La Liga gra: Porażki dwóch pierwszych zespołów i zmiany na szczycie

FC Barcelona v Celta Vigo - La Liga

Nie tak dawno temu rozpoczynaliśmy tegoroczne emocje związane z La Liga, a tymczasem w ten weekend minęliśmy właśnie pierwszą jej ćwiartkę. W dziesiątej rundzie nie mogliśmy narzekać na brak interesujących starć. Barcelona, podrażniona porażką w Gran Derbi, chciała się jak najszybciej zrehabilitować. Zadanie nie należało do najłatwiejszych, ponieważ na Camp Nou przyjechała ekipa Celty Vigo, jak dotąd rewelacja tej kampanii. Ten mecz, pełen podtekstów, rozgrywany był w sobotni wieczór. Natomiast w niedzielę byliśmy świadkami dwóch innych hitów – najpierw w samo południe powracający chyba do formy Athletic Bilbao podejmował Sevillę, a potem na El Madrigal mogliśmy obejrzeć małe derby, w których mierzyły się drużyny Villarrealu oraz Valencii. Łatwiejszych przeciwników miały tym razem dwa najsilniejsze zespoły z Madrytu – Real grał w Granadzie, a Atletico gościło Cordobę. Na sam koniec kolejki włodarze zaplanowali potyczkę Rayo z Eibarem. Zważając na styl gry obu jedenastek, również tam kibice mogli oczekiwać ładnego dla oka widowiska. Zapraszamy do podsumowania!

Mecze 10. kolejki:
Deportivo Getafe

Tym razem grający w kratkę gospodarze z La Corunii podejmowali nieprzewidywalny zespół Getafe, który znakomite spotkania przeplata z niesamowicie słabymi. Już od samego początku było widać, że to goście będą starali się narzucić gospodarzom swój styl gry, czego efektem były dobre sytuacje Lafity. Bramkarz wyszedł z nich jednak obronną ręką. Po kilku szybszych akcjach tempo meczu znacząco spadło i dopiero w 35. minucie byliśmy świadkami groźnej sytuacji, która dość szczęśliwie została zamieniona na bramkę. Karim Yoda, schodząc z prawej strony do środka boiska, oddaje strzał, po którym piłka najpierw odbija się od słupka, a następnie od pleców bramkarza i wpada do bramki. Doskonałą sytuację na podwyższenie wyniku ma jeszcze Escudero, jednak nie trafia on w bramkę i pierwsza połowa kończy się prowadzeniem bardziej aktywnego zespołu gości. Druga część rozpoczyna się nokautującym ciosem wyprowadzonym przez zawodników Getafe. W pierwszej akcji po wznowieniu gry zawodnicy przedostają się pod bramkę gospodarzy i składną akcję zamieniają na bramkę. Strzelcem bardzo aktywny w pierwszych 45 minutach Lafita. Na Deportivo podziałało to jak płachta na byka. Coraz częstsze ataki nie przyniosły jednak spodziewanych efektów. Zawodnicy pudłowali w doskonałych sytuacjach (między innymi główka Postigi). Goście ograniczyli się do gry z kontry. Po dwóch z nich w doskonałych okazjach znajdował się Lafita, jednak nie zdołał on pokonać bramkarza. Gospodarze odpowiedzieli w 80. minucie za sprawą Postigi, który otrzymał doskonałe podanie w polu karnym i zamienił je na bramkę. Niestety tym razem Deportivo było stać tylko na tyle. Do końca spotkania wiało nudą. Getafe z ciężkiego terenu wywozi zasłużenie komplet punktów.

Składy:
Deportivo: Fabri – Juanfran, Pablo Insua, Sidnei, Luisinho – Cezary Wilk (46′ Roberto Canella), Juan Dominguez – Isaac Cuenca (58′ Toche), Haris Medunjanin, Luis Farina (46′ Helder Postiga) – Ivan Cavaleiro

Getafe: Vicente Guaita – Alvaro Arroyo, Naldo, Emiliano Velazquez, Sergio Escudero – Juan Rodriguez, Mehdi Lacen – Karim Yoda, Pablo Sarabia (78′ Jorge Sammir), Fredy Hinestroza (68′ Diego Castro) – Angel Lafita (88′ Michel Herrero)

Granada Real

Ze świecą można było szukać śmiałków, którzy w tej rywalizacji dawali jakiekolwiek szanse drużynie z Andaluzji. W ostatnim czasie jest to bowiem jedna z najgorzej prezentujących się ekip, która regularnie traci cenne punkty, zupełnie nie przypominając siebie z początku sezonu, kiedy była jedną z rewelacji. Przeciwnie Real – obecnie to maszynka do pokonywania kolejnych przeszkód. Niewiele było zatem symptomów, które pozwalałyby nam wierzyć w atrakcyjność tej potyczki. Jeśli mimo tego ktoś miał co do tego jakieś wątpliwości, szybko zostały one rozwiane przez podopiecznych Carlo Ancelottiego. Już w drugiej minucie wyszli oni na prowadzenie. Fatalnie zachował się Jeison Murillo, który przy linii końcowej stracił piłkę na rzecz Daniego Carvajala. Hiszpański defensor oddał ją Karimowi Benzemie, a ten zauważył Cristiano Ronaldo. Portugalczyk takich okazji nie marnuje – strzałem w długi róg otworzył wynik. Przewaga Królewskich nie podlegała żadnej dyskusji. Co chwilę przeprowadzali oni niezłe akcje, których jednak nie potrafili wykorzystać. Niecelnie uderzali Isco, James oraz ofensywnie usposobiony Carvajal. Wszystko zagrało już w 31. minucie, kiedy do siatki trafił James. Ale zrobił to w nie byle jakim stylu! Po wrzucie piłki z autu do Kolumbijczyka sprytnie zagrał Benzema, a król strzelców tegorocznego mundialu bez zastanowienia uderzył futbolówkę z powietrza w stronę dalszego słupka bramki Roberto. Celność strzału była perfekcyjna, a Rodriguez stał się prawdopodobnie bardzo poważnym kandydatem nie tylko do miana gola kolejki, ale być może nawet gola weekendu w całej Europie. Nie wszystko szło jednak szło po myśli Realu. Bardzo dobrze spisujący się Carvajal podczas jednej z interwencji w obronie doznał urazu, który nie pozwolił mu kontynuować gry i musiał być zmieniony jeszcze w pierwszej części przez Alvaro Arbeloę. Roszada ta nie wpłynęła w ogóle na obraz gry – cały czas na boisku panował tylko jeden zespół. W 54. minucie goście wręcz ośmieszyli Andaluzyjczyków. Piłkę przed polem karnym otrzymał Ronaldo i zagrał ją do Benzemy piętką. Francuz znalazł się oko w oko z Roberto i pewnym strzałem po raz trzeci tego dnia go pokonał. Niecałe 120 sekund później na listę strzelców mógł się także wpisać Marcelo, ale Brazylijczyk swoim uderzeniem obił poprzeczkę. W 67. minucie najlepszą okazję w meczu mieli gospodarze. Chwilę po wejściu na murawie w doskonałym położeniu znalazł się Ruben Rochina. Były gracz rezerw Barcelony przejął piłkę w szesnastce przeciwnika, położył Ikera Casillasa oraz Sergio Ramosa, ale następnie uderzył w… podnoszącego się stopera Los Blancos. W poprawce strzałem z woleja, parafrazując klasyka, postraszył gołębie. Swoją sytuację miał jeszcze Arbeloa, ale nie potafił wykończyć dwójkowej akcji z Benzemą. W odpowiedzi mocny strzał Javiego Marqueza musiał bronić Casillas. W końcówce goście postanowili zadać jeszcze jeden cios swoim oponentom. Znowu na prawej stronie pokazał się Arbeloa. Hiszpan zagrał do Ronaldo, ale zrobił to nieco za plecy, wobec czego Portugalczyk nie skierował piłki wystarczająco mocno, by ta przekroczyła linię bramkową. Na jego szczęście w pobliżu był James, który tylko dopełnił formalności. Dzięki trzem oczkom zespół z Madrytu został przynajmniej na cztery godziny liderem La Liga. Z kolei Granada musi coraz mocniej spoglądać w lusterka, ponieważ po ostatnich słabych tygodniach zawitało do niej widmo strefy spadkowej.

Składy:
Granada: Roberto Fernandez – Allan Nyom, Jean Babin, Jeison Murillo, Juan Carlos – Dimitri Foulquier, Manuel Iturra, Eddy (46′ Javi Marquez), Abdoulwahid Sissoko – Jhon Cordoba (65′ Ruben Rochina), Isaac Success (50′ Youssef El Arabi)

Real: Iker Casillas – Daniel Carvajal (38′ Alvaro Arbeloa), Pepe, Sergio Ramos, Marcelo – James Rodriguez, Luka Modrić (76′ Sami Khedira), Toni Kroos, Isco (83′ Asier Illarramendi) – Cristiano Ronaldo, Karim Benzema

Atletico Cordoba

Spotkanie obecnego mistrza kraju z beniaminkiem, który dodatkowo jest czerwoną latarnią ligi i jedynym zespołem bez odniesionego choćby jednego zwycięstwa. Faworytem bezapelacyjnie było więc Atletico. Goście zaczęli jednak bez kompleksów. Mieli nawet okazję, by zdobyć gola otwierającego. Po centrze z rzutu rożnego główkę wygrał Iago Bouzon, ale był w zbyt trudnej sytuacji, by skierować piłkę w światło bramki. Z biegiem czasu przewagę zaczęli przejmować gospodarze. W 13. minucie bramkę mógł zdobyć Koke, ale uderzył w poprzeczkę. Niedługo później Guilherme Siqueira zatrudnił Juana Carlosa, ale ten dobrze interweniował po strzale po ziemi w wykonaniu lewego obrońcy. Po półgodzinie gry golkiper swoim udanym wyjściem rozpoczął szybką kontrę, którą wykańczał Nabil Ghilas. Próba Algierczyka była jednak przeciętna i bez problemu poradził sobie z nią Miguel Moya. Madrytczykom ewidentne brakowało skutecznego wykończenia jednej ze swoich akcji, by potwierdzić swoją przewagę. Udało się tego dokonać w 43. minucie, kiedy po zamieszaniu w szesnastce po rzucie wolnym futbolówka trafiła do Antoine’a Griezmanna. Francuz ustawił sobie ją na lewej stopie i oddał strzał, który po odbiciu od defensora Cordoby wpadł do siatki, nie dając szans zdezorientowanemu bramkarzowi. Kiedy wydawało się, że po przerwie podopieczni Diego Simeone będą tylko kontrolować przebieg zdarzeń i znowu trafiać do bramki, nadeszła 54. minuta, a wraz z nią zaskakujące wyrównanie. Dośrodkowanie z rzutu rożnego, a najwyżej do piłki wyskoczył Ghilas, który ładnym uderzeniem pokonał Moyę. Podrażnieni gospodarze od razu ruszyli do ataków. Chwilę po utracie bramki szansę miał Griezmann, ale nie potrafił pokonać w pojedynku sam na sam Juana Carlosa. Udało się jednak po kolejnych kilkudziesięciu sekundach. Francuski skrzydłowy wykorzystał dokładną centrę i mocną główką zmusił bramkarza do kapitulacji. Od tego momentu Los Colchoneros zaprogramowani byli na następne zdobycze. W 62. minucie rezultat podwyższył Mario Mandzkić po… strzale głową. Chorwat wykorzystał dośrodkowanie Koke z rzutu wolnego. Ta sytuacja wyraźnie uspokoiła mistrzów, którzy grali już o wiele spokojniej, wiedząc, że nic nie może im wydrzeć wygranej. W 82. minucie dobili przeciwnika. Z lewej strony dośrodkowywał Koke, a niefortunną interwencją popisał się Dani Pinillos i skierował futbolówkę do własnej siatki. Mimo tego, przyjezdni nie poddali się, do końca próbując strzelić gola zmniejszającego różnicę. Swego dopięli 3 minuty przed końcem regulaminowego czasu gry. Niezdecydowanie obrońców Atletico wykorzystał Ghilas, z bliska strzelając swoją drugą bramkę. Na Rojiblancos było to tego dnia jednak za mało. W efekcie Cordoba pozostaje bez wygranej w strefie spadkowej, a piłkarze z Madrytu utrzymują się w czubie tabeli.

