La Liga gra: Pierwsza porażka Valencii, nowy wicelider

 

Tęskniliście za La Liga? My bardzo. Po dwóch tygodniach przerwy spowodowanych rozgrywkami reprezentacyjnymi do gry wróciły emocje związane z hiszpańskimi boiskami. Początek był dość skromny, ponieważ ósma runda nie przynosiła nam wielkich hitów. Nie oznaczało to jednakże, że spotkania, które czekały na nas w ten weekend, musiały być nudne. Interesująco zapowiadała się potyczka Athletiku Bilbao z Celtą Vigo. Baskowie, którzy do tej pory skutecznie zawodzą swoich fanów, podejmowali jeden z lepiej grających do tej pory zespołów. Także mecz Granady z Rayo – zważając na nieobliczalność obu ekip – mógł przynieść mnóstwo niespodziewanych rozwiązań. Barcelona, Atletico i Real tym razem zadanie miały łatwiejsze i w każdym przypadku liczono na trzy oczka faworyta. Ich rywalami byli kolejno: Eibar, Espanyol (oba mecze na własnych obiektach) oraz Levante (wyjazd). Zapraszamy do podsumowania!

Mecze 8. kolejki:
Granada Rayo

Ósma runda La Liga w sezonie 2014/2015 rozpoczęła się na Nuevo Los Carmenes, gdzie Granada podejmowała Rayo. Po dobrym początku gospodarze opadli trochę w tabeli, a z kolei przyjezdni wprost przeciwnie. To spowodowało, że oba kluby przed bezpośrednim meczem spotkały się gdzieś w środku tabeli. Mogło to zapowiadać wyrównane starcie i tak też było. Pierwszy groźny strzał to była próba Liki, któremu piłka znalazła się dość przypadkowo pod stopami po rajdzie Baptistao. Oddał natomiast bardzo groźny strzał ze skraju pola karnego, ale Roberto popisał się fantastyczną paradą. Miejscowi szybko odpowiedzieli centrą Frana Rico z rzutu wolnego i minimalnie niecelną główką Murillo. W pierwszej części to były jedyne z okazji, które miały szanse zamienić się na gola, ale mimo to do szatni zawodnicy schodzili z bezbramkowym remisem. Na początku drugiej części byłych kolegów postraszył Piti, ale jego uderzenie z obrotu przeleciało wysoko ponad poprzeczką posterunku strzeżonego przez Tono. Po stronie podopiecznych Paco Jemeza najaktywniejszy był Lica, który cały czas próbował niepokoić bramkarza Granady, ale jego strzały nie były jednak celne. To samo można byłoby powiedzieć o kolejnej szansie, jaką miał Insua. W 84. minucie na murawie pojawił się Manucho i wydawało się, że będzie miał za mało czasu, aby w czymkolwiek pomóc drużynie. Nagle zaczęły się jednak dziać niesamowite rzeczy. Najpierw centrę z lewej strony i zamieszanie przed polem karnym wykorzystał Trashorras, który przejął piłkę i zagrał w szesnastkę do niepilnowanego Manucho, który trafił do siatki. Arbiter nie uznał jednak gola i zrobił to słusznie, bo rezerwowy w tym meczu Angolczyk był na niedozwolonej pozycji. Roberto chciał szybko uruchomić kolegę z zespołu i zrobił to. Dostarczył piłkę pod same nogi Rochinie, który został sprowadzony na ziemię przez Insuę. Był to faul taktyczny, sędzia dał żółtą kartkę, ale gdyby pokazał czerwoną, Argentyńczyk nie miałby prawa do pretensji. Za moment dośrodkowywał Fran Rico, a z futbolówką w polu karnym minimalnie minął się Babin. Tono zapoczątkował kontrę, przed polem karnym genialnym odbiorem popisał się Trashorras, który jednocześnie wyłożył piłkę Kakucie. Skrzydłowy odnalazł podaniem Manucho, który strzałem po długim rogu i od słupka znalazł drogę do siatki! Były to ostatnie sekundy spotkania, więc tuż po tym zdarzeniu sędzia zakończył spotkanie. Rayo zdobywa ważne oczka na wyjeździe i zbliża się do czołówki tabeli.

Składy:
Granada: Roberto Fernandez – Allan Nyom, Jean-Sylvain Babin, Jeison Murillo, Dimitri Foulquier – Fran Rico, Manuel Iturra, Sulayman Marreh (46′ Ruben Rochina), Abdoul Sissoko (79′ Juan Carlos) – Piti, Alfredo Ortuno (59′ Youssef El-Arabi)

Rayo: Tono Martinez – Tito, Antonio Amaya, Abdoulaye Ba, Emiliano Insua – Raul Baena, Roberto Trashorras – Lica (77′ Adrian Embarba), Alberto Bueno (45+1′ Jonathan Pereira), Gael Kakuta – Leo Baptistao (84′ Manucho)

Levante Real

Ostatnimi czasy Real bardzo łatwo radzi sobie z każdym napotkanym rywalem. Patrząc na obecną formę Levante, trudno było się spodziewać innego rozstrzygnięcia w tej potyczce. Mając na uwadze trudy kolejnego tygodnia oraz niedyspozycję kilku piłkarzy, Carlo Ancelotti zdecydował się dać szansę piłkarzom, którzy do tej pory grali mniej, jak na przykład Nacho Fernandezowi, Isco czy Javierowi Hernandezowi. Mimo tych zmian, szybko mogliśmy dostrzec, że przedmeczowe przewidywania się sprawdziły i Real uzyskał znaczną przewagę. Już po kilkudziesięciu sekundach goście mogli prowadzić, ale Cristiano Ronaldo dwukrotnie nieznacznie chybił. W 13. minucie był już jednak bezbłędny, pewnie egzekwując rzut karny podyktowany za przewinienie na Hernandezie. Mało brakowało, by po kolejnym kwadransie był remis. Po centrze z rzutu rożnego piłka trafiła do Victora Camarasy, ale uderzenie pomocnika miejscowych tuż sprzed linii bramkowej wybił Luka Modrić. Później sam Chorwat próbował szczęścia, ale jego strzał z kilkunastu metrów wybronił Diego Marino. W 38. minucie nikt nie mógł już nic zrobić, kiedy zupełnie niepilnowany Chicharito znalazł się pięć metrów przed bramką i głową pokonał portero rywali. Na przerwę Królewscy schodzili więc z wyraźną przewagą i prowadzeniem. Podobnie było od pierwszego gwizdka w drugiej części. Pierwsze dwa strzały – Ronaldo oraz Isco – padły łupem Marino. W 61. minucie musiał jednak skapitulować. Piłkę na własnej połowie odebrał Isco, który następni zwiódł dwóch przeciwników i podał do Portugalczyka. Ten nie chciał być chyba gorszy od kolegi z drużyny i również minął dwóch defensorów, wychodząc oko w oko z bramkarzem. Takie sytuacje gwiazdor Realu marnuje niezwykle rzadko, noga mu więc nie zadrżała, 3:0. Minęło ledwie 5 minut, a zawodnicy z Madrytu wyprowadzili kolejny skuteczny cios. Świetne prostopadłe podanie do Jamesa Rodrigueza zanotował Toni Kroos, a Kolumbijczyk zmusił Marino do wyciągnięcia piłki z siatki po raz czwarty. Los Blancos ciągle było mało. Następną bardzo dobrą okazję, a właściwie dwie sytuacje, miał Modrić, ale w fatalny sposób przestrzelił. Niedługo potem zmuszony był opuścić boisko, dając szansę debiutu młodemu Alvaro Medranowi. To nie był jednak koniec. Po szybkim ataku wynik ustalił Isco, który ładnym technicznym strzałem posłał Levante na deski. Królewscy przystąpią więc do ważnych potyczek w tym tygodniu w dobrych nastrojach, przede wszystkim utrzymując maksymalnie 4 oczka straty do prowadzącej Barcelony (stan przed meczem Blaugrany z Eibarem).

Składy:
Levante: Diego Marino – Ivan Lopez, Hector Rodas, Juanfran Garcia, Pedro Lopez – Papakouli Diop, Victor Camarasa – Ruben Garcia (75′ Jordi Xumetra), Jaime Gavilan (46′ Victor Perez), Jose Morales – Victor Casadesus (67′ David Barral)

Real: Iker Casillas – Daniel Carvajal, Pepe, Nacho Fernandez, Marcelo (73′ Alvaro Arbeloa) – Toni Kroos (68′ Asier Illarramendi), Luka Modrić (79′ Alvaro Medran), Isco, James Rodriguez – Cristiano Ronaldo, Javier Hernandez

Athletic Celta

Spotkanie najbardziej zawodzącej na początku kampanii drużyny – Athletikiem z bardzo solidną Celtą Vigo, która do tej pory poniosła zaledwie jedną porażkę. Zważając jednak na fakt, że Baskowie na swoim terenie są bardzo groźną ekipą, mogliśmy się szykować na ciekawe widowisko. Już po 6 minutach cieszyć się mogli fani, którzy jak zwykle nie zawiedli. Po spornym zagraniu futbolówki ręką przez Sergiego Gomeza pan Borbalan podyktował jedenastkę, którą na bramkę zamienił Aritz Aduriz. Gospodarze nie cofnęli się do obrony, czekając na szansę na kontrę, ale cały czas przeważali, starając się pójść za ciosem. Nie byli już jednak na tyle precyzyjni, by znów zmusić do kapitulacji Sergio Alvareza – niecelnie uderzał Markel Susaeta, a Aduriz strzelił wprost w golkipera. Co prawda snajper Athleticu chwilę później trafił jeszcze raz do siatki, ale Oscar de Marcos, dogrywający do niego piłkę, zagarnął ją już zza linii końcowej. Hiszpan miał tego wieczoru niebywałego pecha, ponieważ po przerwie po raz trzeci pokonał Alvareza, ale w momencie podania znajdował się na minimalnym spalonym, wobec czego arbiter słusznie nie uznał tego trafienia. Kiedy jednak był już na dozwolonej pozycji, w 66. minucie, nie potrafił skierować futbolówki do bramki. Piłkarze Celty, do tej pory mało widoczni, widząc szczęście, jakie się do nich uśmiecha podczas tylu niewykorzystanych okazji przez ich rywali, postanowili w końcu groźniej zaatakować. W 73. minucie ich pierwsza poważna próba zakończyła się sukcesem. Dwójkową akcję Fabiana Orellany z Nolito zakończył ten drugi – celnym, mierzonym strzałem po długom rogu bramki Gorki Iraizoza. Ten sam gracz miał jeszcze szansę pogrążyć Lwy, ale w dość trudnym położeniu zdołał przenieść tylko piłkę nad poprzeczkę. Ostatnią godną uwagi sytuacją był rzut wolny Ibaia Gomeza, dość pewnie jednak wyłapany przez bramkarza gości. Futbol jest niesprawiedliwy – można by rzec. Przez 70 minut dużo lepszy był Athletic, który do siatki trafił aż trzy razy, ale zaliczony został tylko ten pierwszy strzał. Mimo tego i tak punkt wydarła Celta – przyczajona na początku, ale wykorzystująca to, co się nadarzyło. Efekt – podział punktów i zachowany status quo. Baskowie błąkają się w dolnych rejonach tabeli, a podopieczni Eduardo Berizzo pewnie utrzymują się w pierwszej dziesiątce.

Składy:
Athletic: Gorka Iraizoz – Andoni Iraola (78′ Benat Etxebarria), Carlos Gurpegui, Aymeric Laporte, Mikel Balenziaga – Ander Iturraspe, Mikel Rico (81′ Gaizka Toquero), Oscar de Marcos – Markel Susaeta, Aritz Aduriz, Iker Muniain (64′ Ibai Gomez)

Celta: Sergio Alvarez – Hugo Mallo, Gustavo Cabral, Sergi Gomez, Carles Planas – Nemanja Radoja, Alex Lopez (71′ Charles), Michael Krohn-Dehli (60′ Pablo Hernandez) – Fabian Orellana, Joaquin Larrivey (81′ Borja Fernandez), Nolito

Barca Eibar

Rewelacja rozgrywek, czyli drużyna Eibar, przyjeżdżała do niepokonanej dotąd w lidze drużyny i jednocześnie lidera tabeli, czyli Barcelony. Gospodarzy czeka ciężkie spotkanie w Lidze Mistrzów oraz sobotnie Gran Derbi, więc spodziewano się kilku roszad w drużynie. Nie zostali powołani Rakitic oraz Busquets. Za to w drugiej linii ujrzeliśmy Mascherano oraz Roberto. Rozpoczęło się bez zaskoczeń, czyli od ataków Barcelony, które szybko powinny przynieść trafienie. Dwójkową akcję zrobili Alves z Messim. Brazylijczyk zagrał na wolne pole do Argentyńczyka, ten miał przed sobą tylko Iruretę, ale chcąc posłać piłkę między jego nogami, trafił dokładnie w łydkę bramkarza i ostatecznie Barca miała tylko korner. Później Leo stworzył kolejną szansę po niespokojnym wybiciu obrońcy Eibaru, ale uderzenie z lewej nogi przeleciało obok słupka bramki. Pod koniec pierwszej części przysnął Gerard Pique, który pozwolił futbolówce zagranej z głębi pola przedostać się za całą linię defensywy, dzięki czemu do okazji strzeleckiej doszedł Capa. Odważnie wyszedł z bramki Bravo, ale napastnik gości znakomicie go ograł, wystarczyło dobić piłkę do pustej bramki… Okazało się to zbyt wielkim wyzwaniem dla snajpera i wydaje się, że w rundzie jesiennej będzie ciężko o większe pudło. Fatalna postawa bloku defensywnego Barcelony, ale jeszcze gorsza Capy. Następnie mieliśmy próbę z główki Messiego po centrze Pedro, ale na posterunku był Irureta. Na samo zakończenie połowy podopieczni Luisa Enrique mieli ponownie furę szczęścia i Bravo na posterunku. Kolejna długa piłka znalazła się za plecami Pique i okazję sam na sam zmarnował Saul. Po przerwie na murawie zameldował się Iniesta, bo problemy ze zdrowiem po zderzeniu z Lillo miał Sergi Roberto. Po godzinie gry na szczęście zaczęło się zdobywanie bramek. Leo Messi w stylu Xaviego posłał podanie w pole karne, gdzie znalazł się… Xavi, który w stylu Messiego, podcinką, zaliczył pierwsze trafienie w tym sezonie. Na listę strzleców mógł także wpisać się Pedro, ale anemicznym strzałem zmarnował genialne zagranie Iniesty. W 72. minucie na tablicy wyników było już 2:0. Z prawej strony dośrodkowywał Alves, a piłkę z pierwszej piłki i z powietrza uderzył Neymar. Futbolówka leciała w środek bramki, ale Irureta i tak nie zdołał jej odbić. Minęło dosłownie kilkadziesiąt sekund i wynik meczu ustalił Leo Messi po znakomitej dwójkowej akcji z Neymarem. Tym samym było to trafienie numer 250 Argentyńczyka w La Liga i potrzebuje on jeszcze tylko dwóch trafień, aby zostać samodzielnym liderem w klasyfikacji nalepszych strzelców w historii ligi. Czy stanie się to na Bernabeu?

Składy:
Barcelona: Claudio Bravo – Dani Alves, Gerard Pique, Jeremy Mathieu, Jordi Alba – Xavi, Javier Mascherano, Sergi Roberto (55′ Andres Iniesta) – Pedro Rodriguez (71′ Sandro Ramirez), Lionel Messi, Neymar Jr. (77′ Munir El Haddadi)

Eibar: Xabi Irureta – Eneko Boveda, Manuel Lillo, Raul Albentosa, Borja Ekiza, Abraham Minero – Jon Errasti, Dani Garcia, Javi Lara (57′ Federico Piovaccari), Ander Capa (75′ Derek Boateng), Saul Berjon (77′ Dani Nieto)

Cordoba Malaga

Cordoba jako jedyna ekipa w La Liga nie wygrała jeszcze żadnego spotkania. Z dorobkiem czterech oczek zamykała tabelę, choć była podbudowana dwoma remisami z rzędu. Malaga po ciężkiej serii porażek i podziałów punktów w końcu odniosła zwycięstwo. Tym razem wydawało się, że jest ogromna okazja, aby zacząć te wygrane dalej kolekcjonować. W wielkim stylu zaczął Juanmi, który przedryblował trzech rywali i sprytnym strzałem po ziemi chciał wtoczyć piłkę do bramki, ale minimalnie się pomylił. W 22. minucie poziom kolegi przejął Ignacio Camacho, który swoim niesamowitym podaniem otworzył drogę do siatki Samuelowi, a ten w powietrzu zmienił tylko lekko lot piłki, a i tak zdołał zdobyć swoją pierwszą bramkę w obecnym sezonie. To nie był koniec, ponieważ prawą stroną zaatakował Amrabat, posłał piłkę do środka, gdzie był już niepilnowany Juanmi. Z pewnością zdołałby oddać celny strzał, ale z bramki wyszedł Juan Carlos i trafił w jego nogi. Arbiter nie zawahał się, podyktował rzut karny i na gola zamienił go podający w poprzedniej akcji, czyli Amrabat. Goście byli stroną przeważającą, co pokazywała sytuacja Samuela jeszcze przed przerwą i ta Camacho tuż po niej. W drugiej części trafić do siatki zdołał Horta, ale liniowy podniósł chorągiewkę przed strzałem napastnika i zrobił to w pełni słusznie. Za to arbitrzy nie mieli się do czego przyczepić przy próbie Nabila Ghilasa z doliczonego czasu gry. Najpierw znakomicie utrzymał się przy piłce przy linii bocznej, oddał ją Luso, a ten znakomicie obsłuszył zawodnika z Algierii, dla którego, podobnie jak w przypadku Samuela i Amrabata, było to premierowe trafienie w obecnej kampanii. To trafienie punktów jednak nie dało, bo był już to końcowy fragment meczu, więc Cordoba cały czas pozostaje bez wygranej i zamyka zestawienie po ośmiu kolejkach. Jak później się okazało, był to ostatni mecz beniaminka z Chapi Ferrerem na ławce trenerskiej, ponieważ ten szkoleniowiec jako pierwszy w tym sezonie pożegnał się z pracą.

Składy:
Cordoba: Juan Carlos – Adrian Gunino, Inigo Lopez, Deivid, Daniel Pinillos (46′ Eduard Campabadal), Luso, Fausto Rossi (46′ Xisco) – Federico Cartabia, Borja Garcia, Fidel Chavez (77′ Lopez Silva) – Nabil Ghilas

Malaga: Carlos Kameni – Roberto Rosales, Sergio Sanchez, Weligton, Vitorino Antunes – Ignacio Camacho, Jose Luis Recio (76′ Sergi Darder) – Samuel Sanchez (74′ Duda), Juanmi, Samu Castillejo (64′ Roberto Horta) – Nordin Amrabat

Atletico Esanyol

Po kompromitującej porażce w ostatniej kolejce w składzie obecnego Mistrza Hiszpanii doszło do kilku zmian kadrowych. Od gry odpoczął między innymi Miranda. Od samego początku zawodnicy z bandy Simeone starali się narzucić swój styl gry. Już pierwszy rzut rożny stworzył okazję, po której Mandzukić w tylko sobie znany sposób nie pokonał bramkarza. Zemścić się to mogło już w następnej akcji, kiedy skrzydłowy gości pomknął lewym skrzydłem, zagrywając piłkę wzdłuż bramki. Zamykający akcję napastnik trafił jednak w dobrze interweniującego Moyę. Bardzo aktywny od początku spotkania był Gabi, który raz po raz nękał bramkarza gości strzałami z dalszych odległości. Mimo że sytuację po stronie Atletico się mnożyły (strzał nożycami Garcii, główa z 5 metrów Mandzukica) to na bramkę musieliśmy poczekać aż do 43. minuty, kiedy to Tiago strzałem głową z 11. metra przelobował bramkarza. Druga część spotkania niewiele różniła się od pierwszej. Gracze Atleti nadal seryjnie marnowali doskonałe okazje, a goście ograniczali się do prób wyjścia z kontrą, po której i tak zazwyczaj nie było żadnego zagrożenia. W 72. minucie po kolejnym stałym fragmencie gry gracze gospodarzy wygrywają walkę w polu karnym, dzięki temu strącają piłkę w stronę nadbiegającego Mario Suareza, który musi tylko dostawić nogę i wpakować piłkę do pustej bramki. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Gospodarze wygrali 2:0 i mimo rażącej nieskuteczności zainkasowali komplet punktów.

Składy:
Atletico: Miguel Angel Moya – Juanfran, Raul Gimenez, Diego Godin, Nicolas Ansaldi – Arda Turan (60′ Antoine Griezmann), Gabi, Tiago (53′ Mario Suarez), Koke – Raul Garcia, Mario Mandzukić (85′ Cristian Rodriguez)

Espanyol: Kiko Casilla – Javi Lopez, Diego Colotto, Alvaro Gonzalez, Juan Rafael Fuentes – Lucas, Jose Canas, Salva Sevilla, Victor Alvarez (63′ Paco Montanes) – Sergio Garcia (56′ Alex), Felipe Caicedo (63′ Christian Stuani)

Depo Valencia

Spotkanie z gatunku tych, w których faworyt jest wyraźny. To właśnie goście z racji swej niesamowicie wysokiej formy i ostatnich spektakularnych zwycięstw byli owym faworytem. I to właśnie goście temu zadaniu nie podołali. Ale po kolei. Już przed meczem zaczęły się problemy przyjezdnych. Na rozgrzewce kontuzji doznał Diego Alves i jego miejsce między słupkami musiał zająć niedoświadczony Yoel. Na początku dobrą okazję po rajdzie lewą stroną zmarnował Cavaleiro. W odpowiedzi potężną bombę w kierunku bramki gospodarzy posłał Rodrigo, strzał okazał się jednak niecelny. Kolejna okazja dla gospodarzy to rzut wolny uderzany przez Medunjanina. Piłkę zmierzającą w „pajęczynę” fenomenalnie muska palcami Yoel. Dzięki tej interwencji nadal na tablicy widniał wynik bezbramkowy. W 37. minucie gospodarze wykonują rzut rożny. Jeden z zawodników oddaje strzał w poprzeczkę, jednak niefortunnie interweniujący Gaya wpycha piłkę do własnej bramki. Sensacja. 6 minut później mieliśmy już 2:0. Daleką piłkę strąca głową Cavaleiro, a wbiegający Perez w trudnej sytuacji, strzałem po długim rogu pokonuje bramkarza. Warto dodać, że ta bramka znacząco obciąża konto golkipera gości. W drugiej połowie to Valencia ruszyła do ataku, jednak dobrych dośrodkowań na bramki kolejno nie umieli zamienić Rodrigo i Paco Alcacer. Dzieła zniszczenia gospodarze dokonali w 79. minucie, kiedy to wprowadzony na boisko Toche otrzymał prostopadłe podanie z głębi pola i, będąc oko w oko z bramkarzem, pokonał go bez najmniejszych problemów. Znokautowani goście nie podnieśli się do końca spotkania. Warto dodać, że Deportivo w pełni zasłużyło na wygraną. Czyżby kryzys Nietoperzy?

Składy:
Deportivo: Fabricio Agosto Ramirez – Juanfran, Emiliano Insua, Sidnei, Luisinho – Cezary Wilk, Haris Medunjanin – Isaac Cuenca (79′ Jose Rodriguez), Lucas Perez (58′ Juan Carlos), Luis Farina – Ivan Cavaleiro (63′ Toche)

Valencia: Yoel Rodriguez – Antonio Barragan, Shkodran Mustafi, Nicolas Otamendi, Jose Gaya – Dani Parejo, Filipe (46′ Sofiane Feghouli), Javi Fuego (77′ Rodrigo De Paul) – Rodrigo, Paco Alcacer, Pablo Piatti (46′ Carles Gil)

Elche Sevilla

Przed grającą przeciętnie ekipą Frana Escriby – Elche – stało niezywkle trudne zadanie. Musieli zatrzymać znajdującą się na przeciwnym biegunie Sevillę, która po wcześniejszych wynikach tej rundy, w przypadku wygranej, mogła awansować na drugą lokatę. Już pierwsze minuty pokazały, by tego dokonać, trzeba się będzie wznieść na wyżyny swoich umiejętności. W 8. minucie prostopadłe podanie do Aleixa Vidala posłał Denis Suarez, który po raz kolejny znalazł się wraz z Gerardem Deulofeu w wyjściowym składzie, ale hiszpańskiemu skrzydłowemu zabrakło kilku kroków, by minąć Manu Herrerę, występującemu znów zamiast Przemysława Tytonia, i skierować futbolówkę do siatki. Pięć minut później przed szansą ponownie stanął Vidal, tym razem zdołał nawet oddać strzał, ale był on zbyt łatwy, by sprawić bramkarzowi problemy. Niestety, w pierwszych 45 minutach był to tak naprawdę koniec emocji. Kontrolę nad piłką przejęło Elche, ale nie potrafiło z tym faktem zrobić nic konkretnego. Ich próby ataków wyglądały średnio. Z kolei Sevilla zachowywała się, jakby pozbawiono jej zębów i nie miała czym ugryźć, ograniczając się do kilku chaotycznych kontrataków. Nieco lepiej wyglądało to od początku drugiej części. Swoją szansę miał Grzegorz Krychowiak, który rozegrał następne dobre spotkanie. Nie potrafił się jednak odnaleźć w zamieszaniu pod bramką Elche. W 60. minucie sprytnie zachował się Deulofeu, który wymusił na arbitrze odgwizdanie rzutu wolnego na wysokości pola karnego. Później sam Gerard mocno wstrzelił futbolówkę, która prześlizgnęła się przez kilka nóg, aż w końcu trafiła do Carlosa Bakki. Kolumbijski snajper nie musiał się wiele natrudzić, by pokonać Herrerę, choć rywale dość mocno protestowali. Piłka przekroczyła jednak całym obwodem linię bramkową. Mimo tego gol nie powinien być uznany – piłkarz Sevilli znajdował się na pozycji spalonej. Chwilę po bramce z boiska zszedł Deulofeu, a na jego miejse pojawił się Kevin Gameiro, który pojawił się na placu gry po raz pierwszy od kilku miesięcy, podczas których leczył kontuzję. W 71. minucie niezłą okazję miał Cristian Herrera, ale nieczysto trafił w piłkę i nie mógł zaskoczyć Beto. 2 minuty później ostateczny cios wyprowadzili Andaluzyjczycy. Na lewym skrzydle znalazł się Denis Suarez, który idealnie dośrodkował na głowę wbiegającego Gameiro. Francuz takiej sytuacji nie wykorzystać nie mógł. Pewną główką powiększył przewagę swojej drużyny. 10 minut przed końcem regulaminowego czasu gry sędzia nie podyktował rzutu karnego dla Elche za, wydawało się, ewidentne przewinienie Benoita Tremoulinasa na Adrianie Gonzalezie. W samej końcówce okazje mieli jeszcze piłkarze obu zespołów – Fajr ze strony Elche oraz Gameiro i Suarez z Sevilli – wszystkie strzały padły jednak łupem golkiperów. Dzięki temu zwycięstwu Sevilla została nowym wiceliderem ligi. Z kolei ich niedzielny przeciwnik dodryfował do strefy spadkowej.

Składy:
Elche: Manu Herrera – Damian Suarez, Enzo Roco, David Lomban, Edu Albacar – Jose Angel (72′ Faycal Fajr), Pedro Mosquera (78′ Adrian Gonzalez) – Coro, Victor Rodriguez, Alvaro Gimenez (62′ Garry Rodrigues) – Cristian Herrera

Sevilla: Beto – Coke (46′ Diogo Figueiras), Nicolas Pareja, Daniel Carrico, Benoit Tremoulinas – Stephane Mbia (82′ Vicente Iborra), Grzegorz Krychowiak – Gerard Deulofeu (60′ Kevin Gameiro), Denis Suarez, Aleix Vidal – Carlos Bacca

Villareal Almeria

Na zakończenie niedzieli przenieśliśmy się na El Madrigal, gdzie Villarreal podejmował Almerię. I to gospodarze zaczęli lepiej, bo dość szybko sytuację stworzył sobie Cani, ale z bliskiej odległości trafił w Rubena. W odpowiedzi mocne uderzenie oddawał Ximo Navarro i Asenjo o mało nie sparował piłki do własnej bramki. W 23. minucie miejscowym udało się objąć prowadzenie. Cani posłał doskonałą piłkę na prawe skrzydło, gdzie był Mario. Obrońca zdecydował się na strzał z powietrza, który przełamał ręce Rubena i jednocześnie ta nieszczęsna interwencja spowodowała, że do piłki dopadł Uche i głową dobił ją do pustej bramki. Jeszcze przed przerwą z problemami musiał opuścić murawę Cani, a za niego pojawił się Czeryszew. To właśnie on zapoczątkował akcję bramkową dla swojej drużyny w 59. minucie. Po swoim rajdzie zagrał na lewą flankę, gdzie był Moi Gomez. Skrzydłowy zagrał płasko do Uche, którego obrona Almerii kryła “na radar” i przez to Nigeryjczyk miał mnóstwo czasu, żeby drugi raz w tym meczu wpisać się na listę strzelców. Musiał to jednak robić na raty, bo jego pierwszą próbę obronił Ruben. Z dobitką jednak sobie nie poradził. Później Edgar próbował wywalczyć rzut karny, ale arbiter pozostał niewzruszony na jego protesty. Gospodarze mogli prowadzić jeszcze więcej, ale podanie Giovaniego koncertowo zmarnował Czeryszew. Później Żółta Łódź Podwodna wychodziła w tym samym składzie kontrą i znów Meksykanin zagrywał do Rosjanina, lecz tym razem ten drugi został postawiony w sytuacji sam na sam z bramkarzem. Ruben wyszedł daleko przed pole karne, aby przerwać akcję, ale nie dał ostatecznie rady tego zrobić przepisowo, bo trafił w nogę rywala. Tylko nie zauważył tego sędzia, który nie odgwizdał nawet faulu, a ukarał kartką samego faulowanego za protesty. Spotkanie zakończyło groźne uderzenie Giovaniego z rzutu wolnego, ale przez to, że było nieskuteczne, to rezultat 2:0 utrzymał się do ostatniego gwizdka. Podopieczni Marcelino zdobywają pewne punkty.

Składy:
Villarreal: Sergio Asenjo – Mario Gaspar, Gabriel Paulista, Chechu Dorado (46′ Victor Ruiz), Jaume Costa – Moi Gomez (77′ Jonathan dos Santos), Manu Trigueros, Bruno Soriano, Cani (39′ Denis Czeryszew), Ikechukwu Uche, Giovani dos Santos

Almeria: Ruben Martinez – Ximo Navarro, Mauro Dos Santos, Angel Trujillo, Sebastian Dubarbier – Thomas Partey (57′ Fernando Soriano), Ramon Azeez (68′ Teerasil Dangda) – Wellington, Jose Verza, Edgar Mendez – Tomer Hemed (67′ Miguel Angel Corona)

Sociedad Getafe

Runda kończyła się na Anoeta, gdzie Real Sociedad bronił honoru Kraju Basków, po niezbyt pozytywnych rezultatach dwóch pozostałych ekip z tamtego regionu. Spotkanie rozpoczęło się jednak od ataków Getafe. Pierwszą groźną sytuację miał Pablo Sarabia, ale dobrą interwencją popisał się Enaut Zubikarai. Po blisko półgodzinie ten sam piłkarz znów bardzo groźnie uderzał. Tym razem pomocny okazał się słupek, w który trafiła piłka. Podobnie było po 3 minutach pod bramką Getafe, gdzie nieszczęśliwcem okazał się Chory Castro. Ogólnie pierwsza część stała na wyrównanym poziomie. Obie drużyny skutecznie walczyły o środek boiska, co spowodowało, że okazji podbramkowych było jak na lekarstwo. W 53. minucie w dobrym położeniu znalazł się Alfred Finnbogason, ale nowy nabytek Txuri-Urdin nie zdołał pokonać dobrze dysponowanego Vicente Guaity. Od pewnego momentu lepsze wrażenie sprawiali podopieczni Cosmina Contry. Groźne okazje mieli Karim Yoda oraz Michel, ale obaj nie potrafili pokonać golkipera Realu. Kiedy większość kibiców zaczęło sądzić, że może to być spotkanie z gatunku tych nie bardzo nudnych, ale mimo wszystko zakończonych bezbramkowym remisem, skuteczną akcję przeprowadzili gospodarze. Na prawym skrzydle błysnął Sergio Canales, który uruchomił sprytną piętką Carlosa Velę. Meksykanin zagrał wzdłuż bramki, gdzie czekał Pablo Hervias. Młody zawodnik dołożył tylko nogę i cieszył się z debiutanckiego trafienia w Primera Division. Nie był to koniec emocji. W 90. minucie po dość chaotycznej akcji zespołu spod Madrytu, futbolówka dotarła w końcu do Yody. Skrzydłowy technicznym strzałem po długim rogu z kilkunastu metrów doprowadził w ostatniej chwili do wyrównania. Jak wściekli musieli być miejscowi fani dwie minuty później, można się tylko domyślać. Sammir minął defensywę przeciwnika jak tyczki na treningu, dograł piłkę do niepilnowanego Yody, a ten zdobył drugiego gola w tym meczu, zapewniając swojej drużynie trzy oczka zdobyte po bardzo dobrej remontadzie.

Składy:
Sociedad: Enaut Zubikarai – Joseba Zaldua, Ion Ansotegi, Inigo Martinez, Yuri Berchiche – Markel Bergara, David Zurutuza, Xabi Prieto (79′ Imanol Agirretxe) – Carlos Vela, Alfred Finnbogason (61′ Sergio Canales), Chory Castro (74′ Pablo Hervias)

Getafe: Vicente Guaita – Juan Valera, Alexis Ruano, Emiliano Velazquez, Sergio Escudero – Mehdi Lacen (86′ Baba Diawara), Juan Rodriguez – Karim Yoda, Pablo Sarabia (62′ Michel Herrero), Freddy Hinestroza (70′ Angel Lafita) – Jorge Sammir

Statystyki 8. kolejki:
- Padło 26 goli: 15 prawą nogą (58%), 6 lewą nogą (23%), 4 główką (15%) i 1 samobój (4%)
- Pokazano 52 żółte i 0 czerwonych kartek
- Mecze oglądało 320,1 tysiąca widzów (32010 na mecz)

Mecz kolejki: Sociedad – Getafe

Jedenastka kolejki:11 kolejki

Piłkarz kolejki: Isco (Real)
Hiszpan nie jest kluczowym piłkarzem Realu Madryt. Ba, czasami ma problem, by rozegrać kilka spotkań pod rząd z dwucyfrową liczbą minut. Ostatni okres to jednak czas byłego zawodnika Valencii i Malagi. W spotkaniu z Levante był najjaśniejszą postacią na boisku. Oprócz bramki i asysty odcisnął swoje piętno w konstruowaniu akcji, a także, co nie jest chlebem powszednim w jego grze, był aktywny w odbiorze. Wraca stary, dobry Isco?

Cienias kolejki: Yoel Rodriguez (Valencia)
Bramkarz Nietoperzy dostał niespodziewaną szansę w spotkaniu z Deportivo i niestety jej nie wykorzystał. Masa niepewnych interwencji i tylko jedna świetna (przy rzucie wolnym). Szczególnie jego konto obciąża druga stracona bramka. Niestety, jak mówi przysłowie – niewykorzystane sytuacje się mszczą. Yoel nie wykorzystał swojej i pewnie następnej prędko nie dostanie.

Pozytywne wyróżnienie kolejki: Deportivo la Coruna
Niesamowite, jak ta drużyna zmieniła się w ciągu dwóch tygodni. Od tragicznie grających po umiejętnie się broniący i świetnie kontrujący zespół. Jak widać, zmiany personalne wniosły wiele świeżości. Dodatkowo niesamowita skuteczność i konsekwencja spowodowały, że Deportivo zdobyło 3 pkt. z faworyzowaną Valencią. Dodatkowo cieszy fakt, że silnym ogniwem drugiej linii okazał się Cezary Wilk, który w La Liga pierwszy raz wybiegł na murawę w podstawowym składzie.

Negatywne wyróżnienie kolejki: Real Sociedad
Parodia. To słowo najtrafniej opisuje to, co wydarzyło się w poniedziałkowy wieczór na Anoeta. Zespół Jagoby Arrasate prowadził do 90. minuty 1:0, by w ogólnym rozrachunku przegrać 1:2, tracąc bramki po katastrofalnych błędach w defensywie. Początek sezonu na pewno nie należy do tej ekipy. Kibice od dawna domagają się zwolnienia szkoleniowca. Nie ma się co dziwić – drużyna, która w zeszłym sezonie walczyła o europejskie puchary utrzymuje się nad strefą spadkową tylko dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu.

Gol kolejki: Nabil Ghilas (Cordoba)
Trafienie Algierczyka było tylko na otarcie łez, aczkolwiek nie można mu odmówić urody. Snajper Cordoby oddał kapitalne uderzenie – w dalszy róg i pod poprzeczkę. Chyba żaden bramkarz nie miałby nic do powiedzenia. Szkoda tylko, że wyniki jego zespołu nie idą w parze z tkaimi zagraniami. Może zadba o to nowy trener, Miroslav Djukić…

Pudło kolejki: Ander Capa (Eibar)
720 minut. Tyle czasu niepokonany jest w tym sezonie ligowym Claudio Bravo. Wynik ten mógł być o ponad 45 minut mniejszy, gdyby pod koniec pierwszej części genialnej sytuacji nie zmarnował piłkarz Eibar. Po urwaniu się obrońcy i minięciu bramkarza nie ma chyba nic łatwiejszego niż trafienie do pustej bramki. Jasne, można na siłę szukać usprawiedliwienia – choćby ostrość kąta, ale nie oszukujmy – to musiał być gol. Dlaczego go nie było – wie chyba tylko sam zainteresowany. A może świątynia Claudio jest naprawdę zaczarowana?

Klasyfikacje Terminarz 9. kolejki (24-26.10.2014): Terminarz 9 kolejka El Clasico. Właśnie w ten sposób mogłaby wyglądać zapowiedź 9. kolejki La Liga. W końcu doczekaliśmy się ligowego klasyku, tym razem na Santiago Bernabeu. Ten szlagier rozpocznie się o godzinie 18.00 w sobotę, czyli dość wcześnie jak na Gran Derbi. Nie możemy jednak pominąć innych meczów, ponieważ walka toczy się w różnych częściach tabeli i z pewnością nie zabraknie znakomitych spotkań. Na początek czeka nas starcie Celta-Levante. To w piątek o 20.45. W minionej kolejce gospodarzom ponownie punkt uratował Nolito. Natomiast Levante po kilku chwilach radości ponownie zostało brutalnie sprowadzone na ziemię, tym razem przez Real Madryt. Sobotę rozpoczniemy na Stadionie Igrzysk Śródziemnomorskich. Tam Almeria zagra z Bilbao, które tym razem zdołało nie przegrać, ale Baskom nadal daleko do idealnej gry. Następnie zapniemy pasy na dwie godziny, ponieważ śledzić będziemy wspomniane wcześniej El Clasico. Po tym jak emocje już opadną, czekają jeszcze na nas trzy spotkania. O 20.00 Valencia spróbuje się zrehabilitować za porażkę z Deportivo i będzie liczyła na gładkie rozprawienie się z Elche. Na zakończenie dnia dwa starcia o tej samej porze: Cordoba – Sociedad oraz Eibar – Granada. W niedzielne południe przywitają nas, miejmy nadzieję dobrym widowiskiem, Malaga oraz Rayo. Obie drużyny odniosły wygrane w 8. kolejce, choć to Malaga była bardziej przekonująca. Po kilkugodzinnej przerwie wrócimy na hiszpańskie stadiony o 17.00, aby śledzić poczynania zawodników Espanyolu oraz Deportivo. Później kolejny ligowy szlagier, czyli Sevilla – Villarreal. Obie drużyny aspirują do miejsca gwarantującego udział w eliminacjach Ligi Mistrzów, obie też ostatnio wygrywają, więc spotkanie zapowiada się niesamowicie ciekawie. Tym razem w poniedziałek nie ma żadnych meczów, więc kolejkę zakończymy w niedzielę o 21.00 na Coliseum Alfonso Perez, gdzie przyjedzie Atletico, które częściowo zmazało plamę po blamażu na Mestalla. Pytanie tylko czy mistrzowi kraju uda się pokonać Getafe, które może nie gra wielkiej piłki, ale wyniki ekipy spod Madrytu cały czas się poprawiają. Co mogę więcej powiedzieć… wyczekujmy w szczególności soboty, ale nie zapominajmy, że fan La Liga nie zapomina o innych starciach. Do zobaczenia przed odbiornikami! Autorzy: