reims wykładał futbolówkę Agirretxe i Prieto. Postanowiliśmy również wyróżnić Laporte’a, którego kiepskie podanie w kierunku Iraizoza zamieniło się w samobójcze trafienie. Trzeba też przyznać, że bramkarz Athleticu niepotrzebnie opuszczał bramkę. Podobna sytuacja miała także miejsce w meczu Deportivo – Celta, kiedy Jonny zdobył strzelił do własnej bramki, ponieważ na długą wycieczkę poza pole karne wybrał się Sergio Alvarez.

Pozytywne wyróżnienie kolejki: Eusebio oraz Rubi (trenerzy Sociedad i Levante)
Pierwszy z nich debiutował na ławce trenerskiej w tej kolejce. Zadanie miał niełatwe, ponieważ David Moyes zostawił drużynę prezentującą jeden z gorszych stylów w lidze, a dodatkowo przeciwnikiem była Sevilla, która była uskrzydlona wygraną z Realem w poprzedniej rundzie. Co prawda więcej z gry mieli rywale i to oni sprawiali długimi fragmentami lepsze wrażenie, to jednak trzy punkty zostały na Anoeta, co pozwoliło Baskom choć na chwilę zapomnieć o strefie spadkowej. Drugi ze szkoleniowców pracuje z kolei na Ciudad de Valencia od jakiegoś czasu, ale pochwalić go należy za poprawę gry i przede wszystkim wyników. Tym razem Levante pokonało na wyjeździe Sporting Gijon po całkiem niezłej pierwszej połowie. Nie wiadomo, na ile to efekt “nowej miotły”, a na ile zdolności trenera, ale włodarze klubu podjęli chyba dobrą decyzję.

Negatywne wyróżnienie kolejki: Valencia
Wydawało się, że po rozgromieniu Celty na jej boisku ekipa Nuno Espirito Santo wraca na właściwą drogę. Tym razem Nietoperze mieli w teorii zadanie najłatwiejsze, ponieważ na Mestalla gospodarze podejmowali Las Palmas. Tymczasem nie dość, że nie udało im się zgarnąć pełnej puli, to jeszcze sprawiali bardzo złe wrażenie i byli o włos od poniesienia klęski. Dwa razy mniej strzałów oraz 38% posiadania piłki – w ten sposób nie uda się wywalczyć kolejnej przepustki do europejskich pucharów. W klubie od dawna atmosfera jest daleka od ideału, a takie wyniki tego nie poprawią.

Gol kolejki: Andres Iniesta (Barcelona)
Po takim spotkaniu Barcelony niczym dziwnym jest silna reprezentacji Bluagrany wśród wyróżnionych. Królem w zgarnianiu nominacji został Andres Iniesta. Oprócz nagrody piłkarza kolejki otrzymał od nas także miano gola kolejki. Przypomnijmy początek drugiej połowy, Iniesta zagrywa do ustawionego w polu karnym Neymara, a Brazylijczyk odgrywa piętą do wbiegającego pomocnika Dumy Katalonii. Don Andres uderzeniem z pierwszej piłki posyła futbolówkę w samo okienko bramki Navasa. Taki gol w takim meczu nie mógł pozostać bez wyróżnienia.

Pudło kolejki: Munir (Barcelona)
Tak po prostu musiało być. Wszyscy widzieli w Munirze drugiego Jeffrena, który przypieczętuje manitę ostatnim golem. Jednak choć sytuacje miał dwie, to młody napastnik Barcelony i tak nie podołał. Najpierw po podaniu z lewej strony posłał piłkę nad poprzeczką, a następnie uderzył obok słupka po zagraniu z tej samej strony, mimo iż miał mnóstwo miejsca i czasu. Cóż, nie każdy może być Jeffrenem.

klasyfikacje_12kolejka

Terminarz 13. kolejki (27-29.11.2015):
Piątek, 27.11:
Levante – Betis (godzina 20:30)
Sobota, 28.11:
Barcelona – Sociedad (godzina 16)
Atletico – Espanyol (18:15)
Malaga – Granada (20:30)
Las Palmas – Deportivo (22)
Celta – Sporting (22:05)
Niedziela, 29.11:
Getafe – Villarreal (12)
Eibar – Real (16)
Rayo – Athletic (18:15)
Sevilla – Valencia (20:30)

Autorzy:



Grafika: Maciej Bożek