La Liga gra: Świetna Valencia znokautowała Atletico, rekord Claudio Bravo, słabi Baskowie

0003K6TJJKANGA5V-C116-F4

W zakończony wczoraj weekend byliśmy świadkami ostatniej przed przerwą reprezentacyjną kolejką Primera Division. Patrząc na ligową tabelę, w oczy najbardziej rzuciła się potyczka drugiej i trzeciej drużyny, czyli Valencii i Atletico. Mecz ten odbywał się w sobotnie popołudnie na Estadio Mestalla. Hitem, choć mając na względzie tegoroczne osiągnięcia, tylko z nazwy było za to spotkanie Realu Madryt z Athletikiem Bilbao. Baskowie byli skazywani na pożarcie, choć kto wie, być może od tego starcia zaczną swoją lepszą passę… Interesująco miało być również w Vigo, gdzie niepokonana do tej pory Celta podejmowała mocny Villarreal. Barcelona natomiast jechała na gorący teren do Vallecas, gdzie grała z Rayo Vallecano. Zapraszamy do podsumowania kolejki!

Mecze 7. kolejki:
Getafe Cordoba

Kolejka rozpoczęła się na Coliseum Alfonso Perez, gdzie Getafe podejmowało czerwoną latarnię ligi, czyli Cordobę. Skazywani na porażkę goście zaczęli jednak lepiej. Dwie sytuacje marnował Nabil Ghlias, który w wyjściowej jedenastce zamienił nieskutecznego Havenaara. Reprezentant Algierii również miał kłopoty z trafianiem, ale na pewno imponować mogły jego dryblingi. Szczerze mówiąc… to wszystko, co można powiedzieć o pierwszej połowie, bo była ona niesamowicie nudna. Tempo po akcjach Cordoby siadło, a zawodnicy obudzili się dopiero po przerwie. Najpierw była kontrowersja związana z ewentualnym zagraniem ręką Pantica, później z powodu urazu musiał zejść Crespo. Z czasem więcej z gry miało Getafe. Gospodarzom udało się nawet strzelić gola, ale arbiter nie uznał go, ponieważ Lafita według niego był na spalonym, choć sytuacja jest mocno kontrowersyjna. Contra celował w wygraną, więc na murawie zjawił się Baba, ale to przyjezdni z Andaluzji otworzyli wynik. Ważny odbiór na połowie rywala odnotował Cartabia i jednocześnie zagrał futbolówkę do Ekenga, który przebiegł z nią jeszcze kilka metrów i po długim rogu zaskoczył Guaitę. Dla czarnoskórego pomocnika był to pierwszy gol w tym sezonie. To trafienie miało miejsce w 78. minucie, po której wróciliśmy do status quo, czyli ataków miejscowych. Najgroźniejsze okazje tworzyli rezerwowi, czyli Hinestroza oraz Diawara, ale wyrównanie przyszło dopiero w 88. minucie za sprawą tego drugiego. Lacen zagrał łagodną piłke na skrzydło do wbiegającego Escudero, ten bez zastanowienia posłał ją do środka, gdzie odnalazł się Baba i wpisał się na listę strzelców. Przy odrobinie szczęścia zawodnicy przedmieść Madrytu mogli ten mecz wygrać, bo mieli jeszcze parę okazji, ale Cordobie ostatecznie udało się wywieźć ważny remis.

Składy:
Getafe: Vicente Guaita – Juan Valera, Naldo, Emiliano Velazquez, Sergio Escudero – Michel Herrero, Mehdi Lacen – Karim Yoda (62′ Fredy Hinestroza), Pablo Sarabia, Diego Castro (63′ Jorge Sammir) – Angel Lafita (75′ Baba Diawara)

Cordoba: Juan Carlos – Adrian Gunino, Inigo Lopez, Aleksandar Pantić, Damian Crespo (58′ Daniel Pinillos) – Luso, Patrick Ekeng – Federico Cartabia (80′ Fausto Rossi), Borja Garcia, Lopez Silva (53′ Fede Vico) – Nabil Ghilas

 

Valencia Atletico

Mecz świetnie prezentującej się w tym sezonie Valencii z broniącym tytułu mistrzowskiego Atletico Madryt od samego początku zapowiadany był jako klasyk 7. kolejki La Liga. Ci, którzy tak twierdzili, na pewno się nie zawiedli. Spotkanie rozpoczęło się od trzech ciosów wyprowadzonych przez gospodarzy. Pierwszy wyprowadzony przy pomocy Mirandy, który w niegroźnej sytuacji popełnia błąd komunikacyjny i głową, nieatakowany przez nikogo, pakuje piłkę do własnej brami obok wychodzącego bramkarza. Minutę później doskonałe rozegranie piłki pomiędzy Paco a Gomesem kończy się zdobyciem bramki przez drugiego. Decydujący trzeci cios w 13. minucie wyprowadza Otamendi, który po rzucie rożnym wykonywanym przez Piattiego doskonale wbiega w pole karne i bez problemu umieszcza piłkę w bramce. Dopiero to obudziło graczy gości. Ruszyli do frontalnego ataku, którego efektem były sytuacje Griezmanna i Mandzukica. Jednak dopiero w 29. minucie starania watahy Simeone przyniosły efekt. Rozegranie Tiago z Griezmannem kończy się potężnym strzałem tego pierwszego, mimo że początkowo ze strzałem radzi sobie Alves, to przy dobitce Mandzukica jest już bezradny. Po jednym z kolejnych ataków i wykonanym rzucie rożnym ma miejsce kontrowersyjna sytuacja. Piłka niespodziewanie trafia w rękę zdezorientowanego Barragana, sędzia jednak nie przyznaje rzutu karnego gościom. Co nie udało się wcześniej, udało się w 45. minucie. Wtedy to długie podanie zostaje zablokowane ręką przez obrońcę gospodarzy. Mimo że początkowo wykonawcą miał być Mandzukić, to do rzutu karnego podszedł Siqueira, którego strzał był tak fatalny, że nie sprawił żadnych problemów Alvesowi. Pierwsza część spotkania kończy się prowadzeniem 3:1 gospodarzy. Druga połowa przebiegała w znacznie wolniejszym tempie niż pierwsza. Sytuacji podbramkowych praktycznie nie było, a walka toczyła się przede wszystkim w środku pola. Mimo to graczom gości w doliczonym czasie gry udało się strzelić kontaktową bramkę, jednak nie została ona uznana, ponieważ Cerci pomagał sobie przy przyjęciu piłki ręką. Dodatkowo za to zagranie otrzymał on drugą żółtą kartkę i musiał opuścić boisko. Mecz kończy się wynikiem z pierwszej połowy. Trzy szybkie ciosy wystarczyły, by powalić mistrza, jednak kto wie, co by się stało, gdyby goście wykorzystali rzut karny w końcówce pierwszej połowy.

Składy:
Valencia: Diego Alves – Antonio Barragan, Shkodran Mustafi, Nicolas Otamendi, Jose Gaya – Dani Parejo, Javi Fuego, Andre Gomes (71′ Filipe) – Rodrigo, Paco Alcacer (75′ Sofiane Feghouli), Pablo Piatti (63′ Lucas Orban)

Atletico: Miguel Angel Moya – Jesus Gamez, Joao Miranda, Diego Godin, Guilherme Siqueira – Gabi, Tiago (72′ Raul Garcia) – Koke, Antoine Griezmann (66′ Antonio Cerci) , Arda Turan (69′ Raul Jimenez) – Mario Mandzukić

 

Rayo Barca

Mecz zapowiadano jako starcie tej prawdziwej Barcelony z jej najwierniejszą kopią od lat. Prowadzona przez Paco Jemeza ekipa, tak samo jak Katalończycy, lubuje się w długim utrzymywaniu się przy piłce i konstruowaniu swoich akcji. Barca chciała z kolei zatrzeć po sobie nie najlepsze wrażenie po przegranej w środku tygodnia w Lidze Mistrzów z PSG. Spotkanie było także ważne dla Claudio Bravo. Chilijczyk mógł pobić rekord Pedro Artoli w liczbie minut bez straconego gola od początku sezonu w barwach klubu. By to osiągnąć, potrzebował 21 minut. Zadanie miał niełatwe, ponieważ ostatnio Rayo coraz lepiej poczynało sobie w ataku. Już w 10. minucie musiał się mocno sprężyć, by zatrzymać strzał Alberto Bueno. Tej próbie jednak podołał i dzięki temu poprawił osiągnięcie Artoli z 1978 roku. Z biegiem czasu coraz więcej do powiedzenia mieli ofensywni zawodnicy Barcelony. Szkoleniowiec rywali zaskoczył i bardzo wysoko ustawił swoich obrońców. Nie rzadko stali oni na samym środku boiska, co od razu zauważyli piłkarze Luisa Enrique, posyłając co chwilę groźną prostopadłą piłkę. Źle radził sobie asystent będący z tej strony, ponieważ zasygnalizował dwie pozycje spalone Katalończyków, które nie miały miejsca, a stwarzały okazje stuprocentowe. W 35. minucie wszystko już jednak zagrało. Długą piłkę zagrał Gerard Pique, a ta dotarła do Leo Messiego. Argentyńczyk wyprzedził obrońcę i sprytnymi dotknięciami zbliżał się do bramki Tono Martineza. Kiedy znalazł się już w odpowiedniej odległości, przelobował bramkarza i wyprowadził drużynę na prowadzenie. Fani nie zdążyli jeszcze dobrze usiąść po euforii, a już musieli po raz kolejny wstać. Dobrze zachował się Munir, który przytrzymał futbolówkę, a następnie zagrał ją do Neymara. Reprezentant Brazylii strzałem w długi róg zdobył swojego siódmego gola w lidze. Tuż przed przerwą wyborną okazję zmarnował Munir, który, mając obok siebie Neymara, sam chciał zakończyć akcję. Wydaje się, że arbiter miał powody, by podyktować rzut karny, ale tego nie uczynił, w związku z czym na młodego napastnika posypała się fala krytyki – dlaczego nie podał do swojego kolegi. W drugiej części nieco więcej zdziałać mogli gospodarze, ponieważ Paco Jemez wprowadził jeszcze jednego napastnika. Żaden strzał nie był jednak na tyle skuteczny, by pokonać Claudio Bravo. W 60. minucie drugą żółtą kartkę ujrzał Jorge Morcillo, w efekcie czego musiał opuścić plac gry. Grając w przewadze, Katalończycy zdecydowanie spuścili z tonu. Swoje akcje rozgrywali na stojąco. Mimo to, tworzyli sobie niezłe okazje. Te najlepsze miał Leo Messi, który mógł w samej drugiej połowie zdobyć trzy gole. Celownik Argentyńczyka był jednakże nienaturalnie rozregulowany. W końcówce kolejną czerwoną kartkę, za dwie żółte, zobaczył Javier Aquino. Nic ciekawego się już jednak nie wydarzyło. Goście zgarnęli kolejny komplet punktów, umacniając się na pozycji lidera. Dodatkowo Claudio Bravo cały czas śrubuje rekord minut z czystym kontem.

Składy:
Rayo: Tono Martinez – Tito, Abdoulaye Ba (46′ Manucho), Jorge Morcillo, Emiliano Insua – Raul Baena, Roberto Trashorras (74′ Jozabed Sanchez), Lica (46′ Javier Aquino), Gael Kakuta – Alberto Bueno, Leo Baptistao

Barcelona: Claudio Bravo – Dani Alves, Gerard Pique, Marc Bartra, Jeremy Mathieu – Sergio Busquets, Xavi, Andres Iniesta (69′ Ivan Rakitić) – Munir (59′ Pedro), Leo Messi, Neymar (80′ Sandro)

 

Eibar Levante

Dość niespodziewanie od samego początku do ataku ruszyli goście, którzy praktycznie w pierwszej swojej akcji za sprawą Moralesa obejmują prowadzenie. Gospodarze próbowali natychmiast odpowiedzieć, jednak sprytny strzał został wybity przez Diego Marino. Kolejne minuty to festiwal błędów zawodników obu zespołów, z których jednak nie wynikały żadne sytuacje. Dopiero w 44. minucie po kolejnym błędzie defensorów Eibar piłkę do bramki kieruje Camarasa. Pierwsza nudna połowa kończy się dwubramkowym prowadzeniem gości. O tym, że gospodarze w każdym meczu walczą do końca można było się przekonać już w pierwszej minucie drugiej połowy. Przerzut na lewą stronę i próba wrzucenia piłki w pole karne przez Larę kończy się samobójczym trafieniem Pedro Lopeza. Od początku drugiej części bardzo aktywny był Saul Berjon, który najpierw obsłużył Arruabarrenę (niestety ten nie wykorzystał sytuacji), a później sam doskonałym strzałem z powietrza po kombinacyjnym rozegraniu rzutu wolnego doprowadził do remisu. Z całą pewnością można przyznać, że te trafienie na pewno będzie kandydowało do miana gola kolejki. Po chwili Eibar kolejny raz trafiło, tym razem bramka została nieuznana, ponieważ strzelec, według sędziego, znajdował się na pozycji spalonej. Powtórki pokazały jednak, że bramka została zdobyta jak najbardziej prawidłowo. Co nie udało się gospodarzom, udało się gościom w 79. minucie. Garcia doskonale obsłużył Casadeusa, który, będąc na granicy pola karnego, oddał strzał w górny róg bramki. Kolejna w tym spotkaniu piękna bramka, przy której bramkarz mógł tylko spojrzeć w kierunku lecącej piłki. Następny raz mogliśmy jednak zobaczyć wojowniczy charakter Eibar, tym razem już w doliczonym czasie gry, a dokładnie w jego 4. minucie. Piłkę wybitą na aferę przejmuje Piovaccari, który obraca się i niesygnalizowanym strzałem pokonuje bramkarza gości. Spotkanie kończy się wynikiem 3:3. Biorąc pod uwagę dramaturgię i liczbę popełnionych błędów, oba zespoły powinny był zadowolone z 1 punktu.

Składy:
Eibar: Xabi Irureta – Eneko Boveda, Raul Albentosa, Raul Navas, Aabraham (46′ Manuel Castellano) – Jon Errasti, Dani Garcia – Saul Berjon, Mikel Arruabarrena (80′ Dejan Lekic), Javi Lara – Angel Rodriguez (46′ Federico Piovaccari)

Levante: Diego Marino – Pedro Lopez (72′ Issam El Adoua), Loukas Vyntra, Hector Rodas, Ivan Lopez – Ruben Garcia, Pape Diop, Victor Camarasa, Jose Morales (86′ Mohamed Sissoko) – Victor Casadesus, David Barral (82′ Jordi Xumetra)

 

Almeria Elche

Elche, bez Przemysława Tytonia w wyjściowym składzie, grało na Stadionie Igrzysk Śródziemnomorskich w Almerii i zaczęło w wielkim stylu, bo już po sześciu minutach gracze Frana Escriby objęli prowadzenie. Po błędzie obrony gospodarzy piłka znalazła się na boku pod nogami Jonathasa, a ten miękkim dośrodkowaniem odnalazł wbiegającego Victora Fernandeza, który zadebiutował na liście strzelców tego sezonu. Później asystujący przy golu starał się z dalszej odległości przerzucić Rubena, ale strzał choć mocny, to okazał się niecelny. Pod koniec pierwszej części z kontratakiem wychodziła Almeria, lecz Edgar mając przed sobą tylko bramkarza, zdecydował się na tragiczne podanie do kolegi. Na jego szczęście piłkę przejął jeszcze Wellington, spróbował wejść w pole karne i został sfaulowany. Arbiter podyktował jedenastkę, którą na bramkę zamienił Verza, choć wydaje się, że skrzydłowy z Brazylii był powalony przed szesnastką. Po przerwie strzelanie rozpoczął Edgar, ale jego próba nie była dobra. Za to klasę pokazał Jonathas w 56. minucie. Genialnym długim podaniem popisał się Mosquera. Napastnik poczekał aż piłka nie będzie się wysoko odbijała i uderzeniem z powietrza wcisnął piłkę pod poprzeczkę. Ruben nie miał żadnych szans. Brazylijczyk miał okazję zaliczyć naprawdę wyśmienity mecz, ale do gola i asysty dołożył dwie żółte kartki, a tą wykluczającą go z gry zdobył za zagranie ręką. Od tej pory Almerii grało się łatwiej i wydawało się, że nie mają prawa nawet zremisować tego spotkania. Najwięcej szans miał Wellington, ale nie mógł znaleźć drogi do siatki. Udało się to natomiast rezerwowemu w tym starciu Hemedowi, dla którego było to pierwsze trafienie w obecnej kampanii. Wykorzystał on celne dośrodkowanie Verzy z narożnika boiska i strzałem głową uprzedził interweniującego Herrerę. Almeria wydziera oczko na własnym stadionie.

Składy:
Almeria: Ruben Martinez – Ximo Navarro, Mauro Dos Santos (75′ Miguel Angel Corona), Angel Trujillo, Sebastian Dubarbier – Jose Verza, Ramon Azeez – Wellington da Silva, Fernando Soriano (61′ Tomer Hemed), Edgar Mendez – Thievy (61′ Jonathan Zongo)

Elche: Manu Herrera – Damian Suarez, Enzo Roco, David Lomban, Edu Albacar – Jose Angel, Pedro Mosquera – Garry Rodrigues, Victor Rodriguez (81′ Mario Pasalic), Coro (73′ Adrian Gonzalez) – Jonathas (88′ Cristian Herrera)

 

Malaga Granada

Ciekawie zapowiadały się te derby Andaluzji, bowiem obie drużyny są od początku sezonu w niezłej dyspozycji. Mogliśmy więc przypuszczać, że i to starcie będzie trzymało nas w napięciu. Bardzo szybko zobaczyliśmy gola, ponieważ nie minęło nawet 60 sekund. Na bramkę zza pola karnego uderzał Ruben Rochina, a interweniujący Carlos Kameni odbił piłkę przed siebie, gdzie już czyhał Youssef El Arabi. Snajper Granady nie miał żadnych problemów z umieszczeniem futbolówki w siatce. Po stracie bramki gospodarze próbowali jak najszybciej odpowiedzieć, jednak nie było ich stać na wiele. Dobrze funkcjonowały linie obrony i pomocy rywali, więc podopieczni Javiego Gracii mieli dość ograniczone pole manewru. Najgroźniejszą okazją był kontratak, po którym w stronę bramki Roberto strzelił Ricardo Horta. Portugalczyk zrobił to jednak minimalnie niecelnie. Dużo lepiej wychodziło im to po przerwie. Aktywny był Roque Santa Cruz. Najpierw próbę doświadczonego napastnika obronił Roberto, ale chwilę później był już bezradny. Z lewej strony dograł Antunes, do piłki ruszył Samu Castillejo, ale zablokował go golkiper rywali. Futbolówka trafiła pod nogi Paragwajczyka, a ten spokojnym strzałem doprowadził do wyrównania. W 72. minucie faulu dopuścił się Marcos Angeleri. Przewinienie było wykonane chyba w ostatniej chwili, tuż przed polem karnym, chociaż piłkarze Granady protestowali i domagali się podyktowania jedenastki. Stoper miejscowej ekipy został za to wyrzucony, ponieważ sfaulowany Isaac Success wybiegał sam na sam z bramkarzem. Gospodarze w osłabieniu potrafili jednak przechylić szalę na swoją stronę. W 80. minucie sędzia wskazał na jedenasty metr po zagraniu piłki ręką przez Manuela Iturrę, byłego zawodnika Malagi (na początku Velasco Carballo nakazał wznowić grę z narożnika boiska). Do futbolówki podszedł Vitorino Antunes i pewnym uderzeniem pokonał Roberto. W końcówce okazję miał jeszcze Allan Nyom, ale jego uderzenie na słupek sparował Kameni. W efekcie Malanguistas zdobyli komplet punktów, dzięki czemu wyprzedzili swojego przeciwnika w tabeli.

Składy:
Malaga: Carlos Kameni – Roberto Rosales, Sergio Sanchez, Marcos Angeleri, Vitorino Antunes – Ignacio Camacho, Sergi Darder – Ricardo Horta (74′ Miguel Torres), Juanmi, Nordin Amrabat (58′ Samuel Castillejo) – Roque Santa Cruz (83′ Recio)

Granada: Roberto Fernandez – Allan Nyom (87′ Javi Marquez), Jean Babin, Jeison Murillo, Dimitri Foulquier – Manuel Iturra, Fran Rico, Piti, Ruben Rochina (57′ Abdoulwahid Sissoko) – Youssef El Arabi, Jhon Cordoba (59′ Isaac Success)

 

Sevilla Deportivo

W niedzielne południe zawędrowaliśmy do Sewilli, gdzie miejscowy zespół Unaia Emery’ego podejmował jedną z najsłabszych dotąd ekip – Deportivo. Po raz pierwszy w wyjściowym składzie zabrakło miejsca dla Grzegorza Krychowiaka, któremu hiszpański szkoleniowiec dał chyba odpocząć. Gospodarze od pierwszych minut posiadali dużą przewagę. W 11. minucie słaby strzał Vitolo obronił German Lux, a osiem minut później jedno z największych pudeł kolejki zaliczył Denis Suarez. Młody rozgrywający otrzymał fantastyczne podanie od Evera Banegi, ale w sytuacji sam na sam chybił. W 24. minucie było już jednak 1:0. Z rzutu rożnego dośrodkował Gerard Deulofeu, a w polu karnym najlepiej zachował się Stephane Mbia, który potwierdził swoją znakomitą dyspozycję strzelecką z ostatnich tygodni. Kiedy wydawało się, że gospodarze będą mieć wszystko pod kontrolą, w 31. minucie genialnie rzut wolny wykonał Haris Medunjanin. Broniący Beto nawet nie drgnął. Golazo! Podrażnieni gospodarze od razu przeszli do ataków. Strzał Benoit Tremoulinasa zatrzymał się na poprzeczce, ale chwilę później akcję zespołu skutecznie wykorzystał Carlos Bacca, który po minięciu bramkarza musiał już tylko skierować futbolówkę do siatki. Na początku drugiej części miejscowi wyglądali, jakby jak najszybciej chcieli zamknąć to spotkanie, strzelając jeszcze jednego gola. Udało się to w 57. minucie. Na skrzydle przyspieszył Bacca, zagrał do niepilnowanego Mbii, a Kameruńczyk po raz drugi celnie trafił. 6 minut później nokautu dopełnił Vitolo. Fatalnie zachowała się defensywa Deportivo – czterech graczy skupiło się na dryblującym Gerardzie Deulofeu, który swoją drogą rozegrał najlepsze spotkanie w tym sezonie. Piłkarz wypożyczony z Barcelony dostrzegł zupełnie niepilnowanego kolegę, a ten spokojnie wykończył akcję. W 68. minucie rzutu karnego nie wykorzystał jeszcze Bacca. Do końca meczu gospodarze szukali piątego trafienia – najbardziej pragnęli tego wprowadzeni po przerwie Aspas i Reyes – ale żaden z nich nie pokonał już portero rywala. Z godnych uwagi aspektów można jeszcze wyróżnić debiut w La Liga Cezarego Wilka, jednak Polak na tle bezbarwnego rywala nie zaprezentował się szczególnie wybitnie. Odnotował jednak jeden celny strzał, ale pewnie obroniony przez Beto. Kto wie, widząc słabą formę swoich piłkarzy, Victor Fernandez byłemu pomocnikowi Wisły Kraków jeszcze szanse. Na razie beniaminek prezentuje się bardzo mizernie. Obecnie znajduje się na ostatniej pozycji, mając na swoim koncie największą liczbę straconych goli w całej lidze (19 w 7 meczach!). Zmiany pożądane są od zaraz. Z kolei Sevilla, wykorzystując potknięcie Atletico, awansowała na trzecią lokatę.

Składy:
Sevilla: Beto – Coke, Nicolas Pareja (84′ Grzegorz Krychowiak), Daniel Carrico, Benoit Tremoulinas – Stephane Mbia, Ever Banega – Gerard Deulofeu (74′ Jose Antonio Reyes), Denis Suarez, Vitolo – Carlos Bacca (79′ Iago Aspas)

Deportivo: German Lux – Laure, Antonio Lopo, Sidnei, Luisinho – Alex Bergantinos, Haris Medunjanin, Jose Rodriguez (64′ Cezary Wilk) – Juanfran, Toche (79′ Roberto Canella), Luis Farina (59′ Ivan Cavaleiro)

 

Celta Villarreal

Jedno z najciekawszych spotkań rozgrywanych w ten weekend na Półwyspie Iberyjskim. Dwie drużyny, które lubią grać w futbol oparty na ciekawych, składnych akcjach, mierzyły się w niedziele popołudnie na Estadio Balaidos. Od początku nieco lepsze wrażenie sprawiali gospodarze. Bardzo dobrze funkcjonował ofensywny kwartet złożony z Nolito, Fabiana Orellany, Joaquina Larriveya oraz Michaela Krohn-Dehliego, ale brakowało skuteczności – albo podczas strzału, albo przy ostatnim podaniu. Tę natomiast mieli tego dnia goście, którzy, podobnie jak dzień wcześniej Barcelona, w ciągu jednej minuty wyprowadzili dwa celne ciosy. Przeciwnie jednak do Katalończyków, tutaj katem okazał się jeden piłkarz – Moi Gomez. Najpierw skrzydłowy wykorzystał świetną pracę na prawej flance Denisa Czeryszewa, który minął dwóch zawodników i wyłożył piłkę Hiszpanowi jak na tacy, a potem wykorzystał bierność obrońców Celty i strzałem z dystansu pokonał po raz drugi Sergio Alvareza. W 38. minucie gospodarzy mógł dobić Bruno Soriano, ale jego główka o centymetry minęła słupek. W odpowiedzi bardzo ładnym uderzeniem z dystansu popisał się Krohn-Dehli, ale jeszcze lepszą obroną wykazał się Sergio Asenjo. W 44. minucie piłkarze z Galicji wreszcie dopięli swego. Bardzo nieodpowiedzialnie zachował się Victor Ruiz, który stracił piłkę na własnej połowie. Z tą popędził Larrivey, który stanął oko w oko z bramkarzem Villarrealu i pewnym strzałem po ziemi go pokonał. Gol do szatni mógł zwiastować wielkie emocje w drugiej części. Gdyby jednak w 51. minucie Mario Gaspar wykorzystał świetną szansę, mogło już być po meczu. Czujnie zachował się Sergio Alvarez. Od tego momentu byliśmy świadkami oblężenia bramki Żółtej Łodzi Podwodnej. Co chwilę któryś z piłkarzy Celty decydował się na mniej lub bardziej udany strzał, lub też wrzutkę, która niejednokrotnie wprowadzała zamieszanie w niezbyt pewnej tego dnia formacji obronnej gości. W 87. minucie ostrego faulu dopuścił się Andreu Fontas, któremu arbiter pokazał drugą żółtą kartkę i usunął z placu gry. Chwilę później piłkę meczową na głowie miał Larrivey, ale tę próbę również udaremnił Asenjo dobrym wyjściem z bramki. W doliczonym czasie gry zabójczą kontrę wyprowadzili przyjezdni. Rozpoczął ją Mario Gaspar, który zagrał do Luciano Vietto. Argentyńczyk z powrotem odegrał do prawego obrońcy, a ten nie miał kłopotów, by strzelić ostatniego gola w tym meczu. Gracze z Vigo nie są już niepokonaną drużyną. Teraz poszczycić się tym mogą tylko zespoły Barcelony i Valencii. Villarreal natomiast, dzięki trzem oczkom doszlusował do czołówki, usadawiając się tuż za Celtą.

Składy:
Celta: Sergio Alvarez – Hugo Mallo, Andreu Fontas, Gustavo Cabral, Carles Planas (69′ Jonny) – Nemanja Radoja (75′ Levy Madinda), Alex Lopez (84′ Charles), Michael Krohn-Dehli – Fabian Orellana, Joaquin Larrivey, Nolito

Villarreal: Sergio Asenjo – Mario Gaspar, Victor Ruiz, Gabriel Paulista, Adrian Marin – Moi Gomez (73′ Cani), Manu Trigueros, Bruno Soriano, Denis Czeryszew (65′ Jonathan dos Santos) – Giovani dos Santos (67′ Luciano Vietto), Ikechukwu Uche

 

Espanyol Sociedad

Do Barcelony w niedzielne popołudnie przyjeżdżał Real Sociedad, aby zmierzyć się z Espanyolem. Gospodarze nie okazali się jednak gościnni dla Basków, ponieważ już w 7. minucie zdołali wyjść na prowadzenie. Lewym skrzydłem akcję przeprowadził Sergio Garcia, dograł do środka, a tam piłkę przepuścił Caicedo, bo za jego plecami był Lucas, któremu udało się umieścić piłkę w bramce. Po tej sytuacji mieliśmy kilkanaście minut posuchy, w których niegroźne uderzenie oddawał asystujący przy trafieniu dla Los Pericos. Po przerwie czerwoną kartę powinien obejrzeć Mikel Gonzalez, który faulował Victora Alvareza. Najpierw popełnił on głupi błąd jako ostatni obrońca, a później musiał uciekać się do przewinienia, bo inaczej pomocnik Espanyolu miałby otwartą drogę do bramki. Sędzia postanowił jednak wymierzyć bardzo łagodną karę, czyli pokazał obrońcy żółty kartonik. Po tym trochę obudził się Real Sociedad, ale nie na tyle, aby poważnie zagrozić Casilli. Za to defensywa tego zespołu stworzyła kolejne zagrożenie pod swoim polem karnym, które odważnym wyjściem musiał wyjaśniać Zubikarai. Sergio Gonzalez postanowił w trakcie drugiej połowy przeprowadzić zmiany. Na murawie pojawili się Montates oraz Stuani i to oni stworzyli drugiego gola dla gospodarzy w 92. minucie. Pierwszy z nich po rajdzie lewym skrzydłem wrzucił futbolówkę zewnętrzną częścią stopy, a w tempo do tego podania dotarł Urugwajczyk i ustalił wynik meczu na 2-0. Real Sociedad nie spisuje się na miarę oczekiwań w tym sezonie i podobnie jak inna drużyna z Kraju Basków – Athletic – znajduje się w fatalnej formie. Piłkarze z Bilbao grali bezpośrednio po tym meczu na Santiago Bernabeu…

Składy:
Espanyol: Kiko Casilla – Javi Lopez, Diego Colotto, Alvaro Gonzalez, Juan Rafael Fuentes – Alvaro Vazquez, Jose Canas, Victor Sanchez, Victor Alvarez (72′ Paco Montanes) – Felipe Caicedo (63′ Christian Stuani), Sergio Garcia (89′ Eric Bailly)

Sociedad: Enaut Zubikarai – Joseba Zaluda, Mikel Gonzalez, Inigo Martinez, Alberto de la Bella (46′ Jon Gaztanaga) – Markel Bergara, David Zurutuza – Carlos Vela, Xabi Prieto (70′ Alfred Finnbogason), Sergio Canales (61′ Gonzalo Castro) – Imanol Agirretxe

 

Real Athletic

… i zagrali jeszcze gorzej. Baskowie znajdowali się w fatalnej formie, a rozpędzeni podopieczni Ancelottiego rozjeżdżali kolejnych rywali jak walec. Tym razem nie było inaczej. Gospodarze zaliczyli szybie otwarcie. W 3. minucie z prawej strony centrował Bale, a przy długim słupku znajdował się Ronaldo, który głową pokonał Gorkę. Królewscy byli cały czas w natarciu i tylko Iraizoz ratował Athletic od straty kolejnych goli. Nie dał rady jednak robić tego cały czas i przez to w 41. minucie było 2-0 po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i główce Karima Benzemy. Po przerwie nic nie uległo zmianom. Real cały czas parł do przodu, a bezradni gracze z Bilbao przyglądali się tylko jak piłkarze w białych koszulkach raz po raz zatrudniają bramkarza ich drużyny. W 55. minucie Benzema zagrał świetną piłkę z środka boiska do Bale’a, a ten wyłożył ją na złotej tacy Cristiano Ronaldo i było już trzy zero. Portugalczyk zmierzał w stronę trzeciego hat-tricka w tym sezonie. W międzyczasie sam Walijczyk mógł wpisać się na listę strzelców, lecz zmarnował efektowne zagranie piętą od Jamesa. 69. minuta to już popis Modrica, który na własnej połowie z dziecinną łatwością ograł rywala, wyprowadził piłkę jeszcze kilkanaście metrów do przodu, po czym oddał ją Ronaldo. Ten natomiast nie zdecydował się na kolejnego gola, choć miał ku temu dogodną okazję. Wolał obsłużyć podaniem Benzemę, który trafił drugi raz do siatki tego dnia. To nie oznacza, że CR7 zaprzestał w dążeniach, aby wpisać się trzynasty raz na listę strzelców w obecnej kampanii. Próbował, próbował… aż z pomocą przyszedł mu Pepe oraz spory fart. W 89. minucie po centrze z lewej strony strzelał obrońca Realu… ale trafił wprost w swojego rodaka. Co więcej, wydaje się, że piłka odbiła się od jego ręki. Wpadła jednak do siatki, a sędzia zdecydował się wskazać na środek boiska. Tym samym mieliśmy okazję podziwiać manitę w wykonaniu graczy z Santiago Bernabeu. Czasu do El Clasico już bardzo mało, ale wydaje się, że Real nie musi się martwić o formę.

Składy:
Real: Iker Casillas – Dani Carvajal, Pepe, Sergio Ramos (46′ Raphael Varane), Marcelo – Luka Modric, Toni Kroos (74′ Asier Illarramendi), James Rodriguez – Gareth Bale, Karim Benzema (79′ Isco), Cristiano Ronaldo

Athletic: Gorka Iraizoz – Oscar De Marcos, Aymeric Laporte, Carlos Gurpegi, Mikel Balenziaga – Ander Iturraspe, Mikel Rico – Markel Susaeta (62′ Unai Lopez), Benat (46′ Ibai Gomez), Iker Muniain (76′ Xabier Etxeita) – Guillermo Fernandez

 

Statystyki 7. kolejki:
- Padło 37 goli: 18 prawą nogą (49%), 9 lewą nogą (24%), 7 główką (19%), 1 inną częścią ciała (3%) i 2 samobóje (5%)
- Pokazano 58 żółtych i 6 czerwonych kartek
- Mecze oglądało 269,7 tysiąca widzów (26970 na mecz)

Mecz kolejki: Eibar – Levante

Jedenastka kolejki:11 po 7 kolejce

 

Piłkarz kolejki: Cristiano Ronaldo (Real)
Trzeci hat-trick w sezonie, tyle samo zdobytych bramek co łącznie Neymar i Messi w obecnym sezonie i jeszcze do tego jedna asysta w meczu z Bilbao. Fantastyczny występ Portugalczyka i to nie jego taki pierwszy w ostatnim czasie. Życzymy mu oczywiście zdrowia, ale mamy jednocześnie nadzieję, że forma nie przyjdzie na 25 października, a wtedy rekordy będzie bił nie CR7, a Claudio Bravo. Mimo to pełen szacunek za Cristiano za kolejne wybitne osiągnięcie.

Cienias kolejki: Joao Miranda (Atletico)
Zdaje się, że wysoką formę defensor Mistrzów Hiszpanii ma już za sobą. W sobotnim pojedynku z Valencią, to on był głównym autorem sukcesu przeciwników, a nie oni sami. Wydatnie przyczynił się do zdobycia dwóch bramek dla przeciwnika, przy czym przy pierwszej kompletnie go wyręczył, gdy nieatakowany przez nikogo wpakował piłkę do własnej bramki. Jeśli takie błędy będą się powtarzać, trener powinien poważnie pomyśleć o choćby jednomeczowym odpoczynku dla Mirandy.

Pozytywne wyróżnienie kolejki: Stephane Mbia (Sevilla)
W znakomitej dyspozycji jest od początku kampanii kameruński pomocnik. Nie chodzi tu tylko o jego podstawowe zadania, czyli mądrą i odpowiedzialną grę w środku pola, gdzie jest odpowiedzialny za rozbijanie akcji rywala, ale jest również skuteczny w polu karnym rywala. W lidze ma do tej pory trzy trafienia, a pamiętać należy, że także w Lidze Europejskiej dwukrotnie pokonał bramkarza rywala. Jak na swoją pozycję, wynik ten jest wyśmienity. Unaiowi Emery’emu można pozazdrościć wszechstronności i skuteczności piłkarza, a Grzegorzowi Krychowiakowi cierpliwości w walce o miejsce w składzie.

Negatywne wyróżnienie kolejki: Sędziowie
Przede wszystkim na wyróżnienie zasługują arbitrzy spotkań Valencia – Atletico, Eibar – Levante, Getafe – Cordoba oraz Almeria – Elche. Co gorsza, nie boimy się użyć tego słowa, swoimi decyzjami mogli wypaczyć wyniki spotkań. W pierwszym przypadku, przy stanie 3:1 dla gospodarzy nie dyktuje on ewidentnego karnego za zagranie ręką Otamendiego. W drugim i trzecim meczu sędzia nie uznaje zawodnikom odpowiednio Eibar i Getafe prawidłowo zdobytych bramek, które dałyby gospodarzom prowadzenie. W efekcie czego zamiast cieszyć się z 3 oczek, zdobyli szczęśliwie tylko jeden. W Almerii arbiter podyktował za to rzut karny za faul, który miał miejsce przed polem szesnastu metrów. Niestety, jest to kolejny już raz, kiedy pod uwagę jako negatywne wyróżnienie bierzemy sędziowanie. Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że poziom jak najszybciej ulegnie poprawie.

Gol kolejki: Saul Berjon (Eibar)
Bezapelacyjny zwycięzca tej kolejki. Wydaje się, że to było uderzenie z typu tych, w których zawodnik zamyka oczy i uderza z całej siły przed siebie, ale nawet jeśli tak było, to wyszło to genialnie. Dośrodkowanie z rzutu wolnego z lewej strony boiska, zostało tak uderzone z powietrza, że piłka zatrzepotała w prawym górnym narożniku bramki. Rzadko zdarzają się takie uderzenia z woleja. Wydaje się, że bramka ta padła w idealnym dla tego zawodnika momencie. Wyraźnie jego forma rośnie, a takie golazo tylko może podbudować jego pewność siebie i morale.

Pudło kolejki: Leo Messi (Barcelona)
Leo zdobył ładną bramkę w meczu z Rayo, ale gdyby wykorzystał wszystkie swoje okazje, mógłby mieć na swoim koncie tych goli co najmniej trzy więcej. Druga połowa sobotniego starcia była dla Argentyńczyka była bardzo nieudana. Pudłował w sytuacjach, które zazwyczaj wykorzystuje z zawiązanymi oczami. Być może była to kwestia rozstrzygniętego w zasadzie spotkania i zbyt dużego rozluźnienia, ale jeśli chce się walczyć o Trofeo Pichichi, trzeba takie strzały umieszczać w siatce. Zwłaszcza że konkurencja nie śpi…

Klasyfikacje 7 kolejka Terminarz 8. kolejki (17-20.10.2014): Terminarz 8 kolejka Przerwa na spotkania międzynarodowe właśnie się zaczyna, a na boiska ligowe powrócimy 17 października. Wtedy to zaczniemy 8. kolejkę od starcia przegranych zakończonej tury spotkań – Granady oraz Rayo. Będzie to spotkanie ekip środka tabeli, ale wygrana drużyna może trochę podskoczyć w zestawieniu. Sobota rozpocznie się na Camp Nou, gdzie przyjedzie beniaminek z Eibar. Claudio Bravo po pobiciu rekordu Artoli atakuje osiągnięcie Reiny, a do tego brakuje mu zachowania czystego konta w najbliższych dwóch spotkaniach, w tym w Gran Derbi. Najpierw jednak trzeba pokonać najlepszą, jak mówi tabela, drużynę z Kraju Basków. Kto przed sezonem pomyślałby, że będzie to ekipa z najniższym budżetem w lidze? Później przeniesiemy się na San Mames, gdzie inny zespół z Baskonii – Athletic – będzie szukał formy w starciu z rozpędzoną Celtą Vigo. Co prawda zawodnicy z Galicji ulegli Villarreal, ale mają nadal korzystny bilans meczów w obecnym sezonie i na pewno powalczą o pełną pulę. O 20.00 Real Madryt pojedzie do Valencii, aby poskromić marzenia Levante o walce o spokojne utrzymanie. Żaby powoli odbijają się od dna i zaczęły nawet strzelać gole, ale dla Królewskich nie powinno być kłopotem, aby przed El Clasico mieć maksimum cztery oczka straty do Barcelony. Dzień zakończy konfrontacja Cordoby z Malagą. W niedzielne południe będą przeżywać katusze zespoły Atletico oraz Espanyolu. Mistrzowie kraju zostali upokorzeni przez Valencię, a Papużki rozbiły kiepski Real Sociedad. Piłkarze z Barcelony mają chrapkę na gonienie czołówki, a do tego potrzebne im są oczka w starciu z najlepszymi. O 17.00 przeniesiemy się na El Riazor. Deportivo postara się powstrzymać zawodników Nuno Esprito Santo, czyli Valencię. Zadanie wydaje się karkołomne, bo Depor to nowa „czerwona latarnia” rozgrywek i obecnie passa porażek z rzędu zatrzymała się na liczbie 4. Nietoperze to nie jest dobra drużyna do przerywania nieszczęśliwych serii. Następnie będziemy się ekscytować „polskim starciem”, czyli Elche-Sevilla, choć pewnie w wyjściowych zestawieniach obejrzymy tylko jednego rodaka – Grzegorza Krychowiaka. O 21.00, na zamknięcie niedzieli, starcie Villarreal – Almeria. W poniedziałek tylko jedno spotkanie, które zamknie ósmą serię. Real Sociedad poszuka w końcu upragnionego zwycięstwa w konfrontacji z Getafe, które ostatnio powoli zaczyna wygrzebywać się z dołka, ale jeszcze nie ma powodów do hurraoptymizmu. Na ten moment cieszmy się spotkaniami eliminacyjnymi do EURO 2016, a 17 października powróćmy przed odbiorniki, aby przyjąć kolejną porcję emocji związanych z La Liga! Do zobaczenia za niecałe dwa tygodnie!

Autorzy: