Leo Wielki I

 

251, 252 i 253 – te liczby sponsorowały ostatni mecz Barcelony, a ta ostatnia zapisała się złotymi głoskami w annałach sportu. Długo wyczekiwany rekord ustawiony przez Telmo Zarrę wreszcie został pobity. Barcelona dała niezłe show na Camp Nou przeciw Sevilli, ale kibiców może najbardziej cieszyć to, że dawny Messi wrócił. Po strzeleniu pierwszej bramki z rzutu wolnego w pierwszej połowie meczu, na drugą wyszedł z nastawieniem pobicia rekordu. Tak też się stało, ale Leo nie mógłby być sobą, gdyby nie zrobił w to najlepszym stylu. Długo kazał nam czekać na tę wiekopomną chwilę, ale gdy ona już się wydarzyła, to była nie lada widowiskowa. Po co Messi miał się rozdrabniać i strzelać po jednej bramce w ostatnich trzech spotkaniach, skoro można w jednym i to na własnym terenie ustrzelić hat-tricka. O wyjątkowości Argentyńczyka niech świadczy to, że w zaledwie 90 minut zdołał wyrównać rekord, pobić go i wyśrubować. Dodatkową nagrodą było zabranie przez niego jednej z futbolówek na pamiątkę. To najprawdopodobniej jedna z jego najważniejszych piłek zabranych do domu.

Po wygranym meczu aż 5:1 cały świat zachwycał się Messim. Biorąc wszystkie okoliczności pod uwagę (Camp Nou, hat-trick, trudny mecz z Sevillą), to Leo nie mógł wybrać lepszego momentu. Tym bardziej, gdy rywalizacja z Ronaldo o Złotą Piłkę trwa w najlepsze. Portugalczyk w ostatnim starciu ligowym strzelił dwie bramki, ale kto by o tym pamiętał. Obecny rok należy do Cristiano, ale Messi nie daje za wygraną i miło jest widzieć we wszystkich mediach dla odmiany Argentyńczyka zamiast gracza Realu.

Luis Enrique na pomeczowej konferencji komplementował Messiego: „Jest nieskończenie wiele goli Messiego, które mi się podobały. Od wielu lat mówię, że nigdy nie widziałem takiego piłkarza. Nie da się go do nikogo porównać. Będzie jedynym i niepowtarzalnym graczem. Myślałem, że nikt nie pobije Telmo Zarry i zobaczcie co się stało”. Tuż po meczu także piłkarze powiedzieli kilka słów o Leo, w tym Jordi Alba: „Messi nie przestaje bić rekordów, to przywilej mieć go za kolegę w drużynie. Nasz hołd dla niego i podrzucanie go do góry było spontaniczne. Jest tu spokojny, szczęśliwy i zadowolony. Barcelonismo mocno kocha Messiego.” Wiele ciepłych słów Argentyńczyk mógł także usłyszeć od Pepa Guardioli: „Naprawdę byłbym bardzo szczęśliwy widząc Messiego kończącego karierę właśnie w Barcelonie. Musimy mu pogratulować pobicia legendarnego rekordu Zarry. Bardzo ważne jest to co osiągnął. 600 lat będziemy czekać aż ktoś go pobije.” Jednak nikt nie przebije słów trenera Sevilli Unai’a Emery’ego: „Nie chcieliśmy, aby nas zaprosili na imprezę Messiego, ale w końcu się tam znaleźliśmy, to była solidna dawka upokorzenia”. Lepiej tego powiedzieć się nie dało.

„Trzymamy się słów trenera, Leo jest zadowolony z bycia tutaj. Jeśli Messi jest szczęśliwy, Barça jest szczęśliwa” – powiedział Xavi po zakończonym meczu. Trudno się z tym nie zgodzić. Messi już dawno nie był tak szczęśliwy jak po strzeleniu każdej z bramek w sobotnim spotkaniu. Po raz pierwszy od dawna było można zaobserwować u niego prawdziwy głód gry, głód zdobywania kolejnych goli, a co za tym idzie, szczerą radość z rozgrywanego meczu. Skoro Messi był szczęśliwy to Barcelona była szczęśliwa, a skoro Barcelona byłą szczęśliwa, to i my kibice mieliśmy powód do zadowolenia.

Messiego trapią różne dolegliwości. Na całe szczęście kontuzje zostawił już dawno za sobą, ale problem z urzędem skarbowym oraz nie najlepsza komunikacja z zarządem nadal są sporym wyzwaniem dla 27-letniego gracza. Dlatego też całe Barcelonismo zamarło po wypowiedzi Leo dla argentyńskiego magazynu „Olé”: „Żyję z dnia na dzień. W futbolu jest wiele zwrotów… Zawsze mówiłem, że chciałbym tu zostać do końca kariery, ale nie zawsze wszystko jest dane tak jak ktoś sobie tego życzy. Gdyby to zależało tylko ode mnie, zostałbym na zawsze. Ale jak powiedziałem, nie wszystko jest dane wedle życzenia. Tym bardziej w futbolu, który wciąż się zmienia i w którym wiele może się wydarzyć. To skomplikowane, bardziej niż obecna sytuacja w Barcelonie.” Jedni w słowach Argentyńczyka upatrywali rychłej sprzedaży największej gwiazdy Barcelony. Drudzy byli bardziej powściągliwi, wierząc że zmiana zarządu powinna rozwiać wszelkie wątpliwości ewentualnego transferu Messiego.

Ale te słowa wydają się już niczym po sobotniej wygranej. Jednak gdyby sam rekord nie zadowalał Was w pełni, to przygotowałem krótką listę powodów, dla których Messi nie odejdzie z Barcelony:

- Kontrakt: Leo ma ważny kontrakt do 30 czerwca 2018 roku. Oznacza to, że Barcelona skazana jest na niego, tak samo jak on na klub. Dopóki nie będzie obustronnego porozumienia, kontrakt nie może zostać rozwiązany. Jeżeli Messi uprze się, że chce zostać, to ani Bartomeu, ani zarządzający z ukrycia Rosell (w myśl teorii spiskowej), ani tym bardziej Zubizarreta nie mogą nic mu zrobić. Pozostaje jedynie kwestia psychiki Argentyńczyka. Messi ma specyficzny charakter, ale nie należy on do ludzi, którzy nie przejmują się krytyką, jak chociażby Zlatan Ibrahimović. Jeżeli Leo wytrzyma psychicznie ewentualne ataki na jego osobę i nie będzie przejmował się brakiem wsparcia obecnego zarządu, to nie ma mowy, aby gdziekolwiek nam uciekł.

- Nietykalny: Czy znajdzie się trener, który posadziłby Leo na ławce na dłużej? Wątpię. Argentyńczyk przesądza o losach meczu, jest najważniejszym graczem na boisku. W jednym mało ważnym spotkaniu może nie zagrać, ale absencja na dwa mecze pod rząd jest niemożliwa. W mediach i wśród kibiców taka decyzja trenera byłby szeroko komentowana i krytykowana. Taki trener nie znalazłby zatrudnienia w żadnym silnym klubie w najlepszych europejskich ligach. Byłoby to samobójstwo, dlatego nikt na odsunięcie od gry Argentyńczyka nigdy się nie odważy.

- Nie powtórzy losu innych gwiazd: Ronaldinho, Maradona, Ronaldo, Rivaldo, Eto – każdy z nich odchodził z Barcelony w różnej atmosferze. Oni jak i kilku innych piłkarzy ostatnio są często przywoływani w kontekście odejścia Messiego. Ale crack Barcelony znacząco różni się od tych nazwisk. Messi jest wychowankiem katalońskiego klubu i jest z nim związany od wielu lat. Przechodził przez wszystkie szczeble kariery i to Barcelonie zawdzięcza wszystko. Nie jest tylko kolejnym transferem, z którym w pewnym dniu trzeba będzie się rozstać. Stoi w tym samym rzędzie co Guardiola, Puyol, Xavi czy Iniesta. Każdy z nich sam decydował o swoim dalszym losie w Dumie Katalonii i też tak samo będzie w przypadku Argentyńczyka.

- Za drogi: Klauzula odejścia wynosi aż 250 mln euro. W Hiszpanii obowiązuje 56% podatek, więc jeżeli ktokolwiek chciałby kupić Messiego, musiałby wydać niecałe 400 mln euro. Kogo na to stać? Nawet jeżeli właściciele PSG i Manchesteru City rozbiliby bank, to na taki zakup nie pozwoliłoby im finansowe fair play. Kluby musiałyby kombinować i sprzedać przynajmniej jedną swoją supergwiazdę, co oczywiście byłoby zagrywką mało rozsądną.

- Nadal ma przyjaciół: Bez wątpliwości Messiego z Fabregasem i Pinto łączyło coś więcej niż koleżeńskie relacje. Z obecnym graczem Chelsea Londyn znali się jeszcze ze szkółki i zaraz po powrocie Cesca z Arsenalu ich przyjaźń na nowo odżyła. Na tyle, że partnerki obu piłkarzy również zaczęły się przyjaźnić, a dzieci wspólnie dorastać. Teraz ani Fabregasa ani Pinto nie ma w klubie, ale to krzywdzące dla samego piłkarze, że media cały czas traktują go jak tego osiemnastoletniego chłopaka, który wiecznie potrzebuje ochrony przed złym światem. Messi już dawno utracił swoją niewinność i nie potrzebuje wiecznie otaczać się wianuszkiem swoich przyjaciół. Messi ma świetne relacje z Neymarem. Suarez ostatnio powiedział, że najlepiej dogaduje się z Messim, a w klubie nadal jest Mascherano. Nie ma powodu do obaw, Messi nadal ma wielu kolegów w szatni Barcelony.

- „Koszulki”: Oczywiście to skrót myślowy, bo chodzi o cały marketing. Ani Suarez ani Neymar nigdy nie będą w stanie przynieść takich przychodów do kasy Barcelony jak robi to Messi. Wielu kibiców przychodzi na mecze tylko, żeby zobaczyć cracka Dumy Katalonii w akcji. Dodatkowo żadna kampania marketingowa nie jest w stanie obejść się bez Messiego. Choć Leo ma kontrakty z konkurencyjnymi firmami względem sponsorów Barcelony, co na pewno nie pasuje zarządowi, ale jego wkład w wizerunek klubu i co za tym idzie zarabianymi przez Barcelonę jest nie do ocenienia.

- Barca = Messi: Bez Messiego nie byłoby Barcelony jakiej znamy. Wiele trofeów to zasługa oczywiście kolektywu, której najważniejszą częścią był i jest Messi. Bez niego szkółki Barcelony nie byłyby zapełnione młodymi i niezwykle uzdolnionymi graczami, bo przecież każdy chce być Messim. Barcelona Guardioli wyznaczała nowe trendy we współczesnej piłce, stając się synonimem sukcesu. Bez Messiego to wszystko nie byłoby możliwe i wie o tym każdy, począwszy od samego Argentyńczyka, poprzez zarząd, aż po kibiców.

- Bo jest najlepszy: Nie ma co do tego wątpliwości. Jeszcze kilka lat temu wymieniano dwóch najlepszych graczy w historii piłki nożnej: Pele i Maradonę. O dwóch panach nikt nie ma zamiaru zapominać, ale biorąc pod uwagę trofea, statystyki, rekordy, to Messi jest bezkonkurencyjny. A przecież ma tylko 27 lat i do obecnego dorobku może jeszcze wiele dołożyć, stając się graczem, którego nikt nigdy nie prześcignie.

Dzisiaj Argentyńczyk po raz kolejny może dać powód do radości kibicom, kolegom z drużyny i samemu sobie. W poprzednim meczu Ligi Mistrzów z Ajaxem Amsterdam wyrównał rekord Raula w klasyfikacji najlepszych strzelców Ligi Mistrzów, a dzisiaj może go pobić. Choć mecz z APOEL-em nie będzie należał do łatwych, a przynajmniej taki się nie zapowiada, to Leo za wszelką cenę będzie chciał pobić rekord, tym bardziej, że Ronaldo depcze mu po piętach. Obyśmy dzisiaj również widzieli uśmiechniętego i radosnego Leo.