La Liga gra: Roszady na szczycie tabeli, rewelacyjna Malaga

 

Ostatnia, obfita w bramki i emocje kolejka dawała nadzieję, że również ta będzie podobna. Zwłaszcza że nie była ona pozbawiona emocjonujących, przynajmniej w teorii, meczów. Na pierwszy plan wybijają się dwa spotkania, które rundę zamykały, a więc Valencia – Athletic oraz Sociedad – Atletico. Co prawda forma baskijskich zespołów daleka jest w tym sezonie od ideału, ale na starcia z tak renomowanymi rywalami nie trzeba ich specjalnie motywować. Lider, Real Madryt, mierzył się na swoim obiekcie z Rayo, a Barcelona jechała na mecz do Almerii. Oba zespoły były więc zobligowane do zgarnięcia kompletu punktów. Ciekawie powinno być także w Cordobie, gdzie oglądaliśmy bój dwóch beniaminków – Cordoba
podejmowała Deportivo. Zapraszamy do podsumowania!

Mecze 11. kolejki:
Cordoba Deportivo

Mecz z którego każdy kibic hiszpańskiej piłki kopanej nie zapamięta nic. No może Ci bardziej zagorzali zapamiętają dwie sytuację: niewykorzystany karny, i idiotyczna czerwona kartka. Ale o tym więcej za chwilę.

Pierwsza groźna sytuacja miała miejsce dopiero w 11 minucie. I o dziwno nie była to sytuacja bramkowa, a niefortunne starcie po którym obrońca gospodarzy nabawił się kontuzji i musiał opuścić boisko. Kolejna groźna (tym razem piłkarsko) sytuacja, to 17 minuta i naciągany rzut karny dla gospodarzy. Sprawiedliwość tym razem upomniała się o swoje i doskonała sytuacja została koncertowo zmarnowana przez Federico Cartabie. W 29 minucie ma miejsce niegroźne starcie po którym zawodnicy mają sobie co nieco do powiedzenia. W całą sytuację postanawia wmieszać się arbiter który kara Heldera Postigę druga w tym spotkaniu żółtą kartką, jednocześnie odsyłając go do szatni. Pierwsza połowa nie przynosi więcej dogodnych sytuacji i kończy się wynikiem bezbramkowym. Jedyne co trzeba zapamiętać z drugiej części tego spotkania, to to, że się ona odbyła. Niesamowicie niski poziom obu drużyn, połączony z komiczną nieudolnością ofensywy Cordoby wyglądał dla widza komicznie. Spotkanie zakończyło się wynikiem bezbramkowym. Należy mieć tylko nadzieję, że takie spotkania nie będą miały często miejsca. Tym bardziej, że dla konkurującej do miana najsilniejszej ligi świata, Ligi Hiszpańskiej nie jest to dobra reklama.

 

Składy:
Cordoba: Juan Carlos – Adrian Gunino, Inigo Lopez, Aleksandar Pantić, Jose Angel Crespo (12′ Dani Pinillos)Gomez Moreno, Luso, Federico Cartabia, Fauso Rossi, Silva Lopez(69′ Xisco)– Nabil Ghilas

Deportivo:Fabri – Laure, Alex Lopo, Sidnei, Roberto Canella(64′ Jose Rodriguez)– Cezary Wilk (85Alex Bergantinos), Haris Medunjanin (75′ Juan Rodriguez) – Juanfran, Ivan Cavaleiro, LuishinoHelder Postiga

Almeria Barca

Podopieczni Luis Enrique, chcący zmazać plamę, jaką zostawili po ostatnich dwóch ligowych potyczkach, udali się do Andaluzji, gdzie czekało ich w teorii łatwe spotkanie z Almerią. Dlaczego łatwe? Dlatego, że gospodarze w tym sezonie na własnym obiekcie jeszcze nie wygrali, a dodatkowo ulegli w trzech ostatnich rundach. Szkoleniowiec Blaugrany zaskoczył wyjściowym składem, rezygnując między innymi z Neymara, Luisa Suareza oraz po raz kolejny z Gerarda Pique, dając przy tym szansę gry piłkarzom, którzy do tej pory grali mniej. W początkowym fragmencie zawodów nie było to jednak bardzo widoczne. Katalończycy posiadali bowiem przewagę i wydawało się kwestią czasu, aż osiągną cel, czyli zdobędą pierwszego gola. W 10. minucie bliski tego był Leo Messi, mogący w tym meczu wyrównać lub nawet pobić legendarne osiągnięcie Telmo Zarry. Argentyńczyk nie zdołał jednak na tyle wypracować sobie sytuacji, by jeszcze pokonać Rubena. Dobitka Munira trafiła za to tylko w boczną siatkę. W 28. minucie Blaugrana miała najlepszą okazję w pierwszej części. Mierzone dośrodkowanie Munira spadło na głową Ivana Rakiticia. Strzał Chorwata w ostatniej chwili odbił Ruben. Chwilę później futbolówka trafiła na głowę Messiego, który miał dużą część wolnej bramki, ale uderzył w poprzeczkę. Co się nie udało gościom, wyszło miejscowym, którzy rozegrali naprawdę dobrą i przede wszystkim mądrą partię w pierwszych 45 minutach. 8 minut przed przerwą piłkę przed polem karnym rywalem stracił Messi. Almeria wyprowadziła natomiast zabójczą kontrę. Prostopadłe zagranie wykonał Fernando Soriano, a Thievy Bifouma wyprzedził stoperów Barcy i sam pognał na bramkę Claudio Bravo. Wychowanek Espanyolu nie miał żadnych problemów, by wykończyć tę akcję i dał swojemu zespołowi prowadzenie. Poziom gry Dumy Katalonii najlepiej ukazywały zbliżenia na ławkę rezerwowych, gdzie co chwilę Pique lub Xavi chwytali się za głowy. Od początku drugiej części trener zdecydował się wpuścić do boju Neymara i Suareza, czyli poniekąd przyznał się do popełnionego błędu podczas ustalania składu. Wicemistrzom Hiszpanii z upływem następnych minut zaczęło się bardzo spieszyć. Po godzinie gry znów gospodarzy uratowała poprzeczka – tym razem pechowcem okazał się Suarez. 10 minut później w niezłej sytuacji obok bramki główkował Neymar. Ten sam piłkarz 120 sekund później był już skuteczny. Brazylijczyk otrzymał podanie od aktywnego Luisa Suareza i jedyne, co mu pozostało, to dokonać wyroku na Andaluzyjczykach. Strzał gwiazdora Barcelony był jednak bardzo słaby, aczkolwiek i to wystarczyło, by rozpaczliwie interweniujący defensor nie dał rady wybić piłki. Przyjezdni cały czas dążyli do kolejnych goli. Urugwajczyk strzelił minimalnie obok słupka, a Messi, po podaniu właśnie katalońskiej ’9′, uderzył głową… w poprzeczkę. Co się odwlecze, to nie uciecze. W 82. minucie w końcu trafił Jordi Alba, a asystował nie kto inny jak Suarez. W doliczonym czasie gry swoją okazję miał jeszcze Messi, ale górą był Ruben. Mecz zakończył się minimalną, wyszarpaną wygraną nad zespołem Almerii. Jednym z bohaterów okazał się Luis Suarez, który coraz lepiej rozumie się z partnerami. Dzięki trzem oczkom Barcelona utrzymuje się w ścisłym kontakcie z bezpośrednimi rywalami i, zależnie od innych wyników tej kolejki, może również minimalnie awansować. Gospodarze utrzymują się za to w dolnych rejonach tabeli.

Składy:
Almeria: Ruben Martinez – Ximo Navarro, Fran Velez, Angel Trujillo, Sebastian Dubarbier – Ramon Azeez, Verza, Thomas Partey (85′ Wellington Silva), Fernando Soriano (68′ Tomer Hemed) – Jonathan Zongo, Thievy Bifouma (77′ Edgar Mendez)

Barcelona: Claudio Bravo – Adriano, Javier Mascherano, Marc Bartra, Jordi Alba, Sergio Busquets (66′ Xavi Hernandez), Ivan Rakitić, Rafinha – Munir El Haddadi (46′ Luis Suarez), Leo Messi, Pedro Rodriguez (46′ Neymar)

Getafe Elche

Kibice, którzy śledzą Primera Division uważnie, wiedzą, że te dwa zespoły nie prezentują miłej dla oka piłki. Na dodatek, jeśli spotykają się ze sobą na jednym z najgorszych stadionów w Hiszpanii, może to odstraszać. Futbol widział już jednak tak dziwne rzeczy, że w to sobotnie popołudnie niewykluczona była nawet goleada. Początek meczu wskazywał, że mogliśmy być świadkami naprawdę równej i ciekawej potyczki. Już w 2. minucie wykazać się musiał Vicente Guaita, który obronił sprytne uderzenie Victora Rodrigueza. Goście przejęli inicjatywę, lecz z upływem czasu z ich akcji wynikało coraz mniej, a gra przeniosła się w rejony środka boiska. Gospodarze postraszyli Przemysława Tytonia, korzystającego cały czas z urazu Manu Herrery, strzałami z dystansu Sergio Escudero oraz Pablo Sarabii, ale w obu przypadkach Polak okazał się lepszy i pewnie wybił futbolówkę. Do przerwy nie obejrzeliśmy zatem goli. W drugich 45 minutach ponownie od rozpoczęcia korzystniej wyglądali przyjezdni. W niezłej sytuacji Jonathas przeniósł piłkę nad poprzeczką, a w 54. minucie w pojedynku sam na sam z bramkarzem fatalnie zachował się Cristian Herrera, który w zasadzie podał do Guaity. Próbował także Faycal Fajr, ale jego próba także była nieskuteczna. Getafe swoje sytuacje tworzyło po stałych fragmentach gry sprzed pola karnego. Ani Sammir, ani Escudero nie uderzyli jednak w światło bramki, nie zmuszając Tytonia do interwencji. Kibice, którzy jak zwykle w małej liczbie stawili się na Coliseum Alfonso Perez, oglądali więc jednak takie spotkanie, jakie zapowiadano – bez fajerwerków i przede wszystkim bez bramek.

Składy:
Getafe: Vicente Guaita – Alvaro Arroyo, Naldo, Emiliano Velazquez, Sergio Escudero – Juan Rodriguez, Mehdi Lacen – Karim Yoda (70′ Baba Diawara), Pablo Sarabia (56′ Sammir), Fredy Hinestroza (46′ Diego Castro) – Angel Lafita

Elche: Przemysław Tytoń – Damian Suarez, Enzo Roco, David Lomban, Edu Albacar – Faycal Fajr (81′ Aaron Niguez), Mario Pasalić, Pedro Mosquera, Victor Rodriguez (89′ Alvaro Gimenez) – Jonathas, Cristian Herrera (71′ Coro)

Real Rayo

Przed małymi derbami Madrytu faworyt był tylko jeden, a był nim Real Madryt. Ostatnio zawodnicy Carlo Ancelottiego zdecydowanie rozprawiali się z kolejnymi rywalami, a Rayo po dwóch porażkach z rzędu nie wyglądało na drużynę, która mogłaby zagrozić liderowi tabeli. Przed spotkaniem Złotego Buta zaprezentował Cristiano Ronaldo i to właśnie na niego najbardziej liczyli kibice gospodarzy. Strzelanie zaczęło się już w 9. minucie po doskonałym odbiorze Kroosa, rozegraniu z Jamesem, podaniu wzdłuż bramki Niemca i wykończeniu z najbliżej odległości przez powracającego po kontuzji Garetha Bale’a. W odpowiedzi dobrym uderzeniem popisał się Alberto Bueno, ale Keylor Navas z kłopotami, ale zdołał skutecznie zainterweniować. Chwilę później z powodu urazu murawę musiał opuścić lewy obrońca Rayo – Insua, a w 40. minucie po centrze Jamesa z rzutu rożnego i przedłużeniu piłki przez Pepe do siatki trafił Sergio Ramos. Było to drugie trafienie byłego zawodnika Sevilli w tym sezonie. Niespodziewanie tuż przed przerwą Rayo nawiązało kontakt z Realem. Fatalny błąd popełnił James przed swoim polem karnym, ponieważ podał piłkę wprost pod nogi znajdującego się w szesnastce Leo Baptistao. Brazylijczyk zagrał jeszcze do Alberto Bueno, a ten pięknym zwodem zmylił Navasa i jednego z obrońców, a później wpakował futbolówkę do pustej bramki. Po przerwie do natarcia przystąpili gospodarze, a zaczęli od niecelnego strzału Modrica. Później na minimalnym spalonym znalazł się Leo Baptistao, choć snajperowi gości udało się trafić do siatki. Bramka oczywiście nie została uznana, a dosłownie sekundy później było już 3-1. Ronaldo po rajdzie prawą stroną wycofał piłkę na przedpole, gdzie dopadł do niej Kroos i pięknym, technicznym strzałem pokonał Alvareza. W 59. minucie sędzia liniowy popełnił fatalny błąd, który na dobre przekreślił szanse Piratów na korzystny rezultat. Znów dogrywał Ronaldo, a w momencie podania Portugalczyka na bardzo wyraźnym spalonym znajdował się Benzema, który jednak trafił do siatki, a gol został mu oficjalnie zapisany. Pod koniec spotkania swojego drugiego gola mógł zdobyć Bale, ale Alvarez popisał się dobrą interwencją. Takimi komplementami nie można natomiast obdarować byłego bramkarza Espanyolu przy trafieniu na 5-1 w 83. minucie. Isco zagrał świetną piłkę za obrońców do Ronaldo, ten przyjął podanie, ograł defensora i strzelił dość anemicznie. Mimo to Alvarez przepuścił to uderzenie między nogami, a Portugalczyk skwitował całość szerokim uśmiechem. Real kolejny raz łatwo rozprawił się z rywalem w lidze i pozostał na fotelu lidera.

Składy:
Real: Keylor Navas – Nacho, Pepe, Sergio Ramos, Marcelo – Luka Modric, Toni Kroos, James Rodriguez (68′ Isco) – Gareth Bale (85′ Javier Hernandez), Karim Benzema (84′ Alvaro Merdan), Cristiano Ronaldo

Rayo: Christian Alvarez – Tito, Ze Castro, Abdoulaye Ba, Emiliano Insua (25′ Quini) – Mohammed Fatau, Roberto Trashorras (62′ Jozabed) – Lica, Alberto Bueno, Gael Kakuta – Leo Baptistao (72′ Manucho)

Celta Granada

Jeśli spotkanie to byłoby rozgrywane jakiś miesiąc temu, moglibyśmy mówić o potyczce dwóch rewelacji La Liga. O ile Celta cały czas utrzymuje swój poziom i przede wszystkim miejsce w czołówce, o tyle drużyna Granady od kilku tygodni prezentuje się bardzo słabo i w żadnym elemencie nie przypomina zespołu z początku rozgrywek. Faworytem deszczowego starcia na Balaidos byli więc gospodarze. Szybko zostało to potwierdzone przez boiskowe wydarzenia. Już po 11 minutach piłkarze z Vigo mogli prowadzić. Piłka wpadła do siatki, ale strzelający Sergi Gomez był chwilę wcześniej na pozycji spalonej. Po kwadransie od pierwszego gwizdka sędziego kuriozalną pomyłkę Roberto mógł wykorzystać Pablo Hernandez, ale jego uderzenie na pustą bramkę z kilkunastu metrów nieznacznie minęło słupek bramki golkipera Granady. W 34. minucie znów dał o sobie znać Sergi Gomez. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego były stoper rezerw Barcelony doszedł do strzału główkowego, ale ten został wybroniony przez bramkarza rywali. W końcówce pierwszej części mieliśmy jeszcze dość rzadko dyktowany rzut wolny pośredni w obrębie pola karnego gości. Wykonujący go Fabian Orellana nie potrafił jednak uderzyć na tyle precyzyjnie, by minąć wszystkie przeszkody i zdobyć gola. Gracze z Andaluzji w pierwszych trzech kwadransach rzadko wychodzili z niezłą akcją ofensywną, ograniczając się głównie do ścisłego pilnowania własnej bramki. Po przerwie minęło trochę czasu, zanim gospodarze przejęli na nowo inicjatywę. W 60. minucie w niezłej sytuacji znalazł się Joaquin Larrivey, ale snajper Celty nieczysto trafił w futbolówkę, która w efekcie minęła słupek. 2 minuty później pierwszą groźną i prawdopodobnie najlepszą sytuację mieli goście, a konkretnie Ruben Rochina. Ofensywny pomocnik Granady otrzymał podanie od Isaaca Successa i, będąc na jedenastym metrze, nie trafił w bramkę! W odpowiedzi groźny strzał po ziemi oddał Nolito, ale był on za lekki, by sprawić kłopoty Roberto. Im bliżej było końca spotkania, tym bardziej stawało się ono otwarte, ponieważ obie ekipy dążyły do strzelenia jednego gola, który wydawał się być ostatecznym rozstrzygnięciem. Kolejną okazję miał Rochina, który po wykorzystaniu błędu Sergiego Gomeza i minięciu Sergio Alvareza postanowił strzelać z ostrego kąta, ale sprzed bramki wybił ją powracający Gustavo Cabral. W doliczonym czasie gry w doskonałym położeniu znalazł się Fabian Orellana, który wbiegł z piłką w szesnastkę i uderzył w kierunku dalszego słupka, ale po raz kolejny i ostatni tego wieczoru świetnie interweniował Roberto. Portero został bohaterem swojej drużyny i to jemu w dużej mierze zawdzięczać można remis, z którego z kolei nie mogą być zadowoleni Galicyjczycy.

Składy:
Celta: Sergio Alvarez – Hugo Mallo (86′ Alex Lopez), Gustavo Cabral, Sergi Gomez (72′ Andreu Fontas), Jonny Castro - Nemanja Radoja, Pablo Hernandez (64′ Augusto Fernandez), Michael Krohn-Dehli – Fabian Orellana, Joaquin Larrivey, Nolito

Granada: Roberto Fernandez – Allan Nyom, Jean Babin, Jeison Murillo, Juan Carlos – Dimitri Foulquier, Manuel Iturra, Fran Rico, Abdoulwahid Sissoko (69′ Javi Marquez) – Jhon Cordoba (60′ Ruben Rochina), Youssef El Arabi (53′ Isaac Success)

Malaga EIbar

Malaga w ostatnich kolejkach jest w niesamowitym gazie. Cztery kolejne wygrane, a piąta w starciu z Eibar dałaby zawodnikom z Andaluzji awans do ścisłej czołówki tabeli. Jednak od pierwszych minut znacznie lepiej prezentowali się goście i już na samym początku mogli prowadzić. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego bramkę głową zdobył Raul Navas, ale liniowy uznał, że obrońca znalazł się na spalonym. Z czasem inicjatywę przejmowali gospodarze z z Andaluzji, ale groźnych sytuacji stwarzali niewiele. Jedną z najlepszych miał Miguel Torres po centrze Arthura Boki, ale futbolówka nieznacznie minęła się z bramką. W 42. minucie to przyjezdni objęli prowadzenie. Wrzutkę z prawej stronie niefortunnie wybijał Torres i w konsekwencji piłka trafiła pod nogi znajdującego się w polu karnym Arruabarreny. Ten skorzystał z nadarzającej się sytuacji i wpisał się na listę strzelców. Po zmianie stron do roboty wzięła się Malaga i dość szybko doprowadziła do wyrównania, bo już w 53. minucie. Zza pola karnego próbował szczęścia Samuel, a Irureta kiepsko odbił piłkę, bo przed siebie. W szesnastce na dobitkę czekał Juanmi i się doczekał. Dla zawodnika Malagi było to trzecie trafienie w sezonie. Baskowie nie chcieli się poddać i po genialnym rajdzie Saula musiał skutecznie interweniować Kameni. Później niemal stuprocentową okazję miał Arruabarrena, ale były zawodnik Legii Warszawa pomylił się fatalnie z kilku metrów, a nie był otoczony obrońcami przeciwnej drużyny. Beniaminek nie zdołał tym razem zdobyć ani jednego oczka, ponieważ pod koniec meczu stracili gola. W pole karne wbiegał Sergi Darder, ale ręką zatrzymał piłkę Raul Navas. Aribter ukarał obrońcę drugą żółtą kartką i podyktował jedenastkę, którą na gola zamienił Nordin Amrabat. W ten sposób Malaga odniosła piątą wygraną z rzędu i awansowała na szóste miejsce w tabeli.

Składy:
Malaga: Carlos Kameni – Marcos Angeleri, Miguel Torres, Weligton, Arthur Boka – Ignacio Camacho, Sergi Darder (92′ Recio) – Samuel Garcia (62′ Roberto Horta), Samu Castilejo, Juanmi (78′ Luis Alberto) – Nordin Amrabat

Eibar: Xabi Irureta – Eneko Boveda, Raul Albentosa, Raul Navas, Lillo – Jon Errasti (90′ Dejan Lekic), Dani Garcia – Ander Capa, Mikel Arruabarrena, Saul Berjon (73′ Dani Nieto) – Manu del Moral (57′ Javi Lara)

Sevilla Levante

Po raz kolejny swój mecz w niedzielne południe rozgrywać musiała Sevilla. Tym razem rywalem było zajmujące miejsce w dole tabeli Levante. Mało raczej było ludzi, którzy uważali, że goście wywiozą z Andaluzji choćby punkt, ponieważ gospodarze na własnym stadionie spisują się bardzo dobrze. Od początku przyjezdni grali jednak bez żadnych kompleksów. Dobrą sytuację miał Victor Casadesus, który swoim strzałem minął Beto, ale spod ziemi wyrósł jeszcze Daniel Carrico i wybił futbolówkę. W następnym fragmencie obie ekipy decydowały się tylko na słabe uderzenia z dystansu, które nie powodowały żadnego zagrożenia dla bramek golkiperów rywala. W 22. minucie kontuzji doznał Beto. Winnym okazał się Grzegorz Krychowiak, którego głowa trafiła w podbródek portugalskiego bramkarza. Rana musiała zostać natychmiast zaszyta, a jak bolesny był to zabieg, świadczyła reakcja zawodnika. Po kilki minutach przerwy piłkarz powrócili do rozgrywki i do ataku przeszła Sevilla. W 31. minucie precyzyjną centrę Gerarda Deulofeu wykorzystał Vitolo, który celną głową pokonał Diego Marino. Po przerwie korzystniej od przeciwników wyglądali goście z Walencji, którym jakby bardziej zależało na zdobyciu bramki. Aktywny był Andreas Ivanschitz, ale jego dwie próby były nieskuteczne. W 56. minucie przed szansą stanął Carlos Bacca, ale minięcie bramkarza i pusta bramka nie wystarczyły, ponieważ Kolumbijczyk miał zbyt ostry kąt, by sobie poradzić w tej sytuacji – górą był wracający defensor. Niedługo później znowu pechowcem okazał się Beto, który tym razem został trafiony przez… Daniela Carrico, i to w miejsce, które dopiero co zostało zaopatrzone. W 80. minucie wszystkie zabiegi się chyba na bramkarzu zemściły, ponieważ popełnił błąd podczas wyjścia do górnej piłki. Ta w efekcie spadła pod nogi Casadesusa, który wpakował ją do siatki. Podrażnieni podopieczni Unaia Emery’ego ruszyli do ataku, jednak nie przyniosło to już efektu. Kevin Gameiro uderzył niecelnie, a Coke wprost w bramkarza. Co ciekawe, wobec wszystkich przerw w grze, arbiter Vellasco Carballo musiał doliczyć w sumie aż 14 minut! Jest to na pewno jedno z najdłuższych spotkań w historii futbolu. Remis dla Sevilli nie jest korzystny, ponieważ to dla nich strata punktów w drugim kolejnym meczu. Natomiast dla Levante każdy punkt jest na wagę utrzymania, o które walczy teraz Lucas Alcaraz.

Składy:
Sevilla: Beto – Coke, Alejandro Arribas, Daniel Carrico, Benoit Tremoulinas (82′ Fernando Navarro) – Grzegorz Krychowiak, Ever Banega – Gerard Deulofeu (66′ Aleix Vidal), Denis Suarez (77′ Kevin Gameiro), Vitolo – Carlos Bacca

Levante: Diego Marino – Loukas Vyntra, David Navarro, Juanfran Garcia (67′ Ivan Lopez), Nikolaos Karambelas – Ruben Garcia (79′ Jordi Xumetra), Papakouli Diop, Mohamed Sissoko, Andreas Ivanschitz – Victor Casadesus, David Barral (53′ Nabil El Zhar)

Espanyol Villarreal

Patrząc na potencjał kadrowy, za nieznacznego faworyta trzeba by było uważać gości. Ci jednak nie są od początku w wybitnej formie i dobre wyniki przeplatają często z głupimi stratami punktów. Z kolei Espanyol na własnym obiekcie w poprzednich pięciu potyczkach tylko raz doznał porażki, a dwukrotnie udało mu się wygrać. Mogliśmy więc być świadkami naprawdę niezłego spektaklu. Początkowo wszystko zapowiadało na zaciętą walkę o każdy skrawek boiska. Mało mogliśmy dostrzec ładnych, składanych, a przede wszystkim dających jakiś wymierny efekt akcji. Dopiero w 26. minucie sztuka ta udała się przyjezdnym. Z piłką w pole karne wpadł Mario Gaspar, którego nie dał rady zatrzymać Eric Bailly. Prawy defensor Villarrealu przemyślanym dotknięciem futbolówki pokonał Kiko Casillę i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Dosłownie 180 sekund później golkiper Papużek, który jest ostatnio regularnie powoływany przez Vicente del Bosque, wyszedł ogromną ręką z kolejnego pojedynku z Gasparem, a także z Luciano Vietto. Pierwsza część skończyła się zatem z jednobramkową zaliczką Żółtej Łodzi Podwodnej. Drugie 45 minut było nieco bardziej wyrównane. Ani Diego Colotto, ani Ikechukwu Uche swoimi strzałami ubrudzili tylko rękawice bramkarzom, nie stwarzając większego zagrożenia. Stoper Espanyolu stanął po niedługim czasie przed kolejną okazją, ale uderzył tylko w boczną siatkę. W odpowiedzi niezłą akcję zakończoną strzałem Vietto przeprowadzili goście. Napastnik uderzył jednak na tyle słabo, że obrońcy klubu z Barcelony bez kłopotów wybili piłkę. 10 minut przed końcem regulaminowego czasu gry okropnie wyglądający upadek z wysokości zaliczył Sergio Asenjo. Hiszpan upadł na głowę, a miny innych piłkarzy mogły sugerować nawet najpoważniejsze kontuzje. Strach jednak szybko minął, ponieważ golkiper szybko wrócił do siebie. Espanyol cały czas szukał wyrównującego trafienia i znalazł go w samej końcówce. Dośrodkowana piłka przeleciała prawie całe pole karne, aż trafiła do zamykającego akcję Diego Colotto. Obrońca wykorzystał swoją trzecią tego dnia okazję i w ostatnich chwilach zapewnił swojemu zespołowi jeden punkt za remis.

Składy:
Espanyol: Kiko Casilla – Javi Lopez (77′ Anaitz Arbilla), Diego Colotto, Eric Bailly, Juan Fuentes – Lucas Vazquez, Victor Sanchez, Jose Canas, Victor Alvarez (46′ Abraham Gonzalez) – Sergio Garcia, Felipe Caicedo (60′ Christian Stuani)

Villarreal: Sergio Asenjo – Mario Gaspar, Gabriel Paulisa (46′ Jose Antonio Dorado), Victor Ruiz, Jaume Costa – Jonathas dos Santos, Manu Trigueros, Bruno Soriano, Denis Czeryszew (72′ Tomas Pina) – Ikechukwu Uche (65′ Giovani dos Santos), Luciano Vietto

Valencia Athletic

Mecz, który jeszcze rok temu rozgrzewałby do czerwoności, tym razem zapowiadał się jednostronnie. Valencia podejmowała na Mestalla znajdujący się w dołku Athletic Bilbao. Kibice liczyli na to, że padnie kilka bramek, a w szczególności dla gospodarzy, ale zawiedli się pewnie niesamowicie. Pierwszy strzał w meczu padł dopiero w 17. minucie, a był on autorstwa Rodrigo. Nie można jednak powiedzieć, że specjalnie zagroził bramce strzeżonej przez Gorkę Iraizoza. Później trochę lepszą szansę stworzył Paco Alcacer po centrze Piattiego ze stałego fragmentu, ale przeniósł piłkę nad poprzeczką. Najlepsza szansa dla gospodarzy nadeszła w 26. minucie. Po wybiciu Alvesa niefortunnie przedłużył to zagranie Iturraspe, a w posiadaniu znalazł się Piatti. Ograł dwóch rywali i znalazł się w dogodnej sytuacji, lecz został zatrzymany przez Iraizoza. Świetną okazję miał również Gomes, ale jego próba z dystansu była okropnie niecelna. Goście zdołali tylko odpowiedzieć główką de Marcosa, który pospieszył się z uderzeniem, ponieważ dostał genialne zagranie od Lopeza, ale zamiast przyjąć to oddał kiepski strzał. Po przerwie widowisko już kompletnie siadło. Najlepszy wśród ekipy miejscowej – Piatti – starał się stwarzać okazje na lewym skrzydle, ale nie miał kompletnie nikogo do pomocy. Na murawie w międzyczasie pojawił się Negredo, ale Hiszpan nie zdołał odmienić wizerunku drużyny i ostatecznie Valencia i Athletic musiały podzielić się punktami po bezbramkowym i bezbarwnym remisie.

Składy:
Valencia: Diego Alves – Antonio Barragan, Shkodran Mustafi, Nicolas Otamendi, Jose Gaya – Andre Gomes, Javi Fuego – Sofiane Feghouli (81′ Carles Gil), Rodrigo Moreno, Pablo Piatti (69′ Alvaro Negredo) – Paco Alcacer

Athletic: Gorka Iraizoz – Andoni Iraola, Xabier Etxeita, Aymeric Laporte, Mikel Balenziaga – Ander Iturraspe, Mikel Rico – Unai Lopez (53′ Ibai Gomez), Oscar de Marcos, Borja Viguera (78′ Kike Sola) – Guillermo Fernandez (39′ Benat Etxebarria)

Sociedad Atletico

Na sam koniec kolejki Real Sociedad, drużyna regularnie zawodząca w tym sezonie, podejmowała na własnym stadionie Atletico Madryt. Spotkanie nie zapowiadało się jakoś szczególnie atrakcyjnie, ale okazało się absolutnym hitem. Już po 10. minutach goście prowadzili 1:0. Celnym podaniem wzdłuż bramki popisał się Raul Garcia, a piłka trafiła pod nogi Mandzukicia, którego nie zdołali uprzedzić dwaj środkowi obrońcy Realu i w konsekwencji Chorwat zdobył piątego gola w tym sezonie. Na odpowiedź Basków nie trzeba było długo czekać. Już po kwadransie gry był remis, a nic na to nie wskazywało. Aut wyrzucał Carlos Martinez w kierunku Prieto. Ten zagrał do Veli, który ułożył sobie piłkę na lewej nodze i niesamowicie precyzyjnym strzałem pokonał Moyę! To było jedno z najładniejszych trafień tej kolejki. W 23. minucie mieliśmy kontrowersję, kiedy w polu karnym upadał Vela po starciu z Godinem. Kontakt między zawodnikami był, ale wydaje się, że Urugwajczyk najpierw trafił w futbolówkę. Arbiter nie podyktował jedenastki, ale zdecydowanie zbyt pochopnie ukarał Meksykanina żółtą kartką. W końcu nadeszła 35. minuta, w której Real Sociedad powinien objąć prowadzenie. Błąd popełnił Miranda, który chcąc wycofać piłkę zagrał ją wprost pod nogi Agirretxe. Napastnik gospodarzy ominął bramkarza, miał tylko pustą bramkę przed sobą, ale uderzył na tyle słabo, że z interwencją zdążył Godin! Później jeszcze starał się poprawić, ale między słupkami znalazł się już Moya i zdołał obronić tę dobitkę. Na początku drugiej części bohaterem stał się Siqueira. Najpierw za brzydki faul na Prieto został ukarany żółtą kartką, a dosłownie trzy minuty później spóźnił się ze wślizgiem i trafił w nogi Veli za co został wyrzucony z boiska przez Alvareza Izquierdo. Arbiter z Barcelony był antybohaterem spotkania, ponieważ rozdawał bezmyślnie kartki (pomijając sytuację z Siqueirą), a jeszcze później nie zauważył ewidentnego rzutu karnego dla miejscowych. W pole karne wpadał Vela, a w niego wpadł… Mandzukić, który barkiem uderzył w twarz Meksykanina i rozciął mu wargę. To nie przekonało sędziego, który pozostał niewzruszony na protesty podopiecznych Santany. Atletico grające w 10 stworzyło sobie genialną szansę w 60. minucie. Ansaldi z prawej strony dograł do Mandzukica, a ten z bliskiej odległości chybił o dobrych parę metrów. Parę chwil później w centrum uwagi znów był lewy obrońca Rojiblancos, lecz tym razem na własnej połowie. Z prawego skrzydła dośrodkowywał Carlos Martinez, a w obrębie pola karnego ręką gracz mistrza Hiszpanii dotknął futbolówkę ręką! Sędzia znów miał podstawy do wskazania na „wapno”, ale tego nie zrobił! Futbol okazał się jednak sprawiedliwy i Real z gry zdobył zwycięskiego gola! Z lewej flanki dobrą centrą popisał się wprowadzony Zaluda, a w
powietrzu świetnie zachował się Agirretxe, który zrehabilitował się za pudło z pierwszej połowy i dał swojej drużynie ważne trzy oczka! Co ciekawe, Real Sociedad wygrał w tym sezonie dwa mecze – z Realem i Atletico.

Składy:
Sociedad: Enaut Zubikarai, Carlos Martinez, Mikel Gonzalez, Inigo Martinez, Yuri (56′ Joseba Zaluda) – Markel Bergara, Esteban Granero – Carlos Vela (87′ David Zurutuza), Xabi Prieto, Chori Castro (84′ Pablo Hervias) – Imanol Agirretxe

Atletico: Miguel Angel Moya – Juanfran Torres, Joao Miranda, Diego Godin, Guillherme Siqueira – Arda Turan (85′ Antoine Griezmann), Gabi (85′ Crisitian Rodriguez), Mario Suarez (54′ Cristian Ansaldi), Koke – Raul Garcia, Mario Mandzukic

Mecz kolejki: Sociedad – Atletico

Infografika

Piłkarz kolejki: Cristiano Ronaldo (Real)

Który to raz? Cristiano w tym sezonie jest niesamowity i w obecnej chwili nie ma takiej mocy, która byłaby w stanie go powstrzymać. Tym razem trafił raz do siatki i dwukrotnie asystował przy bramkach partnerów. Real kolejny raz rozgromił rywala i znajduje się w nieziemskiej formie, która w większości jest zasługą Portugalczyka! Wielkie brawa dla tego pana!

Cienias kolejki: Helder Postiga (Deportivo)
Tym razem nasz wybór padł na Heldera Postige który w idiotyczny sposób wykluczył się z udziału w dalszej części meczu już w 29 minucie spotkania z Cordobą. Druga zupełnie niepotrzebna żółta kartka za niesportowe zachowanie, mimo że była lekko naciągana powinna mu dać wiele do myślenia. Tym bardziej, że zawodnik który jest tak doświadczony nie powinien popełniać tak prostych błędów. Nie ładnie Panie Postiga. Nie ładnie.

Pozytywne wyróżnienie kolejki: Levante
Po pierwszych tygodniach ligi była to czerwona latarnia i obiekt największego wytykania słabej formy, ale wraz z odejściem Jose Luisa Mendilibara i przyjściem na jego miejsce Lucasa Alcaraza, sytuacja zmieniła się diametralnie. Teraz nie jest to zespół, który tylko i wyłącznie pragnie przede wszystkim nie stracić gola, ale potrafi także podjąć inicjatywę atakowania,
nawet z mocniejszymi zespołami pokroju Sevilli. Efekt? Remis właśnie z Andaluzyjczykami, i to na ich bosiku. Z takim nastawieniem i grą utrzymanie Żab może być dość pewne.

Negatywne wyróżnienie kolejki: Mieliśmy na tyle różne opinie, że zdecydowaliśmy się tym razem na podzielenie kategorii na dwóch arbitrów.
Ten ze spotkania Real Sociedad – Atletico był w wyjątkowo kiepskiej dyspozycji. Zbyt łatwo rozdawał kartki już na samym początku meczu, choć nie musiał tego robić. Natomiast pod koniec, kiedy kary się należały, sędzia już chyba nie chciał bardziej osłabiać drużyny Diego Simeone. Poza tym nie zauważył uderzenia Mandzukicia w szczękę Carlosa Veli, co powinno się
zakończyć rzutem karnym dla Basków. Naprawdę słabe zawody rozjemcy z Barcelony. (Jakub Łokietek)
Z kolei Vellasco Carballo, rozjemca meczu Sevilla – Levante, zasłynął ze słabego panowania nad wydarzeniami na boisku. Głównie zastrzeżenia powinni mieć do niego gospodarze. Najpierw nie stosował się do próśb Beto, który uważał, że powinien mieć zmieniony opatrunek, a potem nie wyrzucił z boiska Jordiego Xumetry, który w idiotyczny sposób zaatakował głowę Fernando Navarro. I choć defensor nie jest tutaj bez winy, ponieważ miał głowę dość nisko, to jednak wejście skrzydłowego z Katalonii można zaliczyć do aktów piłkarskiego wandalizmu. (Hubert Bochyński)

Gol kolejki: Toni Kroos (Real)
Tym razem nie było potężnych bomb, więc wybór padł tym razem na techniczny majstersztyk Toniego Kroosa. Niemiec popisał się płaskim uderzeniem zza pola karnego. Zawodnik nadał piłce takiej rotacji, że początkowo wydawało się, że przeleci ona obok słupka, ale tymczasem zaskoczyła Alvareza i wpadła do siatki. Bardzo ładne trafienie pomocnika Realu Madryt.

Pudło kolejki: Imanol Agirretxe (Sociedad)
Baskowie wygrali spotkanie z Atletico właśnie po bramce Agirretxe, ale nie można zapominać, że jeszcze w pierwszej połowie mógł sobie pluć w brodę, a kibice mieli prawo być na niego wściekli. Otrzymał on piłkę od Mirandy, a miał przed sobą tylko Moyę. Bramkarz znacznie wyszedł poza własne pole karne, co ułatwiło zadanie napastnikowi, który bezproblemowo go ograł. Znalazł się tym samym w polu karnym, do pustej bramki miał jakieś 10 metrów, ale uderzył na tyle słabo, że Diego Godin, będący już dawno za plecami Agirretxe, zdołał dobiec i wybić piłkę sprzed linii bramkowej. Na szczęście później zrehabilitował się pięknym uderzeniem głową.

Widget powered by WhatstheScore.com

Klasyfikacje

Terminarz 12. kolejki (21-24.11.2014):

Terminarz 12 kolejka

Jedenasta kolejka nie rozpieściła nas za bardzo, trzykrotnie padł bezbramkowy remis, w wielu meczach nie padły więcej niż dwie bramki. Lekkim wynagrodzeniem są starcia Sevilli z Levante oraz Atletico z Realem Sociedad. Mimo wszystko należy liczyć, że kolejna tura starć przyniesie trochę więcej emocji. Chwilę będziemy musieli na to poczekać, ponieważ w najbliższym tygodniu rozgrywane będą starcia międzynarodowe, a na boiska hiszpańskie powrócimy 21 listopada konfrontacją Athleticu z Espanyolem. Obie ekipy zremisowały swoje spotkania i nadal szukają optymalnej formy. W sobotę rozpoczniemy, tradycyjnie, o 16.00 meczem Atletico Madryt z Malagą. Ekipa z Andaluzji po piątym zwycięstwie z rzędu wspięła się na szóste miejsce w tabeli, i jeśli uda jej się pokonać podopiecznych Diego Simeone, to przeskoczy ich w tabeli. Na pewno jest to pozycja, którą każdy fan ligi hiszpańskiej musi obejrzeć! Następnie przeniesiemy się na boisko beniaminka z Eibar, który podejmie rozpędzony Real Madryt. Baskowie są największym zaskoczeniem rozgrywek, ale tym razem będzie im bardzo ciężko o korzystny rezultat, bo ostatnio Królewscy odprawiają każdego rywala z pięcioma straconymi bramkami. Może tym razem będzie inaczej? O 20.00 jeden z hitów kolejki, czyli starcie jeszcze do niedawna lidera z wiceliderem, czyli spotkanie Barcelona – Sevilla. Goście przyjadą na Camp Nou z serią dwóch meczów bez wygranej. Jest to dla nich z pewnością zaskoczenie, ponieważ do tej pory byli niemal nie do zatrzymania. Ale nie mają się czego obawiać, bo Barcelona też formą nie zachwyca, a gdyby nie przebłysk Luisa Suareza, to pewnie poniosłaby trzecią porażkę z rzędu. Mimo to warto obejrzeć ten mecz. Na koniec dnia potyczka Deportivo z Realem Sociedad. W niedzielne południe będziemy mieli możliwość obejrzeć rywalizację Rayo z Celtą Vigo. Zawodnicy z Galicji po remisie z Granadą spadli na siódme miejsce, ale będą mieli doskonałą okazję, żeby wrócić na miejsce premiowane europejskimi pucharami w przyszłym sezonie, ponieważ podopieczni Paco Jemeza ponieśli już trzecią porażkę z rzędu. O 17.00 derby Valencii na obiekcie Levante, które podejmie oczywiście drużynę Nietoperzy. Żaby ciułają punkty do klasyfikacji, w ostatnich dwóch meczach zdobyli cztery oczka, ale nadal znajdują się w strefie spadkowej. Ciekawe jest to, że tyle samo punktów co Levante, czyli 9, ma aż sześć drużyn! Do 11. miejsca mają tylko trzy oczka straty, więc wygrana derbowa może okazać się dla tego klubu bezcenna. Dzień zamkniemy pojedynkami Elche z czerwoną latarnią – Cordobą oraz meczem Villarreal – Getafe. W poniedziałek, na zamknięcie kolejki jeden mecz. Almeria przyjedzie na Nuevo Los Carmenes, aby zmierzyć się z Granadą. To wszystko jednak za dwa tygodnie, a tymczasem trzymajmy kciuki za naszą reprezentację w starciu z Gruzją! Widzimy się za kilkanaście dni!

Autorzy: