Leo także gra w „do czterech razy sztuka”

1357639142042

„Cris, czemu jesteś taki smutny i udajesz, że się uśmiechasz? Przecież wiedziałeś, że przegrasz” przeczytałam dziś gdzieś na internecie. Mówiąc szczerze, w pewnym stopniu mogłabym się zgodzić z tą uszczypliwą uwagą, jednak z pełnym szacunkiem do gwiazdora z Realu oraz Andresa Iniesty, naprawdę nie trudno się było domyśleć, kto zgarnie Złotą Piłkę za 2012 rok. Drodzy Cules, możemy być dumni, że to napastnik Barcelony kreuje historię na naszych oczach, że znowu to on jest górą w starciach z Cristiano Ronaldo, ale z drugiej strony, jeżeli ktoś stwierdziłby, że powoli go to nudzi, nawet bym go zrozumiała…

Jeszcze nikt w historii Złotej Piłki nie zdołał sięgnąć po nią cztery razy. Trzykrotnie zdobywali ją Johan Cryuff czy Michael Platini, dwukrotnie na przykład Alfredo di Stefano i Ronaldo, czterokrotnie – tylko Leo Messi. To naprawdę niesamowity wynik, zwłaszcza, że Argentyńczyk ma dopiero 25 lat. Jeszcze wiele gry przed nim, a już jest najlepszy na świecie i bezkonkurencyjny. Może wreszcie i Pele to zrozumie?

No tak, to rzeczywiście powód do dumy. Messi jest fenomenem, tak niesamowitym, że czasem brak określeń, by go opisać. Ciekawie jest też podziwiać jego rywalizację z Cristiano, są przecież równie świetni, co różni, dlatego tylko amatorzy próbują ich porównać. Fajnie jest być kibicem tego, kto zwycięża w tej rywalizacji, ale patrząc, że tak powiem, przyszłościowo na ich dominację, pojawia się pytanie „jak długo to będzie jeszcze trwało? Dopóki jeden z nich nie zakończy kariery?”. A kiedy zacznie się ona robić po prostu nudna? Jak na razie wszyscy jesteśmy zachwyceni uginającą się od trofeów gablotką Messiego, ale uwierzcie mi, za dobrze też niedobrze. Jak najbardziej powinniśmy cieszyć się z jego osiągnięć, które biją na głowę wszystkich legendarnych królów futbolu, nie narzekać już teraz, że jest tego wszystkiego zbyt dużo. Zastanawiam się tylko, kiedy rzeczywiście siądziemy przed telewizorem i zaczniemy oglądać jakikolwiek mecz albo nawet galę, pewni na sto procent, kto będzie gwoździem programu. W końcu będzie nim zawsze ta sama osoba. Nie chcę, nie daj Boże, by ten błysk Messiego gdzieś zniknął, ale gdyby tak w tym roku kto inny mógł zabrać do domu Złotą Piłkę, czy nie byłoby to po prostu ciekawsze? Przypuśćmy, najlepszy bramkarz na świecie, aktualny mistrz Europy i Świata, mistrz Hiszpanii (jeszcze…)? Ten temat nie raz był już poruszany i zapewne nie odkrywam tu żadnej Ameryki, Portoryko ani żadnego Haiti, potwierdza się po prostu to, że mamy erę „Atomowej Pchły” oraz wciąż goniącego go Ronaldo, a ja nie byłam i pewnie nie będę w pełni jej zwolenniczką, pomimo, że jestem pod ogromnym wrażeniem geniuszu Messiego.

O co więc mi chodzi, tak pokrótce? Pragnę jedynie, byśmy dożyli dnia, w którym albo odwieczny rywal Leo nawiąże z nim równiejszą walkę, albo pojawi się ktoś, kto mu dorówna, byle tylko nie usypiać na fotelu w trakcie meczów FC Barcelony. Aczkolwiek sam niech lepiej nie zwalnia tempa, może po prostu niech nie wiesza poprzeczki wyżej, niż najwyżej.

Bądź co bądź, na chwilę obecną zostaje mi gorąco pogratulować Leo Messiemu jego czwartego tytułu najlepszego piłkarza na świecie. Leo, jesteś lo mejor i pewnie jeszcze długo będziesz, chyba, że twoje wszelkie rekordy pobije twój własny syn. Być może kiedyś rzeczywiście nam się to znudzi, być może zabraknie rywalizacji. Być może.