Składy:
Atletico: Miguel Moya – Juanfran, Joao Miranda, Diego Godin, Guilherme Siqueira – Arda Turan (62′ Raul Garcia), Gabi (67′ Saul Niguez), Mario Suarez, Koke – Antoine Griezmann (77′ Cristian Rodriguez), Mario Mandzukić

Cordoba: Juan Carlos – Iago Bouzon, Inigo Lopez, Aleksandar Pantić, Dani Pinillos – Luso, Aritz Lopez Garai (77′ Abel Gomez), Fede Cartabia, Fidel Chaves (67′ Fede Vico) – Nabil Ghilas, Xisco (63′ Fausto Rossi)

Barcelona Celta

Jak już wspomnieliśmy we wstępie tego artykułu, Bluagrana przystępowała do tego meczu z wyraźnie nakreślonym zadaniem – chciała poprawić odczucia swoje, jak i kibiców oraz pokazać, że porażka z odwiecznym rywalem nie jest w stanie zachwiać drużyną, która tak nieźle spisywała się od początku sezonu. Z drugiej strony mieliśmy Celtę Vigo, czyli klub, który nazywany jest “małą Barceloną”. Nie ma się co dziwić. Rok temu w ekipie z Galicji mieliśmy Luisa Enrique oraz Rafinhę, a obecnie w jej kadrze znajduje się czterech piłkarzy, którzy w przyszłości występowali w młodzieżowych zespołach Dumy Katalonii. Tyle słowem wprowadzenia, przejdźmy do meczu. Od pierwszego gwizdka, jak zresztą można się było spodziewać wyraźną kontrolę zyskali podopieczni Lucho. Groźny dla defensorów rywala był Neymar, który w 8. minucie nie wykorzystał dobrej wrzutki Ivana Rakiticia i uderzył wprost w Sergio Alvareza, a chwilę później jego techniczny strzał zza pola karnego wylądował na poprzeczce. Katalończycy piłkę posiadali bardzo często, jednak nie zawsze udawało im się tworzyć takie akcje, które mogłyby być niebezpieczne dla bramki Galicyjczyków. Zmieniło się to w ostatnim kwadransie przed przerwą, kiedy gospodarze wyraźnie podkręcili tempo. Najpierw w 30. minucie po dwójkowej wymianie futbolówki z Neymarem bombę Leo Messiego sparował golkiper. 2 minuty później Argentyńczyk znalazł się sam przed Alvarezem, ale nie wiadomo, czy strzał, który oddał, leciał w światło bramki, ponieważ skuteczną, acz nieco szczęśliwą interwencją popisał się Jonny, uderzając w poprzeczkę własnej bramki. Nie minęło kolejne 120 sekund, a wicemistrz świata znów stanął przed szansą na trafienie. Tym razem przeniósł jednak piłkę nad poprzeczkę po mierzonej centrze Luisa Suareza. Urugwajczyk również miał swoją okazję – trzy minuty przed przerwą strzelał z 14 metrów, ale zbyt słabo, by zaskoczyć portero gości. Po dosłownie minucie Alvarez następny raz musiał się wykazać, kiedy w dobrej sytuacji znalazł się Neymar, ale reprezentant Brazylii był w trudnym położeniu, by dostatecznie dobrze uderzyć. Mimo tego, za pierwsze 45 minut, a w szczególności ich ostatni fragment, dla bramkarza drużyny przyjezdnej należą się wielkie brawa za to, w jaki sposób przetrwał oblężenie własnej świątyni. Z drugiej strony trzeba nieco zganić na skuteczność piłkarzy Luisa Enrique, którzy przy takiej liczbie okazji powinni choć raz znaleźć drogę do siatki. Początek drugiej połowy nie przyniósł nam zmiany wizualnej. Już w 47. minucie gospodarze po raz trzeci uderzyli w poprzeczkę. Pechowcem okazał się znów Neymar, choć nie wiemy, czy słowo “pechowiec” jest tutaj odpowiednie, ponieważ gwiazdor Barcy powinien w tej sytuacji trafić z zamkniętymi oczyma. Niewykorzystane okazje się mszczą – słyszeliście zapewne wiele razy o tym przysłowiu. Niestety, dla nas, cules, sprawdziło się ono w tym spotkaniu. Niby niegroźna długa piłka zagrana na głowę Larriveya, który w ten sposób pokonał Javiera Mascherano, następnie futbolówkę przejmuje Nolito, nie daje jej sobie zabrać Alvesowi i Busquetsowi, i zagrywa ją piętą do wbiegającego Larriveya. Argentyńczyk takich prezentów nie marnuje od co najmniej roku i pewnym uderzeniem nie dał szans Claudio Bravo, pokonując go po raz pierwszy w tej kampanii na Camp Nou. Szok, niedowierzanie – cały mecz atakują, a i tak tracą gola. Blaugrana od razu rzuciła się do ataków. Trener wprowadził nawet czwartego napastnika – Pedro, jednak tego wieczoru to i tak nie wystarczyło. W 70. minucie piłkę meczową na głowie miał Luis Suarez, ale uderzył prosto w Sergio Alvareza. Szkoda, bo Urugwajczyk już wielokrotnie wykorzystywał takie sytuacje. 8 minut później skarcić gospodarzy mógł ponownie Nolito, ale strzał skrzydłowego obronił Bravo. Kiedy na zegarze była 80. minuta, rzut wolny z około 30 metrów wykonywał Messi, lecz trafił… w poprzeczkę. Jeszcze jeden strzał oddał Suarez. Górą znowu był jednak Alvarez. Do końca meczu Barcelona nie była w stanie przeprowadzić takiej akcji, która przyniosłaby zdobycz bramkową, odnosząc niespodziewaną porażkę na własnym terenie. Piłkarze mieli trochę pecha, ponieważ czterokrotnie futbolówka wylądowała na poprzeczce, jednak nie da się ukryć, że skuteczność nie była tego dnia drugim imieniem Messiego i spółki. Przegrana sprawia, że Barca traci fotel lidera i, zależnie od niektórych niedzielnych rezultatów, może spaść aż na piątą lokatę! Z kolei podopieczni Eduardo Berizzo cały czas spisują się rewelacyjnie, plasując się na szóstym miejscu i grając naprawdę mądrą oraz ciekawą piłkę.

Składy:
Barcelona: Claudio Bravo – Dani Alves, Javier Mascherano, Jeremy Mathieu, Jordi Alba – Sergio Busquets (66′ Xavi Hernandez), Ivan Rakitić, Rafinha (66′ Pedro Rodriguez) – Luis Suarez, Leo Messi, Neymar

Celta: Sergio Alvarez – Hugo Mallo, Gustavo Cabral, Sergi Gomez, Jonny Castro – Nemanja Radoja, Pablo Hernandez (69′ Borja Fernandez), Michael Krohn-Dehli – Fabian Orellana, Joaquin Larrivey (76′ Charles), Nolito (88′ Levy Madinda)

Sociedad Malaga

Na Estadio Anoeta kiepsko spisujący się do tej pory Real Sociedad podejmował Malagę, która ostatnio prezentuje ładny dla oka i skuteczny futbol, a to wszystko przez kilka roszad w wyjściowym składzie i postawienie na młodych. Tym razem również goście z Andaluzji byli znacznie lepsi. Najpierw strzelał Antunes z rzutu wolnego, ale Zubikarai dobrze interweniował. Później Juanmi minął się niewiele z piłką zagraną właśnie przez lewego obrońcę Malagi. W 33. minucie Real Sociedad stworzył sobie najlepszą sytuację, Zurutuza po dośrodkowaniu z rzutu rożnego trafił w poprzeczkę. Po przerwie Malaga rozruszała się na dobre, a w szczególności Amrabat, który raz po raz posyłał piłki do partnerów. Podanie do Samu Castillejo skończyło się na skutecznej interwencji Martineza. Później mieliśmy kontrowersję związaną ze starciem Weligtona z Bergarą. Obrońca trafił rywala łokciem, ale arbiter zdecydował się tylko na pokazanie żółtej kartki. Malaga nie miała szczęścia tego dnia, ponieważ z powodu kontuzji mięśniowych murawę musieli opuścić Sanchez oraz Antunes. W 72. minucie po odbiorze w środku pola przejął piłkę Amrabat, popędził prawą stroną, a później dograł na nogę do Juanmiego, a ten wpisał się na listę strzelców. Kibice Realu zaczęli opuszczać obiekt i nic ciekawego nie stracili, a przynajmniej w wykonaniu swoich ulubieńców. Za to Malaga powinna prowadzić 2:0. Identycznym rajdem i podaniem co przy akcji bramkowej popisał się Amrabat, ale tym razem Darder fatalnie spudłował z kilku metrów, trafiając w słupek. Na trybunach pojawiły się białe chusteczki dla trenera Jagoby Arrasate, który po spotkaniu został zwolniony ze stanowiska. Mówi się, że jego zastępcą może zostać… David Moyes.

Składy:
Sociedad: Enaut Zubikarai – Joseba Zaluda, Ion Ansotegi, Inigo Martinez, Yuri (76′ Esteban Granero) – Markel Bergara, Ruben Pardo (67′ Imanol Agirretxe) – Pablo Hervias, David Zurutuza, Sergio Canales (84′ Alfred Finnbogason) – Carlos Vela

Malaga: Carlos Kameni – Roberto Rosales, Sergio Sanchez (52′ Miguel Torres), Weligton, Vitorino Antunes (63′ Duda) – Ignacio Camacho, Sergi Darder – Samuel Garcia (68′ Recio), Juanmi, Samu Castillejo – Nordin Amrabat

Athletic Sevilla

Gospodarze tydzień temu cieszyli się z trzech oczek po meczu z Almerią, który był dopiero drugim wygranym spotkaniem ligowym. Tym razem Baskowie mieli znacznie trudniejsze zadanie, bowiem na San Mames przyjeżdżał zespół Sevilli, który miał szansę zostać liderem. By tak się stało, podopieczni Unaia Emery’ego musieli jednak wywieźć z Bilbao komplet punktów. Andaluzyjczycy wiedzieli, o jaką pulę grają i od samego początku próbowali ustawić sobie grę. Sprytne prostopadłe zagrania wykonywał Denis Suarez, jednak jego kolegom za każdym razem czegoś zabrakło, by dojść do futbolówki i oddać choćby strzał. W 8. minucie z prawej strony piłkę wstrzelił Aleix Vidal, ale do jego podania nie zdążył Carlos Bacca. 5 minut później po raz pierwszy groźniej zaatakowali miejscowi. Na prawym skrzydle znalazł się Markel Susaeta, który przytomnie odegrał do Aritza Aduriza, a snajper Lwów uderzył z pierwszej piłki, nie dając szans Beto. Na naganę zasługuje postawa dwóch stoperów, którzy kompletnie odpuścili krycie tego piłkarza, wobec czego był on w znacznie łatwiejszym położeniu. Athletic poczuł, że jest w stanie wbić kolejne gole rywalom. Już w 17. minucie bliski tej sztuki był Aymeric Laporte, ale Francuz nieznacznie się pomylił, ładnie bijąc rzut wolny. Goście byli w stanie odpowiedzieć słabiutką główką Suareza, którą w 21. minucie bez jakiegokolwiek kłopotu wyłapał Gorka Iraizoz. Niestety dla piłkarzy z Bilbao, już po niecałych trzydziestu minutach z powodu urazu mięśniowego plac gry musiał opuścić strzelec gola, Aduriz, a na jego miejscu zameldował się młody Guillermo. Mimo to, obraz gry nie uległ znaczącej zmianie. Swoje okazje mieli jeszcze Iker Muniain i Markel Susaeta, ale pierwszy nie dobiegł do zagrania Oscara de Marcosa, a drugi oddał strzał za bardzo w środek bramki, czym ułatwił interwencję Beto. W przerwie Unai Emery dokonał dwóch ofensywnych zmian – w miejsce bezproduktywnych Mbii i Vitolo wprowadził Banegę oraz Gameiro. Co prawda Sevilla zyskała w ten sposób większą kontrolę nad widowiskiem, ale nie miał to przełożenia na liczbę tworzonych sytuacji. Inna sprawa – w bardzo mądry sposób grali gospodarze, którzy nie potrafili rozwinąć skrzydeł przeciwnikowi. Swoje sytuacje mieli Benoit Tremoulinas oraz Iago Aspas, ale tym razem Iraizoz zachował czyste konto. Szansa na zostanie liderem, którą mieli Denis Suarez i spółka, więc przepadła. Co więcej, jeśli swoje spotkanie wygra Valencia (dziś już wiemy, że tak się stało), to Sevilla spadnie na piątą lokatę. Z kolei drużyna z Kraju Basków po drugim zwycięstwie z rzędu wyraźnie podskoczyła do góry, plasując się obecnie na początku drugiej dziesiątki.

Składy:
Athletic: Gorka Iraizoz – Andoni Iraola, Xabier Etxeita, Aymeric Laporte, Mikel Balenziaga – Ander Iturraspe, Mikel Rico – Markel Susaeta (61′ Ager Aketxe), Oscar de Marcos, Iker Muniain (83′ Carlos Gurpegui) – Aritz Aduriz (29′ Guillermo Fernandez)

Sevilla: Beto – Coke, Nicolas Pareja, Daniel Carrico, Benoit Tremoulinas – Stephane Mbia (46′ Ever Banega), Grzegorz Krychowiak – Aleix Vidal, Denis Suarez, Vitolo (46′ Kevin Gameiro) – Carlos Bacca (70′ Iago Aspas)

Villarreal Valencia

Spotkanie w czubie tabeli, naprzeciw siebie stanęły dwie drużyny aspirujące do wystąpienia w Lidze Mistrzów w przyszłym sezonie. Obie drużyny w odmiennych nastrojach. Valencia po porażce z Deportivo odkuła się na Elche, ale Villarreal miał za sobą ciężki i przegrany bój z Sevillą. Teraz gospodarze przed własnymi kibicami mieli szansę na rehabilitację. Goście sprawiali jednak lepsze wrażenie i na prowadzenie wyszli już w 6. minucie. Feghouli zagrywał z prawej flanki, a podanie niefortunnie przeciął Trigueros, który trafił do własnej bramki. Gospodarze próbowali atakować, ale zagrożenie stwarzali głównie po nieoczekiwanych rykoszetach, które nie zaskoczyły ostatecznie Diego Alvesa. W pewnym momencie pierwszej części podopieczni Marcelino naprawdę stłamsili rywala, ale bez skutku bramkowego. Po przerwie znów rykoszet mógł zaskoczyć Valencię, ale futbolówka uderzona z rzutu wolnego przez Soriano i odbita od muru została odbita przez bramkarza. Za to skuteczność Nietoperzy była znacznie lepsza. W 64. minucie po centrze Piattiego gola głową zdobył Mustafi. Nie minęło dużo czasu i kolejną bramkę dołożył niemiecki obrońca. Znów dorzucał niski Argentyńczyk, ale tym razem piłka trafiła pod nogi Mustafiego po wybiciu jednego z defensorów Villarreal. Dla piłkarza pochodzącego z Albanii było to trzecie trafienie w tym sezonie. Żółtą Łódź Podwodną było stać na trafienie honorowe. Wprowadzony na boisko Gerard Moreno obsłużył Triguerosa, a ten w niewielkim stopniu odwdzięczył się za samobójcze trafienie. Nie dało to jednak nic jego drużynie, a Valencia po tym spotkaniu wylądowała na fotelu wicelidera.

Składy:
Villarreal: Sergio Asenjo, Mario Gaspar, Gabriel Paulista, Chechu Dorado, Jaume Costa – Moi Gomez (61′ Jonathan dos Santos), Manu Trigueros (88′ Gerard Moreno), Bruno Soriano, Denis Czeryszew – Ikechukwu Uche, Giovani dos Santos (65′ Luciano Vietto)

Valencia: Diego Alves – Antonio Barragan, Shkodran Mustafi, Nicolas Otamendi, Jose Gaya – Sofiane Feghouli (78′ Carles Gil), Javi Fuego, Andre Gomes, Pablo Piatti – Paco Alcacer (79′ Alvaro Negredo), Rodrigo Moreno (87′ Rodrigo De Paul)

Levante Almeria

Ważny mecz w dolnych strefach tabeli toczył się na Ciudad de Valencia, gdzie Levante – czerwona latarnia – podejmowało Almerię. Zaczęło się od płaskiego strzału Thievy’ego, obronionego przez Marino. W 26. minucie znakomicie odpowiedzieli gospodarze. Pape Diop odebrał piłkę, zagrał na wolne pole do Barrala, ten wbiegł w szenastkę, doskonale zwiódł rywala i mocnym uderzeniem wyprowadził swoją ekipę na prowadzenie. Chwilę później mogło być, a nawet powinno być 2:0. Kolejną okazję miał Barral. Tym razem nie musiał ogrywać obrońców, ale zatrzymał go interweniujący Ruben. Po przerwie jako pierwszy okazję miał Edgar po dobrym podaniu od Ximo Navarro, ale znacznie spudłował. Później prawy obrońca Almerii strzelał z woleja, ale jego z kolei powstrzymał Marino. W 71. minucie niespodziewanie goście doprowadzili do wyrównania. Rzut rożny wykonywał Navarro i zagrał na głowę do Hemeda, który przedłużył podanie do Zongo, a ten szczupakiem wpakował futbolówkę do bramki. Radość przyjezdnych nie trwała zbyt długo, bo kwadrans przed końcem rzut wolny wykonywał Gavilan, ale trafił w słupek. Na jego szczęście przed bramką czekał na piłkę Casadesus, który dobił uderzenie kolegi i wyprowadził Levante z powrotem na prowadzenie. Podwyższyć mógł chwilę później Barral, ale jeden gol to wszystko na co było stać tego napastnika. Na sam koniec Almeria miała niesamowitą okazję, aby wywieźć oczko z terenu rywala, ale Wellington w dogodnej sytuacji trafił jedynie w boczną siatkę! Ostatecznie to podopieczni Alcaraza zatrzymali punkty na swoim stadionie.

Składy:
Levante: Diego Marino – Loukas Vyntra, David Navarro, Juanfran, Nikos Karabelas – Ruben Garcia (79′ Jose Morales), Pape Diop, Victor Camarasa (73′ Mohamed Sissoko), Andreas Ivanschitz (66′ Jaime Gavilan) – David Barral, Victor Casadesus

Almeria: Ruben Martinez – Ximo Navarro, Mauro Dos Santos, Angel Trujillo, Sebastian Dubarbier – Jose Verza, Miguel Angel Corona (57′ Tomer Hemed) – Jonathan Zongo, Thomas Partey (65′ Wellington Silva), Edgar Mendez (65′ Fernando Soriano) – Thievy Bifouma

Elche Espanyol

Spotkanie rozpoczęło się od ataków gospodarzy. Po jednym z nich w doskonałej sytuacji znalazł się Jonathas. O intensywności meczu świadczy fakt, że w pierwszych 18 minutach sędzia nie uznał między innymi dwóch bramek (po jednej dla każdego zespołu). Jak mawia stare przysłowie – do trzech razy sztuka, trzecia bramka została już uznana. Dośrodkowanie z prawej strony wykorzystuje Jonathas (warto dodać, że wydatnie zadanie ułatwił mu bramkarz gości, który fatalnie interweniował). Kilka minut później dwoma doskonałymi paradami popisał się Przemek Tytoń, który dwukrotnie świetnie broni strzały z kilku metrów. Espanyol coraz śmielej atakował i chyba tylko zawodnicy tej drużyny są w stanie wytłumaczyć, w jaki sposób nie potrafili wykorzystać ani jednej z kilku doskonałych okazji. Najpierw strzał z 10. metra przelatuje obok słupka, by chwilę potem piłka zmierzająca do bramki została zablokowana przez ofiarnie interweniującego gracza Elche. Gospodarze po raz kolejny w tym meczu nie mieli szczęścia. Fenomenalnie uderzona z rzutu wolnego piłka odbija się od poprzeczki, potem od murawy za linią bramkową, by finalnie wpaść znów w pole. Mający w tym meczu problemy arbiter po raz kolejny nie uznaje bramki (tym razem zdobytej w pełni prawidłowo). Niezrażeni tą decyzją gospodarze wyprowadzają po chwili szybki atak, po którym Jonathas, stając oko w oko z bramkarzem, nie daje mu szans. Dwubramkowe prowadzenie miejscowych staje się faktem. W dalszej części spotkania staliśmy się świadkami ich ogromnej głupoty. W pełni kontrolując mecz, popełniają idiotyczne przewinienia, po których dwóch zawodników wylatuje z boiska. Najpierw w 75. minucie Rodrigues za uderzenie rywala łokciem, a następnie w 83. minucie Cisma za zablokowanie strzału ręką. Dodatkowo drugie z tych zagrań skutkuje rzutem karnym dla gości, który zostaje pewnie zamieniony na bramkę przez Stuaniego. Ostatnim akordem spotkania jest strzał zawodnika Elche w słupek. Gospodarze w pełni zasłużenie wygrywają. Należy sobie zadać pytanie, czy ich świetna gra była efektem przeciętnej gry przeciwnika? Gospodarzom już wcześniej zdarzało się wygrywać takie mecze, jednak dawno nie widzieliśmy Elche, które gra w tak efektywnym i widowiskowym stylu.

Składy:
Elche: Przemysław Tytoń – Damian Suarez, Enzo Roco, David Lomban, Domingo Cisma – Garry Rodrigues, Pedro Mosquera, Mario Pasalić (80′ Jose Angel), Victor Rodriguez (90′ Edu Albacar) – Jonathas, Cristian Herrera (73′ Coro)

Espanyol: Kiko Casilla – Javi Lopez, Diego Colotto, Alvaro Gonzalez, Juan Fuentes – Lucas Vazquez, Alex Ferndandez (59′ Joan Jordan), Jose Canas, Paco Montanes (76′ Salva Sevilla) – Christian Stuani, Sergio Garcia (59′ Felipe Caicedo)

Rayo Eibar

Patrząc na to, kto miał zmierzyć się w poniedziałkowy wieczór na zakończenie kolejki, można było śmiało oczekiwać, że to 90 minut nie będzie czasem straconym. Zarówno Rayo, jak i Eibar preferuje bowiem piłkę radosną. Trzeba było jednak trochę poczekać, aż oba zespoły się rozkręcą. Po początkowym nieładzie na boisku lekką przewagę zyskali gospodarze, którzy kilka razy zbliżyli się do pola karnego Xabiego Irurety. Nieźle w środku pola dysponował piłką Raul Baena, który najpierw sam zdecydował się na uderzenie zza pola karnego – niecelne – a następnie ładnym prostopadłym podaniem próbował uruchomić Gaela Kakutę, jednak ten nie zdążył. W 17. minucie świetne kilkudziesięciometrowe krosowe zagranie otrzymał Nacho Martinez, który chciał chyba z pierwszego kontaktu zagrać wzdłuż bramki Basków, ale zrobił to na tyle nieskutecznie, że trafił wprost w rękawice golkipera. Przewaga piłkarzy z Vallecas rosła z sekundy na sekundę. Bliski zdobycia szczęśliwego gola był Leo Baptistao, ale po jego strzale futbolówka, odbita od jednego z obrońców, minimalnie przeleciała obok słupka. Chwilę później prawdopodobnie celne uderzenia zaliczyli Kakuta i Antonio Amaya, ale w obu przypadkach zostały one wyblokowane przez graczy gości. W 26. minucie podczas biegu do piłki urazu mięśniowego nabawił się Tono Martinez i od razu musiał zostać zmieniony przez Davida Cobeno. Od tego momentu gra miejscowych siadła, a do głosu coraz bardziej dochodził beniaminek. Najwięcej zagrożenia było po stałych fragmentach gry. Raul Albentosa trafił prosto do koszyczka portero, a Federico Piovaccari uderzył niecelnie. W 36. minucie sędzia podyktował jedenastkę dla Eibaru. Po centrze z rzutu rożnego w polu karnym doszło do pojedynku Nacho i Eneko Bovedy, w którym, według arbitra, obrońca Rayo powalił swojego rywala. Decyzja co najmniej dyskusyjna. Do piłki podszedł Mikel Arruabarrena i pewnym strzałem dał prowadzenie swojej drużynie. Podopieczni Paco Jemeza próbowali wyrównać jak najszybciej, jednak w ich poczynania wkradła się duża niedokładność, która nie pozwalała rozgrywać efektywnych akcji. Wobec tego do przerwy z minimalnego prowadzenia cieszyli się przyjezdni. Początek drugiej części przyniósł kolejne nieudolne próby graczy Rayo. Odpowiedź przyszła w 49. minucie. Była ona jednocześnie skuteczna, jak i zaskakująca. Bardzo dobrą prostopadłą piłkę posłał Saul Berjon, a Federico Piovaccari wykorzystał fatalne zachowanie Antonio Amayi, który zdecydowanie złamał linię spalonego, i pokonał Cobeno. 4 minuty później kibice zgromadzeni jak zwykle w dużej ilości powinni wznieść ręce w geście triumfu, ale najpierw Raul Baena uderzył w niezłej sytuacji tak, że Irureta musiał piłkę odbić, a dobitka Aquino pozostawiła wiele do życzenia i została wybita przez obrońców. W 66. minucie piłkę meczową na nodze miał Piovaccari, który wykorzystał kolejny poważny błąd defensywy Rayo, ale w sytuacji sam na sam z bramkarzem przeniósł futbolówkę nad poprzeczką. Jak kosztowna była ta pomyłka, Włoch przekonał się po niecałej minucie, kiedy Leo Baptistao zachował się jak prawdziwy snajper, z zimną krwią pokonując główką golkipera przeciwników. Nie minęło kolejne 60 sekund, a był remis. Eibar po rozpoczęciu gry od środka szybko straciło futbolówkę, a tę szybko rozprowadzili gospodarze. Po błędzie Lillo trafiła ona do Gaela Kakuty, który zagrał ją do wbiegającego Baptistao, a napastnik Rayo zdobył swojego drugiego gola. Od tego momentu tempo meczu wyraźnie się uspokoiło, choć stroną, która cały czas miała przewagę, było Rayo. W 80. minucie uderzenia z dystansu próbował Alberto Bueno, ale piłka poszybowała obok słupka. W 86. minucie z zabójczą dokładną kontrą wyszli piłkarze Gaizki Garitano. Na lewym skrzydle pojawił się Abraham, który zagrał w szesnastkę, gdzie idealnie znalazł się Arruabarrena. Były piłkarz Legii Warszawa w sprytny sposób dołożył nogę, trafiając do siatki i pozbawiając Rayo choćby punktu. Do końca spotkania miejscowym nie udało się bowiem odpowiedzieć. Wobec tego Eibar przeskoczył swojego przeciwnika i niespodziewanie znajduje się w górnej połówce tabeli.

Składy:
Rayo: Tono Martinez (26′ David Cobeno) – Tito, Antonio Amaya, Ze Castro (52′ Lica), Nacho Martinez – Roberto Trashorras, Raul Baena – Gael Kakuta, Alberto Bueno, Javier Aquino (63′ Manucho) – Leo Baptistao

Eibar: Xabi Irureta – Eneko Boveda, Raul Albentosa, Borja Ekiza, Lillo Castellano (75′ Raul Navas) – Dani Garcia, Jon Errasti – Ander Capa (69′ Abraham Minero), Mikel Arruabarrena, Saul Berjon – Federico Piovaccari (75′ Manu Del Moral)


Mecz kolejki: Rayo – Eibar

INFO I 11

Piłkarz kolejki: Sergio Alvarez (Celta)
Bohater! Tak śmiało mogą mówić o swoim golkiperze fani Celty. Można powiedzieć, że Galicyjczycy mieli trochę szczęścia (cztery poprzeczki rywali) lub wykorzystali słabszy dzień Katalończyków, jeśli chodzi o skuteczność, ale w żadnym wypadku nie powinniśmy umniejszać tego, na jakim poziomie zagrała obrona, a przede wszystkim bramkarz. Alvarez tego dnia bronił po prostu wszystko. Najbardziej efektowne były jego parady po uderzeniach Luisa Suareza.

Cienias kolejki: Garry Rodrigues (Elche)
W tej rundzie nikt nie podpadł nam kilkoma zaprzepaszczonymi sytuacjami czy też zawalonymi golami, przez które drużyna przegrywała. Postanowiliśmy “nagrodzić” głupotę, którą wykazał się (?) Garry Rodrigues. Bo jak można wytłumaczyć fakt, że przy pewnym prowadzeniu swojego zespołu 2:0 piłkarz w kompletnie bezsensowny sposób atakuje rywala, mając już na koncie żółtą kartkę. Arbiter musiał wyrzucić zawodnika z boiska, przez co Elche grało do końca w osłabieniu. Na jego szczęście kolegom udało się dowieźć korzystny rezultat do samego końca, mimo że później ukarany czerwoną kartką był jeszcze jeden gracz.

Pozytywne wyróżnienie kolejki: Athletic
Czyżbyśmy byli świadkami odradzania się Basków z popiołów? Każdy może mieć swoje zdanie na ten temat, ale jedno jest pewne – liga potrzebuje silnej drużyny z tego regionu. Z Sevillą podopieczni Ernesto Valverde zagrali chyba najlepsze ligowe spotkanie. Może nie było ono wygrane trzema czy czterema bramkami, ale widać było w ich grze momentami polot, mądrość i zaangażowanie, którymi emanowali w poprzednim sezonie. Oby to nie był jednorazowy wybryk, tylko początek lepszych czasów na San Mames.

Negatywne wyróżnienie kolejki: Barcelona
Drugi przegrany mecz Barcy z rzędu i to po nie najlepszej grze. Nie da się ukryć, że w maszynce Luisa Enrique nie wszystkie tryby chodzą ostatnio tak, jak powinny. Lucho musi znaleźć na to sposób, bo w przeciwnym razie rywale mogą bardzo szybko odjechać. Problemy są w zasadzie w każdej formacji, może oprócz bramki, gdzie pewnym punktem jest Claudio Bravo. Obrońcom zdarzają się wpadki, pomocnicy nie są w najwyższej formie, co przekłada się na mniejszą liczbę kreowanych przez nich akcji, a napastnicy często podejmują złe wybory, na dodatek próbując zbyt często wjechać z piłką do siatki. Okazja na poprawę już niebawem – w tym tygodniu dwie bardzo ważne wyjazdowe potyczki – z Ajaxem oraz Almerią.

Gol kolejki: James Rodriguez (Real)
Takich goli nie ogląda się często. Piłkarz znajduje się w narożniku pola karnego, przyjmuje ze spokojem piłkę, obraca się w kierunku bramki i uderza w jej stronę z powietrza. Futbolówka wpada do siatki idealnie przy dalszym słupku. Tak pokrótce wyglądało trafienie Kolumbijczyka. Piłkarz Królewskich zrobił to wprost genialnie.

Pudło kolejki: Sergi Darder (Malaga)
Malaga prowadziła z Realem Sociedad 1:0, ale miała znakomitą szansę, żeby podwyższyć. Była to niemal kopia akcji bramkowej – prawym skrzydłem popędził Amrabat, a później zagrał niesamowicie celną piłkę do Dardera, który z około 5 metrów… trafił w słupek, a miał pustą więcej niż połowę bramki! Pomocnik drużyny z Andaluzji będzie miał co wspominać, choć wynik dla jego drużyny okazał się korzystny.

Klasyfikacje

Terminarz 11. kolejki (7-9.11.2014):

Terminarz 0210

Przerwa na mecze reprezentacyjne coraz bliżej, ale wcześniej rozegramy jeszcze jedną kolejkę La Liga. Zaczniemy w piątek na boisku beniaminka, a konkretnie Cordoby, która podejmie Deportivo, które również w zeszłym sezonie wywalczyło awans do Primera Division. W poniedziałek tym razem nie ma żadnych spotkań, więc w sobotę zostanie rozegranych pięć meczów. O 16.00 pierwszy z nich. Barcelona wybierze się do Almerii, aby w końcu przerwać serię dwóch porażek z rzędu i to bez strzelonej bramki! Ta zła passa spowodowała, że Duma Katalonii spadła na 4. miejsce w tabeli. Tym razem wygląda na to, że przełamanie powinno się udać, ponieważ Almeria też nie jest w wyśmienitej formie. Bezpośrednio po tym starciu czeka nas pojedynek Getafe z Elche. Natomiast o 20.00 nowy lider – Real Madryt – podejmie na Santiago Bernabeu Rayo, które w minionej kolejce po ciężkim boju uległo Eibar, ale za to pokazało, że potrafi walczyć i zdobywać gole. Nie wiem jednak czy to dobre pocieszenie dla podopiecznych Paco Jemeza, bo Królewscy ostatnio są nie do zatrzymania. Dwie godziny później dwa starcia, a w nich dwie ekipy, które są w bardzo dobrej formie. Celta Vigo zagra u siebie z Granadą, a Malaga spróbuje podtrzymać dobrą serię i rozprawić się z Eibar. W niedzielę kolejna dawka hiszpańskiej piłki. Pechowo, bo drugi raz z rzędu, o 12.00 będzie musiała zagrać mecz. Z Bilbao była porażka, ale Krychowiak i spółka pewnie nie wyobrażają sobie, żeby to samo miało stać się w meczu z Levante. O 17.00 rywalizacja dwóch ekip, którym wiedzie się w kratkę. Espanyol podejmie u siebie Villarreal. Później Valencia, podbudowana kolejną wygraną i zajęciem miejsca bezpośrednio za Realem, stoczy ciężkie starcie z Athletikiem, który nareszcie przełamał się i zwyciężył na San Mames. Na zakończenie kolejki obejrzymy mecz pomiędzy Realem Sociedad a mistrzem kraju – Atletico. Wydaje się, że Baskowie nie mają większych szans z drużyną z Madrytu, ale piłka lubi być nieprzewidywalna. Natomiast ze stuprocentową pewnością przewidujemy, że zobaczymy się z wami za tydzień przed odbiornikami. Zapraszamy serdecznie!

Autorzy: