La Liga gra: Wielka trójka ucieka

Rozpoczynamy rewanże! W weekend została rozegrana dwudziesta, pierwsza w rundzie wiosennej, kolejka La Liga. Prawdziwym hitem miało okazać się starce Barcelony z powracającym na właściwe tory Athletikiem. Emocji spodziewano się także po derbach Andaluzji w najmocniejszym wydaniu, czyli starciu Sevilli z Malagą. Real i Atletico mierzyły się zaś z beniaminkami – odpowiednio ze Sportingiem i Las Palmas. Zapraszamy na podsumowanie!

Mecze 20. kolejki:
Sevilla 2-1 Malaga

Na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan powoli wychodząca z kryzysu Sevilla podejmowała Malagę, która dopiero w poprzedniej kolejce zakończyła zakończyła remisem swój serial zwycięstw. Mecz zapowiadał się więc niezwykle ciekawie. Już na początku spotkania fantastyczną okazję dla gości zaprzepaścił Krohn-Dehli. Po zgraniu głową od Tremoulinasa, Duńczyl nie był w stanie nawet trafić w bramkę z bliskiej odległości. Zdecydowanie bardziej skuteczny był Kevin Gameiro. W 40 minucie długie podanie w kierunku swojego napastnika rzucił Adil Rami. Zagranie okazało się na tyle skuteczne, że Gameiro zdołał urwać się obrońcy i pięknym lobem pokonać bramkarza. To jednak nie był koniec popisów Francuza w pierwszej połowie. Zaledwie dwie minuty później snajper gospodarzy zdobył drugiego gola. Banega, Vitolo i Gameiro wymienili międzu sobą podania w środku boiska, a osatecznie skrzydłowy Sevilli zagrał do Francuza, który znów przerzucił piłkę nad Kamenim. Warto jednak zaznaczyć, że cała akcja zaczęła się w dość kontrowersyjnych okolicznościach, gdyż Vitolo raczej faulował swojego rywala w momencie rozpoczęcia bramkowej kontry. Po rozpoczęciu drugiej połowy Gameiro mógl zaliczyć hat-tricka, lecz jego strzał został wybity przez obrońcę sprzed linii bramkowej. Malaga do końca spotkania nie złożyła broni. W 72 minucie rzut wolny wykonywał Duda, który zdecydował się wrzucić piłkę na długi słupek. Pojedynek główkowy wygrał Weligton, a Charles wpakował futbolówkę do siatki. W ostatnich minutach zamiast gry w piłkę kibice mogli zobaczyć próbkę mieszanych sztuk walki, co skończyło się czerwonymi kartkami, najpierw dla Iborry, a już w doliczonym czasie gry dla Boki. Mimo trudności Sevilla odniosła zwycięstwo na własnym obiekcie, pozowliło ono dołączyć piłkarzom Emery’ego do ścisłej czołówki tabeli. Malaga z kolei musi od nowa budować serię meczów bez porażki.

Składy:
Sevilla: Sergio Rico – Benoit Tremoulinas, Daniel Carrico, Adil Rami, Coke – Sebastian Cristoforo (63’ Vicente Iborra), Grzegorz Krychowiak – Michael Krohn-Dehli (84’ Steven N’Zonzi), Ever Banega (76’ Jose Antonio Reyes), Vitolo – Kevin Gameiro

Malaga: Carlos Kameni – Arthur Boka, Weligton, Raul Albentosa, Roberto Rosales – Gonzalo Castro, Ignacio Camacho, Recio, Nordin Amrabat (67’ Roque Santa Cruz) – Duje Cop (52’ Duda), Charles


Celta 4-3 Levante

Przez ostatnie kolejki czołówka ligi uciekła trochę Celcie, która dostała w końcu dobre spotkanie, aby z powrotem zmniejszyć dystans do ucieczki. Levante co prawda przełamało tragiczną serię sześciu spotkań bez zwycięstwa, ale mimo to nadal pozostawało na ostatnim miejscu w tabeli i szanse wyjścia z dołka nie powiększyły się po wygranej nad Rayo. Przez pierwsze pół godziny nie działo się w tym meczu praktycznie nic. Najpierw Celta przekombinowała rozegranie rzutu wolnego, przez co uderzenie Wassa zostało zablokowane. Gośćie zdołali odpowiedzieć dopiero w 29. minucie za sprawą Camarasy, którego próba także pozostawiała wiele do życzenia. Wynik udało się otworzyć dopiero 10 minut przed zejściem do szatni. Orellana wypuścił podaniem na skrzydle Aspasa, ten powędrował niemal do linii końcowej i wyłożył piłkę na pustą bramkę Guidettiemu. Dla napastnika Celty był to dopiero drugi gol w tym sezonie. Sędzia nie zdążył jednak zaprosić zawodników na przerwę, a wysoki blondyn już zapisał sobie kolejne trafienie. Tym razem dostał podanie za linię obrony od Wassa i zdecydował się na niekonwencjonalne rozwiązanie akcji – spróbował przelobować bramkarza. Sztuka ta udała się Guidettiemu i gospodarze prowadzili dwiema bramkami. Po rozpoczęciu drugiej części nadal dominowała Celta i po kilkudziesięciu sekundach powinna podwyższyć prowadzenie, ale po zagraniu Guidettiego Orellana zmarnował okazję „sam na sam” z zaledwie paru metrów. Chilijczyka zdołał jednak poprawić Iago Aspas, który przed upływem godziny gry zdecydował się na samotny rajd środkiem pola karnego. Wpadł między czterech rywali i posłał płaski strzał obok bezradnego Marino. Wydawało się, że nic już Celcie nie może zagrozić. W 63. minucie Levante dało jednak sygnał do ataku. Camarasa centrował w pole karne z beznadziejnej pozycji, bo był już przy samym narożniku boiska. Stoperzy zespołu miejscowego nie upilnowali jednak Deyversona, który doskoczył do zagranej piłki i głową skierował ją do siatki. Przy linii bocznej na zmianę czekał już Roger Marti, ale nie wszedł przy wyniku 3:1, a 3:2. Zaledwie około sto sekund po trafieniu Deyversona padła druga bramka dla Levante. Tym razem centra powędrowała z drugiej strony – od Moralesa – a akcję wykańczał na długim słupku Pedro Lopez. Drużyna z Balaidos straciła panowanie nad tym meczem, ale przejezdni nieco spuścili z tonu. Dopiero na 10 minut przed końcem znów pojedynek główkowy wygrał Deyverson i zmusił do wielkiego wysiłku Alvareza. Ofensywne nastawienie czerwonej latarni ligi odbiło się jej czkawką w samej końcówce. Przy Aspasie znalazło się dwóch rywali, lecz ten oddał futbolówkę na lewą stronę, gdzie niepilnowany był Orellana. Gracz z Ameryki Południowej podprowadził sobie piłkę bliżej i uspokoił fanów Celty, ale tylko na moment, bo w 89. minucie Levante znów złapało kontakt. Uderzenie Rogera sparował z trudem bramkarz Celty, ale przy mocnej dobitce Moralesa pod poprzeczkę nie miał już szans. Żaby robiły wszystko, żeby doprowadzić do remisu, ale nie starczyło już czasu. Celta ostatecznie ma upragnione trzy oczka, ale nieoczekiwanie musiała się o nie być do ostatnich fragmentów starcia.

Składy:
Celta: Sergio Alvarez – Jonny, Hugo Mallo, Gustavo Cabral, Carles Planas – Daniel Wass, Pablo Hernandez (86′ Sergi Gomez) – Fabian Orellana, Iago Aspas, Theo Bongonda (70′ Nemanja Radoja) – John Guidetti (62′ Josep Sene)

Levante: Diego Marino – Pedro Lopez, David Navarro (82′ Nabil Ghilas), Zouhair Feddal, Tono – Simao Mate (66′ Roger) – Mauricio Cuero (56′ Ruben Garcia), Victor Camarasa, Jefferson Lerma, Jose Morales – Deyverson


Villareal 0-0 Betis

Villarreal był jedynym zespołem w lidze, który utrzymywał tempo Atletico, Barcelony i Realu. W lidze utrzymywał serię sześciu zwycięstw z rzędu. Ostatnia porażka w Primera Division Żółtej Łodzi Podwodnej miała miejsce pod koniec listopada. Nastroje w drużynie Marcelino nie były jednak bardzo dobre, ponieważ w środku tygodnia pożegnała się ona z Pucharem Króla po porażce z Athletikiem. Rekompensatę za tę przegraną miało być zwycięstwo z Betisem, który, licząc wszystkie rozgrywki, nie wygrał od dziewięciu meczów. Widmo strefy spadkowej niebezpiecznie zawisło nad klubem z Sewilli, a terminarz na pewno nie sprzyja ekipie Verdiblancos. Pierwsza połowa nie zachwyciła kibiców. Mecz toczył się w dość szybkim tempie, ale brakowało czystych sytuacji na zdobycie gola. Po kwadransie gry okazję „sam na sam” miał Castro, ale trafił w boczną siatkę. Później na swojego gola polował Bakambu, który dwukrotnie nękał Adana, ale raz trafił wprost w niego, a za drugim minimalnie przestrzelił obok słupka. Końcówka pierwszej części stała pod znakiem desperacji ze strony gości, którzy starali się trafić do siatki z niemal każdej pozycji, ale arbiter Gonzalez Gonzalez zaprosił piłkarzy do szatni przy rezultacie 0:0. Nadzieje na ciekawsze starcie w drugiej połowie gasły wraz z upływającymi minutami. Lepiej tę odsłonę meczu rozpoczęli miejscowi, ale dwie ciekawe sytuacje spartaczył Jonathan. Najpierw nie popisał się dokładną centrą w pole karne, gdzie dobrze byli ustawieni jego partnerzy, a następnie nie wykorzystał świetnego podania od Soldado. W 71. minucie Betis miał swoją najgroźniejszą szansę po wrzutce Kadira. W pole karne wbiegał Ruben Castro, ale o centymetry minął się z piłką. Gdyby ją sięgnął, to gol musiałby w końcu paść. Napastnik opuścił niedługo później murawę. Zawiódł zarówno on, jak i jego vis-a-vis z drugiej drużyny, czyli Bakambu, choć ten drugi przy odrobinie szczęścia mógł przynajmniej trafić raz do bramki. Tak się jednak nie stało i w oczekiwaniu na gola upłynął wszystkim mecz. Villarreal stracił dystans do trójki przewodzącej, która zgodnie gromiła rywali. Za plecami Żółtej Łodzi Podwodnej czają się Eibar i Celta. Natomiast Betis ciuła kolejne oczko w walce o utrzymanie.

Składy:
Villarreal: Alphonse Areola – Mario Gaspar, Mateo Musacchio, Victor Ruiz, Adrian Marin – Jonathan dos Santos, Manu Trigueros, Bruno Soriano, Denis Suarez (74′ Samu Castillejo) – Roberto Soldado, Cedric Bakambu (68′ Leo Baptistao)

Betis: Antonio Adan – Cristiano Piccini (83′ Francisco Molinero), German Pezzella, Bruno Gonzalez, Jose Manuel Vargas – Petros, Alfred N’Diaye – Foued Kadir, Fabian (80′ Francisco Portillo), Alvaro Cejudo – Ruben Castro (75′ Jorge Molina)


Sociedad 1-1 Deportivo

Deportivo po serii dobrych występów zaczęło systematycznie spadać w ligowej tabeli i obniżać poziom swojej gry. Ich przeciwnikiem w ostatnim sobotnim spotkaniu był Real Sociedad, który choć poprzednich dwóch meczów nie przegrał, to ciągle bliżej mu do strefy spadkowej. Na początek napastnicy obu drużyn postanowili sprawdzić formę bramkarzy. Najpierw po podaniu Veli strzelal Jonathas, lecz Lux fantastycznie obronił nogami, a później Lucas Perez przegrał pojedynek z Rullim. Jeszcze w pierwszej połowie nawet lepszą interwencją od poprzedniej popisał się German Lux. Podczas zamieszania w polu karnym najwięcej przytomności wykazał Ruben Pardo, lecz portero Depor zatrzymał jego uderzenie z bliskiej odległości. Prezentów nie zamierzali za to marnować goście. Pod koniec pierwszej odsłony gry zaćmienie dopadło Yuriego, który zbyt nonszalancko zagrał w kierunku bramkarza. Do futbolówki jak z procy wystrzelił Lucas Perez, lecz będąc już pod bramką stracił nieco kontrolę nad piłką. Na jego szczęście zdołał jednak, zamierzenie lub nie, podać do Luisa Alberto, który nie miał problemów ze zdobyciem gola. Po drugiej stronie nadal nie do pokonania był Lux. Kolejny raz szansę swoim kolegom storzył Vela, lecz tym razem Bruma nie potrafił trafić do siatki. Jeszcze przed przerwą z dystansu próbował Oardo, jednal Lux znów był lepszy. Po zmianie stron groźnie zaatakowało Deportivo. Lucas Perez z Luisem Alberto poradzili sobie z obroną Sociedad, a drugi z nich tylko dzięki świtnej interwencji Rulliego nie zdobyl bramki. W drugiej połowie gospodarzom nie szło już tak dobrze, lecz z pomoca postanowił przyjść sędzia. Dostrzegl on faul Jonasa Gutierreza na Xabim Prieto, a sam „poszkodowany” uderzył celnie z jedenastu metrów. Gracze Sociedad mogli jeszcze wygrać spotkanie, lecz w ciągu ostatnich piętnastu minut dwukrotnie trafiali w poprzeczkę. Najpierw po dośrodkowaniu z rzutu wolnego uczynił to Jonathas, a potem po indywidualnej akcji Mikel Oyarzabal. Choć gospodarze byli drużynom lepszą, to to niesmak po sposobie w jakim zremisowali mecz pozostał. Biorąc jednak pod uwagę przebieg spotkania, Deportivo mogło, a nawet powinno przgerać i to różnicą kilku bramek.

Składy:
Sociedad: Geronimo Rulli – Yuri Berchiche (70’ Hector), Inigo Martinez, Aritz Elustondo, Carlos Martinez – Ruben Pardo (62’ Asier Illarramendi), Markel Bergara – Bruma, Xabi Prieto (86’ Mikel Oyarzabal), Carlos Vela – Jonathas

Deportivo: German Lux – Fernando Navarro, Alberto Lopo, Sidnei, Laure – Alex Bergantinos, Pedro Mosquera – Luisinho (71’ Jonas Gutierrez), Luis Alberto (82’ Faycal Fajr), Juanfran – Lucas Perez


Valencia 2-2 Rayo

Data 7 listopada 2015 oraz liczba osiem – te cyfry łączyły Valencię i Rayo. Zarówno jedni, jak i drudzy od ośmiu meczów nie potrafią zwyciężyć w lidze, a ostatnie wygrane Nietoperzy i Piratów datuje się właśnie na wcześniej wspomniany termin. Podopieczni Paco Jemeza są mistrzami w marnowaniu dobrych wyników. Prowadzili z Realem, Realem Sociedad, do samej końcówki remisowali z Atletico. We wszystkich przypadkach przegrali poza meczem z Baskami, w którym podzielili się oczkami. Na Mestalla faworytem byli oczywiście gospodarze, którzy ostatnią porażkę na swoim terenie zanotowali w zeszłym sezonie, kiedy w ostatniej minucie meczu Sergio Busquets dał wygraną Barcelonie. Spotkanie zdecydowanie nie szło jednak po ich myśli. Rayo nieoczekiwanie kontrolowało grę i stwarzało sobie okazje. Pierwszą z nich miał już w piątej minucie Miku, który po centrze z prawej główkował i trafił w poprzeczkę. Chwilę później goście poprawili się o otworzyli worek z bramkami. Akcję rozpoczął i zakończył Jozabed, a między jego podaniami była jedynie centra Adriana Embarby, który dograł tak, że jego kolega mógł czysto uderzyć z powietrza. Rayo mogło podwyższyć wynik, ponieważ miało ku temu wiele świetnych szans. Próbowali m.in. Miku, Pablo Hernandez czy też Lass Bangoura, który pojawił się w 34. minucie w miejsce kontuzjowanego Embarby. Do przerwy zachował się jednak rezultat 0:1. Po zmianie stron przyjezdni z Madrytu nie oddawali kontroli nad tym spotkaniem. Strzelanie rozpoczął Miku, który kolejny raz w tym meczu oddał niezbyt wymagające uderzenie. Później w polu karnym nastąpił kocioł – zaskoczyć Ryana w jednej akcji chcieli Trashorras, Miku i Jozabed, ale golkiper Valencii uwijał się jak w ukropie i zdołał uratować zespół przed katastrofą. Gospodarze wyszli z kontrą, po której zdołali wyrównać. Błąd w środku boiska popełnili obrońcy Rayo, którzy bez walki oddali piłkę Negredo. Hiszpan znajdował się na środku murawy, ale zauważył, że znacznie wysunięty od swojej bramki jest Juan Carlos. Były napastnik Manchesteru City i Almerii postanowił przelobować golkipera i ta sztuka mu się udała. Rayo w kuriozalny sposób ponownie wypuściło prowadzenie z rąk i od tego czasu lepiej wyglądała ekipa Neville’a. Juan Carlos bronił m.in. próbę Rodrigo Moreno. Los Che byli jednak nieuważni i ponownie dali sobie wpakować bramkę. Dośrodkowanie Jozabeda z narożnika boiska wykorzystał Llorente, który ładnie uderzał z pierwszej piłki. Trener gospodarzy nie mógł dłużej czekać – na murawie zjawił się Bakkali, a wcześniej Alcacer. To oni niespodziewanie dali swojej drużynie remis… choć Valencia powinna zwyciężyć. W 84. minucie arbiter nie uznał prawidłowego trafienia Alcacera z powodu rzekomej pozycji spalonej, na jakiej miał się znajdować Paco. Co się odwlecze, to nie uciecze. W samej końcówce katastrofalny błąd popełnił Ze Castro, który zagrał piłkę do rywala – Bakkaliego, a ten dograł futbolówkę do pustej bramki rezerwowemu napastnikowi drużyny. Rayo znów wypuściło wygraną z rąk, choć było blisko niespodziewanej wygranej w twierdzy Mestalla. A tak obu drużynom musimy dopisać dziewiąte spotkanie bez odniesionego zwycięstwa.

Składy:
Valencia: Matthew Ryan – Antonio Barragan (82′ Zakaria Bakkali), Shkodran Mustafi, Aderlan Santos, Joao Cancelo – Dani Parejo – Rodrigo Moreno, Danilo Barbosa, Andre Gomez, Santi Mina (61′ Pablo Piatti) – Alvaro Negredo (65′ Paco Alcacer)

Rayo: Juan Carlos – Quini, Ze Castro, Tito, Nacho – Roberto Trashorras, Diego Llorente – Adrian Embarba (34′ Lass Bangoura), Jozabed (85′ Raul Baena), Pablo Hernandez – Miku (69′ Manucho)


Real 5-1 Sporting

Real Madryt jako pierwszy z „wielkiej trójki” rozgrywało swoje ligowe spotkanie w ten weekend. Naprzeciw Królewskim stanęła drużyna Sportingu Gijon, która osunęła się niedawno do strefy spadkowej. Nikt nie wyobrażał sobie, że po tym meczu Asturyjczycy ponownie z niej wyjdą, ale na wyobraźnie piłkarzom Abelardo działało to, że Rayo, remisując z Valencią, przeskoczyło ich w tabeli, a więc podejmowali faworyzowanego rywala jako 19. siła Primera Division. Wygraną Blancos można było brać za pewnik, ale chyba nikt nie spodziewał się tak szybkiego obrotu spraw. Strzelanie do kaczek rozpoczęło się już w 7. minucie za sprawą centry Kroosa z rzutu rożnego i Bale’a, który uprzedził Cuellara na krótkim słupku i głową umieścił piłkę w bramce. Nie minęło 120 sekund, kibice nie zdążyli się nacieszyć z pierwszego gola, a Cristiano Ronaldo po podaniu Karima Benzemy podwyższył rezultat na 2:0. Uderzenie Portugalczyka lewą nogą było bardzo urodziwe. Mało? Zanim upłynął kwadrans, cały tercet BBC miał już po trafieniu. Tym razem prawą nogą dośrodkowywał Bale, a Benzema złożył się do uderzenia nożycami i nie dał szans Cuellarowi. Ciężkie popołudnie miał tego dnia bramkarz Sportingu. W 18. minucie Dani Carvajal posłał płaską piłkę w pole karne, a golkiper gości znów został uprzedzony w interwencji. Tym razem szybszy okazał się Cristiano, który skompletował dublet. Wszyscy myśleli, że ten mecz skończy się podobnym łomotem, jaki Real zaserwował nie tak dawno Rayo. Nic z tych rzeczy. Co prawda łomot rzeczywiście był, ale nie zrobił się bardzo okazały. Co prawda gracze z Madrytu cały czas atakowali, świetne szanse mieli Cristiano i Benzema, ale na piątego gola kazano czekać fanom do 41. minuty. Wtedy to Isco przerzucił piłkę nad obrońcami Sportingu, przejął ją były snajper Lyonu i zapisał się w protokole jako zdobywca piątej bramki w tym spotkaniu. Po zmianie stron widzieliśmy już jednak inną wersję Królewskich. Można się spodziewać, że było to spowodowane wynikiem i niechęcią do przemęczania się, ale to tylko część prawdy. Na boisko w drugiej połowie nie wyszedł Bale, ponieważ jeszcze w pierwszej nabawił się urazu łydki. Gościom udało się zdobyć, jak się później okazało, honorowego gola. Jony przeprowadził samotny rajd, który zakończył dośrodkowaniem. To podanie zamknął na długim słupku Isma Lopez i w ten sposób wlał trochę otuchy w serca fanów z Asturii. Real nie kwapił się do zmiażdżenia rywala, a na domiar złego „stracił” kolejnego kluczowego gracza. Wprowadzony na boisko James przypadkowo uderzył w nogę swojego kolegę z drużyny – Benzemę i ten nie mógł dalej przebywać na murawie. Pocieszająca jest teoria, że ponoć Francuz nie nabawił się groźniejszej kontuzji. Do zmiany wyniku już w tym meczu nie doszło, nie było nawet ku temu okazji. Sporting został zmiażdżony w trakcie pierwszej połowy, a gdy podopieczni Zidana popuścili z pasa, to gościom nawet udało się trafić do siatki. Trzy punkty zostają na Bernabeu.

Składy:
Real: Keylor Navas – Dani Carvajal, Raphael Varane, Pepe, Marcelo – Luka Modric, Toni Kroos, Isco (60′ James Rodriguez) – Gareth Bale (46′ Jese), Karim Benzema (65′ Mateo Kovacic), Cristiano Ronaldo

Sporting: Ivan Cuellar – Alberto Lora, Luis Hernandez, Jorge Mere, Isma Lopez – Sergio Alvarez (61′ Rachid Ait-Atmane), Nacho Cases – Jony Menendez, Alen Halilovic (46′ Dani Ndi), Alex Menendez – Jose Paulo Guerrero (73′ Antonio Sanabria)


Getafe 3-1 Espanyol

Madryt kontra Barcelona. Wiadomo, z czym kojarzą nam się pojedynki drużyn z tych miast. Tym razem starcie nieco mniej prestiżowe, ale ważne dla układu tabeli. Getafe było bowiem tylko dwa oczka nad Espanyolem i wygrana pozwoliłaby ugruntować swoją pozycję w górnej połówce tabeli, jednocześnie zachowując bezpieczną przewagę nad strefą spadkową. Gospodarze nie ruszyli jednak do zdecydowanych ataków. Gra głównie toczyła się w środkowej części boiska, która była newralgicznym momentem pierwszych fragmentów spotkania. Dość niespodziewanie jako pierwsi z bramki cieszyli się goście. W 26. minucie Hernan Perez wykorzystał precyzyjną wrzutkę Victora Alvareza i dał powód do radości swojej drużynie. Akcja ta zadziałała na miejscowych jak płachta ba byka, którzy już po 180 sekundach wyrównali. Strzał Pablo Sarabii zatrzymał się jeszcze na poprzeczce, ale Pedro Leon w kapitalny sposób zgasił futbolówkę, a następnie posłał obok Pau Lopeza. Jakby tego było mało, przed przerwą wynik podwyższył Sarabia, trafiając z kilku metrów. Druga część od samego początku była żywsza niż pierwsza. Obie ekipy grały ofensywnie, szukając swoich okazji na kolejne bramki. Najlepszą szansę miał Stefan Scepović, ale jego główka z bliskiej odległości była w sam środek bramki, dokładnie tam, gdzie czekał na nią Lopez. W doliczonym czasie gry bramkarz nie miał jednak nic do powiedzenia. W bój został wypuszczony rezerwowy Moi Gomez, który pewnym uderzeniem ustalił rezultat spotkania. Los Azulones zaliczyli szóste kolejne ligowe starcie bez porażki. Espanyol przegrał zaś drugi raz z rzędu i musi się powoli oglądać za plecy.

Składy:
Getafe: Vicente Guaita – Damian Suarez, Santiago Vergini, Cala, Karim Yoda – Juan Rodriguez, Mehdi Lacen – Pablo Sarabia, Victor Rodriguez (89′ Bernard Mensah), Pedro Leon (81′ Moi Gomez) – Alvaro Vazquez (72′ Stefan Scepović)

Espanyol: Pau Lopez – Roberto Correa, Alvaro Gonzalez, Enzo Roco, Victor Alvarez – Papakouli Diop (52′ Joan Jordan), Abraham Gonzalez (72′ Paco Montanes) – Hernan Perez, Salva Sevilla, Marco Asensio – Felipe Caicedo


Las Palmas 0-3 Atletico

Od niespodziewanej porażki w Maladze podopieczni Diego Simeone są nieomylni, krocząc od zwycięstwa do zwycięstwa. Tym razem miało być podobnie, bo choć Las Palmas na własnym obiekcie zawsze jest groźne, to i tak znajduje się tuż nad strefą spadkową. Gracze z Madrytu nie musieli czekać na rozstrzgnięcie do drugiej połowy, jak to miało miejsce kilka razy w ostatnich tygodniach. Nim jednak dobrali się do skóry rywalom, to właśnie gospodarze mieli dogodną sytuację – Tanausu trafił wprost w Oblaka. Nieco ponad kwadrans po pierwszym gwizdku ekipa Cholo w końcu wyszła na prowadzenie. Z prawej strony dograł Juanfran, piłki zmierzającej wszerz pola karnego nikt nie przeciął, aż trafiła ona do Filipe Luisa. Lewy defensor przyjął i bardzo mocnym uderzeniem pokonał Javiego Varasa. Piłkarzom beniaminka ten stan rzeczy nie podłamał. Odpowiedzieć mógł vis a vis strzelca gola, czyli Dani Castellano. Różnica była jednak znaczna – mimo że strzał zmierzał w światło bramki, to dobrze dysponowany golkiper madrytczyków sparował go na rzut rożny. W drugiej części kilka prostych błędów w ustawieniu przytrafiło się defensorom gospodarzy. Pierwszej pomyłki nie zdołał jeszcze wykorzystać Griezmann, jednak w późniejszej fazie spotkania skarcił przeciwników dwukrotnie. W obu sytuacjach przytomnie zagrywał mu Koke, który idealnie zagrywał do Francuza w tempo. Trzy oczka zapisać można było zatem na konto Atletico, które cały czas zajmuje pozycję lidera.

Składy:
Las Palmas: Javi Varas – David Garcia, Aythami, Javier Garrido, Dani Castellano – Roque Mesa, Vicente Gomez – Nabil El Zhar (66′ Mubarak Wakaso), Tanausu (80′ Sergio Araujo), Jonathan Viera – Willian Jose

Atletico: Jan Oblak – Juanfran, Jose Gimenez, Diego Godin, Filipe Luis – Saul Niguez, Gabi, Augusto Fernandez (66′ Thomas Teye), Koke – Luciano Vietto (62′ Yannick Ferreira-Carrasco), Antoine Griezmann


Barcelona 6-0 Bilbao

Spotkania Athleticu z Barceloną zawsze obfitują w wiele emocji. Choć starcie miało odbyć się na Camp Nou, to gospodarze nie mogli zlekceważyć rywala. Tym razem jednak emocje skończyły się dla Basków już w 4 minucie. Wtedy to Aleix Vidal zagrał prostopadłą piłkę do Luisa Suareza, Urugwajczyk łatwo przepchnął Xabiera Etxeitę i przy próbie minięcia Iraizoza został sfaulowany. Decyzja nie mogła być inna – rzut karny oraz czerwona kartka dla bramkarza gości. Jedenastkę na gola zamienił Leo Messi i już do końca spotkania na boisku panował tylko jeden zespół. Mimo wielu sytuacji Blaugrana dołożyła jedynie jedno trafienie do swojego dorobku w pierwszej połowie. Po zagraniu z głębi boiska od Messiego z futbolówką uciekł Suarez, który dostrzegł biegnącego po drugiej stronie Neymara. Brazylijczyk bez problemów opanował podanie i strzałem nad bramkarzem zdobył gola. Po przerwie na boisku zamiast Messiego zameldował się Arda Turan, ale nie wpłynęło to negatywnie na grę Barcelony. Niespełna dwie minuty po wznowienu spotkania, Suarez trafił do siatki. Piękna wymiana podań z pierwszej piłki przed polem karnym pozwoliła El Pistolero znaleźć się oko w oko z Iago Herrerinem, a snajper Dumy Katalonii tej szansy nie zmarnował. Festiwal strzelecki trwał jednak dalej. Nieco później drugą asystę zanotował Neymar, który efektownie ograł na lewym skrzydle obrońców Athleticu, po czym wyłożył piłkę Rakiticiowi. Chorwat umieścił futbolówkę w siatce, a Barcelona prowadziła już 4:0. Wynik jeszcze bardziej wyśrubował Luis Suarez, który skompletował w niedzielny wieczór na Camp Nou hat-tricka. Najpierw otrzymał fantastyczne zagrania od Ardy Turana, dobrze przyjął piłkę i sprytnym strzałem doprowadził do manity. Niespełna dziesięć minut przed końcem spotkania w rolę asystenta wcielił się Sergio Busquets. Hiszpan dośrodkował z prawej strony, a Suarez wykończył akcję uderzeniem głową. Co ciekawe, jeszcze przed sytuacją z czwartej minuty Baskowie mogli, a nawet powinni strzelić bramkę, błędu Pique nie wykorzystał jednak Eraso. Ostatecznie nie był to dobry wieczór dla Athleticu, srogie lanie z pewnością podrażni ich ambicję przed potyczkami w Pucharze Króla. Barcelona z kolei cały czas goni Atletico, a niedzielny pokaz siły nie wróży najlepiej podopiecznym Diego Simeone.

Składy:
Barcelona: Claudio Bravo – Jordi Alba (68’ Marc Bartra), Javier Mascherano, Gerard Pique, Aleix Vidal – Sergio Busquets, Ivan Rakitic (62’ Sergi Roberto), Andres Iniesta – Neymar, Luis Suarez, Lionel Messi (46’ Arda Turan)

Athletic: Gorka Iraizoz – Mikel Balenziaga, Aymeric Laporte, Xabier Etxeta, Eneko Boveda – Benat (62’ Ander Iturraspe), Mikel San Jose – Iker Muniain (5’ Iago Herrerin), Javier Eraso, Oscar de Marcos – Inaki Williams (55’ Sabin Merino)


Eibar 5-1 Granada

Gdy popatrzymy na potencjał kadrowy, wydawałoby się, że są to drużyny, które powinny znaleźć się w gronie ekip walczących o ligowy byt i walkę między sobą. Tymczasem klub z Kraju Basków prezentuje się dużo solidniej i wyciągnął chyba wnioski z poprzedniej kampanii. Nie zrobiła zaś tego Granada, która błąka się w dolnych rejonach tabeli, będąc jedną z najpoważniej branych drużyn w kontekście spadku. Poniedziałkowe starcie było zatem bardzo ważne dla obu klubów. Od początku widać było różnicę w operowaniu futbolówką. Goście rozgrywali ją bardzo chaotycznie, a z kolei ataki Basków były przemyślane. Dobrze radzili sobie obaj skrzydłowi – Keko i Takashi Inui, którzy stwarzali pod bramką Andresa Fernandeza największe zagrożenie, a bozcni defensorzy przeciwników nie mogli sobie z nimi poradzić. To właśnie wspomniana dwójka odegrała główne role przy golu numer jeden. W 35. minucie dośrodkował Keko, a jego japoński kolega z ostrego kąta posłał futbolówkę do bramki. Trzy minuty później kibice znów mieli powody do zadowolenia. Ponownie asystę na swoim koncie zapisał Keko, a do siatki trafił Sergi Enrich. Nieco więcej emocji mogliśmy dostrzec po przerwie. Po ponad godzinie gry wreszcie odpowiedzieli przyjezdni. Do źle wybitej przez obrońców piłki dopadli Penaranda i El-Arabi, ten drugi dopełnił tylko formalności, strzelając do pustej bramki. Z wyniku można się było jednak cieszyć bardzo krótko, ponieważ już 120 sekund później Rusznikarze przeprowadzili widowiskową akcję, którą skutecznym uderzeniem zakończył Enrich. Na tym Eibar jeszcze nie skończył, gdyż gola zdobyć musiał jeszcze najskuteczniejszy strzelec, Borja Baston. Snajper Eibaru pokonał Fernandeza dwa razy i były to ostatnie trafienia tego wieczoru. Eibar utrzymuje się w czołówce – obecnie plasuje się na szóstym miejscu. Co ciekawe, zespół z Ipurua wraz z Celtą jest obecnie trzeci pod względem liczby zdobytych goli. Granada utrzymuje się z kolei tuż nad strefą spadkową.

Składy:
Eibar: Asier Riesgo – Ander Capa, Mauro dos Santos, Ivan Ramis, Antonio Luna (63′ David Junca) – Keko, Dani Garcia, Adrian Gonzalez, Takaghi Inui (72′ Saul Berjon) – Sergi Enrich (80′ Simone Verdi), Borja Baston

Granada: Andres Fernandez – Dimitri Foulquier, Diego Mainz, David Lomban, Cristiano Biraghi – Ruben Perez (46′ Fran Rico), Rene Krhin, Uch Agbo (46′ Youssef El-Arabi) – Edgar Mendez, Adalberto Penaranda (86′ Miguel Lopes), Isaac Success


Mecz kolejki: Celta – Levante 4:3

Liczby kolejki:
best_11_20kolejka

Piłkarz kolejki: Luis Suarez (Barcelona)
Kolejny fantastyczny występ Suareza. Trzy bramki, asysta, a do tego wywalczony rzut karny, który był kluczowy dla losów meczu. Urugwajczyk dzięki swojemu popisowi został samodzielnym liderem klasyfikacji strzelców, co tylko potwierdza jego świetną formę od początku sezonu.

Cienias kolejki: Ze Castro (Rayo)
Nagroda dla Portugalczyka jest symboliczna, bo na ten tytuł zasłużyła sobie niemal cała obrona Rayo i bramkarz tego zespołu. Prowadzenie 1:0 zostało roztrwonione w moment, mimo przewagi drużyny Jemeza w tym meczu. Najpierw Tito przegrał pojedynek główkowy z Negredo (do którego ten nawet nie wyskoczył), a następnie Nacho podarował futbolówkę napastnikowi Valencii, który zauważył Juana Carlosa, znacznie oddalonego od własnej bramki. W ten sposób były snajper Manchesteru City wpakował golkiperowi piłkę „za kołnierz”. Rayo odzyskało prowadzenie, choć ostatecznie zremisowało, a tak naprawdę powinno przegrać. Najpierw błąd obrońców, którzy nie złapali Alcacera na spalonym. Ten zdobył prawidłową bramkę, której nie uznał arbiter. Po prezencie od sędziego Rayo miało dowieźć prowadzenie do końca, ale do akcji wkroczył Ze Castro. Najpierw Tito (kolejny raz) przegrał główkę z Alcacerem, a potem Ze Castro, zamiast przeciąć podanie do Bakkaliego, to dotknął piłkę tak, że ułożył ją na stopie młodemu zawodnikowi Valencii. Ten dograł z powrotem w szesnastkę i Valencia zachowała oczko. Defensywa Rayo w tym sezonie jest tragicznej dyspozycji.

Pozytywne wyróżnienie kolejki: Jozabed (Rayo)
Środkowy pomocnik ekipy z przedmieść Madrytu jest jedną z niewielu (jedyną?) postaci w zespole, którą za ostatnie tygodnie można chwalić. Hiszpan nie dość, że wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce, to jeszcze odpłaca się trenerowi dobrą i przede wszystkim skuteczną grą. Jozabed w ostatnich pięciu wyjazdowych meczach ligowych nie trafił do siatki tylko w jednym. Jest dzięki temu najskuteczniejszym zawodnikiem grającym w tej strefie boiska w całej lidze.

Negatywne wyróżnienie kolejki: Xabier Etxeita (Athletic)
Nieporadność Etxeity zabiła spotkanie Basków z Barceloną już po trzech minutach. Obrońca Athleticu dał łatwo ograć się Luisowi Suarezowi, co doprowadziło do czerwonej kartki dla Gorki Iraizoza i rzutu karnego. Kiepski występ stopera.

Gol kolejki: Alvaro Negredo (Valencia)
Nagroda dla Hiszpana przede wszystkim za błyskotliwość i zdolność podjęcia trudnych decyzji w szybki sposób. Rayo prowadziło z Valencią 1:0 w drugiej części. Obrońcy Piratów postanowili sprezentować piłkę Alvaro w środku boiska, ale nikt nie spodziewał się, że osamotniony napastnik, otoczony przez graczy rywala, zdoła coś zrobić z tym podarunkiem. Negredo zauważył Juana Carlosa, który znajdował się dobre kilkanaście metrów od swojej bramki i zdecydował się na strzał z połowy boiska, który zamienił się na gola wyrównującego. Może Neville odświeży w końcu tego lekko przykurzonego i zardzewiałego zawodnika?

Pudło kolejki: Javier Eraso (Athletic)
Jeszcze przed fatalnym w skutkach pojedynkiem Suareza z Etxeitą, Baskowie mogli wyjść na prowadzenie. Niefrasobliwość Pique doprowadziła do sytuacji, w której Eraso znalazł się tak naprawdę sam na sam z bramką. Zawodnik Athleticu nie oddał jednak nawet celnego strzału. Dodatkowo przeciwko Eraso przemawia fakt, iż mógł podawać lepiej ustawionemu koledze. Tym razem niewykorzystana okazja zemściła się niezwykle brutalnie.

klasyfikacje_20kolejka

Terminarz 21. kolejki (22-25.01.2016):
Piątek, 22.01:
Sporting – Sociedad (godzina 20:30)
Sobota, 23.01:
Malaga – Barcelona (16)
Espanyol – Villarreal (18:15)
Granada – Getafe (20:30)
Rayo – Celta (22:05)
Niedziela, 24.01:
Athletic – Eibar (12)
Atletico – Sevilla (16)
Deportivo – Valencia (18:15)
Betis – Real (20:30)
Poniedziałek, 25.01:
Levante – Las Palmas (20:30)

Autorzy: