La Liga gra: Zmiana warty na szczycie, ścisk w dole tabeli

26. runda gier serwowała nam kilka ciekawych kąsków. Przed szereg szczególnie wybijały się dwa z nich. Przede wszystkim tego, co najlepsze w hiszpańskim futbolu, mogliśmy szukać na Vicente Calderon, które było świadkiem walki o trzecią lokatę. Miejscowe Atletico podejmowało tam Valencię. Drugim interesującym spotkaniem było to na San Mames. Co prawda Athletic Bilbao nie jest w takiej formie jak choćby rok temu, ale Basków na potyczkę z Realem Madryt motywować specjalnie nie trzeba. Dodatkowo ekipa Carlo Ancelottiego nie jest ostatnio w najlepszej kondycji, co tylko dodawało rywalizacji kolorytu. Nudzić nie powinniśmy się także, oglądając mecz Villarrealu z Celtą Vigo, ponieważ oba zespoły znajdują się w górnej połówce tabeli. Barcelona gościła z kolei Rayo, które miało być łatwą przeszkodą do pokonania. Natomiast słabo radząca sobie na wyjazdach Sevilla grała na El Riazor z Deportivo. Te oraz pozostałe spotkania 26. serii w naszym cotygodniowym podsumowaniu. Zapraszamy!

Mecze 26. kolejki:
11047100_10202769986125507_781903197_n

Sześć – tyle ostatnich meczów przegrał zespół baskijskiego beniaminka. Być może nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w rundzie jesiennej była to prawdopodobnie największa niespodzianka ligi. Jeden z najbiedniejszych klubów zajmował bowiem miejsce w górnej połowie tabeli. Rok 2015 dla piłkarzy Gaizki Garitano jest jednak bardzo nieudany. Niekorzystna seria spotkań sprawiła, że przed zawodnikami z Ipurua coraz mocniej rysuje się wizja walki o utrzymanie do końca sezonu. W strefie spadkowej przed tą kolejką było za to Levante. Ekipa z Walencji do bezpiecznej lokaty traciła tylko dwa oczka. Ich ostatnia gra, choć nierówna, mogła nastrajać fanów pozytywnie, zwłaszcza że to oni byli gospodarzem. Pierwsza część była na tyle mało interesująca, że mało kto zauważyłby, gdyby się nie odbyła. Obie drużyny chciały przejąć inicjatywę, ale na chęciach się skończyło. Żadna nie potrafiła na tyle zdominować rywala, by zmusić go do kapitulacji. Po przerwie wyższy bieg wrzucili goście. Mieli kilka groźnych sytuacji, ale dopiero ta w 55. minucie pozwoliła im objąć prowadzenie. Ładnym strzałem popisał się wówczas Saul Berjon, przerywając passę czterech potyczek bez zdobytej bramki. Po stracie gola do roboty wzięło się Levante. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W 67. minucie było już 2:1. W ciągu dwóch minut defensorzy Eibaru popełnili dwa błędy, które zostały wykorzystane przez Davida Barrala oraz Kalu Uche. Popularne Żaby do ostatniego gwizdka kontrolowały już przebieg wydarzeń, nie pozwalając podejść rywalom zbyt blisko własnego pola karnego. Dodatkowo w końcówce z boiska wyrzucony został Dani Garcia. Eibar przegrał zatem po raz siódmy z rzędu, a za tydzień nie powinno być wcale lepiej, bowiem podejmie Barcelonę. Z kolei Levante, dzięki wygranej, zbliżyło się do swojego oponenta już na dwa punkty, wydostając się przy okazji choć na moment ze strefy spadkowej.

Składy:
Levante: Diego Marino – Jose Morales, David Navarro, Ivan Ramis, Tono – Jordi Xumetra, Victor Camarasa (90+2′ Jose Mari), Simao Mate, Ruben Garcia (60′ Nabil El Zhar) – David Barral, Kalu Uche (81′ Victor Casadesus)

Eibar: Jaime Jimenez – Eneko Boveda, Borja Ekiza (87′ Borja), Raul Navas, Lillo Castellano – Dani Garcia, Javi Lara – Ander Capa (72′ Federico Piovaccari), Manu Del Moral, Saul Berjon – Dejan Lekić (72′ Mikel Arruabarrena)

11004344_10202769986245510_761812361_n

Cztery porażki z rzędu poniosła w ostatnim czasie w wyjazdowych starciach drużyna Sevilli. Podopieczni Unaia Emery’ego znów musieli się udać w delegację, tym razem do Galicji na mecz z Deportivo La Coruna. Na szczęście dla ekipy Grzegorza Krychowiaka, El Riazor nie jest w tej kampanii twierdzą nie do zdobycia. Gospodarze wygrali tam czterokrotnie, zremisowali trzy razy, a przegrali aż sześciokrotnie. Motywująco na Sevillę mógł zadziałać fakt, że musi odpierać ataki Villarrealu, dlatego na jakąkolwiek wpadkę nie było miejsca. Pierwsze trzy kwadranse z pewnością nie należały do tych, które mogą stać się wizytówką hiszpańskiej piłki. Dominowała głównie walka w środkowej części boiska. Niepewnie poczynała sobie para stoperów gości. I Pareja, i Kolodziejczak popełnili po błędzie. Z jednego z nich skorzystał Oriol Riera, który pewnym strzałem pokonał Sergio Rico. Miejscowi cieszyli się jednak z prowadzenia zaledwie 5 minut. Wyrównał wówczas Vitolo po ładnej akcji dwójkowej z Carlosem Baccą. Ten sam zawodnik pozytywnie rozpoczął drugą połowę, zdobywając swoją drugą bramkę. Po nieco ponad godzinie gry było 3:1, a strzelcem kolejnego gola był Kevin Gameiro, pewnie egzekwujący rzut karny, którego podyktowanie wzbudziło wiele pretensji piłkarzy gospodarz. Sędzia nie przerwał bowiem chwilę wcześniej gry, kiedy na boisku leżał Juanfran. Mimo niekorzystnego rezultatu Deportivo nie zamierzało się jednak poddawać. Drugie trafienie dwadzieścia minut przed końcem na swoim koncie zapisał Riera. Podopieczni Victora Fernandeza zostali dobici po kolejnych 10 minutach – samobója zaliczył wówczas Sidnei, pieczętując trzy oczka dla gości. Co prawda kontaktowego gola z rzutu karnego zdobył jeszcze Lucas Perez, ale to wciąż było za mało, by odebrać punkty Sevillistas. Deportivo cały czas balansuje niezbyt wysoko nad strefą zagrożoną spadkiem. Z kolei Sevilla zapewniła sobie utrzymanie na piątej lokacie po tej rundzie.

Składy:
Deportivo: Fabri – Juanfran (80′ Jose Rodriguez), Pablo Insua, Sidnei, Luisinho – Alex Bergantinos, Celso Borges – Ivan Cavaleiro (62′ Luis Farina), Lucas Perez, Isaac Cuenca (74′ Helder Costa) – Oriol Riera

Sevilla: Sergio Rico – Diogo Figueiras, Nicolas Pareja, Timothee Kolodziejczak, Fernando Navarro – Vicente Iborra (61′ Stephane Mbia), Grzegorz Krychowiak – Aleix Vidal, Ever Banega (78′ Denis Suarez), Vitolo – Carlos Bacca (61′ Kevin Gameiro)

11056969_10202769990325612_1567527697_n

Czy Real Madryt zmaga się z kryzysem? Jednomeczowa wpadka w poprzedniej kolejce miała być tylko małym błędem drużyny Carlo Ancelottiego. Przed tą kolejką to Barcelona była w gorszej sytuacji, bo Królewscy przed Gran Derbi mieli niewielki margines błędu. Mecz na San Mames nie miał być spacerkiem, ale miał pokazać, że stołeczna drużyna nie zamierza tracić kolejnych punktów oraz fotela lidera. Od pierwszej minuty mecz był otwarty i oglądaliśmy wiele sytuacji zarówno pod bramką gości, jak i gospodarzy. Sytuacja zmieniła się dopiero po 26. minucie meczu, kiedy to Aritz Aduriz trafił do bramki Ikera Casillasa. Bramkarz Realu był bez szans po doskonałym strzale głową Baska. Athletic miał korzystny wynik i zamierzał go utrzymać. Graczom Królewskim najwyraźniej nie pasowała konieczność prowadzenia gry, bo zupełnie nie wiedzieli, jak dostać się pod pole karne rywala. W końcówce pierwszej połowy Real zaczął przeważać, nie tylko kontrolując grę, ale coraz śmielej podchodząc pod bramkę rywala. Już w doliczonym czasie gry świetną kontrę zmarnował Benzema niedokładnym odegraniem do wbiegającego Isco. W drugiej połowie obraz gry za bardzo się nie zmienił. Athletic wyszedł wyraźnie bardziej wypoczęty i pewny swojej strategii, co nadal przekładało się na skuteczną grę w obronie. Cichym bohaterem meczu został Inaki Williams, który w drugich 45 minutach meczu wziął ciężar gry ofensywnej na siebie. Gospodarze mieli jeszcze jedną okazję. Drugiego gola mógł zdobyć Aduriz, ale piłka uderzyła jedynie w słupek. Niedługo potem o dużym szczęściu mogli mówić gospodarze. Bale posłał daleką piłkę w pole karne przeciwnika z ponad 40 metrów, ale nadał jej taką rotację, że niewiele brakowało, a umieściłby ją w siatce. Centrostrzał zatrzymał się jedynie na słupku, a dobitkę Jese zatrzymał jeden z obrońców gospodarzy. W końcówce sytuację zmarnował jeszcze Lucas. Real Madryt po raz drugi w tym sezonie ligowym traci punkty w dwóch kolejnych meczach. Tym samym drużyna Carlo Ancelottiego musiała oglądać się za siebie na przyspieszający bordowo-granatowy pociąg i liczyć na to, że w niedzielne popołudnie wykolei się z walecznym Rayo Vallecano.

Składy:
Athletic: Gorka Iraizoz – Oscar de Marcos, Carlos Gurpegi, Xabier Etxeita, Mikel Balenziaga – Mikel Rico (90’ Gaizka Toquero), Benat Etxebarria – Andoni Iraola, Iker Muniain (64’ Markel Susaeta), Inaki Williams (75’ Guillermo) – Aritz Aduriz

Real: Iker Casillas – Daniel Carvajal, Pepe, Raphael Varane, Marcelo – Asier Illarramendi (71’ Jese Rodriguez), Toni Kroos (76’ Lucas Silva), Isco – Gareth Bale, Karim Benzema (80’ Javier Hernandez), Cristiano Ronaldo

11051394_10202769995285736_142901923_n

Bardzo ważne spotkanie dla kształtu dolnych rejonów tabeli. Dwa zespoły zajmujące ostatnie bezpieczne miejsca w tabeli – stawka była zatem bardzo duża. Nie dość, że zdobyć można było kolejne trzy oczka, które mogą pomóc w utrzymaniu, to równocześnie można ich było pozbawić rywala. Forma obu ekip nie porywała. Elche nie wygrało już od dwóch spotkań, a Almeria była jeszcze gorsza, ponieważ nie zdołała pokonać przeciwnika w trzech poprzednich starciach. Od pierwszego gwizdka lepiej prezentowali się miejscowi. Szybko znalazło to odzwierciedlenie w wyniku, ponieważ już w szóstej minucie do siatki trafił Victor Rodriguez, wykorzystując świetną asystę Jonathasa. Piłkarze Frana Escriby nie cofnęli się do obrony, chcąc jak najszybciej podwyższyć prowadzenie. Brakowało im jednak albo skuteczności, albo szczęścia. Raz udało się umieścić futbolówkę w bramce, ale sędzia nie uznał trafienia Enzo Roco. Goście odgryzali się rzadko, ale na ogół niebezpiecznie. Dobrze spisującego się Tytonia raz uratował słupek, a raz sam musiał wykazać się znakomitą paradą. Druga połowa nie obfitowała już w takie emocje, choć i jeden, i drugi bramkarz zmuszony był do zanotowania widowiskowej interwencji. Dla ostatecznego wyniku kluczowy okazał się zatem sam początek, kiedy Elche uzyskało prowadzenie, nie oddając go do samego końca. Dzięki wiktorii Franjiverdes oddalili się nieco od zagrożonej strefy.

Składy:
Elche: Przemysław Tytoń – Damian Suarez, Enzo Roco, David Lomban, Domingo Cisma – Adrian Gonzalez (89′ Jose Angel), Mario Pasalić – Victor Rodriguez (88′ Coro), Faycal Fajr, Aaron Niguez (75′ Garry Rodrigues) – Jonathas

Almeria: Julian Cuesta – Ximo Navarro, Mauro Dos Santos, Angel Trujillo, Sebastian Dubarbier – Corona, Verza – Jonathan Zongo (66′ Javi Espinosa), Fernando Soriano (76′ Dani Romera), Wellington Silva (87′ Jose Casado) – Tomer Hemed

10951984_10202769997965803_125026372_n

Sobotni dzień w lidze hiszpańskiej kończyły derby Andaluzji. Przedostatnia w tabeli Granada w meczu z lokalnym rywalem chciała odbić się praktycznie od dna, rozpoczynając udaną akcję ratunku ligowego bytu. Rywalem była jednak Malaga, będąca jednym z największych pozytywnych zaskoczeń tej temporady. Nie trzeba przypominać, co piłkarze Javiego Gracii osiągnęli choćby dwa tygodnie temu – wygrali na Camp Nou z Barceloną. Początek pokazał jednak, że Granada podeszła do meczu bez żadnych kompleksów. Miejscowi mieli serię stałych fragmentów gry, z których potrafili stworzyć zagrożenie pod bramką Carlosa Kameniego, ale żadna z akcji nie skończyła się zdobytym golem. Malaga okazji miała z kolei zdecydowanie mniej, będąc przez większość czasu zdominowaną przez rywala. Przewaga została udokumentowana w 57. minucie, kiedy do siatki trafił Robert Ibanez. Hiszpanowi pomógł Ignacio Camacho, który zmienił tor lotu futbolówki, myląc Kameniego. Bramkarz wobec tej pechowej interwencji był bez szans. Wyżej plasująca się w klasyfikacji Malaga do końca spotkania próbowała doprowadzić choćby do remisu, ale na ich nieszczęście tego wieczoru było to niemożliwe. Trzy punkty na koncie Granady sprawiają, że podopieczni Abela Resino cały czas mogą mieć dużą nadzieję na utrzymanie. Do bezpiecznej pozycji tracą bowiem tylko następne trzy oczka.

Składy:
Granada: Oier Olazabal – Allan Nyom, Jean Babin, Jeison Murillo, Emanuel Insua – Ruben Perez, Fran Rico – Robert Ibanez (87′ Dimitri Foulquier), Javi Marquez, Piti (71′ Riki) – Youssef El Arabi (68′ Jhon Cordoba)

Malaga: Carlos Kameni – Roberto Rosales, Marcos Angeleri, Weligton, Miguel Torres (63′ Arthur Boka) – Ignacio Camacho, Sergi Darder – Samuel Garcia (54′ Nordin Amrabat), Ricardo Horta (72′ Luis Alberto), Samuel Castillejo – Juanmi

11042118_10202770004485966_1642446187_n

Duma Katalonii miała obowiązek, po dwukrotnej stracie punktów przez lidera tabeli La Liga, wygrać u siebie z Rayo Vallecano. Gospodarze byli zdecydowanym faworytem, choć obraz gry w pierwszej połowie nie wyglądał aż tak niekorzystnie dla gości. W szóstej minucie Luis Suarez trafił jednak do bramki Cristiana Alvareza po doskonałym podaniu od Xaviego, uspokajając nieco katalońskich kibiców. Miejscowi spuścili nieco z tonu, pozwalając przeciwnikowi na stworzenie kilku sytuacji. Wszystkie bronił jednak Claudio Bravo. Tak w zasadzie została dograna pierwsza część – Barca kontrolowała przebieg zdarzeń, ale nie podkręcała specjalnie tempa. Tuż na początku drugiej połowy ekipa Luisa Enrique podwyższyła jednak prowadzenie. Gerard Pique po małym zamieszaniu w polu karnym umieścił piłkę w siatce przeciwnika. Ambitne Rayo, nie mając już nic do stracenia, ruszyło do ataku, ale ich gra ofensywna wyraźnie się nie układała i wyglądała gorzej niż w całkiem niezłej pod tym względem pierwszej połowie. Sytuacja stała się jeszcze gorsza w 54. minucie, kiedy to Tito otrzymał drugą zasłużoną żółtą kartkę i musiał opuścić boisko. Arbiter podyktował dodatkowo jedenastkę. Do piłki ustawionej na punkcie karnym podszedł Leo Messi. Za pierwszym Cristian Alvarez stanął na wysokości zadania, broniąc lichy i czytelny strzał Argentyńczyka, ale arbiter kazał powtórzyć wykonanie zagrania, bo jeden z graczy Rayo wbiegł w pole karne, zanim Messi uderzył piłkę. Za drugim razem crack Barcelony nie pomylił się i oddał silny strzał po ziemi w lewy róg bramki. Gwiazdor Blaugrany potrzebował zaledwie 12 minut, aby skompletować swojego najszybciej zdobytego w La Liga hat-tricka, który jest zarazem jego 24. w karierze. Argentyńczyk przegonił więc w tej klasyfikacji Cristiano Ronaldo, który zdobył ich 23. Messi po raz drugi trafił w 63. minucie, dobijając obroniony strzał Suareza. Kolejnego gola mógł celebrować w 68. minucie po doskonałym dośrodkowaniu po ziemi Pedro, okiwaniu dwóch obrońców oraz zmyleniu bramkarza. W 80. minucie temperaturę spotkania postanowił podgrzać Dani Alves, faulując Alberto Bueno w polu karnym. Brazylijczyk ostatnie dziesięć minut musiał obejrzeć na telewizorze w korytarzu stadionu, będąc wyrzuconym z murawy. Minutę później Bueno pewnym strzałem pokonał Claudio Bravo, posyłając piłkę w środek bramki. Nawet dzieci wiedzą, że Barcelony nie należy drażnić, strzelając jej gola. W doliczonym czasie gry drużynę Luisa Enrique było stać na jeszcze jedną zdobycz bramkową, tym razem przez Luisa Suareza, który otrzymał świetne podanie od Leo Messiego. Rayo pomimo wyniku zagrało przyzwoity mecz, w którym chciało dyktować warunki, co okazało się dla nich zgubne. Barcelona po 17 kolejkach wraca na fotel lidera, którego losy mogą rozstrzygnąć się już za dwa tygodnie o 21:00 w bitwie hiszpańskich gigantów.

Składy:
Barcelona: Claudio Bravo – Dani Alves, Gerard Pique, Jeremy Mathieu, Jordi Alba (69’ Adriano) – Javier Mascherano (60’ Ivan Rakitić), Xavi, Andres Iniesta (65’ Rafinha) – Pedro, Luis Suarez, Leo Messi

Rayo: Cristian Alvarez – Tito, Abdoulaye Ba, Antonio Amaya, Emiliano Insua – Roberto Trashorras, Jozabed (65’ Quini) – Lica (69’ Javier Aquino), Alberto Bueno, Gael Kakuta – Leo Baptistao (82’ Manucho)

11063173_10202770008486066_1417372933_n

W niedzielne popołudnie na Anoeta mierzyły się ze sobą zespoły grające w kratkę. Nieprzewidywalność obu drużyn mogła skończyć się wszystkim, łącznie z pięknym widowiskiem okraszonym sporą ilością goli. Niestety było zupełnie odwrotnie. Zarówno Real, jak i Espanyol grali jakby za karę. Za zagrożenie pod bramką można było uznać fakt, gdy piłka minęła bramkę o dobre pięć metrów lub sytuację, gdy zawodnik drużyny przeciwnej znalazł się trzydzieści metrów od bramki rywala. Gracze obu drużyn walczyli o to, kto bardziej chaotycznie będzie rozgrywał swoje akcje. Goście z pewnością liczyli na Sergio Garcię, ale jedyne co pokazał kapitan Papużek to treningowe strzały wprost w ręce bramkarza. Gospodarze z kolei liczyli na kogokolwiek pod nieobecność Veli i raczej też się przeliczyli. Jednak w związku z tym, że miejscowym często pomagają ściany albo cokolwiek innego, to Sociedad wygrało spotkanie. Nie pomogły im ani ściany ani żywiołowy doping kibiców, zrobił to bramkarz przeciwników. Kiko Casilla podał piłkę Sergio Canaleowi, który takiej okazji zmarnować nie mógł. Wynik ustalony do przerwy chyba odpowiadał obu drużynom, bo druga część gry po prostu została dograna. Zwycięstwo pozwoliło się zbliżyć gospodarzom do Espanyolu na dwa oczka. Styl nie może jednak cieszyć. Zamiast meczu na wysokim poziomie kibice oglądali tylko nudne starcie zespołów środka tabeli.

Składy:
Sociedad: Geronimo Rulli – Yuri Berchiche, Ion Ansotegi, Inigo Martinez, Joseba Zaldua – Esteban Granero (74’ Markel Bergara), Ruben Pardo – Chori Castro (74’ Pablo Hervias), Xabi Prieto, Sergio Canales – Imanol Agirretxe

Espanyol: Kiko Casilla – Ruben Duarte, Hector Moreno, Alvaro Gonzalez, Anaitz Arbilla (76’ Christian Stuani) – Victor Sanchez (65’ Paco Montanes), Abraham Gonzalez, Javi Lopez, Lucas Vazquez – Sergio Garcia, Felipe Caicedo

11016393_10202770025526492_1786590925_n

Villarreal dzielnie walczył w Copa del Rey, ale nie udało się mu wyeliminować Barcelony. Priorytetem dla Marcelino pozostaje jednak Liga Europy, więc zdecydował się kolejny raz na oszczędzenie kilku zawodników, m.in. Vietto, Czeryszewa czy Mario. Żółta Łódź Podwodna w starciu z Realem Madryt udowodniła, że drugi garnitur jest tak samo mocny jak ten pierwszy, lecz mimo to zapowiadała się ciekawa rywalizacja z Celtą, która grała ustawieniem z trzema środkowymi obrońcami i bocznymi defensorami w roli skrzydłowych. Taktyka początkowo nie spełniała założeń, bo najgroźniejsze ataki gospodarze przeprowadzali bokami. To właśnie ich brak wyszedł przy pierwszym golu dla miejscowych, kiedy Gerard zagrał do Gio, a ten wypuścił sobie lekko piłkę głową i tym samym pozostawił wszystkich trzech stoperów za swoimi plecami. Źle zachował się Sergio Alvarez, ponieważ Giovani miał ostry kąt, a mimo to golkiper dał sobie strzelić bramkę między nogami. Jeszcze przed przerwą wynik podwyższył Musacchio uderzeniem głową po centrze z rzutu rożnego i wydawało się, że jest po meczu. Celta tuż po zmianie stron wzięła się za odrabianie strat, a trafienie kontaktowe Augusto Fernandeza po dośrodkowaniu z rzutu wolnego dało nadzieję gościom z Balaidos. Zgasła ona w 73. minucie, kiedy genialne zagranie Piny wykorzystał Vietto, a nie popisał się ponownie Alvarez. Czwartą bramkę dla Villarrealu dołożył jeszcze Moreno po podaniu Piny. Celta w nowym ustawieniu nie zaprezentowała się dobrze. Martwiła również skuteczność z przodu, bo w międzyczasie Charles zmarnował genialną okazję „sam na sam”.

Składy:
Villarreal: Sergio Asenjo – Antonio Rukavina, Mateo Musacchio, Chechu Dorado, Jaume Costa – Joel Campbell (72′ Mario Gaspar), Tomas Pina, Sergio Marcos, Moi Gomez (61′ Denis Czeryszew) – Giovani dos Santos (46′ Luciano Vietto), Gerard Moreno

Celta: Sergio Alvarez – Sergi Gomez (46′ Alex Lopez), Gustavo Cabral, Andreu Fontas – Hugo Mallo (71′ Theo Bongonda), Augusto Fernandez, Nemanja Radoja, Jonny – Fabian Orellana, Charles (82′ Joaquin Larrivey), Nolito

11039355_10202770029366588_1379005870_n

Hit na Vicente Calderon, czyli spotkanie Atletico z Valencią, zapowiadano jako walkę o trzecie miejsce w tabeli. Wpadki podopiecznych Simeone spowodowały, że Los Ches zbliżyli się na bardzo bliską odległość do drużyny z Madrytu. Mistrz Hiszpanii nie mógł sobie pozwolić na stratę punktów, ale początek meczu należał do gości. Negredo doskonale składał się do strzału z nożyc, ale trafił w… Feghouliego. Później spotkanie siadło. Ciężko było doszukać się czegoś ciekawego. W 33. minucie po centrze z rzutu wolnego piłka trafiła do Tiago, który wyłożył ją klatką piersiową do Koke, a ten płaskim uderzeniem wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Po zmianie stron mecz zrobił się ciut ciekawszy, ale nadal nie porywał. Z minuty na minutę dało się jednak zauważyć coraz większe starania Valencii, lecz to Atletico powinno podwyższyć na 2:0, ale Tiago z bliskiej odległości trafił w poprzeczkę. Niespełna kwadrans przed końcem gracze Nuno w końcu osiągnęli cel. Głęboka centra z rzutu wolnego zaskoczyła Moyę, który nie sięgnął piłki, a ta obiła poprzeczkę. Po odbiciu trafiła na głowę Mustafiego, który musiał ją tylko skierować do pustej siatki i ta sztuka mu się udała. To by było na tyle, jeśli chodzi o szczęśliwe informacje dla Valencii, ponieważ przed ostatnim gwizdkiem z boiska zdążył wylecieć jeszcze Javi Fuego za drugą żółtą kartkę. To jednak nie doprowadziło do zmiany rezultatu, ale Atletico nie powiększyło przewagi nad Nietoperzami, a co więcej, straciło kolejne oczka do Barcelony, która przewodzi tabeli.

Składy:
Atletico: Miguel Angel Moya – Juanfran, Jose Maria Gimenez, Diego Godin, Guillerme Siqueira – Arda Turan, Gabi (81′ Raul Jimenez), Tiago, Koke (69′ Mario Suarez) – Raul Garcia, Fernando Torres (61′ Mario Mandzukic)

Valencia: Diego Alves – Antonio Barragan, Shkodran Mustafi, Nicolas Otamendi, Jose Gaya – Enzo Perez (68′ Andre Gomes), Javi Fuego, Dani Parejo – Sofiane Feghouli (58′ Rodrigo Moreno), Alvaro Negredo, Pablo Piatti (90′ Lucas Orban)

11039546_10202770023806449_1462018035_n

Ktoś określił, że Cordoba ma do rozegrania teraz 13 finałów, aby utrzymać się w lidze. A z kim zdobywać oczka, jeśli nie z Getafe? Spotkanie na Nuevo Arcangel kończyło kolejkę. Nic dziwnego, że takie mecze są rozgrywane w poniedziałek, ponieważ można było usnąć przed odbiornikami. Gospodarze, w dość nietypowym ustawieniu, z rzadka zagrażali bramce Guaity, ale też niewiele cieplejszych słów można było powiedzieć o graczach Getafe. Dobrą szansę na początku miał Ghilas, ale fatalnie się pomylił z niecałych 10 metrów. Głównie to Algierczyk dochodził do sytuacji, ale tego dnia nogi nie wypełniały jego poleceń. Z czasem gospodarze poczynali sobie coraz lepiej, ale Cartabia i Campabadal nie znaleźli sposobu na Guaitę. Pierwsze chwile drugiej połowy nie zapowiadały przełomu, ale kibice cały czas wierzyli, że zdeterminowana do zdobywania punktów Cordoba nie pozostawi tego w ten sposób. Rezerwowy Andone doszedł do dobrej okazji, ale w porę uprzedził go bramkarz gości i zatrzymał próbę lobowania. Otrzymał przy tym solidnego kopniaka. Takiego samego, ale w tyłek, powinien otrzymać Naldo, ponieważ o mało nie doprowadził do gola dla miejscowych, ale jak wcześniej wspomniałem, Ghilas nie miał dobrego dnia. Lepiej wypadł jego kolega z ataku – Andone, który w 77. minucie mocnym strzałem z bliskiej odległości dał prowadzenie swojej drużynie i wydawało się, że to gol na wagę kompletu oczek. Podopieczni Djukica musieli jednak przerwać upadek na twardy beton. Chwilę przed zakończeniem regulaminowego czasu przepięknym golazo popisał się Fede Vico… jednak do swojej bramki. Przepiękna piętka prawego obrońcy dała nadzieję Getafe, które poszło za nieswoim ciosem. Doliczony czas gry, centra z rzutu rożnego, a na koniec główka Rodrigueza i goście mogli się cieszyć z kompletu punktów. Cóż… Cordoba ma cały czas 12 finałów do rozegrania. Może któryś wygra.

Składy:
Cordoba: Mikel Saizar – Eduard Campabadal, Inigo Lopez, Damian Crespo, Fede Vico – Federico Cartabia (58′ Florin Andone), Patrick Ekeng, Bruno Zuculini, Borja Garcia (82′ Fausto Rossi) – Bebe (76′ Fidel Chaves), Nabil Ghilas

Getafe: Vicente Guaita – Alexis Ruano, Naldo, Emiliano Velazquez (86′ Baba Diawara), Sergio Escudero – Juan Rodriguez, Mehdi Lacen (81′ Karim Yoda) – Pedro Leon (72′ Fredy Hinestroza), Pablo Sarabia, Diego Castro – Alvaro Vazquez

Mecz kolejki: Deportivo – Sevilla

Liczby kolejki:
11039398_10202769959044830_581172255_n

Piłkarz kolejki: Luis Suarez (Barcelona)
Suarez czy Messi, Messi czy Suarez? Tym razem postawiliśmy na Urugwajczyka. Choć jeden i drugi rozegrał bardzo dobre zawody, pokierowaliśmy się tym, że były snajper Liverpoolu grał równo przez całe 90 minut, a Leo Messi tylko w drugiej połowie. Dodatkowo wyróżniliśmy Luisa za wkład w atak pozycyjny oraz za alternatywy, które dawał kolegom w ataku. Bardzo dobry występ!

Cienias kolejki: Kiko Casilla (Espanyol)
Doprawdy trudno powiedzieć czym kierował się bramkarz Papużek, gdy podał piłkę do Sergio Canalesa. Chciał fantazyjnie rozegrać akcję do skrzydła, lecz chyba zapomniał o swoich technicznych brakach. Jego błąd oczywiście skończył się golem. Było to jedyne trafienie w tym spotkaniu, co tym musi być tym bardziej bolesne dla Casilli. Można domniemywać, że tak strasznie nudził go przebieg gry, iż postanowił nieco podkręcić atmosferę, lecz w tym przypadku należy raczej stwierdzić chwilowy brak poczytalności portero Espanyolu.

Pozytywne wyróżnienie kolejki: Oriol Riera (Deportivo)
Można powiedzieć: w końcu! Snajper Deportivo trafił po raz pierwszy do siatki po swoim zimowym powrocie na hiszpańskie boiska. I od razu zrobił to dwukrotnie. Były gracz Osasuny świetnie odnalazł się w polu karnym, pewnie wykorzystując nadarzające się okazje. Mimo tego, nie wystarczyło to do pokonania Sevilli. Sam zawodnik poza dwoma zdobyczami nie należał do najlepszych na boisku, co w połączeniu z dużą konkurencją w ataku spowodowało, że nie znalazł się w najlepszej jedenastce rundy. Ale na wyróżnienie zasłużył z pewnością. Oby odblokował się już na dobre.

Negatywne wyróżnienie kolejki: Cordoba
Początkowo miejsce Cordoby zajmował Sergio Alvarez, który wpuścił dwie bramki, jakich nie powinien w meczu Villarrealu z Celtą, ale jak Filip z konopi wyskoczyła ekipa Miroslava Djukica. Zadaniem czerwonej latarni jest zdobywanie punktów, ale najwyraźniej beniaminek o tym zapomniał. Do 87. minuty zawodnicy z Nuevo Arcangel prowadzili 1:0, ale wtedy nastąpiła katastrofa. Samobój Fede Vico, a później stracony gol po rzucie rożnym w doliczonym czasie zaprzepaścił szanse Cordoby na choćby punkt. Wizja relegacji jest coraz bliższa, a mecze nie będą coraz łatwiejsze.

Gol kolejki: Saul Berjon (Eibar)
Mieliśmy duży problem z wyborem najładniejszego trafienia. Niestety nie był to kłopot bogactwa, a wręcz przeciwnie – nikt nas tak bardzo nie urzekł, byśmy jednogłośnie wybrali jego gola. Nawiasem mówiąc, najpiękniej wyglądała bramka Fede Vico, która była jednak… samobójczą. Oj tak, takiego uderzenia nie powstydziłby się sam Zlatan Ibrahimović. Po długiej naradzie wybraliśmy Saula Berjona i jego otwierającą wynik bramkę z meczu z Levante. Uwzględniliśmy zarówno samo złożenie się do strzału, idealne trafienie w futbolówkę, jak i całą akcję poprzedzającą.

Pudło kolejki: Dimitri Foulquier (Granada)
Z pudłem takich trudności już nie było. Co prawda Dimitri Foulquier miał godnego rywala w Tiago, ale jednak padło na gracza Granady. W 87. minucie (jego ekipa prowadziła już 1:0) na lewym skrzydle przedarł się Robert Ibanez, który wyłożył futbolówkę idealnie na jedenasty metr praktycznie w świetle bramki. Rezerwowy tego wieczoru zawodnik był kompletnie sam przed bramkarzem i mógł zrobić w zasadzie wszystko. Wybrał jednak strzał w trybuny. Doskonała okazja, która powinna dobić Malagę, a tak rozśmieszyła tylko kibiców.

11047279_10202769964644970_975907105_n

11042141_10202769970925127_1108401174_n11040749_10202769968525067_797624722_n

Terminarz 27. kolejki (13-16.03.2015):
Piątek, 13.03:
Valencia – Deportivo (godzina 20:45)
Sobota, 14.03:
Espanyol – Atletico (16)
Eibar – Barcelona (18)
Rayo – Granada (20)
Celta – Athletic (22)
Niedziela, 15.03:
Almeria – Villarreal (12)
Malaga – Cordoba (17)
Sevilla – Elche (19)
Real – Levante (21)
Poniedziałek, 16.03:
Getafe – Sociedad (20:45)

Czyżby nadszedł przełomowy moment sezonu? Gran Derbi już za niecałe dwa tygodnie, a Real traci pozycję lidera na rzecz Barcelony! Atletico znów gubi oczka, a Valencia znów za plecami zawodników z Madrytu. Następna kolejka będzie bardzo ważna, ponieważ mogą zdarzyć się kolejne roszady, a zaczniemy z wysokiego C! Już w piątek na Mestalla Valencia przyjmie Deportivo, które ostatnio co prawda nie ma szczęścia do zdobywania punktów, ale bardzo dzielne sobie poczyna i może napsuć krwi faworytowi. O 16 w sobotę rywalizacja Espanyolu z Atletico. Dla gości będzie to ostatni gwizdek, żeby włączyć się jeszcze do walki o mistrzostwo. Wpadka spowoduje, że szanse na to zostaną zagrzebane niemal definitywnie. Bezpośrednio po tym meczu zawitamy na Municipal de Ipurua, gdzie Eibar postara się o sensację w starciu z Barceloną. Seria porażek Basków nie zapowiada tego, ale jak się przełamywać, to tylko z najlepszymi. My oczywiście liczymy na pewne punkty graczy Enrique. Po tym meczu zajrzymy na Vallecas, aby sprawdzić kto wyjdzie z tarczą ze spotkania Rayo – Granada. Natomiast dzień zakończymy pojedynkiem Celty z Athletikiem Bilbao, który powoli zaczyna wracać na odpowiednie tory. W niedzielne południe na murawę wyjdą gracze Almerii i Villarrealu. Żółta Łódź Podwodna będzie zdecydowanym faworytem rywalizacji i inny rezultat niż trzy punkty dla gości będzie zaskoczeniem. Wieczorną część dnia rozpoczniemy o 17 na La Rosaleda, gdzie Cordoba rozegra swój kolejny „finał”. Rywalem będzie Malaga, więc zadanie gości będzie niesamowicie ciężkie. Przez kolejne dwie godziny zostaniemy w Andaluzji na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan. Sevilla będzie chciała dotrzymać kroku czołówce i pokonać na własnym obiekcie Elche. Natomiast o odzyskanie pozycji lidera, ewentualnie o nie straceniu do niego za dużo, zagra Real Madryt o 21. Przeciwnikiem Królewskich będzie Levante. Kolejkę kolejny raz skończy Getafe, lecz tym razem spotkaniem z Realem Sociedad, który pod wodzą Davida Moyesa zaczyna osiągać dobre rezultaty. Jak widzicie, zapowiada się naprawdę ciekawa kolejka. Ostatnia przed derbami, więc koniecznie musicie ją śledzić, najlepiej z Blogiem FCB. Serdecznie zapraszam przed telewizory i za tydzień na nasze łamy!

Autorzy:






Fatal error: Uncaught Exception: 12: REST API is deprecated for versions v2.1 and higher (12) thrown in /home/blog/domains/blogfcb.com/public_html/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1273