La Liga gra: Kanonady Realu i Barcelony ozdobą 4. kolejki

1797485_10152781119902164_9193096859256266878_n

Rozpoczęliśmy maraton z La Liga! W ciągu 10 dni piłkarze rozegrają aż trzy rundy. W pierwszej z nich do ciekawych potyczek miało dojść na gruncie madrycko-galicyjskim. Mistrz kraju, Atletico, podejmował na własnym obiekcie nieobliczalną Celtę Vigo, a Real Madryt udał się na mecz z wielkim rywalem Celtistas – Deportivo. Królewskim na El Riazor nie zawsze wiodło się fantastycznie i równie ciężko miało być tym razem. Będąca w niezłej dyspozycji Granada mierzyła się na wyjeździe z Athletikiem Bilbao, który na San Mames nie zwykł oddawać punktów, natomiast Villarreal gościł Rayo. Lider tabeli, Barca, jechała do Walencji, by zagrać z ostatnim Levante. Zapraszamy do podsumowania!

Mecze 4. kolejki:
Elche Eibar

Mecz rozpoczął się od niespodziewanego uderzenia drużyny gości. Już jedna z pierwszych wrzutek zamienia się w bramkę. Niegroźne dogranie z lewej strony nieporadnie wybijają gracze Elche. Piłka trafia do niepilnowanego Garcii, a ten strzałem z ok. 25 metrów zdobywa w 3. minucie pierwszą bramkę. Trzeba dodać, że nie bez winy był Przemek Tytoń który powinien obronić ten strzał. Po chwili kolejna szansę marnuje Garcia, który doskonale wszedł w mecz. Gospodarze nie pozostawali dłużni i po jednej z akcji prawą stroną piłka zostaje wyłożona na szósty metr do Coro, który, mając przed sobą praktycznie pustą bramkę, nie trafia czysto w piłkę. W 42. minucie Eibar po raz kolejny trafia do siatki. Znów nie najlepiej zachował się Tytoń. Jego niepewne wyjście przy rzucie rożnym i zderzenie się z własnym obrońcą wykorzystuje Albentosa, który umieszcza piłkę głową w pustej bramce. Pierwsza połowa kończy się dwubramkowym prowadzeniem gości. Druga część nie przyniosła emocji. Oprócz znakomitej sytuacji dla gospodarzy, którą miał Cristian Herrera oraz kilku okazji po rzutach rożnych, na boisku nie działo się nic. Mecz zakończył się niespodziewanym zwycięstwem graczy Eibar, którzy najzwyczajniej byli lepsi.

Składy:
Elche: Przemysław Tytoń – Damian Suarez, Enzo Roco, David Lomban, Edu Albacar – Pedro Mosquera, Adrian Gonzalez (60′ Victor Rodriguez) – Garry Rodrigues (78′ Alvaro Gimenez), Coro (46′ Cristian Herrera), Faycal Fajr – Jonathas de Jesus

Eibar: Xabi Irureta – Eneko Boveda, Raul Albentosa, Raul Navas, Abraham Minero (49′ Lillo Castellano) – Jon Errasti, Dani Garcia – Ander Capa, Mikel Arruabarrena, Saul Berjon (82′ Federico Piovaccari) – Angel Rodriguez (66′ Javi Lara)

 

Deportivo Real

Real, po dwóch niepowodzeniach w lidze, wreszcie odkuł się, wygrywając w środku tygodnia w Lidze Mistrzów. Teraz przyjeżdżał na gorący teren El Riazor, by podtrzymać dobrą passę i zbliżyć się do czołówki. Początkowo Królewscy mieli jednak problemy. Gospodarze grali nieźle w obronie, a kilka razy potrafili także zagrozić bramce Ikera Casillasa. Pierwszą groźną akcje przyjezdni sklecili w 16. minucie, kiedy Karim Benzema szczęśliwie podał do Garetha Bale’a. Walijczyk, który był w tym momencie na spalonym, swoją drogą nieodgwizdanym, nie pokonał golkipera rywala, trafiając wprost w niego. Co nie udało się byłemu piłkarzowi Tottenhamu, wyszło jemu bardziej utytułowanemu koledze z ’7′ na plecach po półgodzinie gry. Dośrodkowanie Arbeloi nie było wprawdzie precyzyjne, ale Cristiano Ronaldo, bo o nim oczywiście mowa, skorzystał ze swojego wielkiego talentu i ładną główką zmusił Germana Luxa do kapitulacji. 7 minut później było już 2:0, kiedy kapitalnym technicznym uderzeniem popisał się król strzelców mundialu, James Rodriguez. Przed przerwą goście trafili jeszcze raz. Interweniujący daleko przed polem karnym Lux powalił na ziemię Benzemę, ale sędzia puścił akcję dalej, ponieważ do piłki podbiegł Ronaldo. Portugalczyk bez zastanowienia uderzył lewą nogą w kierunku pustej bramki. Niedługo po wznowieniu gry kontaktowego gola zdobyli gospodarze. W polu karnym ręką zagrał Sergio Ramos, a skutecznym egzekutorem jedenastki okazał się Haris Medunjanin. Zespół z Galicji mógł mieć jeszcze dzięki temu nadzieję na remontadę podobną do tej sprzed dwóch kolejek na Anoeta. Tym bardziej, że po zdobyciu pierwszej piłkarze dążyli do kolejnego. Marzenia te definitywnie chyba prysły w 66. minucie. Wbiegający na pełnej szybkości Bale dostał dobrą piłkę od Marcelo i lekkim strzałem po długim rogu pokonał Luxa po raz czwarty w tym spotkaniu. Na tym się nie skończyło. 8 minut podobna akcja, z tym że Walijczyk nie miał obrońcy na plecach. Tym razem dostał podanie od Isco i w ten sam sposób trafił do siatki. Taki rezultat również nie zadowalał zdobywcy Ligi Mistrzów z poprzedniego sezonu. Chwilę później wynik podwyższył Cristiano Ronaldo mocnym precyzyjnym strzałem po dalszym słupku. Do poziomu strzeleckiego próbowali się także dostosować rywale, ale stać ich było na tylko jeszcze jedno trafienie honorowe. To było udziałem Toche, który wykorzystał wrzutkę Isaaca Cuenki. Wynik 6:2, ale to nie był jeszcze koniec strzelania. Swoją chwilę chwały miał również sprowadzony w ostatniej chwili Javier Hernandez. Były zawodnik Manchesteru United dwukrotnie uraczył nas świetnymi strzałami z dystansu. Najpierw lewą nogą, a w doliczonym czasie gry także prawą. Tymi dwoma golami potwierdził, że w Meksykanin w Madrycie nie musi być wcale zmiennikiem Karima Benzemy, grającym ogony spotkań, a realnym wzmocnieniem i uzupełnieniem formacji ataku Galacticos. Po tej goleadzie drużyna ze stolicy Hiszpanii z pewnością podskoczy w ligowej tabeli i zacznie pościg za czołówką.

Składy:
Deportivo: German Lux – Laure, Sidnei, Modibo Diakite, Luisinho – Alex Bergantinos, Haris Medunjanin – Juanfran (46′ Juan Dominguez), Luis Farina (74′ Toche), Isaac Cuenca – Helder Postiga (46′ Ivan Cavaleiro)

Real: Iker Casillas – Alvaro Arbeloa, Raphael Varane, Sergio Ramos, Marcelo – Luka Modrić (71′ Isco), Toni Kroos, James Rodriguez – Gareth Bale (77′ Javier Hernandez), Karim Benzema (59′ Asier Illarramendi), Cristiano Ronaldo

 

Athletic Granada

Na San Mames przyjechała dotychczasowa rewelacja rozgrywek – Granada, która dotąd nie przegrała żadnego spotkania. Ten mecz był również wyjątkowy dla trenera przyjezdnych – Joaquina Caparrosa, który w Bilbao spędził cztery lata jako szkoleniowiec pierwszej drużyny. I to właśnie jego obecna ekipa zaliczyła mocniejszy początek. Z dystansu swojego szczęścia szukał Rochina, ale Iraizoz bardzo dobrze sparował płaski strzał. Dopiero po połowie godziny gry Athletic zdołał odpowiedzieć niegroźną próbą Susaety. Lepszą szansę miał Aduriz, który po dośrodkowaniu Balenziagi znakomicie główkował, ale Roberto zaliczył jeszcze lepszą paradę. Jeszcze przed przerwą zdarzyła się sytuacja, która, jak się później okazało, ustawiła wynik. Na pozycji ostatniego obrońcy znalazł się Iturraspe, który otrzymał zagranie z środka pola. Defensywny pomocnik nie oddał w odpowiednim momencie piłki, a zamiast tego postanowił ograć Cordobę. Futbolówka ugrzęzła mu jednak między nogami i napastnik Granady z tego skorzystał. Zaliczył odbiór, doszedł do sytuacji „sam na sam” z Iraizozem i nie miał kłopotów, aby go pokonać. Tak zakończyła się pierwsza część. Po przerwie dość niespodziewanie osłabli goście. Wydawało się, że chcą koniecznie dowieźć ten rezultat do końca. Athletic natomiast zawzięcie atakował. Choć w 53. minucie miejscowi mogli przegrywać 2:0. Granada wyszła z groźną kontrą; Isaac zagrał świetnie do Foulquiera i wydawało się, że znów dojdzie do pojedynku z bramkarzem. Rzeczywiście, doszło, ale daleko za polem karnym, bo Iraizoz w porę wyszedł do podania i uratował zespół przed stratą drugiego gola. Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź, bo kilka chwil później Aduriz mocno uderzał po centrze Rico, ale nieznacznie się pomylił. W 61. minucie napastnik Basków mógł wpisać się na listę strzelców i to po pięknym trafieniu. Susaeta dogrywał z prawej flanki, Aduriz złożył się do nożyc, ale piłka przeleciała daleko obok słupka. Ostatnią okazję na wyrównanie miał Rico, ale po dośrodkowaniu z rzutu rożnego pomocnik Athleticu minimalnie chybił. W ten sposób Granada dalej jest niepokonana, a Bilbao ma na koncie już trzy porażki w lidze.

Składy:
Athletic: Gorka Iraizoz – Andoni Iraola, Xabier Etxeita, Mikel San Jose, Mikel Balenziaga – Ander Iturraspe, Erik Moran (54′ Mikel Rico) – Markel Susaeta (78′ Guillermo Fernandez), Unai Lopez (45′ Borja Viguera), Iker Munian – Aritz Aduriz

Granada: Roberto Fernandez – Allan Nyom, Jean-Sylvain Babin, Jeison Murillo, Dimitri Foulquier – Ruben Rochina (62′ Eddy Silvestre), Fran Rico, Hector Yuste, Piti (67′ Juan Carlos) – Isaac Success, Jhon Cordoba (73′ Javi Marquez)

 

Atletico Celta

Konfrontacja mistrza Hiszpanii z Celtą była awizowana jako jeden z najciekawszych meczów kolejki. Atletico podbudowane wygraną z Realem i jednocześnie żądne odbudowania nastrojów po porażce w Lidze Mistrzów. Natomiast goście z Galicji mieli straszyć goleadorami – Orellaną i Larrivey’em. Już po kwadransie gry gospodarze powinni się cieszyć z prowadzenia. Prawą stroną ruszył Juanfran, celnie dośrodkował na nogę Tiago, lecz ten fatalnie chybił z bliskiej odległości. Niewykorzystane sytuacje się mszczą, i właśnie o tym przekonało się Atletico. Z głębi pola dośrodkowywał Planas w kierunku Pablo Hernandeza. Ten był pilnowany przez Godina, ale obrońca nie spodziewał się, że napastnik Celty zachowa się w tak genialny sposób. Odwrócił się twarzą do piłki, pozwolił, żeby ta spadła mu za plecy i technicznym uderzeniem piętą totalnie zaskoczył zdezorientowanego Moyę! Jedna z najładniejszych bramek w kolejce! Atletico chciało jak najszybciej odpowiedzieć. Próbował Griezmann po podaniu Turana, ale niecelnie. Francuz miał też szansę po centrze Juanfrana, ale strzał głową został obroniony przez Alvareza. W 30. minucie powinno być 1:1 po genialnym zagraniu byłego gracza Realu Sociedad do Cristiana Ansaldiego. Obrońca wpadł w pole karne, przełożył futbolówkę na prawą nogę i to okazało się zgubne, gdyż bramkarz Celty zdążył wyjść i zaliczyć udaną interwencję. Jak trwoga… to stały fragment – to hasło znów przyświecało podopiecznym Simeone. Centra Koke z rzutu wolnego, w polu karnym urywa się Miranda i był już remis. Nie był to jednak koniec. W 41. minucie Gabi ustawił piłkę w narożniku boiska, dośrodkował, a tam znalazł się nie kto inny, tylko Diego Godin i w tradycyjny sposób wyprowadził Atletico na prowadzenie, które gospodarze utrzymali już do gwizdka kończącego pierwszą połowę. Druga połowa zaczęła się znakomicie dla Celty. W szesnastkę przytomnie wpadł Carles Planas, sprytnym zwodem ograł Mirandę, ale ten nieprzepisowo go zatrzymał. Arbiter nie miał wątpliwości i podyktował rzut karny, którego na bramkę zamienił rezerwowy w tym meczu Nolito. W 61. minucie sędzia słusznie nie uznał gola Jimeneza, który znalazł się na spalonym. Chwilę później Meksykanin już był na dozwolonej pozycji, ale musiał uznać wyższość Alvareza, który rozgrywał niesamowitą partię. Na sam koniec bramkarz Celty zaliczył jeszcze dwie niesamowite parady. Przy centrze Koke, która prawie zamieniła się w skuteczny lob oraz uderzeniu Tiago po dośrodkowaniu ze stałego fragmentu gry. Arbiter jeszcze zdążył nie uznać trafienia Raula Garcii, co kolejny raz było słuszną decyzją, i zakończył mecz. Widowisko na pewno nie zawiodło, ale w takim nastroju może być Diego Simeone i jego zawodnicy, bo do Barcelony tracą już cztery oczka.

Składy:
Atletico: Miguel Angel Moya – Juanfran, Joao Miranda, Diego Godin, Cristian Ansaldi – Arda Turan, Gabi, Tiago, Koke – Raul Jimenez (82′ Alessio Cerci), Antoine Griezmann (68′ Raul Garcia)

Celta: Sergio Alvarez – Hugo Mallo, Gustavo Cabral, Andreu Fontas, Carles Planas – Alex Lopez (46′ Nolito), Nemanja Radoja, Michael Krohn-Delhi (89′ Jonny) – Fabian Orellana, Joaquin Larrivey, Pablo Hernandez (71′ Sergi Gomez)

 

Espanyol Malaga

Mecz między drużynami, dla których prawdopodobnie szczytem możliwości będzie środek ligowej tabeli. Do tej pory piłkarze z Katalonii zgromadzili zaledwie jeden punkt – w premierowej rundzie i okupowali miejsce w strefie spadkowej. Ich rywal uzbierał oczek o trzy więcej, dlatego mógł cieszyć się z lokaty w połowie zestawienia. Świadomi swojego nie najlepszego położenia gospodarze od początku meczu byli aktywniejsi. Przyniosło to skutek w 16. minucie. Do Felipe Caicedo prostopadle zagrał Sergio Garcia. Ekwadorczyk znalazł się w sytuacji sam na sam z Carlosem Kamenim, który swoją drogą wrócił na stare śmieci. Napastnik gospodarzy zwiódł Kameruńczyka i strzelił do pustej siatki. Do przerwy więcej goli nie widzieliśmy, choć oba zespoły nie ograniczały się tylko do murowania własnych szasnastek, stąd ciekawe nie było bardzo nudne. 8 minut po pierwszym gwizdku w drugiej części po centrze z rzutu rożnego najlepiej zachował się Ignacio Camacho, który uderzeniem głową nie dał szans Kiko Casilli, doprowadzając do wyrównania. W dalszym fragmencie lepsze wrażenie pozostawiały Papużki. W jednej sytuacji gospodarze mogli zdobyć drugą bramkę, ale trafili w poprzeczkę oraz wywalczyć rzut karny, ale sędzia nie zauważył zagrania piłki ręką przez Rosalesa. Później swoje okazje mieli Victor Alvarez, Christian Stuani oraz Salva Sevilla, ale każdą z tych prób wybronił Kameni. Ciemnoskóry bramkarz nie miał już jednak nic do powiedzenia w 88. minucie, kiedy po rzucie wolnym wykonywanym przez Lucasa Vazqueza celną główką popisał się Stuani. Kiedy wydawało się, że będzie to ostatni akcent, w doliczonym czasie gry rzut wolny z około 25 metrów wykonywał Duda. Doświadczony pomocnik uderzył tak precyzyjnie, że Casilla był bez jakichkolwiek szans. Dzięki temu trafieniu oba zespoły podzieliły się punktami, z czego bardziej zadowoleni mogą być chyba goście.

Składy:
Espanyol: Kiko Casilla – Javi Lopez, Diego Colotto, Alvaro Gonzalez, Victor Alvarez – Paco Montanes (46′ Christian Stuani), Victor Sanchez, Jose Canas, Lucas Vazquez – Sergio Garcia (89′ Raul Rodriguez), Felipe Caicedo (61′ Salva Sevilla)

Malaga: Carlos Kameni – Roberto Rosales, Sergio Sanchez, Weligton, Vitorino Antunes – Ignacio Camacho, Sergi Darder – Ricardo Horta (81′ Samuel Castillejo), Luis Alberto (66′ Duda), Juanmi – Roque Santa Cruz (46′ Nordin Amrabat)

 

Sociedad Almeria

Poprawiający się z meczu na mecz Baskowie gościli przeciętną Almerię, która do tej pory była w stanie zdobyć tylko dwa oczka – oba po remisach na własnym obiekcie. Faworytem spotkania byli więc gospodarze. Już po trzech minutach mogliśmy mieć tego potwierdzenie, ale strzał Carlosa Veli zatrzymał się na poprzeczce bramki Rubena Martineza. 5 minut później Imanola Agirretxe zablokował jeden z defensorów gości. Hiszpański napastnik bliski szczęścia był także kilkadziesiąt sekund później, ale jego uderzenie trafiło w słupek. Andaluzyjczycy rzadko potrafili wyjść z własnej połowy, a podopieczni Jagoby Arrasate cały czas próbowali to wykorzystać. W 26. minucie podwójną interwencję zaliczył Ruben, który najpierw zatrzymał Agirretxe, a potem Alberto De La Bellę. Po półgodzinie z prowadzenia cieszyli się… przyjezdni. Po dośrodkowaniu z bocznej strefy boiska Baskowie mieli pecha – wychodzący z bramki Enaut Zubikarai nabił De La Bellę, a piłka wturlała się do bramki. Stracony gol podziałał na gospodarzy jak płachta na byka. Szczególnie aktywny był Vela. Jedno uderzenie Meksykanina obronił Ruben, a kolejne, w jeszcze lepszej sytuacji, wylądowało na bocznej siatce. Do przerwy goście prowadzili zatem jednym trafieniem. A chwilę po rozpoczęciu drugiej części powiększyli przewagę. Rzut rożny wykonywał Verza, a do piłki najwyżej wyskoczył Mauro Dos Santos, który pokonał Zubikaraia. Jeśli ktoś myślał, że od tego momentu Sociedad ruszy gwałtownie do przodu, musiał być bardzo rozczarowny. Miejscowych stać było tylko na strzał w słupek Markela Bergary. Grę cały czas kontrolowali piłkarze Almerii, którzy stwarzali sobie kolejne niezłe sytuacje. Strzały Edgara oraz dwa razy Tommera Hemeda wybronił Zubikarai. W 78. minucie drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną kartkę ujrzał Sebastian Dubarbier, defensor gości. Od tego momentu lepiej grało się przeciwnikom, aczkolwiek na dobry wynik było już za późno. Udało się trafić tylko raz – uczynił to Chory Castro. W końcówce z rzutu wolnego w słupek uderzył Ruben Pardo. W efekcie był to czwarty strzał piłkarza Basków w obramowanie bramki. Przegrana więc bardzo pechowa, ale jeśli nie wykorzystuje się tak dogodnych okazji, do jakich potrafili dojść, w końcu się one mszczą.

Składy:
Sociedad: Enaut Zubikarai – Joseba Zaldua (70′ Carlos Martinez), Gorka Elustondo, Inigo Martinez, Alberto De La Bella – Markel Bergara (67′ Ruben Pardo), Esteban Granero, Xabi Prieto, Sergio Canales (59′ Chory Castro) – Carlos Vela, Imanol Agirretxe

Almeria: Ruben Martinez – Ximo Navarro, Angel Trujillo, Mauro Dos Santos, Sebastian Dubarbier – Verza, Thomas, Ramon Azeez – Edgar Mendez (76′ Thievy Bifouma), Jonathan Zongo, Tommer Hemed (80′ Fran Velez)

 

Villarreal Rayo

Starcie na El Madrigal było okazją zarówno dla Villarrealu, jak i Rayo, aby w końcu się odkuć i wygrać. O ile Żółta Łódź Podwodna ma na koncie jedno zwycięstwo, to goście z Vallecas byli dwukrotnie blisko, ale ostatecznie nie udawało im się zdobyć kompletu oczek. Początek zapowiadał, że sytuacja będzie znów wyglądała przykro dla graczy Paco Jemeza. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego i zamieszaniu w polu karnym Rayo do piłki dopadł Czeryszew, ale jego mocny strzał wybronił Alvarez. Gościom udało się jednak ekspresowo odpowiedzieć i to w jakim stylu! Z prawej strony centrował Tito, a obrońcy zlekceważyli Kakutę jako zagrożenie w powietrzu. Ten znakomicie wyskoczył do zagrania i głową pokonał zdziwionego Asenjo. Zawodnicy Rayo poszli za ciosem i 29. minucie było już 2:0. Z prawego skrzydła dorzucał Lica, a do piłki dopadł Leo Baptistao, którego zatrzymał Asenjo. Bramkarz Villarrealu jednak niefortunnie odbił futbolówkę, dając jednocześnie okazję do dobitki dla Bueno. Najlepszy strzelec ekipy z Madrytu nie zmarnował tego prezentu. Goście mogli uwierzyć, że może w końcu uda się odnieść zwycięstwo. Nerwowo zrobiło się jednak w 33. minucie. Sygnał do odrobienia strat dał Espinosa, który dobił uderzenie Czeryszewa. Jeszcze przed przerwą powinno być 2:2. Uche otrzymał przepiękne podanie od Soriano, zdołał przelobować Alvareza, ale ta próba wymagała jeszcze korekty. Nigeryjczyk wślizgiem chciał ją skierować w światło bramki, ale zdołał trafić tylko w słupek! W 55. minucie snajper miejscowych dorzucił na swoje konto kolejną zmarnowaną szansę. Kiepskim wybiciem „popisał się” Alvarez, pojedynek główkowy wygrał Czeryszew, a piłka spadła pod nogi Uche. Ten ograł obrońcę, doszedł do okazji strzeleckiej, ale został zatrzymany przez byłego golkipera Espanyolu. Później sam Rosjanin mógł wpisać się na listę strzelców, ale nieczysto trafił w piłkę i w konsekwencji pomylił się. Po godzinie gry gospodarzom udało się w końcu przełamać defensywę i bramkarza Rayo. Centrę z rzutu rożnego wykorzystał Mateo Musacchio i był już remis. Zawodnikom Paco Jemeza przypomniały się stare demony. I owe demony pożarły zespół z przedmieść Madrytu w ostatnim kwadransie. Najpierw odbiór zaliczył Jonathan, zagrał na bok. Tam był już Czeryszew, który wyłożył futbolówkę na złotej tacy Vietto. Argentyńczyk nie miał kłopotów, aby pokonać Alvareza. Wynik już był niemal wyjaśniony, ale w 87. minucie mieliśmy niemalże kopię gola na 3:2. Dos Santos do Czeryszewa, Rojsanin znów holuje piłkę kilkanaście metrów, zagrywa do Vietto, a ten drugi raz umieszcza piłkę w bramce. Rayo cały czas zapomina, że spotkanie piłkarskie trwa 90 minut, a nie 45.

Składy:
Villarreal: Sergio Asenjo – Antonio Rukavina, Mateo Musacchio, Gabriel Paulista, Adrian Marin – Javier Espinosa (58′ Luciano Vietto), Manuel Trigueros (67′ Jonathan Dos Santos), Bruno Soriano, Cani – Denis Czeryszew, Ikechukwu Uche (86′ Gerard Moreno)

Rayo: Cristian Alvarez – Tito, Ze Castro, Jorge Morcillo (66′ Quini), Emiliano Insua – Raul Baena, Roberto Trashorras – Lica, Alberto Bueno (74′ Manucho), Gael Kakuta – Leo Baptistao (61′ Alex Pozuelo)

 

Cordoba Sevilla

Na Nuevo Arcangel mogliśmy oglądać derby Andaluzji. Kopciuszek – Cordoba – gościł znacznie bardziej utytułowanych gości z Sevilli. Faworyt był tylko jeden i ani przez moment podopieczni Emery’ego nie pozwolili, aby spotkanie wymknęło im się z rąk. Od początku swoich sytuacji strzeleckich szukał Carlos Bacca, ale przez pierwsze fragmenty był powstrzymywany przez Juana Carlosa. Mimo to dość szybko znalazł drogę do pokonania bramkarza, bo już w 8. minucie. Fatalny błąd popełnił Pantic, który chciał wybić górną piłkę. Obrońca w ogóle w nią nie trafił, z czego skorzystał Vidal. Odebrał on futbolówkę, nie dał się dogonić Panticowi, a później dograł „na nos” do Bakki, który wykończył całą akcję. To wszystko, co można powiedzieć o pierwszej części. Po przerwie sytuacja się nie zmieniła. Od groźnego i mocnego uderzenia rozpoczął Krychowiak, lecz było ono niecelne. Później dwie szanse miał Aleix Vidal, ale w obu nie potrafił skierować piłki chociażby w światło bramki. W 73. minucie Sevilla dopięła swego. Z boku stały fragment wykonywał Denis Suarez, a w polu karnym najwyżej wyskoczył rezerwowy w tym meczu Stephane M’Bia i wpisał się na listę strzelców. Przyjezdni starali się iść za ciosem. Bacca dostał znakomite zagranie, ograł bramkarza Cordoby, lecz za bardzo wyrzucił się do linii końcowej. Pozostała mu próba zagrania do Banegi, ale Argentyńczyk minął się z tym podaniem. W 83. minucie dla gospodarzy wyjrzało słońce. Z prawego skrzydła centrą popisał się Fede, a przy krótkim słupku wykończył ją Borja Garcia. Starania gości ponownie jednak zmarnował Pantic. Tym razem defensor niebezpiecznie zaatakował Vitolo w polu karnym zbyt wysoko podniesioną nogą. Sędzia postanowił podyktować jedenastkę i jednocześnie ukarać winowajcę żółtą kartką. Etatowy strzelec rzutów karnych w zespole Sevilli – Carlos Bacca – nie miał kłopotów z pokonaniem Juana Carlosa i ustalił wynik konfrontacji na 1:3. Jednocześnie był to czwarty gol Kolumbijczyka w tym sezonie. Dzięki niemu wskoczył na 2. miejsce klasyfikacji Pichichi, które okupuje razem z Alberto Bueno.

Składy:
Cordoba: Juan Carlos – Adrian Gunino, Inigo Lopez, Aleksandar Pantic, Damian Crespo – Patrick Ekeng (67′ Abel Gomez), Fausto Rossi – Federico Cartabia, Borja Garcia, Fidel Chavez (75′ Fede Vico) – Mike Havenaar (59′ Nabil Ghilas)

Sevilla: Sergio Rico – Coke (61′ Diogo Figueiras), Nico Pareja, Daniel Carrico, Benoit Tremoulinas – Vicente Iborra (69′ Stephane M’Bia), Grzegorz Krychowiak – Aleix Vidal, Denis Suarez (77′ Ever Banega), Vitolo – Carlos Bacca

 

Levante Barcelona

Niedzielne zmagania miały swój finał w Walencji, gdzie w szranki stanęły pierwsza i ostatnia drużyna w tabeli. Z jednej strony zespół, który gola nie stracił, a z drugiej – ten, który go nie strzelił. Piłkarzy Levante skazywano więc, słusznie, na pożarcie. Szybko się to sprawdziło, bowiem Katalończycy zbudowali sobie wyraźną przewagę. Mimo tego, po 16 minutach gospodarze mogli prowadzić, jednak błąd Jeremy’ego Mathieu nie został wykorzystany przez Jose Moralesa – w ostatniej chwili zdołał wrócić Ivan Rakitić. Z drugiej strony bardzo aktywny był Neymar, ale w dwóch dogodnych sytuacjach nie potrafił wyjść zwycięsko z pojedynku z Jesusem Fernandezem. Raz górą był bramkarz, a raz Brazylijczyk nieznacznie przestrzelił. W 34. minucie był już jednak bezbłędny. Genialną prostopadłą piłkę posłał Leo Messi, a gwiazdor reprezentacji Canarinhos minął golkipera i trafił do pustej siatki. 7 minut później faulowany w polu karnym był Messi. Sędzia ukarał czerwoną kartką Loukasa Vyntrę, a do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł sam Argentyńczyk. Ku wielkiem zdziwieniu nie trafił jednak nawet w bramkę. 120 sekund później udało się to Ivanowi Rakiticiowi, którego gol spokojnie może kandydować do bramki nie tylko kolejki, ale całego sezonu. Dla Blaugrany było to bardzo ważne trafienie, ponieważ wprowadziło spokój w przerwie. Tuż po niej z murawy musiał zejść Neymar, który odczuł ból w kostce po starciu z Pedro Lopezem. Na jego miejsce wszedł Sandro, który nie potrzebował wiele czasu na wpisanie się do sędziowskiego notesu. 57. minuta. Odbiór Busquetsa, prostopadłe podanie do Messiego, odegranie do niepilnowanego Sandro, a młody Hiszpan dopełnia tylko formalności. Po kilku minutach na lewej flance doskonałą szarżę zaprezentował Jordi Alba. Boczny defensor w ostatniej chwili wycofał piłkę do Pedro, a ten nie mógł nie trafić do pustej siatki. Swojej bramki doczekał się też Messi. Leo wykorzystał błąd Jesusa, przełożył obrońców i przelobował golkipera, dopełniając manitę. Barca po raz kolejny wygrywa, nie tracąc gola, co jest klubowym rekordem. Rywale z kolei cały czas okupują ostatnią lokatę z jednym punktem na swoim koncie.

Składy:
Levante: Jesus Fernandez – Pedro Lopez, Hector Rodas, Loukas Vyntra, Tono – Victor Camarasa, Simao Mate, Papakouli Diop (61′ Mohamed Sissoko), Jose Luis Morales (58′ Andreas Ivanschitz) – Victor Casadesus, David Barral (72′ Ruben Garcia)

Barcelona: Claudio Bravo – Dani Alves, Javier Mascherano, Jeremy Mathieu, Jordi Alba – Sergio Busquets (62′ Xavi), Ivan Rakitić, Andres Iniesta (71′ Sergi Roberto) – Pedro, Leo Messi, Neymar (51′ Sandro)

 

Getafe Valencia

Spotkanie rozpoczęło się od dynamicznych ataków graczy Valencii. Przyniosło to skutek już w 7. minucie meczu. Doskonale dysponowany Paco Alcacer otrzymuje na 35. metrze piłkę, po czym natychmiast odegrał ją do Rodrigo. Ten rewanżuje się prostopadłym podaniem, która zostaje wykończone przez Paco wślizgiem. Prowadzenie 1:0 dla gości. Kilka minut później Lafita zdecydował się na strzał z dystansu który jednak został sparowany do boku przez Diego Alvesa. W 20 minucie koronkowa akcja Rodrigo, Gomesa i Alcacera, którzy wymienili kilka podań z pierwszej piłki i praktycznie wjechali do bramki. Pierwszy przejął piłkę, drugi strzelał, trzeci asystował. Ataki Getafe ograniczały się tylko do indywidualnych prób Lafity. Również w drugiej połowie warunki dyktowała Valencia. Dało to efekt w 72 minucie. Faulowany w polu karnym zostaje Feghouli, a karnego na bramkę zamienia Rodrigo. Ten sam zawodnik po wznowieniu gry popełnia głupi faul, za który otrzymuje drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę. Do końca meczu gra toczyła się głównie w środku pola. Valencia wygrywa pewnie, po raz kolejny prezentując świetną grę.

Składy:
Getafe: Vicente Guaita – Juan Valera (77′ Alvaro Arroyo), Alexis Ruano, Naldo, Sergio Escudero – Pablo Sarabia (60′ Ivette Lopez), Juan Rodriguez, Diego Castro, Fredy Hinesteroza –  Sammir (57′ Baba Diawara), Angel Lafita

Valencia: Diego Alves – Antonio Barragan, Ruben Vezo, Nicolas Otamendi, Jose Gaya – Javi Fuego, Dani Parejo (80′ Filipe) , Andre Gomes – Rodrigo Moreno, Paco Alcacer (65′ Sofiane Feghouli), Pablo Piatti (85′ Lucas Orban)

 

Statystyki 4. kolejki:
- Padły 42 gole: 18 prawą nogą (43%), 13 lewą nogą (31%), 10 główką (24%) i 1 samobój (2%)
- Pokazano 55 żółtych i 3 czerwone kartki
- Mecze oglądało 243,5 tysiąca widzów (24350 na mecz)

Mecz kolejki: Atletico – Celta

Jedenastka kolejki:

Prawidłowa 11

Piłkarz kolejki: Cristiano Ronaldo (Real)
Wielką goleadę urządzili sobie piłkarze Realu. A jej największym udziałowcem został CR7, który trzykrotnie skierował piłkę do siatki. Do tego był jednym z najgroźniejszych piłkarzy na boisku i nękał swoimi zagraniami obrońców rywala. Kompletny występ skrzydłowego!

Cienias kolejki: German Lux (Deportivo)
O ile Portugalczyka można wyłącznie chwalić, o tyle o hiszpańskim golkiperze nie można mieć po tym meczu świetnego zdania. 8 goli puszczonych na tym poziomie nie zdarza się często. Co prawda przy bramkach Jamesa czy Chicharito nie zawinił, ale na przykład pierwsze trafienie Ronaldo chyba można było wybronić. Poza tym w łatwy sposbó mógł wylecieć z boiska, ale sędzia po nieudanym wejściu zlitował się nad nim. Marne to pocieszenie, bo chwilę później Real strzelił na 3:0.

Pozytywne wyróżnienie kolejki: Eibar&Granada
Eibar: Kolejny mecz w którym spisywany na straty beniaminek pokazuje, że do efektywnej gry nie są niezbędne ogromne pieniądze. Zawodnicy zagrali z ogromną wolą walki oraz ambicją. Jeśli utrzymają ten poziom motywacji, pozbawią punktów niejedną drużynę klasyfikowaną wyżej.
Granada: 4 mecze, ani jednej porażki i zwycięstwo w Bilbao w ostatniej kolejce. Już teraz widać, że w tej drużynie zaszły w okresie przygotowawczym ogromne zmiany. Oby tak dalej Panowie! Oby tak dalej!

Negatywne wyróżnienie kolejki: Athletic&Levante
Słabo spisują się na razie Baskowie. Zespół Ernesto Valverde zupełnie nie przypomina tego, który w zeszłej kampanii zajął pewne czwarte miejsce. Widać, że gra na dwóch frontach nie sprzyja piłkarzom i już teraz można się pokusić o porównania do postawy Realu Sociedad dokładnie 12 miesięcy temu. Jak skończyło się to dla wielkiego rywala Lwów, przypominać nie musimy. Coś musi się poprawić, ponieważ na pobudkę w przyszłych kolejkach może być już po prostu za późno.
To samo dotyczy Levante. Co prawda ekipa z Walencji mierzyła się z Barceloną i ciężko było przewidywać, że wywalczy w tej potyczce komplet punktów, ale 1 punkt po czterech spotkaniach i zero strzelonych bramek – to nie jest dobry start. Okazja na poprawę pojawia się dość szybko. W ciągu tygodnia dwie kolejne rundy.

Gol kolejki: Pablo Hernandez (Celta) i Javier Hernandez (Real)
Duet Hernandez&Hernandez, jakby się zmówił, że w jednej kolejce dadzą wszystkim powody do myślenia i ciężkich decyzji. My postanowiliśmy wyróżnić obu, ponieważ pokazują nam odmienny sposób, w jaki można zdobyć piękną bramkę. Chicharito wpisał się na listę strzelców w niesamowity sposób. Strzelał z lewej nogi, piłka nie była na ziemi, a do bramki Luxa było jednak trochę metrów. Futbówka po jego uderzeniu wpadła jednak w samo okienko bramki! Natomiast Pablo Hernandez z Celty pokazał instynkt, spryt, precyzję i pomysł. Po ciężkim dośrodkowaniu Planasa odwrócił się bokiem do bramki, pozwolił, aby piłka przeszła mu za plecy, a później piętką doprowadził do szoku Moyę. Bramkarz totalnie nie odczytał jego intencji. Obaj panowie zasługują na wyróżnienie!

Pudło kolejki: Ikechukwu Uche (Villarreal)
Villarreal miał ciężką pierwszą połowę w meczu z Rayo. Przegrywał 0:2, później doprowadził do stanu 1:2. To jest moment, w którym do akcji wkroczył bohater pudła kolejki – Uche. Dostał świetną piłkę od Soriano, przelobował wychodzącego Alvareza, lecz futbolówka nie zmierzała do bramki. Nigeryjczyk pogonił za piłką. Miał co prawda ostry kąt, ale posterunek został opuszczony przez bramkarza i pozostało tylko dokończyć dzieła. Napastnik Villarreal trafił jednak w słupek. Na jego szczęście Żółta Łódź Podwodna dokonała remontady i pudło Uche pewnie zostanie szybko zapomniane.

Klasyfikacje 4 kolejka Terminarz 5. kolejki (23-25.09.2014): 4 kolejka terminarz Maraton trwa w najlepsze! 5 kolejka La Liga startuje już dziś, a na początek wielkie emocje! O 20.00 rozpoczniemy meczem Realu Madryt z Elche. Królewscy rozbili w weekend Deportivo i to na wyjeździe, więc strach pomyśleć co może zrobić z kolejnym rywalem, skoro ten przegrał ostatnio z jednym z beniaminków, a konkretnie z Eibar. Natomiast bezpośrednio po tym starciu przeniesiemy się na Balaidos, ponieważ tam wracają derby Galicji! Celta gra z Deportvio i jest w znacznie lepszej sytuacji. Gracze z La Corunii będą musieli się otrząsnąć po blamażu, a ich rywale będą chcieli przełamać passę trzech remisów z rzędu. W środę zostanie rozegrane sześć spotkań – trzy o 20.00 i trzy o 22.00. O wcześniejszej porze obejrzymy spotkania: Almeria-Atletico, Eibar-Villarreal oraz Rayo-Athletic. Ciekawie zapowiada się to ostatnie widowisko. Obie ekipy będą szukały trzech oczek po dwóch porażkach z rzędu. Gospodarze już trzykrotnie byli blisko wygranej, ale ostatecznie nie potrafili go utrzymać. Zespół z Bilbao gra na dwóch frontach i już na samym początku spisuje się fatalnie. Porażkę z Granadą może zawdzięczać Iturraspe, ale to nie zmienia faktu, że na 4 mecze Athleticu w tym sezonie trzy zostały wtopione. O 22.00 na murawy stadionów wyjdą pary: Granada-Levante, Malaga-Barcelona oraz Sevilla-Real Sociedad. Ekipa z Valencii będzie szukała pierwszej bramki w obecnej kampanii. Zadanie nie będzie jednak proste, ponieważ Granada to ekipa, która nie zaznała jeszcze porażki. Levante natomiast musi zacząć się budzić, bo później straty mogą okazać się nie do odrobienia. Z kolei lider tabeli jedzie do Malagi i będzie liczył na to, że znów zakończy mecz z czystym kontem. Jest to bardzo prawdopodobne, ponieważ zespół z Andaluzji zdobył do tej pory tylko 3 gole. Kolejkę zakończymy w czwartek. Mecze znów będą rozgrywane o godzinie 20.00 i 22.00. Na początek wybierzemy się do Barcelony, gdzie Espanyol podejmie Getafe. Obie drużyny grają znacznie poniżej swoich możliwości. Kolejno 18. i 16. miejsce w tabeli nie odzwierciedlają możliwości obu klubów, więc dla jednego z nich będzie to dobra okazja, aby w końcu rozpocząć marsz w górę tabeli. Piątą kolejkę, podobnie jak czwartą, zamknie Valencia, lecz tym razem spotkaniem na Mestalla z Cordobą. Nietoperze pod wodzą nowego trenera idą jak burza, a goście z Andaluzji mają na koncie tylko dwa oczka. Wynik konfrontacji może się okazać hokejowy. Dla sympatyków hiszpańskiej piłki to nie będzie koniec emocji, bo w piątek start 6. kolejki, ale na jej zapowiedź przyjdzie jeszcze czas. Na razie zapraszamy do oglądania bieżących spotkań! Miłej zabawy przy meczach La Ligi! Autorzy: